Czas nadziei

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czas nadziei
Czas nadziei
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Czas nadziei
Czas nadziei
Audiobook
Czyta Mirella Rogoza-Biel
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zegar leniwie, rytmicznymi uderzeniami wskazówki odmierzał sekundy. Jedynie ten dźwięk rozlegał się w całym mieszkaniu, na tyle cichym, że dało się go słyszeć w każdym pokoju. Chwilami bywał zagłuszany rozmową dobiegającą zza ściany, płaczem dziecka sąsiadów z dołu lub hałasem wpuszczanym przez uchylone w dużym pokoju okno. Wewnątrz panowała jednak cisza.

Iwona już od dłuższego czasu siedziała przy stole i wpatrywała się w niewielką paczkę nerkowców. Pozostałe zakupy trafiły już w odpowiednie miejsca, upchnięte w szafkach lub na właściwej półce lodówki, oprócz tej jednej, małej torebki. Żółto-zielone opakowanie leżało na środku stołu jak niemy wyrzut.

Znowu.

Leszka nie było w tym domu już od kilku tygodni, ona zaś za każdym razem podczas wędrówek po sklepie zupełnie bezwiednie dorzucała do koszyka to cholerstwo. Przecież nie dla siebie, to jasne. Iwona nie jadła orzechów pod żadną postacią już od dłuższego czasu, nie lubiła uczucia, gdy niewielkie, nie do końca dogryzione drobinki zalegały jej później między zębami i nijak nie dawały się wypłukać.

Leszek miał zupełnie inne upodobania.

Nic mu nie przeszkadzało, a wypełniona jakimikolwiek orzeszkami niewielka miska musiała stać zawsze na stole w dużym pokoju, bo podczas oglądania telewizji bez przerwy po nie sięgał. I chrupał, zawzięcie ciamkając, co Iwonę niezmiennie irytowało.

Podniosła się energicznie, złapała niewielką paczkę i wcisnęła ją do szafki, na całkiem pokaźny stos takich samych torebek. Nienapoczętych, czekających na swojego wielbiciela.

– Możliwe, że nigdy się nie doczekacie – mruknęła cicho przez zaciśnięte zęby i dopchnęła drzwiczki. Uchyliły się lekko, więc stuknęła jeszcze raz, raniąc się boleśnie w palec. Przytknęła go automatycznie do ust.

Cholerne przyzwyczajenia. Człowiek żyje pod jednym dachem przez kilkadziesiąt lat, wyłącza myślenie i poddaje się utartym schematom bez chwili zastanowienia. Dlaczego codziennie rano poprawiała na jego łóżku poduszki, mimo że przecież przez całą noc żadna głowa ich nie ugniotła? Dlaczego układała w szafie swetry, co jakiś czas dorzucała jego ubrania do pralki? Przecież w nich nie chodził.

Nie było go.

Wykasował się na własne życzenie.

Czmychnął, pozostawiając po sobie pustkę, niedowierzanie i utarte przez lata przyzwyczajenia, które wyrobili razem. Powoli, dzień po dniu, rok po roku, wplatali się w siebie raczej bezboleśnie, stopniowo naginając własne potrzeby i pragnienia na rzecz tego drugiego. Podczas jednego z wyjazdów nad morze sfotografowali się przy dwóch splecionych sosnach. Ich pnie, spiralnie powyginane, dopasowały się do siebie tak ściśle, tak idealnie, że w niektórych miejscach trzeba było się dobrze przyglądać, bo właściwie nie wiadomo było, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie drzewo. Stanowiły całość. Pięknie zespoloną, harmonijną całość.

Rozdzielone zaś stanowiłyby wybryk natury. Twór karykaturalny, możliwe, że niebędący w stanie utrzymać się samodzielnie w pionie.

Iwona podeszła z czajnikiem do zlewu. Na chwilę zastygła przy kranie, po czym, złorzecząc pod nosem, odlała nieco wody. Na jeden kubek, nie na dwa. Na jeden, upomniała się w myślach.

Patrząc z boku, można było dojść do wniosku, że w sumie całkiem nieźle znosi rozłąkę z mężem. Niezmiennie zadbana, wiecznie czymś zajęta, niedająca się złapać postronnemu obserwatorowi na nostalgicznych westchnieniach i chwilowym zamyśleniu. W pracy energicznie oddawała się obowiązkom, z koleżankami rozmawiała, jakby nic się nie stało, podopiecznym w przedszkolu poświęcała całą uwagę. W domu zaś starała się nie dopuszczać do siebie ani na chwilę żadnych refleksji, usiłowała wypełniać zajęciami każdą sekundę od powrotu z pracy do położenia się spać. Pomagał w tym komputer, bo wystarczyło rozpocząć wyszukiwanie informacji na zajęcia albo przekopywać się przez strony z układami tanecznymi dla dzieci, a już nawet nie minuta minutę, ale godzina goniła godzinę. Pomagały również wnuki, które często zabierała do siebie, zwłaszcza mały Dawid. On skutecznie wybijał jej z głowy jakiekolwiek smutki, nie dawał chwili na zastanowienie.

