Poza horyzont

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nic Jej Wysokości nie brakuje? – pytał, gdy spotykali się w książęcym dworze.

– Może tylko tego, abym gdzieś obca nie była. Tam zawsze jako zamorską księżniczkę mnie traktowali. I tu także z innego świata się zdaję. Gdzie jest moje miejsce? Gdzie nie będę obca? – Obserwowała podczas wymiany zdań jego gesty nieprzystające do łagodnego spojrzenia. Afekt ciężko było sobie wyperswadować, nawet wobec faktu, że jest żoną króla Danii. Nie zamierzała jednak przekroczyć granicy, za którą nie będzie odwrotu, i spalać się tym uczuciem.

Była racjonalna, choć z przyjemnością pozwalała sobie na zdystansowaną uczuciowość. Szybko jednak uczucia transformowały, gdy krok po kroku zaczęła zatapiać się w odzyskiwanej duchowości. Radość ze spotkań z komesem, wychowywanie ukochanych córek, poznawanie ziemi ojczystej, obserwowanie poczynań brata, wszystko nabrało pełnego kształtu wraz z powrotem do mocy sakramentów.

I tylko jeden, niedający usunąć się cierń ranił serce kojone odzyskanym spokojem. Synowie. Gdzie są i co robią? Posłańcy, których słała na północ wraz z wyruszającymi co jakiś czas misjami, przywozili wiadomości sprzeczne i zamglone. Niepojętą tęsknotę za synami, opuszczonymi jako dzieci, potęgowała troska o Danię, za którą, tak jak za synów, czuła się odpowiedzialna.


Oddział Knuta, na łodziach zapchanych łupami tak, że woda prawie zrównała się z burtami, pilnował jeńców. Potężna armia Svena plądrowała wyspę. Szerokie wody Humber wbijające się głęboko w ląd były idealną bazą dla floty wikingów, w której dowództwo objął syn króla.

Knut marzył o wpłynięciu w jedną z dwu rzek, które miały tu ujście i włączeniu się do podboju ziem. Tymczasem przypadła mu rola niezgodna z jego charakterem i powołaniem. Nie był niańką, tylko zaprawionym w bojach wojownikiem.

Przeskakiwał z pokładu na pokład i wydawał rozkazy, gdy w oddali dostrzegł nadpływającą łódź. Nie musiał wytężać wzroku, by poznać pobratymców. Był pewien, że niosą wieści z pola bitwy. Nie mylił się. Zanim dostrzegł szczegóły wyglądu członków oddziału, posłyszał donośne krzyki:

– Oksford zdobyty! – Na zacumowanych łodziach wybuchła radość. Nie wśród wszystkich oczywiście. Jeńcy obawiali się, że podzielą los biskupa Canterbury, straconego dopiero co w niewoli wikingów. Zbili się bez nadziei w ciasną grupkę, omawiając znaczenie kolejnej klęski Anglii dla ich położenia.

– Rozejść się! – wykrzyknął rozdrażniony Knut, kopiąc dotkliwie w zadek jednego z pojmanych. Jego spojrzenie zatrzymało się jednak, i to nie po raz pierwszy, na delikatnej postaci. Dziewczyna, córka księcia Yorku, szczególnie mu się podobała.

– Jak masz na imię?

– Elgifu.

– Nie wrócisz do Yorku. Odpłyniesz ze mną do Danii.

– Lepsze to niż śmierć.

– Jestem synem króla, nie będzie ci ze mną źle. Bądź tylko miła i nie próbuj uciekać.

Tej nocy, w oddziale na tyłach wielkiej wojny, jak i we wszystkich obozach wikingów, panowało niezwykłe wesele. Kilku wartowników pilnowało jeńców i skarbów, reszta oddziału świętowała. Zasępiony Knut nie pił i nie śpiewał. Ręce świerzbiły go do wojaczki.

Następnego dnia poczęły nadciągać kolejne wieści.

– Winchester się poddał! – wiwatowała załoga.

– Panowie z północy poddali się naszemu królowi – brzmiały kolejne poselstwa.

– Ziemie zachodnie posłuszne Svenowi!

– Czas-na-Londyn! Czas-na-Londyn! – skandowało kilkadziesiąt zachrypłych głosów, a wraz z nimi donośny głos przywódcy, który w końcu dał się ponieść euforii.


Sala londyńskiego zamku była za mała, aby pomieścić wszystkich tryumfujących wikingów. Sven, nowy król Anglii, stojąc na podwyższeniu okrytym mieniącym się złotogłowiem, odbierał hołdy angielskich możnych.

