Aby do mety

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– CO? Ulki dzieci chorują??? Przecież to przeze mnie. Boże, a ona nic nie powiedziała... Cholera. Muszę iść. Cześć! – Ruszyłam w te pędy do Zabrockich.

Cóż. Dzieci przedstawiały sobą bardzo ciekawy widok. Zakropkowane tak, że niekoniecznie rozróżniałam twarze. Na mój widok błysnęły tylko zęby i poinformowano mnie triumfalnie:

– Nie chodzimy teraz do szkoły.

– Do przedszkola też.

– Gdzie mama? – zapytałam najprawdopodobniej Zosi, najstarszej z całej czwórki.

– U siebie.

– Uluś, słońce, czemu nie dałaś znać...? – zapytałam.

– I po co? Kropki niech mi zejdą z oczu! – padła komenda w stronę radosnej gromadki. – Już z nimi nie wytrzymuję – westchnęła. – Na moje oko to oni wszyscy zdrowiuścy. Chory człowiek nie gania jak opętany po całym domu.

– Młody człowiek gania – poprawiłam ją. – Głupio mi, cholera. Sprowadziłam na was chorobę.

– Lepiej teraz niż, dajmy na to, w wieku trzydziestu lat.

– Ha, ha. Idę. Paweł o której wraca? Może któreś zabiorę? Jakby co to wiesz… – Często zdarzało się, że dzieci koczowały u nas. Wpatrzone w programy z kablówki.

– Wiem, a Paweł… ostatnio coraz dłużej zostaje w pracy. Coś mi tam tłumaczył, jakieś zlecenia czy co… Nie, dam sobie radę.

– Ula... a czy to normalne, że zdarza mi się myśleć o nim...? – zapytałam niepewnie już w drzwiach.

– Wychodzisz za mąż. To zdaje się normalne.

– Nie o Łukaszu. – Machnęłam ręką. – O sąsiedzie dziennikarzu. I śnił mi się...

– Normalne. Kobieta w końcu jesteś, a że on jest niesamowicie przystojny, to chyba nawet dobrze, że myślisz.

– No nie wiem... – Najwyraźniej mnie zbywała, oświeciło mnie. – Zaraz, zaraz, ty też myślisz, prawda?

– Nooo, zdarzy się.

– Jasne. Na razie.

Uciekłam. To ja już siebie podejrzewam o jakieś niecne zakusy względem klatkowego Adonisa, a okazuje się, że to normalne? Matka czwórki dzieci, żona od szczęśliwych lat nastu też się za nim ogląda? Może i normalne.

Cały wieczór przesiedziałam w czytadłach, o zgrozo, z paczką chusteczek jednorazowych na podorędziu, bo łzy mi się tak jakoś same wyciskały z oczu. Łukasz na moje szlochy nie zwracał najmniejszej uwagi, zatopił się bez reszty w telewizji. Nic go nie interesowały koleje losu biednej dziewczynki, która nagle ni stąd, ni zowąd dziedziczy ogromną fortunę.

Że też mnie się nic takiego nie może przydarzyć...

Rozmarzyłam się. Siedziałabym w domu, zmieniała akryl na paznokciach.... Nie, żadnego akrylu. No, w każdym razie kosmetyczka, mój własny, cudowny sprzęt, taki z najwyższej półki, przystojny mężczyzna u boku, z kwiatami zawsze, taaa... Bzdurne te moje mrzonki, zdaje się.

– Kochanie? – zagadnęłam.

Cisza.

– KOCHANIE?!

– Słyszę przecież, nie krzycz.

– Nie krzyczę. Nie odpowiadasz, więc powtarzam głośniej – tłumaczę. Błąd. Bo znowu zdążył się wyłączyć. – Słyszysz mnie?

– No słyszę.

– Widziałeś, kto niedawno się wprowadził?

– Yhm.

– A wiedziałeś, że jest dziennikarzem? – dociekam.

– Yhm – kolejne potwierdzenie. To sobie pogadaliśmy.

– Ciekawe jakiej gazety, bo w telewizji go nie widziałam. Chociaż nadawałby się... taki piękny.

– Kto znowu taki piękny? – Udało się, resztki świadomości zostawił jednak tutaj.

– Sąsiad.

– Mamy nowego sąsiada. – Stwierdzenie raczej niż pytanie.

W takich wypadkach brakuje mi raczej cierpliwości i daję sobie spokój. Niech tkwi w tym cholernym telewizorze i o bożym świecie nie wie.