W nocy jednak…

Nie było słychać z łóżka obok cichych westchnień przez sen. Nie dobiegało jej miarowe pochrapywanie. Sekundnik łomotał bezlitośnie wskazówką, podkreślając, że teraz jest jedynym odgłosem, na jaki Iwona może liczyć. Często przewracała się z boku na bok, przekładała mokrą od łez poduszkę na drugą stronę, wreszcie – nie mogąc zasnąć – siadała przy stole w kuchni, wyjmowała z paczki jednego papierosa za drugim i próbowała sobie to wszystko poukładać. Czas na rozumienie już minął, wiedziała, że to niemożliwe.

Leszek zdradził ją właściwie na samym początku ich wspólnego życia. Później przez te kilkadziesiąt wspólnych lat udawał, że wszystko jest w porządku, że ją kocha, że ona jest dla niego tą jedyną, najwspanialszą. I gdy nagle okazało się, że to kompletna bzdura, że nie wiadomo skąd, jak diabeł z pudełka, wyskoczyła jego druga córka, o której podobno nie miał pojęcia, Iwona była w stanie stwierdzić z całą stanowczością, że nie potrafi zrozumieć.

Wybaczyć? Możliwe, ale na pewno nie zrozumieć.

Dmuchnęła w parującą herbatę i wpatrzyła się w drobinki aromatycznych ziół. Pływały po powierzchni gorącej wody zaledwie przez ułamek sekundy, po to tylko, żeby po chwili łagodnie opaść na dno naczynia.

Półki w księgarniach uginają się pod ciężarem różnego rodzaju poradników. Jak odzyskać włosy. Jak schudnąć. Jak zaakceptować siebie. I tak dalej, i tak dalej. Kolorowe okładki przyciągają wzrok, duże litery tytułów zdają się zapewniać o gwarantowanym sukcesie po przeczytaniu tej czy innej pozycji. Ciekawe, dlaczego nikt nie napisał poradnika, jak pozbyć się wspomnień z kilkudziesięciu lat życia?

Iwona przesunęła kubek i wyjęła z leżącej obok paczki papierosa. Nie próbowała? Oczywiście, że próbowała. Któregoś dnia usiadła na podłodze i rozrzuciła naokoło siebie wszystkie albumy ze zdjęciami, przekładała stronę za stroną, a niemalże z każdej z nich patrzyła na nią uśmiechnięta twarz Leszka. Czasami zakłopotana, bo odwracał się z niechęcią, gdy chciała utrwalić jakąś szczególnie ważną albo zabawną sytuację. Jak wtedy, gdy próbował jej pomagać przy lepieniu pierogów – nie raz się zdarzyło i nie dwa, ale przed tamtymi świętami był to chyba pierwszy raz. Ze zdjęcia patrzyła średnio zadowolona i od czoła aż po brodę powalana mąką twarz męża, ręce z ciastem wznosił w bezradnym geście. Pamiętała, jak wtedy zbeształ ją za to, że mają huk roboty, a ona bawi się w fotografa.

Tak… Iwona strzepnęła popiół i zaciągnęła się mocno. Te wszystkie albumy przeglądała coraz szybciej i szybciej, wreszcie powrzucała je z powrotem do szafki, bo nie dało się Leszka z nich wyrzucić. Nie wiedziała i do tej pory nie potrafiła samej sobie odpowiedzieć, czy dlatego, że nie chciała, czy dlatego, że było to po prostu niemożliwe.

Wrośli w siebie. Przez tyle lat. Nie mogła wyrzucić. To tak, jakby chciała pozbyć się też połowy siebie.

Dzwonek do drzwi wyrwał ją z zamyślenia. Zgasiła szybko papierosa i uchyliła okno.

– Mamooo. – Lena cmoknęła ją przelotnie w policzek i skrzywiła się mocno.

– Co?

– Dobrze wiesz co. Mogłabyś już dać sobie spokój.

– Masz na myśli papierosy? Nie, nie dam. Jest niewiele rzeczy, na które sobie pozwalam. Ba, właściwie na nic sobie nie pozwalam, nie widzę więc powodu, żeby rezygnować z odrobiny przyjemności.

– Smrodu raczej.

Iwona wzruszyła ramionami.

– Przyszłaś mnie trochę postrofować?

– Nie, przyniosłam ci obiad. – Lena postawiła na stole torbę i zaczęła z niej wyjmować słoiki.