– Opatrzność przywiodła nas do zwycięstwa, abyśmy królestwem tym władali – wypowiadał zdecydowane słowa, mierząc wszystkich surowym wzorkiem.

– Przenigdy – blade usta biskupa Wulfstana bezgłośnie wypowiedziały jedno słowo, a jego umysł już pracował nad sprowadzeniem do kraju Ethelreda, jedynego prawdziwie chrześcijańskiego króla Anglii.

– Niechajby chociaż Edmund, syn Jego Wysokości, przyjechał – późnej, już głośno, w posępnym, kamiennym budynku arcybiskupstwa York, gdzie kamienne ściany odbijały każde słowo, omawiał Wulfstan z grupą zebranych plany na przezwyciężenie duńskiej okupacji.

– Znajdzie się siła w armii, aby wobec klęski zewrzeć szyki i wyprzeć Svena – kontynuował.

– Mamy poparcie księcia duńskiego, Thorkella Wysokiego – zauważył Ethelweard z Norwich.

– Olaf Haraldsson z Norwegii będzie walczył po naszej stronie! – dodał ealdorman z północy, który jeszcze niedawno ślubował posłuszeństwo Svenowi.

– Syn króla, Knut, to rzeźnik. Oddał jeńców. Bez dłoni, nosów – łkał możny pokrzywdzony przez wikingów. – Uderzmy na nich!


– Wrócę tu! – odrzekł Knut do załogi, patrząc w tym samym czasie w stronę zachodzącego słońca. Topory parowały jeszcze ciepłą krwią, gdy po wypłynięciu z Tamizy kierowali się w stronę Danii. Wieźli do ojczyzny zwłoki zmarłego króla Svena, który oddał życie niedługo po objęciu władzy na wyspie.

– Nie powiedziałem ostatniego słowa!

Jego towarzysze dobrze o tym wiedzieli. Spokojnie postanowili czekać na następną wyprawę. Ambicja i niezłomność, jaką ich dowódca odziedziczył po ojcu, nie pozwoliłyby mu na odpuszczenie tego skrawka ziem, władanego przez ludzi słabych i tchórzliwych, którzy jednorazowym porywem zorganizowali się przeciw niemu i wypchnęli z wyspy.

Wkrótce wpłynął do ojczystego portu. Najlepsze konie i reprezentacyjny zastęp już czekały na pokonanego w Anglii księcia.

– Brat się postarał – pomyślał Knut – pewnie czegoś chce i chyba domyślam się czego.

Bracia podali sobie dłonie.

– Straciliśmy ojca, czas ustalić porządek w państwie… – zaczął Harald. W tym momencie oczy ich na chwilę spotkały się rozwarte szeroko, a oddechy ucichły. Nie musieli tego wypowiadać, wiedzieli, co trzeba zrobić!


Grusze i jabłonie chyliły się do ziemi, ciężkie od kolorowych owoców. W sadach bzyczały szalone pszczoły, a widmo zimy było jeszcze odległe. Babie lato i zapach ognisk snuły się po okolicy. Rozgrzane mchy i pachnące żywicą konary zachęcały do spacerów po lesie, pełnym grzybów i malin.

Słońce miękkim światłem otulało jesienne łąki, gdy pylistym gościńcem począł zbliżać się jeździec.

– Mamo, posłaniec! – zawołała młoda, zgrabna kobieta, wbiegając do komnat kasztelu.

Świętosława, jak zawsze prosta i dumna, wyszła, aby przywitać tego, kto przekroczy bramy włości. Nie spodziewała się nikogo prócz zawsze oczekiwanych gońców z wiadomościami znad morza, którzy jednak zjawiali się tak rzadko, że niemal straciła nadzieję na jakikolwiek kontakt. Naraz nogi zrobiły się miękkie, a serce zaczęło walić jak szalone. Na koniu siedział, niemożliwy do pomylenia z nikim innym, wiking.


Harald i Knut na łodzi szybkiej jak jaskółka mknęli w górę szarymi wodami Odry. Jak tylko powzięli zamiar wyruszenia po matkę, wysłali przodem gońców z informacją. Sami, nie zwlekając, ruszyli w ślad za nimi, na południe, do krain nieznanych. Następnie dosiedli szybkie konie i pędzili na załamanie karku na wchód. O kilka stajań dalej królowa, wezwana do Gniezna, szykowała orszak. Była tak przejęta i roztrzęsiona, jak chyba nigdy wcześniej. Do grodu przybyły za wcześnie. Postanowiła, że wyjdą przybyłym na spotkanie, na gościniec, poza mury. Wsiadły do małego powozu i ruszyły groblą, a następnie traktem na północ. Wkrótce w oddali, w tumanach kurzu, dostrzegli konną grupę zbrojnych. Dwa orszaki zbliżały się do siebie. Kobieta oczami przysłoniętymi mgłą nie do rozproszenia wypatrywała synów. W końcu wśród dzikich barczystych wojów dostrzegła dwie ukochane twarze, teraz zmężniałe i dorosłe.

