Nie ufaj mi

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Joanna Kruszewska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Korekta

Maria Buczkowska

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Skład i łamanie

Maciej Martin

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66481-05-3

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Nienawidził mroku, czuł się wtedy osaczony, tak jakby pełzające po podłodze cienie zaczynały powoli wyciągać do niego swoje lepkie macki. Chciały go wciągnąć w tę ciemność, zabrać ze sobą. Znajome przedmioty przybierały złowrogi wygląd, przestawały cieszyć pięknem, idealnym zarysem kobiecych sylwetek.

Odsunął się w kierunku otwartych drzwi i stanął niepewnie w smudze światła. Czasami pomagało; udawało mu się wtedy pozbyć złudzenia, że drobne dłonie wyciągają się po niego, a zakrzywione palce usiłują złapać choćby najdrobniejszy fragment jego ubrania.

Patrzyła na niego z niemym wyrzutem. Nawet z tej odległości był w stanie dostrzec zarys delikatnej, drobnej twarzy. Światło ulicznej latarni rzucało pomarańczową poświatę na policzki i idealnie wykrojone usta, on zaś miał wrażenie, że za chwilę zaciśnie wyciągnięte w jego stronę w błagalnym geście dłonie w pięści. Że złudny urok zamieni się nieoczekiwanie w nieokiełznaną furię, tak jakby mrok nocy wydobywał to, co najgorsze, potęgując niepokojące wrażenie.

Nadszedł czas na pokutę.

Nie wiedział jednak, czy już jest na to gotowy.

Zatrzasnął drzwi. Jeszcze nie. Możliwe, że zastanowi się nad odkupieniem. Możliwe, że nawet już krystalizował mu się w głowie konkretny plan.

***

Rutyna. Prędzej czy później każdy w nią wpada. Trochę w tym poczucia bezpieczeństwa, trochę asekuranctwa, nieco złudnej stabilizacji, która wykonywaną codziennie o tej samej porze czynnością daje świadomość czegoś, co pewne. Stałe i niezmienne.

Najpierw środkowa, fioletowa poduszka ląduje na fotelu, w którym tego wieczoru nikt już nie usiądzie, na niej układane są równo dwie, nieco mniejsze, w delikatnym odcieniu szarości. Rolety powoli się opuszczają; najpierw okno najbliżej ściany, w następnej kolejności środkowe, wreszcie to najdłuższe, od drzwi balkonowych. Zwyczaj, który karze zasłaniać wieczorną krzątaninę, pozostał, mimo że dom stojący naprzeciwko niezmiennie jest ciemny, cichy. Nie było w nim jeszcze nikogo, kto powodowany ciekawością zaglądałby w okna sąsiadów, chociażby krótkim, przelotnym zerknięciem. Budowa rozpoczęta kilka lat temu utknęła w martwym punkcie niedokończonych, pustych przestrzeni, które miały przecież wypełniać rozświetlone okna. Na podjeździe, nieużywanym od lat, zaczęły już dawno rosnąć chwasty, ich długie, zdrewniałe badyle sprawiały wrażenie dodatkowych zabezpieczeń przed wścibskimi oczami przejeżdżających główną ulicą.

Rutyna. Codzienne spojrzenie w te puste okna naprzeciwko i niezmienny żal, że sypialnia została usytuowana akurat w tym pokoju.

Przegarnęła włosy z czoła. Upał tego roku nie dał odetchnąć ani na chwilę. Letnie miesiące od rana do wieczora wypełniał lejący się z bezchmurnego nieba żar i próżno było szukać wytchnienia. Na nocnej szafce po stronie Marka zalegały puste butelki po wodzie. Wzruszyła z rezygnacją ramionami i zaczęła zgniatać plastikowe opakowania jedno po drugim.

To również należało do wieczornego rytuału. Idąc na górę, musiała pamiętać, żeby wziąć ze sobą napełnioną, dobrze schłodzoną butelkę wody z lodówki. Następnego dnia, opróżnioną, zabierała z powrotem. Marek nie miał do tego głowy. Gdy już się położył do łóżka, żadna siła nie była w stanie go podnieść. Nieważne, czy trzeba było jeszcze sprawdzić piec, czy dopilnować drzwi lub włączenia alarmu. Patrzył na nią umęczonym wzrokiem konającego, brał delikatnie jej dłoń i stwierdzał, że nie da rady. A ona przecież młodsza. On był cały dzień w pracy. Ona pewnie miała o wiele więcej możliwości, żeby odpocząć. Jutro, obiecywał. Jutro będę pamiętał. Zanim się położę do łóżka, wszystko sprawdzę, wezmę wodę i o niczym nie zapomnę, zobaczysz.