– A po co?

– Bo wyglądasz… jak to było? Jak trzy ćwierci do śmierci.

– Babcia tak mówiła.

– Ano mówiła. A ty tak właśnie wyglądasz. Zawsze, jak wpadam, to pachnie niczym innym, tylko dymem papierosowym. Wybacz, mamo, ale kiedy ostatnio sobie coś ugotowałaś?

– Teraz jem w przedszkolu.

– Tak. – Lena prychnęła. Wyciągnęła z szafki garnek, przelała do niego zawartość słoika i podpaliła gaz. Po chwili czysty wek wylądował postawiony dnem do góry na rozłożonej ścierce. – Racje przedszkolaków. Jak ptaszek. Pół łyżki ziemniaków, minikotlet i kilka wiórków surówki. Nie rozśmieszaj mnie. Poza tym wracasz do domu około dwunastej, i co? Do wieczora na herbatach i kawach? Tak się nie da.

– Krzyczysz na mnie. – Iwona sięgnęła po papierosa, pod krytycznym spojrzeniem córki zrezygnowała jednak z zamiaru palenia i odłożyła paczkę na parapet.

– Nie krzyczę. – Lena zamieszała w garnku. Po kuchni roznosił się już powoli delikatny, pomidorowo-paprykowy aromat. – Po prostu się martwię.

Usiadła naprzeciwko matki i delikatnie przejechała palcem po leżącej na stole dłoni, szczupłej, poprzecinanej siatką nieznacznie wystających żył.

– Martwię się.

– Nie ma potrzeby. Ogarniam się jakoś. – Iwona zakręciła się niespokojnie.

Uczucie, które zaczęło ją powoli wypełniać, groziło nieuchronnym wybuchem płaczu. A tego by nie chciała. Helena jednak uparcie się w nią wpatrywała, a w tym spojrzeniu było tyle troski i współczucia, że chcąc nie chcąc, Iwona powoli mu się poddawała. Tym bardziej że takie to było nietypowe, takie zupełnie do Leny niepodobne. Do tej córeczki tatusia, która matkę zazwyczaj omijała szerokim łukiem i traktowała jak zło konieczne. Kogoś, kto zasługuje wyłącznie na minimum zainteresowania, bo cały wszechświat krążył wokół innej osoby – wokół ojca. Jego opowieści, jego akceptacji, jego planów.

 

Tymczasem Lena siedziała teraz naprzeciwko niej, patrzyła jak chyba jeszcze nigdy i Iwona doszła do wniosku, że myliła się w swojej ocenie. Taka troska nie pojawia się z dnia na dzień. Nie względem kogoś, kto był ci zupełnie obojętny, jedynie może nieco mniej ważny.

Posłusznie wzięła od córki łyżkę i powoli zaczęła mieszać w zupie.

Ryż.

Bliscy Iwony zawsze woleli pomidorową z makaronem, ona zaś na początku gotowała sobie oddzielnie ryż, później stwierdziła, że po pierwsze szkoda czasu, po drugie nic jej się nie stanie, jeżeli razem z mężem i dziećmi zje ten nieszczęsny makaron. Świat się nie zawali, krzywda nikomu się nie zadzieje. Jedno odstępstwo goniło drugie; były to niewielkie rezygnacje z własnych zachcianek na rzecz kogoś innego. Dlaczego? Bo się kochało i tak zupełnie nieznaczący szczegół jak nielubiany makaron wydawał się niczym. Ile tych szczegółów nazbierało się w trakcie kilkudziesięciu lat? Podejrzewała, że dzień po dniu będzie sobie o nich przypominać, będą dokładały kolejne ziarna goryczy do i tak już wielkiego wora.

Przełknęła zupę i uśmiechnęła się do córki z wdzięcznością. Lena pamiętała.

– Pyszna. Dziękuję.

– Do twojej się nie umywa, a podziękujesz, jak zjesz. Drugie teraz ci odgrzewać czy zostawić na później? – Na stole wylądowała miska z kotletami, Lena spojrzała pytająco na matkę.

– Nie wcisnę w siebie teraz, nie ma mowy.

– A skąd będę miała pewność, że nie zapomnisz później?

– Co?

– No zjeść. Mamo… – Opuszczona nisko głowa i zwieszone ramiona jednoznacznie wskazywały na to, że Lena nie ma pojęcia, jak się zachować. Tyle było w jej postawie nienaturalnego rozgorączkowania, które po chwili ulatywało, ustępując miejsca zupełnej bezradności.