Środa

Do ołtarza prowadził mnie Michał, a Łukasz czekał u boku księdza i przyglądał mi się z jawną dezaprobatą w oczach. Rzuciłam paniczne spojrzenie na sukienkę. No tak, nie zdążyłam niczego kupić i na ślubnym kobiercu musiałam wystąpić w jednym ze swoich domowych wdzianek. Najbardziej znoszonym i jakby trochę brudnawym, a do tego moje stopy miast delikatnych pantofelków zdobiły jakieś różowe papucie. Nagle rozległy się kościelne dzwony. Dzwoniły i dzwoniły, aż wydzwoniły mnie z tego koszmaru. Brrr. Wygrzebałam telefon.

– Ubieraj się i przyjeżdżaj do mnie. – To Agnieszka.

– Dzień dobry – mruknęłam. – Wiesz, która godzina?

– Wiem, ubieraj się, powtarzam, szybko. A żeby było jeszcze szybciej, możesz wziąć taksówkę.

– Pali się, przepraszam?

– Chyba mam dla ciebie pracę.

– Na „chyba” to nie wylezę w ciągu najbliższych trzydziestu minut – stwierdziłam rzeczowo.

– Niech będzie. Mam dla ciebie pracę. Zadowolona? Rusz się i przyjeżdżaj. Pa.

– Pa – powiedziałam już do lustra.

Plamki da się zapudrować, już nie takie widoczne, więc nałożenie na twarz mazideł i znalezienie odpowiedniego ubrania zajęło mi mało czasu. Po drodze doszłam do wniosku, że Aga, jako osoba postronna i bezpośrednio niezaangażowana, doradzi co nieco w sprawie Adonisa. Niech nie plącze się po umyśle świeżo upieczonej narzeczonej… No bo niby dlaczego prowadził mnie do ołtarza? I to jeszcze w lichej sukienczynie? Pokuśmy się o prymitywną interpretację.

Strój to pewnie wpływ maminego krakania. Może też świadczyć o tym, że niekoniecznie idealnie widzę ten mój wielki dzień. Poza tym, nasz staropolski obyczaj wyraźnie nakazuje, żeby to pan młody ciągnął oblubienicę do ołtarza, a nie dziennikarz amator, choćby nie wiem jak piękny.

– Będziesz asystentką dyrektora – walnęła Agnieszka z grubej rury, od razu na powitanie. – Cieszysz się?

Zdębiałam.

– Asystentką? Kobieto, rozum straciłaś? Niby jak? Co ja mam robić? Z zadań asystentki, chociaż też nie jestem pewna, czy na sto procent, umiem parzyć kawę – zastopowałam.

– Nie przejmuj się. To najzwyczajniejsza w świecie funkcja sekretarki, a że się ładniej nazywa, to mało ważne.

– Hm, a gdzie ta praca? – dociekałam.

– U mnie w biurze.

– Przecież ty nie masz biura. – Coś się nie zgadzało, przecież Aga od wieków siedzi w domu i tworzy, tudzież coś tam komuś projektuje.

– Zrobię kawy. Obudzisz się i wtedy wszystko ci wytłumaczę – zadecydowała, znikając w kuchni.

Powoli poszłam za nią, rejestrując w lustrze w przedpokoju coraz wyraźniejsze odrosty koloru mego własnego, mysiorudego.

– No i co z tym twoim biurem? – zapytałam mało rezolutnie.

– A jak myślisz? Zlecenia same do mnie przychodzą z ulicy?

– A, przepraszam, zlecenia czego?

– Uch, reklam, materiałów reklamowych, ulotek i innych plakatów.

– Aaaa, rozumiem. – Chociaż niczego nie rozumiałam. – No i co?

– Wypij najpierw tę kawę, bo stracę cierpliwość – westchnęła.

Teraz to już ja straciłam wyżej wspomnianą cierpliwość.

– Budzisz mnie w środku nocy, wyciągasz z łóżka, każesz się wlec na drugi koniec miasta i jeszcze nie chcesz powiedzieć, o co chodzi – zezłościłam się.

– Uspokój się! – Dobrze wie, że te słowa działają na mnie jak przysłowiowa płachta na byka. – Już ci tłumaczę. Całą noc siedziałam nad jednym projektem i ni cholery nie rozumiem, że ktoś może być o tej porze zaspany.

– Ano może. – Powoli się uspokajałam, ale bardzo powoli. – Normalny człowiek może.

– Normalny, niepracujący – przelicytowała. – Dobra, koniec. Dotychczasowa sekretarka odeszła na urlop czy tam zwolnienie. Zdaje się, że na długie, bo jest w ciąży. I wczoraj wieczorem dzwoniła do mnie, żebym poleciła dyrekcji kogoś na jej miejsce. Tak więc polecam. Rozmawiałam już dzisiaj z dyrektorem. Zjawimy się na dziesiątą. Ja oddać to, co udało mi się twórczo wypłodzić, ty po pracę. Zadowolona?

– Cholera.

– Też się cieszę. Twoja radość i wdzięczność zwala z nóg – ironizowała, miotając się po kuchni.