Świadomość, że ma obok siebie kogoś, kto należycie o niego zadba, kazała mu jednak następnego dnia beztrosko zapominać o złożonych obietnicach i wszystko powtarzało się od nowa. Rano zaś zrywał się po kilku ustawionych w telefonie drzemkach, w pędzie zbiegał na dół, łykał kawę, złorzecząc, że za gorąca, po czym cmokając żonę przelotnie w policzek, odmeldowywał się z domu.

Bo przecież puste butelki po wodzie same się również wyniosą. Lodówka w niewytłumaczalny sposób zapełni się po brzegi, dom będzie błyszczał i pachniał, wiadomo, że śmieci w odpowiednim momencie trafią tam, gdzie trzeba. Kurze się wytrą… Chociaż… Agata zgniotła kolejną butelkę, zastanawiając się poważnie, czy jej mąż zdaje sobie w ogóle sprawę z domowych obowiązków. Czy wie o istnieniu czegoś takiego jak kurz, który gromadzi się bezlitośnie na wszystkich powierzchniach, i o prozaicznej konieczności pozbywania się go raz na jakiś czas. Chyba nie wiedział. Z nosem wodzącym właściwie bez przerwy po ekranie laptopa, dłonią przewracającą kartki kolejnych notesów mruczał raz na jakiś czas: Aguś, później, poczekaj, zrobię.

Najpierw walczyła, potem dała sobie spokój. Jest jak jest i tyle. Jeden skupia się bez reszty na pracy, drugi zaś stara się ogarnąć otaczającą rzeczywistość i uczynić ją w miarę znośną, przyjazną, spokojną.

Westchnęła cicho i wyciągnęła z szafy stertę prasowania. W takie dni jak ten, gdy nogi w kostkach były wyraźnie obrzmiałe, a kręgosłup odzywał się lekkim ćmieniem, przemożna chęć, żeby rzucić wszystko w cholerę i położyć się chociaż na chwilę w ogrodzie, zdawała się górować nad innymi potrzebami. W takie dni Agata miała żal. Do całego właściwie świata; trochę do siebie, trochę do córki, która pomimo wakacji niekoniecznie garnęła się do pomocy. Osoba, która generowała największą część rosnącej w Agacie irytacji, zasiadła sobie tymczasem zupełnie nieświadoma, z cichym westchnieniem ulgi przed telewizorem. Wszak zmęczonemu po całym dniu pracy odpoczynek zasłużony należy się jak przysłowiowemu psu buda. Nie po to przecież człowiek pracuje, zarabia na dom, na wakacje i wyjazdy w środku zimy do najcieplejszych miejsc na świecie, żeby po powrocie do domu nie móc sobie spokojnie odpocząć. Przecież to jasne jak słońce.

Agata przysiadła na szczycie schodów. Kilka głębokich wdechów i wydechów; spomiędzy ułożonej na kolanach sterty upranych ubrań wysunęła się jej bordowa koszulka na ramiączkach. Agata poprawiła resztę rzeczy i sięgnęła dłonią. Miękki materiał delikatnie przesuwał się w palcach, pieścił ciało. W upalny dzień nie dopuszczał skwaru słońca, lekko chłodził. Przymknęła oczy i przysunęła bluzkę do policzka, na siłę przywołując wspomnienia z ostatniego wyjazdu. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej nie interesowało jej, co przygotować na obiad, czy lodówka świeci pustkami. Wystarczyło podejść, nałożyć sobie na talerz dowolną ilość różnorodnych, smakowitych kąsków, zjeść, a później spędzić większość czasu na pięknie piaszczystej plaży. Granatowe leżaki zapraszały już od samego rana, więc niejako obowiązkiem było z nich skorzystać. Agata wstawała pierwsza, ubierała się szybko i po śniadaniu pędziła z książką na plażę. Dopiero po dwóch godzinach reszta rodziny machała jej ospale z balkonu, koło południa pojawiali się oboje i zajmowali miejsca obok niej.