Na środku bitej, zalanej słońcem drogi trzy kobiety i dwu mężczyzn padło sobie w objęcia.

Knut, który zgładził więcej istnień, niż potrafił zliczyć, płakał jak dziecko w ramionach ukochanej matki. Rozstania i powroty. Jakże była szczęśliwa.

– Wracacie do domu! – pierwszy odezwał się do matki Harald. Słowa te wydawały mu się oczywiste. Teraz wiedziała, gdzie jest jej dom. Tam, gdzie owoce jej żywota. I tak już miało pozostać do końca.


Przed laty Świętosława z sukcesem pomagała w zażegnywaniu konfliktów w regionie, dlatego synowie i rada liczyli się z jej zdaniem podczas przygotowań do najazdu na Anglię. Teraz swoim autorytetem reprezentowała także ciągłość polityki i dynastii nieżyjącego Svena.

– Dobrze, że jest z nami – pomyślał Harald, którego pozycja ugruntowała się po tym, jak w królestwie pojawiła się Storrada.

Siedzieli przy grubym na 4 palce blacie długiego, drewnianego stołu: Harald, król Danii, u szczytu, ona po jednej stronie, po drugiej Knut. Na wprost króla Danii miejsce zajął król Szwecji, pierworodny syn Świętosławy, Olof, który, gdy ona była na wygnaniu, ochrzcił się i utworzył w Szwecji biskupstwo.

 

– Zwyciężymy, zaangażujemy możnych oraz chłopów – dobitnie wypowiadała słowa – wyznaczymy nagrody za udział w wyprawie. Skarbce mamy pełne. Zdrajcom przebaczymy, ich armie przydadzą nam się. Zawrzemy sojusze. – Popatrzyła na króla Szwecji.

– Oferuję flotę 50 łodzi. – Włączenie Olofa do całej akcji miało znaczenie militarne, jednak Świętosława cieszyła się też z nawiązania między braćmi relacji.

Chwilę dyskutowali.

– Zwyciężyć to jedno, pytanie: co potem? – Knut widział nieprzychylność i gniew możnych Anglii. – Co z biskupami, ealdormanami, dworem? Nie zgładzimy ich wszystkich.

– Dlaczego nie… - mruknął Olof.

– Biskupa Yorku uczynisz swoim doradcą, córkę możnego weźmiesz za żonę – odrzekła Świętosława. – Znam inne sposoby na regulowanie spraw między królestwami niż topór.

Długo omawiali szczegóły planu. Knut podsumował naradę:

– Wyruszamy latem. Szykujcie się!


W otoczonej zielenią posiadłości w Hampshire matka trzech królów: Anglii, Danii i Szwecji, dumna Sigrid z gnieźnieńskiego państwa, słuchała pieśni młodego skalda. Wymieszane fakty i imiona. Przemilczane uczucia i wymyślone afekty. Tysiące mil poplątanych tras. Wyprostowana, z głową uniesioną wysoko, przymykała niebieskie oczy.

– Napisz jeszcze, że król Knut pojął za żonę wdowę po królu Ethelredzie. I że miał małą Gunhildę i Kanutka – uśmiechnęła się do wnuków – i że rządził dobrze i mądrze. A księżniczki Astrid i Świętosławka udały się w trudną podróż, aby nieść dziedzictwo kobiet bez nazwisk, dawać światu kolejnych królów, wodzów i świętych. Ale czy ktoś w ogóle będzie to czytał i kto w historie te uwierzy…


Długie łodzie wikingów


Zasięg wypraw wikingów


Łodż wikingów w norweskim fiordzie


Rekonstrukcja domów wikingów w Busdorf


Kamień runiczny


Festiwal wikingów (Dania)


Hełmy wikingów


Rekonstrukcja domów wikingów


Detale rękojeści miecza bojowego


Pionek szachowy


Kobiecy nożyk


PODRÓŻ PO GRÓB, CZYLI PODWÓJNE ŻYCIE JAKSY

Rok 1163. Pustynną drogą, gdzieś pomiędzy Jaffą a Jerozolimą, jedzie mały orszak. Wśród podróżnych jest brodaty mężczyzna w polskiej zbroi. Choć żar doskwiera mu niemiłosiernie, a całe ciało poranione ma odparzeniami, nawet przez myśl nie przejdzie mu skarga. Jest rycerzem. Za spalonymi słońcem wzgórzami Ziemi Świętej zachodzi słońce.