Iwona sięgnęła przez stół i lekko uniosła brodę córki. Zupełnie jak kiedyś, gdy w oczach kilkuletniej dziewczynki usiłowała dopatrzyć się prawdy albo kłamstwa. Szczerości lub bezczelnego oszustwa. Lena próbowała kłamać, usta układała przekonująco, a wypływające z nich słowa brzmiały nadspodziewanie szczerze. Ale to oczy zawsze były w stanie ją zdradzić. To w oczach czaił się lęk przed intuicją matki. Teraz patrzyły na Iwonę lekko zwilgotniałe i z całkowitą rezygnacją.

– Córeczko. Daj spokój. Wszystko jest dobrze.

– Nic nie jest dobrze, mamo – szepnęła cicho. Przesunęła dłoń Iwony i przyłożyła ją sobie do policzka.

– Jest. Jest inaczej, ale dobrze.

– Wiesz co?

– No?

– Ja też mogę już powiedzieć, kiedy kłamiesz.

Iwona wysunęła dłoń z uścisku córki i wróciła do jedzenia.

– Nie kłamię, Lena. Jest inaczej, ale zaczyna być dobrze.

– Co rozumiesz pod pojęciem „dobrze”? – Lena podniosła się energicznie od stołu, odwróciła do okna i rozcierając ramiona, tak jakby przebiegał po nich dreszcz, w błyskawicznym tempie zaczęła wyrzucać z siebie urywane słowa. Niektóre tak cicho, że Iwona mogła się tylko domyślać całej treści wypowiedzi. – Nikniesz nam w oczach, giniesz. Nie jesz, nie wiem, czy śpisz, ale… mamo. – Odwróciła się i popatrzyła na matkę bezradnie. – Widzisz, jak wyglądasz?

– Dziękuję ci ślicznie.

– Nie dziękuj, martwię się. Wiesz, co jest najgorsze? – Lena z powrotem opadła na taboret. Zatrzeszczał złowieszczo; mimo iż nie stanowiła zbyt dużego obciążenia, energia, którą włożyła w ruch, zdawała się podwajać albo i potrajać jej wagę. – Denerwuje mnie to gładkie „jest w porządku”, „wszystko jest okej”, „daję sobie radę”.

– Bo daję…

– Poczekaj. – Drobna dłoń uniosła się na wysokość twarzy Iwony. – Ja robię dokładnie to samo. „Nie martw się”, „w domu wszystko pod kontrolą”, „dzieci grzeczne”, „w pracy cud-miód”, „Robert jest dla mnie dobry, po prostu najlepszy na świecie”.

– A nie jest? – odważyła się wtrącić Iwona. Odsunęła od siebie pusty talerz.

– To nie o to chodzi, czy jest, czy nie jest. – Lena sapnęła zniecierpliwiona. Wszystko zdawało się w niej drgać. Od czubka głowy aż po bezustannie bębniące o stół palce. – Nie chodzi też o mnie i o Roberta. Tylko – zamachała ręką w nieokreślonym kierunku – o to wszystko. Wkładamy nieskończenie wiele wysiłku w to, żeby zapewnić siebie nawzajem, że nie ma powodów do troski, z drugiej strony doskonale zdając sobie sprawę z tego, że prawda jest zupełnie inna. Skoro zaś inna, to jaka? Zastanawiamy się, pozostawiając ogromne pole popisu dla domysłów. A one, sama dobrze wiesz, bywają najgorsze z możliwych. Spędzają sen z powiek i nie dają spokoju, dlatego… proszę cię. – Lena opuściła głowę. Ostatnie słowa wypowiedziała już cicho. – Dajmy temu spokój, mówmy, jak jest, bo oszczędzając się nadmiernie, zyskujemy zupełnie odwrotny skutek.

Jej słowa zawisły w powietrzu. Iwona westchnęła przeciągle, podparła brodę na zwiniętej w pięść dłoni i zapatrzyła się w stół. Zza okna dało się słyszeć kościelne dzwony, wybijały już szóstą. Ci, którym pod rękę było z Bogiem, dawno siedzieli już w ławkach, czekając na wieczorne nabożeństwo, ci zaś, których obowiązki przetrzymały nieco za długo, biegli teraz do kościoła co sił w nogach, z nadzieją, że jeszcze zdążą. Sąsiad w mieszkaniu obok ćwiczył właśnie swego nastoletniego syna. Ćwiczył głośno, nie przebierając w słowach o braku odpowiedzialności, o gównarzerii, z którą nie ma prawa się spotykać. Coś stuknęło głośno, po chwili wyraźnie doleciał do siedzących w kuchni kobiet krzyk, coś o ucinaniu ręki.

Właśnie. Iwona podniosła wreszcie oczy i spojrzała ze smutkiem na córkę. Może i miała rację, było coś w tym zaklinaniu rzeczywistości, zapewnieniach, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Była przede wszystkim troska o najbliższych, chęć ochronienia ich przed zmartwieniami. Tylko czy faktycznie udawało się ich w ten sposób chronić? Czy raczej przedstawiało się to tak, jak powiedziała Lena?