Westchnęła i otworzyła oczy, uśmiechając się lekko. Pomogło. Żal gdzieś powoli odpłynął unoszony wspomnieniem greckiej, turkusowej wody, która zabrała ze sobą złość i chwilowo pozwoliła Agacie odetchnąć głębiej, ba, nawet wywołała delikatny uśmiech. Takie to niby proste. Odciąć się od żalu, myśli skanalizować w zupełnie innym kierunku, nie pozwolić rozrastać się goryczy, która przewrotnie potrafiła przywoływać kolejne powody, by zapłonąć mocniej, ogarnąć więcej. Z zakamarków umysłu chytrze wyłapywała tylko to, co sprawiło kiedyś przykrość, kolejne drewno do płonącego stosu rozgoryczenia. Zapomniane urodziny, wyjazd służbowy wtedy, gdy na świat pchała się Martyna, wszystkie większe i mniejsze przewinienia męża, których nazbierało się przecież mnóstwo w trakcie tych kilkunastu lat. Wystarczyło zacząć myśleć o czymś innym, nie pozwolić ogarnąć się obezwładniającemu poczuciu poszkodowania i irracjonalny w gruncie rzeczy żal odpływał. Jest dobrze. Oczywiście, że mogłoby być lepiej. Jednak również mogło być gorzej.

Zeszła powoli po schodach. Pozbyła się pustych butelek, rzuciła stertę ubrań na kanapę, przed telewizorem rozstawiła deskę i zerknęła na męża. Wiadomości z kraju i zagranicy pochłaniały go bez reszty, wejście Agaty zarejestrował, bo żelazko zaczęło mu zasłaniać róg telewizora, więc przesunął się nieznacznie w fotelu. Tak jakby prezenter miał jeszcze jakiś ukryty przekaz; jakby mimiką twarzy donosił o czymś dodatkowym, niezwykle ważnym; oprócz słuchania należało się w niego wpatrywać, i to wyjątkowo uważnie, a nuż coś umknie.

 

Wzruszyła ramionami i zabrała deskę z mężowskiego pola widzenia, jej wystarczało w zupełności, że słyszała. Marek oglądał i słuchał, oddając się temu całkowicie, prawie nie mrugając. Tak jak wszystkiemu zresztą. Jeżeli podejmował się jakiegoś zadania, wykonywał je perfekcyjnie i błyskawicznie.

Lata dziewięćdziesiąte stanowiły wyśmienitą okazję do stworzenia małego przedsiębiorstwa, które z roku na rok, mimo przemian gospodarczych, rosło w siłę, aż stało się dzisiaj jedną z najprężniej działających firm budowlanych. Marek posiadał wszystkie cechy dobrego przedsiębiorcy, jedną z nich była wyjątkowa sumienność. Może dlatego zaszedł tak wysoko?

Zerknęła na zmarszczone czoło męża; w skupieniu łowił wieczorne informacje. Rozłożyła bluzkę i automatycznie zaczęła przesuwać po niej żelazkiem. Jeszcze żeby rzeczywiście było co oglądać. Pesymista po zapoznaniu się z najnowszymi doniesieniami mógł pędzić po ostre narzędzie w przekonaniu, że niczego dobrego już się na tym świecie nie doczeka, po co więc przedłużać te męki? Optymista markotniał i pozbywał się lekkiego półuśmiechu. Marek… Do jakiej kategorii można by go właściwie zaliczyć? Prezentował najprawdopodobniej złoty środek, realnie przyglądał się wszystkiemu i szacował.

Spojrzała w ekran i znieruchomiała.

Pomiędzy mikrofonami zobaczyła uśmiechniętą twarz. Mężczyzna kiwał głową, od czasu do czasu przejeżdżał dłonią po i tak już zmierzwionych blond włosach i cierpliwie odpierał grad pytań spadających na niego z każdej strony.

– Wyrok sądu jest prawomocny, Adam Matar został oczyszczony z zarzutów – relacjonowała na żywo dziennikarka. – Przypomnijmy zatem, najpierw zaginięcie, później długie poszukiwania żony, w które zaangażowana była cała Polska i które nie przynosiły efektów. Dopiero przypadkowe makabryczne odkrycie, jakiego dokonano podczas budowy basenu na jednej z sąsiadujących działek, postawiło sprawę i udział w niej Adama Matara w zupełnie innym świetle. W związku z brakiem dowodów i prowadzonym procesem poszlakowym oraz brakiem naocznych świadków zdarzenia zarzuty oddalono.

Znała tę twarz. Uśmiech, który naznaczył przy oczach delikatne siatki zmarszczek.

– Agata!

– Co? – Odwróciła się do męża, przytomniejąc.

– Palisz bluzkę. – Wskazał palcem dymiącą lekko tkaninę. – Coś się stało?

– Nie. – Odstawiła powoli żelazko i rozłożyła w dłoniach zniszczony materiał. Nie nadawał się już do niczego. I pomyśleć, że znowu Adamowi udało się coś zniszczyć.

– Jakoś zbladłaś. – Marek wyłączył telewizor i przyjrzał jej się uważnie.