Czesław starał się o akademik. Nie dostał. Pozostały codzienne, uciążliwe dojazdy busem. Miechów ostatecznie położony jest tylko 40 kilometrów od Krakowa. W listopadowy, deszczowy „nocowieczór”, nigdy do końca nie oswojony, przez nikogo nieakceptowany, zimny i obcy, Czesław Kański brnął z przystanku obok cmentarza do domu na ulicy Kilińskiego. Miasteczko, na uboczu rzeczywistości, senne za dnia, w ten mroczny wieczór było po prostu upiornie puste. Czasy, kiedy ruch, przedsiębiorczość i wesoła krzątanina były domeną Miechowa, minęły 70 lat temu wraz z tragicznie utraconą wspólnotą żydowską, związaną od setek lat z tym położonym przy granicy zaborów miasteczkiem. Dzieła spustoszenia dokonała obwodnica. Potrzebna i ekologiczna, odciążyła miasteczko z ruchu pomiędzy Krakowem a Warszawą. Przyniosła także efekt uboczny: całkowitą marginalizację i odcięcie od strumienia aut niosącego ruch, wielkomiejskość i co jakiś czas kierowcę, który zatrzymywał auto, aby coś zjeść, kupić lub przespać się w jednym z dwóch miechowskich hoteli. Teraz, w drodze pomiędzy metropoliami, nie da się nawet zauważyć, że mija się Miechów.


Jaksa Serbii książę ukochany - posąg z klasztoru norbertanek na krakowskim Zwierzyńcu

Stary dom, pamiętający czasy wojen napoleońskich, w którym Czesław spędził niemal całe życie, stał blisko Rynku, jednak nieco na uboczu. Wszystkie te miasteczka mają to do siebie, że po wyjściu z rynku, okolonego eleganckimi, piętrowymi małomiasteczkowymi kamienicami, wchodzi się w ulice – wycofane i przygasłe. Jeżeli jarzy się płomyk życia, to nie w tych uliczkach, gdzie w małych domkach o brązowych, zatrzaśniętych bramach włączone telewizory bladą poświatą tłumią fluidy istnienia. Nie inaczej było na Kilińskiego. Mężczyzna nie ściągnął butów, wesoło powiedział „cześć, cześć” do zgromadzonych przy serwisie informacyjnym domowników, porwał z kuchni coś do jedzenia i ruszył starymi schodami do siebie na górę. Zanim włączył komputer, nie wiedział jeszcze, że czekający tam na niego e-mail i związane z nim konsekwencje na zawsze odmienią jego życie i obraz rzeczywistości, jaki zakodowany miał w głowie.

„Szanowny Panie”, czytał Czesław niemieckie, nieco twarde słowa, „otrzymałem pański adres od profesora Schmechela z uniwersytetu w Berlinie, u którego, w minionym semestrze, realizował Pan kurs historii w ramach stypendium Erasmus. Poszukuję osoby do pomocy przy projekcie badawczym pt. Rozwój grodu Köpenick na przestrzeni XII w. w kontekście obecności połabskich plemion Sprewian. Pańska pomoc polegałaby na określeniu – na miejscu, w Polsce – na podstawie zachowanych dokumentów, jaki związek z połabskim księciem Jaxą, władcą grodu Köpenick, miał miechowski rycerz Jaksa Gryfita. Zbieżność nazwisk obu postaci oraz zbieżność czasu historycznego, na który przypadają ich losy, wymuszają konieczność podjęcia wątku miechowskiego rycerza w prowadzonych przeze mnie badaniach. Uprzejmie proszę o kontakt, jeżeli byłby Pan zainteresowany udziałem w projekcie. Z poważaniem dr Helmut Rolke”.

Ciepłe światło lampki stojącej na biurku potęgowało mrok za oknem. W tej nierzeczywistej, jasnej przestrzeni, odgrodzony od dżdżu, ciemności i pustki, wpatrzony w jasny monitor, Czesław przeczuwał, że wkracza w nowe wymiary. Wymiary, w których przedwieczne, gęste puszcze, kryjące zapomniane grody połabskich Słowian, w jakiś sposób łączyły się z losami jego Miechowa. „Oczywiście, z przyjemnością dołączę do projektu”, wystukiwał szybko litery. Poprosił o dosłanie materiałów o projekcie oraz informacji, czego ma szukać. Zaintrygowany i zadowolony, że semestr na stypendium w Berlinie zakończy się być może czymś więcej niż garścią podpisów w indeksie, kliknął ikonę „wyślij”.