Jakoś wszystko tak niespodziewanie spada mi ostatnio na głowę.

– Oj, jestem wdzięczna, wiesz, że jestem. Dosyć mam już siedzenia w domu. Ale...

– Kobieto, przestań. Nie zaczynaj mi tu tylko analizować wszystkiego, bo nie wytrzymam.

Taka właśnie jestem. Analizator pospolity. Homo analisatorus pospolitus. A jest to typ paskudny, dzielący przysłowiowy włos na czworo, szukający dziury w całym czy tam igły w stogu siana. Coś się chyba poplątało. A jeżeli, a gdyby, a może... I tak dalej, bez końca. Typ analisatorusa raczej mało szkodliwy dla otoczenia, chyba że będzie zamęczać analizami otoczenie. Ale sprytna ze mnie persona – wiem kogo i kiedy, tak więc nabrałam kawy w usta i posłałam Agnieszce niewinne spojrzenie.

Ubrana niezbyt wyjściowo jak na rozmowę kwalifikacyjną stanęłam przed obliczem dyrektora. Okazało się jednak, że nawet gdybym wystąpiła nago, i tak nie zrobiłoby to na nim żadnego wrażenia. Z tego prostego powodu, że nie zaszczycił mnie ani jednym spojrzeniem.

– Zdaję się na panią, pani Agnisiu. – Jako że ona weszła pierwsza, wiedział, do kogo mówi. – Proszę wdrażać koleżankę w obowiązki od jutra. Godzina dziesiąta. Księgowa przygotuje te tam – machnął ręką w nieokreślonym kierunku – papierki. Czekam.

Po czym skrył się za monstrualnych rozmiarów monitorem.

– Bardzo przyjemny ten wasz szef – podsumowałam wrażenia ze spotkania.

– Ale konkretny. Zapamiętaj, takie zjawisko jak przyjemny szef w przyrodzie nie występuje – wyjaśniła Aga. – Trafisz jutro sama? Czy najpierw zajedziesz do mnie?

– Trafię. Nawet chyba jednym tramwajem – dodałam po zastanowieniu.

Mój kompletny brak orientacji w terenie niejednokrotnie dostarczał znajomym tematu do żartów. Gdyby nie miejskie przystanki, opisane jak dla mało rezolutnych, nie raz wyjechałabym nie tam, gdzie powinnam. Nie daj Boże zawieźć mnie na grzyby albo dać mapę do ręki. I jedno, i drugie może mieć opłakane skutki. Nic nie poradzę. Płeć mózgu się chyba kłania.

 

Po drodze przekonałam samą siebie, że trzeba się cieszyć. Znalazłam nareszcie pracę, chyba nawet dobrze płatną, cholera wie, bo przecież nie było kogo zapytać. Ale dostałam, a dzisiaj przecież z tym ciężko. Cała w uśmiechach dotarłam na to nasze piąte piętro i zabrałam się do przygotowywania specjalnego posiłku.

Na specjalny posiłek składać się miały grochówka na kiełbasie i zapiekanka z ziemniaków.

– No, no, no, cóż to za zapachy – dobiegł mnie zachwycony głos Łukasza.

A zapachy faktycznie mówiły same za siebie, czosnek mieszał się z wonią smażonych ziemniaków, cebuli, do tego stygnąca już na parapecie grochówka. Wparował do kuchni, jak zwykle z teczkami i rulonami pełnymi projektów. Jak zwykle rzucił to wszystko na stół i zaczął buszować po garnkach. Tak jakby nie dowierzał jednemu ze zmysłów.

– Tak, tak, jest specjalna okazja – mruczałam zadowolona, przewracając ziemniaki. – Spróbuj, czy nie za mało słone.

– Delicje... No, powiedz wreszcie.

Odłożyłam drewnianą łopatkę, wytarłam dłonie o sukienkę – nawyk nie do wytępienia – i popatrzyłam na niego.

– No móóówww.

– Dostałam pracę – oznajmiłam krótko.

– Lecę chyba po szampana. – I po chwili już go nie było. A mnie do wtóru skwierczących ziemniaków pomyślało się, że całkiem miło jest dzielić z kimś radość. Małą radostkę czy wielkie radościdło. Nieważne. Po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że głupawy uśmiech nie schodzi mi z twarzy.

I bardzo dobrze.

Czwartek

Jezu. Zapomniałam, co to korki uliczne. Główna ulica calutka stoi i nie zamierza się ruszyć. Zapakowałam się z trudem do tramwaju. Statystyki podobno mówią, że mamy coraz mniejszy przyrost naturalny. W godzinach szczytu, w centrum miasta, bardzo ciężko uwierzyć statystykom. Ani chybi kłamią.

Dopchałam się do kasownika, przewracając jakiemuś młodzieńcowi plecak.