– To przez upał. – Dlaczego właściwie nie mogła mu powiedzieć, że doskonale zna tego faceta, przeciwko któremu zakończył się właśnie proces? Dlaczego nie miała ochoty wyznać własnemu mężowi, że jej dobry znajomy najprawdopodobniej brutalnie pobił, a później zamordował własną żonę?

– Napij się. Zawsze powtarzam, że pijesz za mało wody. Wcale się nie dziwię, że bledniesz, kręci ci się w głowie i źle się czujesz. – Pokiwał głową. – Woda to podstawa, podobno w naszym wieku, o przepraszam, w twoim, powinno się pić przynajmniej dwa i pół litra płynów. A ty?

– Nadrabiam kawą.

– Kawa nie nawadnia. Kawa sieje w twoim organizmie spustoszenie, powinnaś o tym wiedzieć. A poza tym mało jesz – skwitował wreszcie, przyglądając się krytycznie jej nogom. Krótkie spodenki odkrywały dużo, ale to, co było widać, bardzo Agacie odpowiadało. Urlopowa opalenizna utrwalana na leżaku w przydomowym ogrodzie prezentowała się wyjątkowo; ciemny, jednolity brąz cudownie podkreślany przez jaskrawe, krótkie spódnice czy spodnie. Agata mogła krytycznie oglądać się w lustrze i stwierdzać, że to już ostatni moment, kiedy może beztrosko pokazywać światu tak wiele. Z roku na rok sukienki będą się coraz bardziej wydłużać, a ona swego wyglądu będzie się po prostu wstydziła. Ale teraz? Po raz pierwszy, od kiedy pamiętała, była z siebie zadowolona. Może wraz z wiekiem spadają wymagania? Kto wie?

– Tak, kochanie. – Przysiadł obok niej, zdjął z deski wyprasowany T-shirt Martyny i zaczął go składać. – Jesteś, jakby to powiedzieć… – przez chwilę szukał właściwego słowa – odrobinę za szczupła. Widziałaś Renatę? W stroju kąpielowym wyglądała jak prawdziwa kobieta, krągłości, gdzie trzeba.

– Gdzie nie trzeba też. – Agata skrzywiła się lekko i podała mu następną koszulkę. Renata, rzeczywiście, wzór do naśladowania. Druga żona ich znajomego.

– Przesadzasz. – Wzruszył teraz delikatnie ramionami i podał żonie swoją koszulę. Sterta prasowania powoli malała. – Ma po prostu kobiece kształty.

– Możliwe – mruknęła wreszcie z rezygnacją. Nie było sensu przekonywać Marka do tego, co kobiece, a co nie. Według niej, gdyby tylko Renacie zabrać z niektórych miejsc kilka nadprogramowych kilogramów i przefarbować ciemną czuprynę na blond, do złudzenia mogłaby przypominać Dolly Parton. Słodka twarz, duże oczy, ale najważniejsze – biust w rozmiarze słusznego D. Możliwe, a raczej najbardziej prawdopodobne, że właśnie to ostatnie tak czarowało Marka.

– A widzisz. – Wyraźnie się ucieszył. – Sama widzisz, kobieta musi mieć na czym usiąść, musi mieć czym oddychać, to podstawa. A ty za mało, jak na mój gust, jesz, wiecznie te owsianki, mogłabyś zjeść ze mną raz na jakiś czas…

Wyłączyła się. Doskonale wiedziała, co mogłaby jeść. Jajecznicę, smażony boczek, czasem tosty. Więcej ziemniaków, więcej sosu. Najlepiej wszystkiego więcej. W subtelny lub nieco mniej subtelny sposób raz na jakiś czas Marek wypominał jej różne rzeczy. Do pewnego momentu bawiły ją narzekania, że jest za chuda. To było takie nietypowe. Większość mężczyzn sugerowała żonom otwarcie własnego zakładu wulkanizacji (bo opony), lub pokazywała niewybredne memy, wyszperane w internecie. Marek wręcz przeciwnie. Teraz jednak zaczynało ją to już irytować.

– Nie słuchasz mnie – dotarł do niej pełen wyrzutu głos. – Jak zwykle.

– Wręcz przeciwnie, słucham.

– Nie będę się teraz zabawiał z tobą w gierki słowne i sprawdzania. – Podniósł się lekko, odkładając część prasowania. – Tylko zapytam jeszcze raz – zrobić ci herbatę? Kanapki będą na kolację.

– Zrobić. Dziękuję.

– Proszę. – Cmoknął ją w czoło i uśmiechnął się lekko. – I daj już sobie spokój z tym prasowaniem, bo padniesz.