Następnego dnia nie miał zajęć. Planował spędzić czas, ucząc się i przygotowując do egzaminów. Studia traktował serio. Na roku był najlepszy. Cieszył się na udział w międzynarodowym projekcje. Wiedział, że protekcję od profesora Schmechela otrzymał nie tylko ze względu na zgodność miejsca zamieszkania z przedmiotem badań, ale przede wszystkim dlatego, że podczas pobytu na stypendium ciężko pracował. Przesiadywał w archiwach i bibliotekach. Jego prace profesor oceniał na piątki, zachęcał do publikacji. Na UJ-ocie też mógł pochwalić się ponadprzeciętnymi osiągnięciami: udziałem w konferencjach, organizowaniem stowarzyszeń, aktywnym działaniem w samorządzie, publikacjami. Czesław nigdy się przy tym nie chełpił i nie wywyższał. Nie był duszą towarzystwa, miał kilku przyjaciół. Był spokojny i wycofany, jak miasteczko, z którego pochodził. Podobnie jak ono nie miał jednak kompleksów.

Pocztę sprawdzał co chwilę. Pośród reklam wypatrywał liter układających się w napis „Helmut Rolke”. W okolicach południa list od berlińskiego doktora historii pojawił się w skrzynce. Oprócz kilku informacji technicznych na temat projektu dr Rolke opisywał przedmiot badań: „Wiek XII stanowił okres krwawych walk pomiędzy rosnącymi w siłę marchiami niemieckimi a ostatnimi plemionami Słowian połabskich. Zamieszkiwali oni ziemie, które dzisiaj wydają się rdzennie niemieckie. Nie zawsze jednak tak było. W roku 1150 Jaxa – młody książę Sprewian, Serbów łużyckich, których gród Kopnik wznosił się na miejscu dzisiejszej dzielnicy Berlina Köpenick – rozbił oddziały margrabiego Albrechta Niedźwiedzia i odzyskał należące do jego wuja księstwo Stodoran.

Kilka lat później Jaxa otrzymał rękę Agapii, córki księżniczki ruskiej Marii i palatyna śląskiego Piotra Włostowica z rodu Łabędziów. O teściu Jaxy mówiono, że podczas morskiej wyprawy zdobył duńskie klejnoty koronne, niektórzy twierdzili nawet, że sam był Duńczykiem. W młodości podstępem porwał księcia Wołodara Rościsławowicza, którego zwolnił w zamian za wielkie skarby. Żeby zadośćuczynić za niecny uczynek, ufundował 77 kościołów i klasztorów, przy okazji rozpowszechniając na Śląsku architekturę romańską. Był wiernym towarzyszem Krzywoustego i bajecznym bogaczem.

Niestety w roku 1157 połabskiego księcia Jaxę dosięgnął podwójny cios. Albrecht Niedźwiedź odebrał mu ziemię Stodoran i na miejscu dawnej stolicy, Brenny, założył miasto Brandenburg. Według niemieckiej legendy Jaxę uciekającego przed Albrechtem pochłonęła rzeczna czeluść, z której wydostał się dopiero, gdy wzywając Chrystusa, obiecał nawrócenie. W rzeczywistości nie mogło tak być, gdyż księstwo Jaxy przyjęło chrześcijaństwo jeszcze za czasów króla Krzywoustego, z którym łączyło go przymierze broni.

W tym samym czasie na Polskę najechał cesarz Barbarossa. Słaby Bolesław Kędzierzawy poddał się niemal bez walki. Stanął przed cesarzem w worze pokutnym i mieczem u szyi, pokornie prosząc o to, by mógł pozostać przy władzy. Na mocy pokoju krzyszkowskiego oddał cesarzowi jako zakładników na dwór w Pradze własnego brata Kazimierza i jedynego syna księcia Jaxy. Po roku syn księcia łużyckich Serbów zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Jaxa nigdy nie pogodził się z jego śmiercią”.