– Musi się tak pani pchać? Podałaby bilet, to bym skasował – uprzejmie zaoferował się młodzieniec.

– Pszam.

Dziękuję bardzo, wiadomo, czy odda mi później? Nie wiadomo.

Ha. Jak ufnie pakujemy do tych maszyn swoje pieniądze, niewielkie, ale zawsze pieniądze. Tymczasem złośliwe urządzenie, jakby stając po stronie wyrostka, zeżarło mój bilet. Nie całkiem wprawdzie zeżarło, bo wystawał sobie trochę, ale wyleźć za żadne skarby nie chciał. Oklapłam i rozejrzałam się wokół w poszukiwaniu pomocy. Młodzieniec z przewróconym plecakiem prychnął pogardliwie, a reszta pasażerów najwyraźniej miała głęboko w poważaniu problem na poły pożartego biletu. Hm. Stanęłam więc sobie blisko kasownika i na każdym przystanku informowałam wsiadających, że zepsuty i lepiej biletu nie pchać. Jakby nie widzieli...

– Ciki do kontroli – dobiegło mnie z drugiego końca wagonu.

Pięknie. Spojrzałam na resztki swojego „ciku” i stwierdziłam, że w tym stanie to on raczej do skontrolowania się nie nadaje.

– Pani bilecik? – Kontroler spojrzał na mnie.

– Tu – powiedziałam bezradnie, wskazując na kasownik.

– Co tu? Co tu? – oburzył się. – Bilety się kasuje, nie czeka, aż wsiądzie kontroler.

– Nie czekałam. To się zacięło... – Rozejrzałam się bezradnie wokół, no przecież nie uwierzy.

– Nic tutaj nie miało prawa się zaciąć. Płaci pani...

– Ale ten kasownik naprawdę się zaciął. – Wsparcie nareszcie nadeszło, o dziwo od młodzieńca.

– A pan co? Adwokat? Pana bilet...? A pani nigdzie nie ucieka. – Pogroził mi palcem.

Bałwan. Skuj, przykuj do poręczy, wtedy na pewno nie ucieknę. Znowu spróbowałam wyciągnąć bilet. Oczywiście bezskutecznie. Walnęłam więc bezsilnie w kasownik.

– Chce pani zniszczyć mienie państwowe? – warknął. Z jakiej epoki on się urwał, przecież dzisiaj wszystko do społeczeństwa należy.

– Proszę pana, ja widziałam, ta pani chciała skasować bilet, tylko później nie dała rady go wyciągnąć. Czesiu, na którym pani przystanku wsiadła, widziałeś może? – Wąsata niewiasta postanowiła wkroczyć do akcji, szturchnęła siedzącego obok chudego pana.

– A bo ja wiem? – mruknął niechętnie Czesio. – Ale dawno już wsiadła.

– A państwo co, w zmowie? – zawarczał kontroler.

– Panie, przestań się pan czepiać niewinnych ludzi – nagle posypały się głosy ze wszystkich stron.

Kontroler rozejrzał się bezradnie, jakby przeczuwał, że za chwilę wyrwą mu ofiarę z rąk. Złapał mnie za łokieć i zaczął ciągnąć na schodki.

– Proszę za mną, proszę wysiadać, no już – padła komenda.

Z drugiej strony coś ucapiło mnie z całej siły za kurtkę. Pani z wąsem, od Czesia, najwyraźniej nie zamierzała poprzestać na słowach.

– Czesiu, rusz się, trzeba pani pomóc – mobilizowała męża. – Pan też, o tu niech pan złapie. Tu, obok kieszeni, albo też za łokieć – radziła jakiemuś młodemu człowiekowi.

– Proszę zostawić tę panią. ONA MA ZAPŁACIĆ MANDAT! – krzyknął kontroler i zdwoił wysiłki.

– Żadnego mandatu płacić nie będzie! – Pani z wąsem nie pozostała dłużna i zmobilizowała swoją stronę. – Mocniej, ciągnijcie mocniej, bo w końcu ją wywlecze.

– Proszę państwa – zaprotestowałam słabo. Szwy w kurtce zdaje się zaczynały pękać, tym bardziej że kontroler wezwał pomoc w postaci barczystego brodacza.

Rozerwą mnie w cholerę i tyle będzie z mojego pierwszego dnia w pracy. Luuudzie, litości. Tymczasem już cały tramwaj wrzeszczał:

– Kurtkę porwiecie!

– Za łokieć, panie, za łokieć, ja tu za kolanko capnę!

– Nie dać się brodaczowi!

– Nie zapłacimy! Choćby nas mieli ćwiartować!!!