Iwona musiała przyznać córce rację. Wielokrotnie czuła, że u któregoś z dzieci nie dzieje się najlepiej. Nieważne, czy chodziło o Helenę, czy o Marka. Chwytała wtedy za telefon i próbowała w trakcie rozmowy dowiedzieć się jak najwięcej, uspokoić matczyną intuicję. Tyle że puste słowa nie wystarczały, po odłożeniu słuchawki Iwona niejednokrotnie zapadała się w sobie i zastanawiała, co też mogło pójść nie tak, jak trzeba. Co dolega jej dzieciom. Czy miało znaczenie, że zarówno jedno, jak i drugie było już zupełnie dorosłe? Absolutnie żadnego. To ciągle były najbliższe jej sercu osoby i nie mogła nawet znieść myśli, że któremuś dzieje się krzywda. Gotowa była rzucać aktualnie pełnione obowiązki, zostawiać wszystko i lecieć z matczyną odsieczą. Czy możliwe, żeby w drugą stronę działało to podobnie?

W uszach ponownie wybrzmiały jej słowa rzucone ze złością przez sąsiada. Musnęła palcami leżącą na stole dłoń Leny i powiedziała cicho:

– Masz rację. Tylko co mam ci powiedzieć? Że czuję się, jakby ktoś uciął mi rękę? Nawet nie rękę, tylko połowę mnie? Ot, tak zwyczajnie, wziął i przepołowił? Co to zmieni?

– Może nic, a może bardzo dużo. – Lena zacisnęła usta.

– Ktoś był, wrósł w ciebie przez kilkadziesiąt lat, tak mocno, że przestałaś się już zastanawiać, czy spełniasz jego, czy swoje zachcianki. Czy program, który chcesz obejrzeć, jest jego czy twoim ulubionym. Czy spacer w parku to tak właściwie twój czy jego pomysł. Długo mogłabym jeszcze wymieniać, sporo się nad tym wszystkim zastanawiałam i… wiesz co? Masz rację. Nie jest dobrze. – Iwona nabrała tchu. – Ale tak sobie myślę, że każda rana ma to do siebie, że się prędzej czy później zagoi. Oczywiście w moim wieku raczej liczyłabym na to, że później. Wiem na pewno, że po takim skaleczeniu blizna pozostanie na długo. Najprawdopodobniej do końca życia, którego tak wiele mi już znowu nie zostało. Ale z blizną da się żyć. Szpeci, czasami ciało, czasami duszę. Na pewno wpływa na to, jak się widzi rzeczywistość dookoła, ale da się z nią żyć. Więc tak sobie myślę, że mam jeszcze trochę czasu, żeby się tego nauczyć. A że się nie spodziewałam takiego obrotu sprawy? Cios był tym bardziej dotkliwy, że zupełnie nieprzewidywalny, ale poradzę sobie. Nie martw się, córeczko.


– Mamo, nie mam zeszytu do polskiego, a tata mówi, że nie pojedzie do żadnego sklepu z naszą dwójką. – Kamila tkwiła naprzeciwko wejścia. Pozwoliła Lenie zrobić zaledwie krok, ustąpiła nieco miejsca, by matka mogła spokojnie zamknąć drzwi, po czym stanęła na rozstawionych szeroko nogach i założyła ręce na chudych piersiach.

– A na jutro ci potrzebny? – Lena najpierw cmoknęła córkę w czoło, przesunęła ją lekko i wyciągnęła z szafy wieszak.

– Tak. Robiłam właśnie pracę dodatkową… Aha, bardzo cię proszę, powiedz Dawidowi, że ma bezwzględny zakaz wchodzenia do mojego pokoju, jak odrabiam lekcje.

– Bezwzględny, powiadasz?

Lena zsunęła z nóg buty i wstawiła je do szafki. Zastanawiała się przy tym, czy córka koniecznie chce całą rozmowę przeprowadzić w przedpokoju. Czy swoim zwyczajem będzie stawiać na pierwszym miejscu własne potrzeby, nie zastanawiając się, czy może mama chciałaby najpierw skorzystać z toalety, napić się czegoś, może zjeść czy po prostu, najzwyczajniej w świecie, usiąść, bo ma za sobą cały dzień bezustannej bieganiny?

Zanosiło się jednak na to, że Kamila nie odpuści. Stała odkładnie na środku przejścia i swoją postawą dobitnie dawała do zrozumienia, że są rzeczy ważne i ważniejsze. A akurat w tej chwili najważniejszą jest zeszyt, o którym oczywiście nie mogła pomyśleć wczoraj, bo – i tutaj po rzuceniu pytania Lena usłyszałaby całą obszerną litanię wymówek. Sprawą drugą w kolejności zaś jest zdecydowanie niepożądana obecność brata, którego Kamila z dnia na dzień miała coraz bardziej dosyć.