E-mail od doktora Rolkego kończył się prośbą, aby Czesław spróbował ustalić, czy Jaksa Gryfita, XII-wieczny rycerz związany z Miechowem, był spokrewniony z połabskim księciem. Wydawałoby się to prawdopodobne, tym bardziej że w XII wieku słowiańskimi plemionami na Pomorzu władała dynastia książąt z rodu Gryfitów: Racibor I księstwem sławieńsko-słupskim i Warcisław I księstwem zachodniopomorskim. Jeżeli obu mężów: Jaxę-księcia i Jaksę-krzyżowca, łączyły więzy krwi, mogłoby to rzucić nowe światło na zagadnienie losów grodu Köpenick.

Czesław znał Jaksę, tak jak każdy mieszkaniec Poznania rogale świętomarcińskie czy krakowianin – smoka wawelskiego. Refleksja nad średniowiecznym rycerzem zamykała się jednak w szkolnych wypracowaniach opisujących lokalne podania i tradycje. Po szybkim przeglądnięciu literatury przedmiotu zebranej na wiecznie rozbudowywanym, ciężkim od książek regale Czesław postanowił wykorzystać wolne popołudnie na odwiedzenie znajomego księdza. Zbiegł po skrzypiących schodach, zarzucił kurtkę i w kilku susach pokonał dwie uliczki dzielące jego dom od miechowskiej Bazyliki. Pokręcił się wokół zamkniętego o tej porze kościoła, aż przypomniał sobie o kancelarii, położonej na nieodległym Małym Rynku. Zanim skierował się w tamtą stronę, ogarnął wzrokiem pradawną bryłę świątyni. „Może w jej historii tkwi potencjał większy niż na wspominki o lokalnych tradycjach” – pomyślał.

 

Popchnął drzwi piętrowego budynku i znalazł się w pachnącym starym lipowym drewnem wnętrzu. Zapach zawierał w sobie wszystkie drewniane ołtarze, schody i rzeźby świata. Był trochę mroczny i suchy. Jak w kościele. Przeszedł przez skąpo oświetloną, szeroką sień i skierował się do drzwi z napisem „kancelaria parafialna”. Za biurkiem siedział pogodny, szczupły ksiądz w średnim wieku, dawny katecheta Czesława. Mężczyzna nie wiedział, czy ksiądz Świrszczyński, z otwartym brewiarzem, ramą okna w tle, przez które sączył się trupi, niebieski poblask listopadowego popołudnia, i czarną plamą habitu, zdaje sobie sprawę, że mógłby stanowić natchnienie dla naśladowców El Greco. Zamiast swojego spostrzeżenia przedstawił księdzu cel wizyty. Może w księgach kościelnych znajdą się dokumenty dotyczące rycerza Jaksy Gryfity, które stanowić mogłyby wkład w badania dr. Rolkego.

Kapłan, zadowolony, że ma pretekst do oderwania się od biurka, zaproponował, że pokaże Czesławowi najważniejszy z dokumentów. A że lubił ruch, a tekst brewiarza przeczytał już pięć razy, szybko wyskoczył na środek sali, nakleił na zewnętrznej framudze karteczkę „jestem w kościele” i ruszył do jednych z drewnianych drzwi ukrytych w mrocznej sieni. Czesław podążał za nim. Droga wiodła przez korytarze, podworce i bramy. W tym czasie wesołym głosem Świrszczyński opowiadał historię sprzed 800 lat, tak jakby relacjonował wczorajszy odcinek „Sherlocka”.

– I wiesz, on zorganizował zastęp jeszcze kilku rycerzy. Przez Wenecję szli. Później musieli płynąć morzem, bo trasa lądowa, przez Anatolię, była opanowana w tym czasie przez Turków. W Wenecji stanęli przed koniecznością zorganizowania statku, który przewiózłby ich i konie. To były niesamowite koszty. Mogli konie wynająć lub kupić na miejscu, w Królestwie Jerozolimy, ale było to jeszcze droższe. Cena konia równała się prawie połowie kilograma srebra! Któregokolwiek rozwiązania Jaksa by nie wybrał, musiał być niezwykle bogaty. Ale konia mieć musiał. Rycerz nie może biegać piechotą. To uwłacza jego godności. Sama wyprawa morska obarczona była ryzykiem utraty życia, a w najlepszym wypadku całego majątku. Piractwo na szlakach pomiędzy Europą a brzegami Bliskiego Wschodu, szczególnie w okolicach Cypru, było bardzo rozpowszechnione. W pewnym sensie Jaksa przecierał szlak morski, który dopiero w III wyprawie krzyżowej, czyli ponad 20 lat po naszym rycerzu, stał się bardziej popularny. To nie była taka sobie wycieczka. Żadna wyprawa do Ziemi Świętej nie była zwykłą wycieczką. To przede wszystkim była wyprawa Jaksy w głąb samego siebie. Wyprawa, aby zmądrzeć i zmężnieć. Aby znaleźć Prawdę.