Kontrolerzy poddali się w końcu. Po nastu przekleństwach, tyluż odgrażaniach, kolejnym trzaśnięciu kolejnego szwu – już nie wiedziałam, czy to odzienie wierzchnie tak trzeszczało, czy pozostała garderoba – puścili mnie tak nagle, że z impetem potoczyłam się na trzymających mnie pasażerów. Rozległy się pomruki zadowolenia, ktoś nawet zaklaskał kilka razy.

– Policję na was nasłać!!! Do przestępstwa dochodzi w biały dzień – sarkał kontroler, ale głos dochodził już zza zamkniętych drzwi.

– Bardzo dziękuję za pomoc – oznajmiłam, ledwie zipiąc, wszem i wobec.

A mówią, że znieczulica. Ciekawe.

W jakim stanie dobrnęłam do mojego przyszłego miejsca pracy, wolę nie myśleć. Aga stała już przed wejściem do budynku i tupała nogą. Z widocznym zniecierpliwieniem. Popatrzyła na mnie i oniemiała.

– Napadli cię? Okradli na pewno! Dzwoniłaś na policję?! Boże, przecież ty nieszczęścia przyciągasz jak magnes. Na pewno ukradli ci telefon! – Rzuciła się do torebki. – Masz, masz mój i dzwoń. – Podała mi słuchawkę, po czym ją wyrwała. – Nie, ty na pewno za bardzo roztrzęsiona jesteś. Daj, ja zadzwonię. – Już wykręcała numer. – Z czego się śmiejesz? Matko kochana, w szoku jesteś, to na pogotowie też trzeba...

– Uspokój się, Aga! NIKT MNIE NIE NAPADŁ, SŁYSZYSZ?! – Po kilku próbach spokojnego tłumaczenia wreszcie straciłam cierpliwość. – Nie miałam biletu.

– Cooo? – zdębiała.

Oczywiście w swoich ciuchach nie mogłam stanąć przed dyrektorem – a nuż dzisiaj przyjdzie mu do głowy spojrzeć kontrolnie na nowego pracownika...? Agnieszka łaskawie zaoferowała mi swój sweterek, ze spodniami jakoś miałam sobie radzić. Torbę cały czas nosić na wysokości kolan. Duża, to zasłoni. Przynajmniej częściowo.

Przez cały dzień różni ludzie znosili mi różne papiery, segregatory i książki. Zaczęłam się zastanawiać, kiedy rosnąca szybko kupka zasłoni mnie bez reszty. Co chwilę biegałam zresztą do niejakiej pani Joli, która podobno była od zawsze prawą ręką szefa i wiedziała wszystko najlepiej.

Ciekawa osoba, tak zupełnie na marginesie. Pierwszy rzut oka wystarczył, żeby stwierdzić z całą pewnością tanoreksję. Pani Jola miała bowiem karnację zbliżoną do oranżu, a zważywszy na porę roku, nie mogła jej nabyć innym niż solarium sposobem. Poza tym cała wyglądała jakoś tak… no, przesadzona była i tyle. Miru, dziecko – zagrzmiał mi w uszach głos rodzicielki – nigdy nie oceniaj kogoś po wyglądzie. No dobra, nie będę. Tym bardziej że ta pomarańczowa Jola była mi potrzebna.

– Pani Jolu – jęczałam – ja się chyba w tych papierach nie połapię.

– Co znowu? – pytała na razie uprzejmie.

Tłumaczyłam, kodowałam, po czym wracałam na swoje miejsce z jeszcze większym mętlikiem w głowie. Co jakiś czas miałam też stawić się przed obliczem najwyższego i zameldować o dotychczasowych osiągnięciach. Meldowałam się zatem, dyskretnie przytrzymując niezbędną torbę. Oprócz więc objęcia rozumem zasad, na jakich działała firma, bez przerwy zastanawiałam się, czy aby za chwilę nie wychynie z tych moich portek żadna demaskująca dziurka. Nadeszło popołudnie, za chwilę dosłownie wieczór, i mogłam z czystym sumieniem wracać do domu.

W tramwaju rezolutnie poczekałam, aż złośliwe urządzenie przemiele i grzecznie odda kilka biletów, po czym z pewnym niepokojem zaaplikowałam swój. Wrócił. Dzień pełen niespodzianek dobiegł najwyraźniej końca. Zatrzymałam się na swoim piętrze, ale po chwili ruszyłam dalej. Wiem przecież, że jak ugrzęznę w domu, to później do Ulki nie będę miała siły zajrzeć. A chciałam. Tylko po to, żeby poczuć te ich Zabrockie ciepło, pooddychać przyjaznym powietrzem.

Przyjazne powietrze zmaterializowało się, gdy tylko przekroczyłam próg mieszkania Ulki.

– Ciocia!!! – przywitała mnie ciągle jeszcze zakropkowana na różowo gromadka.

– No cześć, dzieciaki. – Przyjrzałam się im wnikliwie. – Jeszcze ta wysypka wam nie zlazła?