– Tak jest, bezwzględny…

– Mamaaaa! – Dawid bezceremonialnie odepchnął siostrę i całym ciałem przywarł do Leny. Wtulając twarz w jego jasne włosy, kobieta zastanowiła się przez chwilę, kiedy i on zacznie przybiegać z pretensjami. I czego mogłyby dotyczyć. Na pewno nie młodszego, upierdliwego rodzeństwa, bo takiego przecież nie miał. Nie zanosiło się też na to, żeby kiedykolwiek doczekał się jeszcze brata czy siostry. Robert w tym temacie okazał się kategoryczny, stwierdził, że dwójka to akurat tyle, ile trzeba, a czasami to on ma wrażenie, że może nawet i za dużo.

Jakie żale będzie więc przynosił Dawid? Może żadnych? Może, jak to chłopiec, w pewnym momencie oddali się od matki, zamknie w czterech ścianach swojego pokoju i wszelkie problemy będzie rozwiązywał sam, nie czekając na odsiecz, z którą ewentualnie może pospieszyć dorosły?

Lena uścisnęła go mocno. Na razie nie ma sobie czym zaprzątać głowy. Na razie Dawid na jej widok rozjaśnia się jak włączona nagle w ciemności żarówka. A jego radość jest całkowicie szczera i niczym niezmącona. Na razie pięcio-, a niedługo już sześciolatek przybiegał do niej ze wszystkim, a jeśli miał jakikolwiek problem, to Lena była w stanie szybko i bezboleśnie się z nim uporać.

Uśmiechnęła się lekko do Kamili, co ta skwitowała skrzywieniem ust i zmarszczeniem brwi. Zjechały się na środku czoła, tworząc cienką, poziomą kreskę.

– Mogę najpierw coś zjeść? Czy od razu z powrotem mam wkładać buty?

– Przecież ja nic nie mówię.

– Mówisz. – Lena ruszyła do kuchni. Dawid podreptał za nią, a Kamila, chcąc nie chcąc, musiała ruszyć ich śladem. – Nie powiesz „cześć”, „jak ci, mamo, minął dzień”, „może jesteś głodna”. Nie. Liczy się twój zeszyt. W tej chwili, natychmiast, choćby się waliło i paliło, musimy po niego jechać.

– No bo mi się…

– Wiem, że się skończył. Mam jedno pytanie. On ci się skończył tak nagle? Nie było widać, że zostało kilka kartek, i nie można było przewidzieć, że w bardzo szybkim czasie będziesz w stanie je zapisać?

– Ale…

– Mniejsza z tym. – Lenie odechciało się jakichkolwiek rozmów na widok kuchni. Wszędzie walały się brudne naczynia. Resztki z obiadu stały jeszcze na stole. Spokojnie mogła powiedzieć, kto ile zjadł, komu nie posmakowała surówka, a komu kotlet. W zlewie piętrzył się stos brudnych talerzy ustawiony w finezyjną budowlę na niezbyt trwałym fundamencie z niewielkiego rondla. Dioda na drzwiczkach zmywarki mrugała zachęcająco, żeby ktoś wreszcie otworzył urządzenie i litościwie wyjął zawartość, bo ta jakiś czas temu została już dokładnie umyta.

 

Jednym słowem – zastała tam widok, na który serce każdej kobiety po powrocie z pracy do domu gotowe jest stanąć. Albo też w niejednej głowie zakiełkuje nagle wyjątkowo kusząca myśl, żeby odwrócić się na pięcie i trzasnąwszy drzwiami, pójść, gdzie oczy poniosą, nie zwracając uwagi na zmęczenie, głód czy zwykłą ludzką chęć ułożenia się choć na chwilę gdzieś w cichym kącie. Zwinięcia się w kłębek i cudownego pozostania w miejscu zupełnie niewidocznym dla reszty świata.

Lena przygryzła wargi.

– Już pomagam, poczekaj, mamo, ja wyciągnę. – Kamila zaczęła zbierać talerze ze stołu.

– Idź, odrabiaj lekcje. Za pół godziny jedziemy po twój zeszyt. Dawid, narysuj mamie jakiś śliczny obrazek, dobrze? Tylko bez rycerza, co obcina głowy, komu popadnie, jakiś taki jasny.

– Rycerz? – Dawid aż zmarszczył brwi.

– Nie, kochanie – sprostowała szybko, siląc się na delikatny uśmiech. – Jasny obrazek, nie wiem, narysuj mi kilka kwiatów, dobrze? Bardzo by mi się teraz przydały.