– I znalazł ?

– Tak. Zobacz. – Ksiądz uchylił drzwi i ku zdziwieniu słuchacza znaleźli się nie, jak podejrzewał Czesław, w archiwum kościelnym, lecz w krużgankach Bazyliki. Przed nimi był Grób Boży. Czesław uklęknął. Widok Grobu był tak znajomy jak widok własnego ogrodu. Kamienna dolna część z malutkim wejściem przywodziła na myśl dawne, piastowskie starania o ducha chrześcijaństwa. Szorstkość kamienia i prostota bryły wynurzały się z pradziejów, na zawsze oddzielając modlących się tu ludzi od pogańskich bałwanów. Górna część jakby nie pasowała do podstawy. Lekka, renesansowa konstrukcja zwieńczona krzyżem bożogrobców była jednak wierną kopią Jerozolimskiego Grobu Bożego z przełomu wieków XIV I XV.


Portret Jaksy z bazyliki w Miechowie

– Chciałem pokazać ci dwa groby. Ludzie, szukając różnych ważnych spraw, szperają i węszą. Gonią za niuansami i szczegółami, a gubią to, co najważniejsze. Chciałbym ci oszczędzić tego etapu badań. Zanim weźmiesz do rąk różne dokumenty o Jaksie, musisz zrozumieć najważniejszy cel jego działań. To prawda o zbawieniu ukryta w tym Grobie. – Ksiądz usiadł na drewnianej ławeczce pod ścianą. Czesław dosiadł się i ciekawie nadstawiał ucha. Niby wszystko to wiedział, lecz mail niemieckiego naukowca w zupełnie nowym świetle stawiał słowa księdza.

– Rycerz Jaksa Gryfita żył po to, aby w Miechowie powstał ten Grób, przy którym siedzimy. Nie ma zbyt wiele informacji o samej podróży. Wiem, że w roku 1163 w tym miejscu, w maleńkiej wiosce, jaką był wtedy Miechów, stanęła wierna kopia Grobu Pańskiego. Jaksa z wyprawy życia, z wyprawy do pustynnej Ziemi Świętej, przywiózł pamiątkę – dzieło, które przeżyło jego, najazdy tatarskie, potop szwedzki, rozbiory, wojny światowe, komunizm. Niezmiennie świadczy o potędze Zmartwychwstania. Siła zbawienia, poprzez śmierć złożonego tu Boga i Jego zmartwychwstanie, promieniowała na cały Miechów i Polskę. I to jest najważniejszy dokument na temat Jaksy, jaki mogę Ci pokazać: kopia Bożego Grobu prosto z XII-wiecznej Jerozolimy ukryta w krużgankach świątyni tego naszego niedocenianego miasteczka – dziedzictwo sprzed 800 lat. I choć Grób wielokrotnie był przebudowywany i restaurowany, to istota tego dziedzictwa trwa do dziś.

Czesław, choć idąc na spotkanie z księdzem, liczył na średniowieczne dokumenty, docenił ten wykład. Nagle bowiem uświadomił sobie, świadkami jak ważnych spraw są on, Miechów i ten kościół.

– A drugi grób?

– Drugi grób to grób krzyżowca. Chodź! – powiedział ksiądz i wstał z ławki. – Jak wiesz, Polska nie uczestniczyła w wyprawach krzyżowych. Jednak od każdej reguły są wyjątki. To grób rycerza Jaksy. Jego wyprawa była małą wyprawą krzyżową. Choć na czas jego pobytu w Jerozolimie przypadł okres pokoju, to nie zmienia to faktu, że był krzyżowcem. Ciekawe, ilu krzyżowców mamy w Polsce? Może, Czesławie, kiedyś to zbadasz?

W odpowiedzi Czesław tylko się uśmiechnął. Ksiądz wskazał na ciemną płytę wmurowaną w ścianę bazyliki, tuż przy wejściu na krużganki. W górnej części tablicy znajdował się mały, owalny, zamknięty w złotą ramę portret.

– A może wie ksiądz, czy Jaksa miał zachodniosłowiańskie pochodzenie? Czy miał rodzinę na zachodzie? Czy mógł być spokrewniony z połabskim księciem?

– Nie mam pojęcia. I chyba wszystko, co o Jaksie wiedziałem, to już ci przekazałem. Jest jeden inżynier w Krakowie. Miechowianin z dziada pradziada. Kopalnia informacji o wszystkim, co związane z naszym miastem. On z pewnością da ci jakieś wskazówki bibliograficzne. Dam mu znać o twoim projekcie.