– Daj spokój – Ula wyłoniła się z pokoju – wczoraj wysłały Zosię do sklepu, podobno po kredki. Kupiła dodatkowo flamaster. Różowy. Ciężko zmywalny.

Złapała Stasia za kołnierz.

– O, tutaj i tutaj to produkcja własna – wskazywała na plamki. – Zdolne dzieci, co? Do szkoły nie chce im się wracać.

Prychnęłam, ale że zgromiła mnie spojrzeniem, szybko zapewniłam dzieci o niestosowności zachowania.

– To bardzo nieładnie z waszej strony. Mama się denerwuje i martwi... – W połowie zdania żadnej kropki już przy mnie nie było. Rozpierzchły się w ułamku sekundy.

– One tak zawsze – jęknęła Ula i machnęła ręką. – Standardowa reakcja na moralizowanie. I co ja, powiedz, mam z nimi zrobić?

– Kup rozpuszczalnik – podsunęłam. – Ula, ja sobie chyba nie poradzę…

– No tak. Z czym? No i co ja mam niby zrobić z rozpuszczalnikiem?

– Namocz potomstwo, a potem szoruj. Szoruj tak mocno, aż wyszorujesz. Zapiecze, poboli i więcej głupstwa nie zrobią – doradziłam.

– A aspekt moralny? Z czym masz sobie nie poradzić? Mira, nie dramatyzuj i nie wymyślaj, bardzo cię proszę.

Nie dramatyzuj, nie wymyślaj, wszystko będzie dobrze.

Wybyłam więc do swojej samotni, aby dogłębnie wszystko przeanalizować. Inaczej nie byłabym sobą. A tak w ogóle to chyba nie za bardzo w porządku – zostawili mnie na pastwę losu, zamiast dać kogoś, kto by mi łaskawie pomógł zgłębić tajniki wiedzy o firmie.

Od progu powitała mnie dziwna woń.

– Szlag by to... – dobiegło z głębi mieszkania.

– Cześć, słońce – rzuciłam.

– Cześć. Pomóż! – Nie wyszedł nawet do przedpokoju. To ja wracam zmęczona po całym dniu pełnym wrażeń, a on mnie nawet nie przywita. Weszłam bojowo nastawiona do kuchni. Boże.

Obraz nędzy i rozpaczy. Po kolei. Kuchenka zapaskudzona jakąś czerwoną mazią, w garnku pieni się coś podejrzanie brązowego, a wybranek mego serca stoi nad tym wszystkim z rozwianym nielicznym włosem i jakąś grubą księgą w błyszczącej, kolorowej okładce.

– Pomóż, Miruś – jęknął, wskazując z obrzydzeniem na garnki.

– Co to?

– Ryż z sosem... Miała być kolacja dla ciebie... – Mój bojowy nastrój ulotnił się i z rozrzewnieniem spojrzałam na Łukasza. Próbował gotować. Dla mnie. Kochany.

– Co to? – zapytałam, wskazując na opadającą pianę.

– To ryż.

– A dlaczego taki brązowy? – dociekałam.

– A bo ja wiem? – Wzruszył ramionami, wpatrując się na przemian w garnek i książkę. – Może za długo się gotował. Na chwileczkę wyszedłem z kuchni…

Jasne. Wyjęłam mu z ręki książkę i wsunęłam się pod ramię.

– Dziękuję.

– Za co? – żachnął się. – Popatrz, co z tego wyszło.

– Nie jestem głodna – skłamałam. – Poza tym są jeszcze zupki chińskie.

Westchnął i ruszył do szafki w poszukiwaniu makaronów.

– A gdzie? – Czy to domena wszystkich mężczyzn? Patrzy na to, czego szuka, i nie widzi. Musi zapytać i koniecznie uzyskać odpowiedź. Teraz ja z kolei westchnęłam.

 

– Idź. Ja zrobię.

– Kocham cię. Pikantną poproszę. – Cmoknął mnie w czubek głowy i ulotnił się szybko.

A ja, doprowadzając kuchnię do pierwotnego wyglądu, powoli zaczęłam dochodzić do wniosku, że powinnam być bardziej konsekwentna. Się zdenerwowałam i w tym zdenerwowaniu należało pozostać. Przynajmniej do czasu, kiedy to wybranek posprząta owoce niedoszłej kolacji. Niestety. Do późnej nocy szorowałam kuchenkę, podłogę i wszystkie meble. Ścian nie wyłączając.

Piątek

Kolejny dzień w pracy. Tym razem dotarłam bez problemu. W tramwaju spotkałam wąsatą panią od Czesia, do której uśmiechnęłam się promiennie.

– Kupi sobie pani miesięczny, dobrze radzę.

– Kupię, kupię. Jeszcze raz dziękuję za wczoraj.