Odprawiwszy dzieci, stanęła w progu dużego pokoju. Robert siedział z nosem w laptopie, uśmiechał się do monitora i co chwilę przesuwał palcem po touchpadzie.

– Dzień dobry.

– Cześć, mówiłem, jak weszłaś – mruknął, nie odrywając wzroku od komputera.

– Nie słyszałam. Mógłbyś mi trochę pomóc?

– Ale w czym? Dzieci obiad jadły.

– Wiem, że jadły. Bo nie da się tego nie zauważyć po wejściu do kuchni.

– No to o co ci chodzi? – Spojrzał na nią poirytowany.

– O to, żeby może chociaż po sobie sprzątnąć? Nie mówię o gruntownych porządkach z szorowaniem podłóg czy polerowaniem okien, ale o zwykłym wstawieniu brudnych naczyń do zmywarki.

– Posłuchaj – Zacisnął usta, oparł się wygodniej w fotelu i założył ręce na piersi. – To nie ja wziąłem się do nowego biznesu, który najwyraźniej niekoniecznie ma po drodze z wykonywaniem obowiązków domowych. Z tego, co pamiętam, mówiłem, że nam to do niczego niepotrzebne. Uparłaś się, więc efekty są widoczne od razu. Praktycznie z marszu. Ja nie mówię kategorycznie nie, ale moim zdaniem wywiązuję się z tego, z czego powinienem. – Podniósł dłoń i zaczął powoli odginać palce. – Rano dzieci zostały odwiezione do szkoły i przedszkola. Najpierw jednak je nakarmiłem i ubrałem…

– Ubrania przygotowałam wieczorem, śniadanie zostawiłam na stole – ucięła Lena, świadoma, że za chwilę nastąpi przerzucanie się winą. Mniej lub bardziej zręczne, zależy od stopnia zaangażowania emocjonalnego. Im większe będzie zdenerwowanie, tym gorzej będzie z racjonalnym doborem przekonujących słów, zaczną się licytować argumentami. Do momentu, aż któreś z nich osiągnie maksymalny stopień wrzenia, co tym samym zakończy dyskusję w mało satysfakcjonujący sposób, na pewno zaś w taki, który uniemożliwi jakiekolwiek porozumienie.

– Oczywiście, ja jednak ogarnąłem poranny rozgardiasz i zawiozłem dzieci tam, gdzie trzeba. Później, po pracy, odebrałem, zrobiłem obiad.

– Wyjąłeś z lodówki przygotowany posiłek i podgrzałeś.

– Jak zwał, tak zwał. – Wzruszył ramionami. – Wymagasz ode mnie jeszcze, żebym posprzątał, może wstawił pranie, co jeszcze? Chryste, Lena, nie ty jedna pracujesz, nie ty jedna masz ochotę odpocząć. To wszystko. Świat się nie zawali, jeżeli ten cały syf w kuchni postoi jeszcze kilka chwil. Odpocznę i sprzątnę, w porządku?

– W porządku.

Nie ma najmniejszego problemu. Odwróciła się i wyszła z pokoju. Na chwilę przystanęła w korytarzu, oparła się dłońmi o szafkę. Opuszczenie głowy i kilka głębokich wdechów powinny pomóc. W sumie katastrofy rzeczywiście nie było, nie zapowiadał się też rychły koniec świata. Co najwyżej któreś naczynie zakończy swoje kruche szklane czy gliniane życie. Czy miało to jakiekolwiek znaczenie?

Robert miał rację. Lena przytknęła czoło do zimnej tafli lustra. Może nie całkowitą, ale trochę jej miał. Tej racji. Nie dało się ukryć, że sporo obowiązków wziął na siebie bez żadnego narzekania, tak po prostu, z automatu. Odprowadzić dzieci, nie ma problemu, raz na jakiś czas ugotować obiad, wyskoczyć po zakupy, pozałatwiać rzeczy, które wcześniej ona zawsze załatwiała.

Miał rację.

Otworzyła nagle oczy i spojrzała w lustro. Brwi zjechały się u nasady nosa. Argumenty, którymi przed chwilą przekonywała samą siebie, usprawiedliwiając męża, wydały jej się śmieszne. Czy może raczej – żałosne. Złość zaczęła pojawiać się stopniowo, przechodząc w drażniące poczucie niesprawiedliwości, wreszcie w z trudem hamowany gniew, bezskutecznie szukający ujścia. W pokoju obok siedziały nieświadome niczego dzieci. Nie mogła wrzasnąć, nie mogła niczym rzucić, uderzyć pięścią w stół. Mogła tylko przygryźć usta, mocno dociskając zębami dolną wargę. Cóż, nie przyniosło spodziewanej i jakże potrzebnej ulgi.