– Samo się nie uprasuje.

– Samo nie, ale masz jeszcze pomocnika w domu, zapomniałaś? Martyna!!! – ryknął w kierunku schodów.

***

Dobrze znane odgłosy domu dzisiaj nie były w stanie ukołysać, nie pomagały szybciej przywołać snu. Wyjątkowo przeszkadzało jej ciche postukiwanie w rurach, delikatne tykanie zegara; irytował szelest liści rozkołysanych łagodnym wiatrem. Najbardziej jednak denerwowała Agatę znajoma twarz, która po tylu latach znowu na dobre zagościła w jej myślach. Za każdym razem, gdy tylko zamykała oczy, przesuwał się jej pod powiekami radosny uśmiech; lekko zmrużone, niebieskie oczy patrzyły otwarcie i szczerze.

Szlag by to trafił. Odsunęła na bok wygrzane prześcieradło, paliło skórę niemal w równym stopniu co gruba pierzyna, zerknęła na posapującego cicho Marka i wyszła z sypialni.

Gdzie są stare kartony? Te z pamiątkami z wyjazdów, rzeczami, które żal było wyrzucić. Pudła pełne zdjęć ze zbyt odległej, a przede wszystkim oddzielnej przeszłości, dlatego nikt ich za bardzo nie chciał oglądać. Spojrzała w kierunku strychu. Czy tam powyrzucała to wszystko, obiecując sobie, że kiedyś posegreguje i pozbędzie się niepotrzebnych rzeczy? Czy może raczej zalegały w piwnicy, gdzie Marek tuż obok garażu wstawił regał z dużą ilością półek?

Nie, piwnica raczej odpadała. Zbyt wilgotno. Na litość, sapnęła w duchu, przeciągając dłonią po spoconym karku. Nie będzie przecież łazić po strychu o drugiej w nocy, nie będzie przekopywać się przez sterty papierów, bo pewnemu panu zachciało się wyskoczyć nagle jak wrednemu diabłu z pudełka. Poza tym grzebanie w przeszłości nie miało najmniejszego sensu, bardzo przepraszam, czas spania, a ty mnie, Adamie, już tak nie obchodzisz jak kiedyś.

Kłamała sama przed sobą. Jak bowiem można nie interesować się jednym z dwóch mężczyzn, których miała w życiu? Tym bardziej że to Adam był tym pierwszym. Przez chwilę wydawało się nawet, że jedynym.

Agata zeszła powoli do kuchni. Nalała sobie wody i usiadła z cichym westchnieniem na stołku. Jak to możliwe, że przegapiła wcześniejsze doniesienia? Może gdyby uważnie śledziła wiadomości, zauważyłaby, przecież podobno w poszukiwania była zaangażowana cała Polska. Poza tym dlaczego go oskarżono? Owszem, ludzie się zmieniają, ale idealiści, którzy w każdym będą w stanie dopatrzeć się pierwiastka dobroci, raczej pozostają wierni swej wyjątkowej naturze. Taki był. Wiecznie uśmiechnięty, usłużny; w każdej, nawet najgorszej sytuacji potrafił znaleźć mnóstwo plusów. I się ich trzymał. Ostoja łagodności, spokoju i opanowania.

Przysunęła sobie laptopa. Czasami bałaganiarstwo Martyny miało swoje dobre strony; coś pozostawione w przypadkowym miejscu mogło się przydać komuś innemu. Agata uśmiechnęła się pod nosem i po chwili już logowała na swoje konto. Cud po prostu. Jakiś czas temu do najprostszego wyszukiwania trzeba było zatrudniać detektywa. Teraz wystarczyło kliknąć parę razy, wpisać odpowiednie nazwisko i po chwili ładowało się mnóstwo wyników. W zdjęciach i najbardziej szczegółowych informacjach można było przebierać jak w ulęgałkach. Ludzie spieszyli donosić o narodzinach, rocznicach, imieninach, urodzinach, pysznej kawie, czyjejś śmierci, drzemce kota i milionie innych rzeczy poprzeplatanych ze sobą bez ładu i składu, oczekując na odzew; ilość kciuków w górę, jeszcze lepiej serduszek, uśmiechów, życzliwych komentarzy. Agata przez chwilę zaglądała na konta różnych użytkowników. Adam miał nietypowe nazwisko, więc dość szybko odnalazła właściwy profil.