– Musimy sobie pomagać, my, znaczy ludzie. – Mrugnęła do mnie znacząco. – Bo jak nie, to nas pożrą.

– Tak – żarliwie przytaknęłam. Ale chwila... – Kto właściwie? – Popatrzyła na mnie tak, jakbym raptem zaczęła mówić w nieznanym jej języku. – No niby kto ma... nas pożreć? – powtórzyłam.

– Jak to kto, kochaniutka, oni wszyscy, te sępy – wyjaśniła, machając głową w nieokreślonym kierunku. – Nie dość, że chapią pieniądze na czym się da, to jeszcze i ludziom chcą zabierać na każdym kroku. Każdy aby dla siebie tylko i nie patrzą, czy człowiek ma co do garnka włożyć. Ciężko – westchnęła.

– Ano ciężko, ale co zrobić – zawtórowałam jej solidarnie wzdychaniem, w dalszym ciągu głęboko wdzięczna. W końcu to ona wczoraj wyciągnęła mnie, dosłownie przecież, z łap kontrolera.

– Jak to co? Trzymać się, pani kochana, razem. I tyle. Nie odwracać głowy w bok, żeby nie patrzeć na cudzą biedę. Nie, nie. Musimy sobie pomagać – zakończyła.

Może i ma trochę racji kobieta. Gdyby mnie nie wciągnęli z powrotem do tego tramwaju, zabuliłabym nie wiadomo ile. I to niesłusznie. Pożegnałam się i pognałam do biura. Łukasz wydał mi szczegółowe instrukcje, o co się wypytać, bo nagle okazało się, że sprawa mojego zatrudnienia nie jest jeszcze sfinalizowana żadną umową. Oburzył się, że najprawdopodobniej przyjdzie mu żenić się z jakąś cudowną instytucją charytatywną. Tylko „cudowną” uratowało nas od sprzeczki. Raptem jeden dzień tam posiedziałam i już mam mieć wszystkie papiery. Ha, najlepiej jeszcze, żebym całą pensję przyniosła! No dobrze. Powinnam chociaż zapytać, ile będę zarabiała, ale jakoś w tym całym zamieszaniu...

– Pani... – Dyrektor spojrzał na mnie bezradnie, po czym pstryknął palcami, jakby to miało mu przypomnieć, jak dali mi na chrzcie.

– Mira – podsunęłam usłużnie.

– Pani Miruu...osławo. – Najwyraźniej nie wiedział, jak zdrobnić to moje cholerne imię. Popatrzył na mnie jak na winowajczynię – przecie go sobie nie wybierałam. Gdybym miała na to jakikolwiek wpływ, byłaby Ewa albo Anna, też ładnie i zupełnie bezproblemowo, każdy wiedziałby, jak się do mnie zwracać. – Proszę przejrzeć raporty tygodniowe i podesłać mi streszczenie tak mniej więcej do trzynastej. – Spojrzał na zegarek i dodał z godnością: – Później mam lancz.

Późny lancz.

Mój szef wyglądał jak chuda, króciutka łodyżka zwieńczona wielkim kwiatem. Gęstą czuprynę zaczesywał zawzięcie do góry, co – podejrzewam – tuż po dokonaniu porannej toalety dawało zamierzony efekt. Efekt uczesania. Ale czy on później nie patrzył w lustro? Ciężko było zgadnąć. Czarne kudły sterczały pod kątem prostym we wszystkie strony, nieodmiennie przywołując przed oczy rozmówcy obraz Einsteina. No i cały czas któraś część ciała poruszała się rytmicznie. Albo tupał małą stópką, albo machał drobnym paluszkiem, albo zawzięcie kiwał głową. Po jednym dniu obserwacji mogłam z czystym sumieniem powiedzieć, że wiem, jaki nastrój wywołuje tupanie, jaki machanie, a jaki kiwanie. Podzieliłam się z Jolą, już Jolą, swoimi spostrzeżeniami.

– Masz rację – powiedziała, wydmuchując dym. – Łatwo go rozgryźć. A tak między nami, niejednej bury uniknęłam dzięki tym jego... tikom. Chyba tak to można nazwać.

Ale zaraz, zaraz, czego on chciał? Jak zwykle za bardzo skupiam się na tym kto i jak, zamiast co. Aaaa, raporty, ale ki czort, jakie raporty? I co właściwie znaczy przesłać czy tam podesłać? Mailem puścić czy faksem? Zawzięłam się i postanowiłam poradzić sobie z tymi durnymi raportami sama. Nie pobiegnę do Jolki. Niech widzą, że zatrudnili odpowiedniego pracownika. Odpowiedniego, odpowiedzialnego i sumiennego. Skontrolowałam czas i zdeterminowana ruszyłam do swojego biurka. Phi, przez cztery godziny to ja mu mogę przedłożyć, podesłać – czy co on tam sobie chce – nawet roczne raporty.