– To nie mój projekt, tylko berlińskiego uniwersytetu. Ja tylko kompletuję informacje o Jaksie.

Świrszczyński wyciągnął komórkę i przez chwilę cicho rozmawiał. Gdy skończył, powiedział do Czesława:

– Pan Wiśniewski prosił, aby dać ci jego numer.

Czesław wpisał dziewięć cyfr do telefonu. Chwilę jeszcze pogadali, następnie pożegnali się. Ksiądz wypuścił Czesława bocznym wyjściem z Bazyliki.

W trakcie powrotu do domu wykonał telefon do inżyniera. W kilku słowach umówili się na następny dzień. Plan miał gotowy. Dziś nie będzie się już uczył. Najpierw poszpera w internecie, aby przygotować się do jutrzejszego spotkania. Napisze też do doktora Rolkego z prośbą o przesłanie dotychczasowych wyników badań. Następnie – czuł, że musi to zrobić – założy blog. Nigdy nie miał potrzeby prezentowania swoich pomysłów i działań w internecie. Tym razem było inaczej. W czasie spotkania z księdzem doznał uczucia, że badania, które zaczyna prowadzić, będą musiały przekroczyć próg „ja”, przekroczyć granicę relacji księga – badacz. I to nie tylko dlatego, że przyłącza się do międzynarodowego projektu, ale przede wszystkim dlatego, że przedmiot badań – i to właśnie uświadomił sobie w zakończonej właśnie rozmowie – jest wspólnym dobrem, wartością, która czeka na rozpoznanie i rozdystrybuowanie. Choćby jedna osoba miała dowiedzieć się o Jaksie z Miechowa – uzna swój cel za zrealizowany.

Aby dojść do gabinetu Lucjana Wiśniewskiego, docenta technicznej uczelni, trzeba było pokonać lastrikową klatkę schodową z licznymi oknami – kręgosłup budynku, w typie tych spotykanych wyłącznie w państwach byłego bloku wschodniego. Niby modernistyczny i dobrze zaprojektowany. Z korytarzami ciągnącymi się w nieskończoność, z luksusowo wielką liczbą ułożonych horyzontalnie, fatalnych jakościowo – jak wszystko w tym obiekcie – okien, które jako pierwsze podlegają wymianie, jeśli tylko budynek tego typu doczeka się renowacji. Taki korytarz przemierzał Czesław, odczytując tabliczki przy drzwiach prowadzących do za małych gabinetów. Nawet powietrze w tym budynku było specyficzne, przenosiło oddychających nim ludzi wprost do lat 70. Czesław tej epoki nie mógł pamiętać, gdyż urodził się dwie dekady później, lecz w tym budynku łatwo mógł sobie ją wyobrazić. Przystanął przy tabliczce z napisem „inż. Wiśniewski” i zapukał w białe, błyszczące tanią olejną farbą drzwi.


Średniowieczna wizja świata zilustrowana na XIII-wiecznej mapie. W centrum świata Jerozolima, cel podróży księcia Jaksy

Mężczyzna, który powitał go mocnym uściskiem dłoni, równie dobrze mógł być w wieku jego ojca, jak i dziadka. Nieokreślony wiek zmumifikowanego pracownika naukowego.

– Wejdź, wejdź, Czesławie.

Student nie pamiętał, aby przechodzili na „ty”.

– Co słychać na Kilińskiego? Czy dziadek wciąż łowi pstrągi w Cichej?

„Faktycznie inżynier dość dobrze zna realia miechowskie” – pomyślał Czesław. Bąknął coś w odpowiedzi i przeszedł do sedna. Opisał temat badań i poprosił o wskazówki bibliograficzne, pomocne w ustaleniu pokrewieństwa księcia i rycerza. W zamian otrzymał pytanie:

– Byłeś już przy grobie?

– Tak, i przy Grobie Bożym, i przy grobie Jaksy. W sumie to nie raz…

– Zastanowiło cię, jaki skarb posiadamy?

– Pierwszy raz, tak naprawdę, doceniłem to wczoraj, podczas rozmowy z księdzem.

– Znasz zapewne fascynującą historię kopii Bożego Grobu w Miechowie?

Czesław znów odpowiedział na pytanie w nieartykułowany sposób. Oczywiście, że coś tam wiedział, wczorajsza kwerenda w internecie zdecydowanie poszerzyła tę wiedzę. Chciał jednak posłuchać, jak losy Jaksy Gryfity postrzega człowiek zanurzony w miechoviana.