Gówno miał, nie rację. Wszystkie te cholerne obowiązki były do podziału – i tyle, nikt nikogo nie powinien rozliczać, nie powinna mieć miejsca żadna licytacja. Jedno i drugie pracowało, oboje też zarabiali mniej więcej tyle samo, poświęcali na to podobną ilość czasu, co więc stało na przeszkodzie, żeby pozostałe obowiązki również dzielić sprawiedliwie?

Odsunęła się od lustra i roztarła ze złością dłonie. Po chwili wahania zgarnęła z szafki torebkę, wrzuciła do niej klucze i krzyknęła w kierunku zamkniętych drzwi pokoju dzieci:

– Za dziesięć minut wychodzę! Kto chce jechać, ubiera się ekspresem, kompletnie, tak, żeby nie było poprawek, i melduje się w przedpokoju!

Po czym usiadła po turecku na podłodze i zaczęła przeglądać telefon.

– Mamusiu, czy ja też mogę jechać? – Dawid zadreptał tuż obok niej.

– Powiedziałam, kto chce jechać, ten się ubiera.

– Czyli ja też? – upewnił się, międląc w dłoni kawałek zarysowanej częściowo kartki.

– Tak, kochanie, ty też.

– Ale Kamila będzie zła…

– To Kamili… – Lena w porę ugryzła się w język, po czym, głaszcząc syna po głowie, sprostowała szybko: – Nie będzie zła.

– Krzyczy na mnie. – Małe usta wygięły się oskarżycielsko w podkówkę.

– Krzyczy, bo jest troszkę… zaniepokojona? – Lena z niewielkim przekonaniem spróbowała znaleźć odpowiednie słowo. Skrzywiona mina Dawida uświadomiła jej szybko, że nawet jego pięcioletnie ucho zdołało wychwycić nutę fałszu. – Jest zła, bo nie ma zeszytu. Jak kupimy wszystko, co jej potrzebne do szkoły, to zła nie będzie.

– Ale ja ci tu obrazek zacząłem rysować. Najpierw skończę. Dobrze? Zobacz, jaki ładny.

Wyciągnął w kierunku mamy kartkę z narysowanym brązowym kwadratem o nieco krzywych bokach.

– To… – zaczęła Lena.

– Tak, tort. Miały być kwiatki, ale ty, mamusiu, znasz się na tortach i to taki prezent dla ciebie.

– Piękny.

Dawid napuszył się lekko.

– Jeszcze tylko muszę narysować świeczki. – Zmarszczył brwi, przyglądając jej się z namysłem. – Mamo, ale chcesz tyle świeczek, ile masz lat?

– Może być tylko jedna. Ale… – Lena spojrzała na zegarek. – Masz jeszcze pięć minut. Oczywiście, jeśli chcesz jechać.

– Nie ma. – Z pokoju wypadła zasapana Kamila. – Ja już jestem gotowa, możemy wychodzić.

Na twarzy Dawida odmalował się nagły niepokój.

– Ma – ucięła szybko Lena. – Dałam wam obojgu taki sam czas. Tik-tak, tik-tak. Nie marnuj go, synku. Idź szybciutko odłóż ten obrazek, dokończysz później. Włóż bluzę, w tych spodniach nie będzie ci zimno, więc już masz mniej do zakładania. Raz-dwa.

Po raz pierwszy od długiego już czasu spacerowanie pomiędzy regałami zatłoczonego zawsze hipermarketu przyniosło jej nieoczekiwany spokój zamiast rosnącej irytacji. Tak.

Zawsze rozwścieczało ją cykliczne przekładanie towarów z miejsca na miejsce, denerwowały tłum, zbyt głośna muzyka wzbijająca się pod metalowy sufit i opadająca z hukiem, z podwojoną, wydawałoby się, mocą, żeby zaatakować uszy klientów. Światło jarzeniowe, po którym jeszcze przez jakiś czas później bolały ją oczy. Kiedyś, zupełnie przypadkiem, udało jej się trafić na „godziny ciszy”. W pierwszej chwili zdezorientowana i nieco zaniepokojona przemykała pomiędzy sklepowymi półkami. Było nietypowo, tak zupełnie inaczej. Po jakimś czasie jednak odprężyła się lekko i z zadowoleniem stwierdziła, że taka spokojna atmosfera zdecydowanie podnosi komfort robienia zakupów. Żaden detal z odnotowanej w głowie listy nie umknął bezczelnie, po to tylko, żeby wrócić wraz z wyrzutami sumienia, gdy już wypakowywała zakupy w domu. Luksus. Coś jej jednak również po cichu podpowiadało, że niekoniecznie zalicza się do grona tych osób, które w tym czasie powinny znajdować się na terenie sklepu.