Realia przedstawiały się odrobinę inaczej. Godzinę zajęło mi przekopanie się przez papiery, następne pół stwierdzenie, że w papierach żadnych raportów nie ma. Nie dając za wygraną, wzięłam się za twardy dysk przydzielonego mi komputera. Na sterty płyt poukładanych równo na półeczce starałam się nie patrzeć. Chyba błąd. Okazało się, że na twardym dysku jest niewiele plików pod nazwą „raport”. Sztuk trzy, z czego żaden nie odpowiadał przedstawionym wymaganiom.

– Jolu – zapakowałam resztki dumy głęboko w kieszeń – raporty tygodniowe...?

– Proszę. – Bezbłędnie wyciągnęła jedną płytę. – Wypełnij na podstawie danych z pliku, wydrukuj, wyślij faksem albo mailem pod adres załączony w formularzu.

– Dzięki – sapnęłam z wdzięcznością.

Należy zredukować nieprzyjemne uczucie, więc – wzruszając ramionami, wytłumaczyłam sobie – sama do tego bym nie doszła, bo za krótko pracuję. O. Zabrałam się skrupulatnie za wypełnianie. Nazwiska, cyferki, nazwy projektów. Poszło. Drukuj. Jakiś komunikat. Zignorowałam, bo przecież czas goni. Znowu. Cholera. Kilka razy wcisnęłam „enter” i poszło. Ha, to nie takie trudne. Jeszcze tylko druknąć papierową wersję.

– Co się dzieje? – dobiegło mnie z korytarza. – Kto grzebał w systemie???

– Mój projekt!!! Cholera! – wrzasnął ktoś inny.

Co za ludzie, matko kochana. Obsługi komputera się nauczyć, a nie psioczyć na system. Dobrze, wysłało się ładnie. Dołączyłam potwierdzenie i ruszyłam z plikiem kartek i poczuciem należycie wypełnionego obowiązku do szefa. Mało mnie nie stratował w przejściu, szturchnął z takim impetem, że okręciłam się wokół własnej osi. Nie jestem znowu taka mała, żeby mnie nie zauważyć – prychnęłam cicho za nim – przepraszać nie ma potrzeby. Wróciłam do swojego azylu. Zechce raportów, to sam przylezie. Życiem ryzykować nie będę. Siedziałam i z bezpiecznej odległości obserwowałam swojego poważnego pracodawcę.

A on się miotał. Krótkie rączki poruszały się z prędkością – nie przymierzając – skrzydeł kolibra, a słowa wyrzucał jak kałach naboje:

– Gdzie jest Sebol??? Gdzie jest Sebastian, do cholery, i dlaczego cały system padł?!

– Panie dyrektorze... raporty – odważyłam się wtrącić mało rezolutnie.

– Jakie raporty? Co mi pani teraz raportami głowę zawraca? – I wybiegł na korytarz.

No i wyszło. Mam uważniej czytać pojawiające się na monitorze komunikaty. Poza tym Jola od dzisiaj do nie wiadomo kiedy ma mnie uważnie obserwować. Do odwołania.

Przy okazji wyszła pewna przykra sprawa. Dlaczego do tej pory tego nie robiła? Przecież to było wyraźne polecenie najwyższego – pomarańczowa Jola plus nowa Miruooosława mają stanowić nieodłączny duet, dopóki ta druga nie pojmie podstawowych zasad funkcjonowania firmy.

– To niesubordynacja, Jolu, daleko idąca. Dobrze, że nie stało się nic gorszego. W każdym razie i tak cała odpowiedzialność spada na ciebie – grzmiał.

– I tak jest nieźle – podsumował Łukasz moją opowieść – mogli cię zwolnić. Czy te buraczki to dobre jeszcze? Popatrz.

To właśnie w ramach zainteresowania. Buraczki. Zaczęłam miotać się po kuchni.

– Nie wiem – burknęłam ze złością. – Spróbuj. Może nie zemrzesz.

– A po co się tak od razu denerwować? Wiesz przecież, że czego nie dotkniesz... – spojrzał kontrolnie – to popsujesz. I to bez znaczenia jakiego typu. Dobrze, że mieli na miejscu informatyka.

Niech mu będzie. Stara się nawiązać rozmowę, więc zamiast się miotać, przysiadłam na brzegu taboretu.

Ale pufać nie przestałam. Czasami tego nie zauważam, nigdy zaś nie potrafię opanować. Przechodzi razem ze złością. I był to niezawodny sygnał do wszczęcia awantury.

– No, ale żadnych konsekwencji nie wyciągną? – Łukasz rezolutnie starał się ten konflikt zażegnać.

– Nie. – Puf, puf.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?