Charakterystyczne dla niego było, że wybrał na zdjęcie w tle lekko melancholijny krajobraz ukochanych jezior; fotograf najwidoczniej siedział na dziobie łodzi, bo niewielki jej fragment załapał się w kadr. Z profilowej fotki patrzyły na nią doskonale znajome oczy, w kącikach których czaił się uśmiech. Przejrzała kilkanaście zdjęć. Proszę, państwo Matarowie doczekali się uroczej dziewczynki, łudząco podobnej do Adama. Agata westchnęła cicho. Zawsze chciał mieć córeczkę, nigdy nie wspominał o synu, marzył o dziewczynce. I się doczekał. Na dodatek małej, własnej kopii. Poczuła się nagle jak podglądacz. Weszła na stronę główną profilu, ciekawa, kiedy ostatnio umieścił jakiś post. Nagle, mimo upału, poczuła, jak włosy na rękach lekko się unoszą, po chwili przez całe ciało przebiegły dreszcze, a ona mimo obrzydzenia nie była w stanie przestać czytać.

„Zabójco, obyś zgnił w piekle, nie ma dziś sprawiedliwości”.

„Jak się czułeś, gdy krzyczała? Dobrze ci było?”

„Najgorsze szumowiny zawsze się wywiną jak oślizgłe robaki”.

„Samemu sobie zacznij już strugać krzyżyk, morderco, idziemy po ciebie”.

Agata oderwała wreszcie wzrok od monitora. Zamknęła oczy i zaczęła mocno pocierać dłońmi ramiona. Dlaczego ludzie wypisują takie rzeczy? Na litość, nie wiedzą przecież, wydają wyrok, nie mając pojęcia, kto zawinił i dlaczego. Nagle zaroiło się od sędziów i katów gotowych wymierzać sprawiedliwość na własną rękę. Oko za oko, ząb za ząb, tłuc jak najdotkliwiej; nieważne, że słowami, nieważne, że anonimowo. Dzięki temu przecież zupełnie bezkarnie.

Nie patrząc już na żaden wpis, wylogowała się szybko i zamknęła laptopa. Zerknięcie na profil Adama w zamierzeniu miało jej pomóc jakoś uspokoić ciekawość i pozwolić zasnąć, teraz jednak wiedziała doskonale, że czeka ją nieprzespana noc. Otarła policzki; nie wiadomo kiedy potoczyły się po nich łzy. Agata widziała w adresacie tamtego młodego chłopaka, który… zupełnie nie pasował do tych wszystkich oszczerstw. Dotkliwych, paskudnych.

***

– Okulary niewiele ci pomogą. – Uważne spojrzenie lustrowało twarz Agaty z dołu do góry. – Albo masz za sobą wyjątkowo upojną noc, w co, znając Marka, szczerze wątpię, albo gdzieś cię poniosło i balowałaś do białego rana. Przyznaj się.

– Aż tak widać? – Agata położyła torebkę i zapadła się w fotelu.

– Widać. No, słucham.

– Nie będę ci się spowiadać.

– A proszę bardzo. – Natalia uniosła obie dłonie w geście poddania. – Nie spowiadaj się, chciałam ci właśnie zaproponować, żebyś zabierała się stąd w cholerę, bo dzisiaj ludzi jak na lekarstwo i nie ma sensu siedzieć nam tu wszystkim i pić kawę za kawą. Ale proszę bardzo, nie chcesz się spowiadać, nie spowiadaj.

Po sekundzie już jej nie było. Agacie mignął tylko motyl wytatuowany na opalonym karku. Dodawał skrzydeł swojej właścicielce w sytuacjach, kiedy należało się zmyć wyjątkowo szybko, ponieważ na przykład w drzwiach pojawiała się szczególnie roszczeniowa klientka. Natalia wzruszała ramionami i mruczała pod nosem, że wróżką to ona nie jest, szkoły magii nie kończyła, a na świecie nie istnieją żadne moce, które mogłyby naprawić to, co Stwórcy nie wyszło. Po czym znikała, nawet nie wymawiając się żadnym innym zajęciem. Jako wspólnik była jednak nieoceniona. Szorstka, konkretna. Z intuicją i pomysłami jak nikt.

 

Zamysł otwarcia własnego salonu kosmetycznego wyjątkowo nie przypadł Markowi do gustu. Początkowo stwierdził, że to zupełnie nie ma sensu. Przecież Agata nie musi pracować, może się zająć domem, Martynką, może zajmować się właściwie tym, czym chce, ale po co od razu zakładać firmę? Tego nie rozumiał. Przecież takie widzimisię kosztuje; wyposażenie, lokal, pracownicy, te wszystkie kosmetyczne cuda-wianki, o których on nawet nie miał bladego pojęcia. Nie, lepiej niech ona sobie wybije z głowy zakładanie własnego interesu.

Agata jednak nie zamierzała wybić sobie niczego z głowy. O swoją pasję raz już stoczyła bój. Rodzice na wieść o tym, że jedynej córce marzy się kariera kosmetyczki, dostali białej gorączki, ojciec próbował groźbą, matka łapała się teatralnie za serce, krzycząc coś o przedwczesnym grobie i pierworodnej, która wpycha ich do niego obiema rękami. Nie dało się wytłumaczyć, że to przecież zawód jak każdy inny, że praca ciekawa, dość pewna i spokojna. Żaden argument do nich nie przemawiał. Wojna trwała niemal miesiąc, aż pewnego pięknego dnia Agata spakowała duży plecak i zamieszkała u ciotki. Ta, co prawda, nie była zachwycona młodą lokatorką, ale znalazła sposób, żeby dopiec do żywego matce Agaty, a swojej starszej siostrze, która we własnym pojęciu była nieomylna i posiadała na każdy temat wyjątkowo rozległą wiedzę. Guzik. Ciotka dała siostrzenicy mały pokój, wygospodarowała miejsce w szafie i z satysfakcją obserwowała frustrację pozostałej części rodziny.

Agata po raz drugi więc musiała bronić swojego wyboru. I wybroniła. Nie wyobrażała sobie spędzenia reszty życia w otoczeniu kwiatów, warzyw, drzew, śniegu, czy co tam akurat aktualna pora roku ze sobą niosła. Martyna potrzebowała opieki, to jasne, ale pewnego dnia jej mała córeczka zamieni się w dziewczynę, a później kobietę, która pójdzie własną, wytyczoną przez siebie drogą. Co wtedy? Czym zajmie się ona? Wymyślaniem kolejnej zmiany wystroju domu? Sadzeniem nowych gatunków roślin? Wycieraniem niewidocznych pyłków kurzu z gustownych mebli? Czy może oglądaniem przez cały dzień powtórek seriali, w które obfitowała telewizja?

Takie życie nie wchodziło w grę. Nie o tym marzyła, nie tego dla siebie chciała. Pozostało więc zakasać rękawy i nie bacząc na krzywe spojrzenia, rzucane od czasu do czasu spod mężowskich brwi, zacząć się przebijać przez procedury uzyskania dotacji. Udało się. Wspólnie z Natalią otworzyły niewielki salon, który po latach oprócz usług kosmetycznych świadczył również różnego rodzaju zabiegi pielęgnacyjne i fryzjerskie. Można? Można. Co prawda Marek wolałby swoim znajomym przedstawiać żonę jako panią domu, osobę, która dzięki niemu opływa w dostatek i nie musi troszczyć się o pracę. Ciężko przechodziło mu przez gardło, czym właściwie zajmuje się Agata, więc najczęściej odpowiadał, że jest właścicielką salonu.

Westchnęła i przysunęła sobie gruby notes z wizytami. Przejechała palcem po wpisach. Swoje imię znalazła tylko w jednym miejscu; rzeczywiście Natalia mogłaby ją zastąpić.

– Nie gniewaj się – mruknęła cicho, stając w drzwiach jednego z gabinetów.

– Ja się nie gniewam. Absolutnie na nikogo się nie gniewam.

– No to nie bądź urażona.

– A co ty mi tu będziesz teraz kombinować? Nie chcesz gadać, to nie gadaj, człowiek po prostu z ciekawości pyta. Zaczął się nowy tydzień, nowy dzień, może miałybyśmy o czym porozmawiać przy kawie. Ale skąd. – Natalia stanęła naprzeciwko, zakładając chude ręce na piersiach. – Ona się nie będzie spowiadać. Zapamiętaj sobie, jakbyś jeszcze nie wiedziała – księdzem nie jestem. Wydawało mi się…

– Daj spokój. Nic się nie stało. – Agata wzruszyła ramionami. – Nie mogłam spać, bo było za gorąco, przewracałam się pół nocy, drugie pół siedziałam przed komputerem, a rano po prostu się wściekłam i tyle.

– Jasne. Przyszłam więc do pracy, pozwól, że uzupełnię twoją opowieść – i postanowiłam się wyżyć na najbliższej koleżance. A co tam, jeżeli ty masz schrzaniony dzień, to inni też niech mają. Wyjątkowo wielkodusznie powiem ci, wszystkim po równo.

– Przepraszam.

– Proszę – mruknęła cicho, po czym dodała już bez złości: – Zabieraj się stąd. Wezmę te twoje pazury, jedź do domu, odpocznij.

– Zamówienie trzeba złożyć.

– Dam sobie radę. Najwyżej urlop zacznę dzień wcześniej, pasuje? Tak żeby cię nie zjadły wyrzuty sumienia.

– Pasuje.

Zaparkowała na podjeździe i z niechęcią pomyślała o opuszczeniu klimatyzowanego wnętrza samochodu. Powietrze na zewnątrz zdawało się falować, wystarczył rzut oka na trawnik przy domu, żeby stwierdzić, że po wczorajszym podlewaniu nie została w roślinach ani jedna cząsteczka wody. Kwiaty leżały na jasnym płotku, liście w przeważającej części straszyły brązem, a trawa, równo i krótko przycięta, sprawiała wrażenie wysuszonej na pieprz.

– Bez sensu – powiedziała cicho sama do siebie. Hektolitry wody puszczane nie wiadomo po co, bo codzienne podlewanie nie przynosi żadnych widocznych efektów. Klęska. Prawdziwa żywiołowa klęska.

Agata zabębniła palcami w kierownicę. Może by tak jeszcze podskoczyć do sklepu? Te wielkopowierzchniowe supermarkety miały cudowną klimatyzację. Wystarczyło przejść się alejką z nabiałem czy mięsem, a człowiek już dostawał gęsiej skórki. Przynajmniej na chwilę organizm łapał odrobinę orzeźwienia.

Przetarła oczy. To nic nie dawało. Mogła starać się kierować myśli na wszystko, co tylko możliwe, mogła analizować stan kwiatów, tegoroczne upały i ich wpływ na środowisko. Albo wpływ człowieka na zmiany w tym środowisku. Mogła zastanawiać się, w jaki sposób najlepiej się ochłodzić, czy czasami nie korzystniej byłoby zabrać młodą i pojechać nad zalew na Dojlidy? Miały przecież niedaleko, wystarczyło wrzucić do bagażnika leżaki, butelki z wodą, dopakować książki i kremy do opalania, a plaża stała otworem.

Mogła myśleć nawet o tym wszystkim jednocześnie, ale ten natłok nie był w stanie zagłuszyć krążących od wczoraj pytań. Te kłębiły się zupełnie nieproszone, wywołując irytację. Co mnie to obchodzi, do cholery? Przecież to tylko fragment przeszłości. Zupełnie nieznaczący, dawno wyblakły, do niczego mi niepotrzebny. Czy chodziło o zwykłą ludzką ciekawość? Taką, która pojawia się za każdym razem, gdy gdzieś zadzieje się tragedia, pojawi się choroba, wypadek, katastrofa? Wtedy łaknie się więcej informacji, szuka się przyczyn, dowiaduje o powody. Całymi godzinami rozprawia o ludzkim nieszczęściu, zaklinając rzeczywistość, żeby pod żadnym pozorem nie dotknęło to nas.

Nie, chyba nie o to chodzi.

Agata wygrzebała z torebki telefon, wybrała numer i czekając na połączenie, wpatrywała się w firanki wiszące nieruchomo mimo otwartych niemalże wszystkich okien.

– Cześć – odezwała się, słysząc głos po drugiej stronie.

– Co tam?

– Problem mam.

– Nie mów, że z moim bratem, bo nie zdzierżę.

– Nie. Zresztą to raczej nie jest rozmowa na telefon. Mogłabyś wpaść?

– Teraz? – W głosie przyjaciółki zabrzmiało zaniepokojenie.

– Niekoniecznie teraz, ale chciałabym dzisiaj z tobą pogadać.

– Nie ma problemu, ogarnę się i przyjeżdżam. W pracy jesteś? Od razu może brwi zrobię?

– W domu. Na brwi zapraszam jutro.

– Okej.

Żadnych pytań, żadnych utyskiwań, że gorąco. Żadnego szukania wymówek i przekładania rozmowy na kiedy indziej. Na Iwonę mogła liczyć zawsze, w każdej sytuacji. Od kiedy pamiętała.

Wrzuciła telefon do torebki, wyciągnęła kluczyki ze stacyjki i obiecała sobie solennie, że nie będzie rozmyślać o Adamie, dopóki nie porozmawia z Iwoną. Nie liczył się teraz absolutnie. Liczył się obiad, który należało zrobić, pranie z kolejną porcją przepoconej odzieży i kwiaty domagające się wody. Nie liczyło się nic więcej.

Rzuciła kluczyki na szafkę w salonie, ryknęła do Martyny, żeby przyciszyła dudniący w całym domu rap, zacisnęła ze złością wargi i zupełnie wbrew sobie ruszyła na górę.