Aby do mety

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Joanna Kruszewska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Wójcik

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66217-71-3

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Poniedziałek


Magazynier, sprzedawca, specjalista ds. projektów, inżynier procesu powlekania... A co to takiego...? Wyświetl szczegóły... Chemia. Odpada. Asystentka, referent, cokolwiek… Coś, co pozwoli mi spędzić minimum czasu w pracy, a maksimum w domu. No i zagwarantuje jeszcze jako takie zarobki.

Handlowiec.

Kolejny handlowiec.

O, i jeszcze jeden.

Westchnęłam w parującą kawę. Nie będzie łatwo. Najlepiej by było – posiadając wszelkie możliwe atuty intelektualne – znać jeszcze wszystkie języki świata, no, przynajmniej z pięć. Pięciu nie znałam. Z konwersacyjnym angielskim i podstawami niemieckiego, za pomocą którego raczej trudno przychodziło mi porozumienie się z kimkolwiek, praca na etacie – powiedzmy asystentki – odpadała z mety. Aha, przydałoby się jeszcze tak z dziesięć lat doświadczenia zawodowego, powalająca na kolana aparycja i najlepiej tak ze dwadzieścia dwa, góra trzy lata. Jestem stara! Matko kochana, jestem za stara, żeby znaleźć jakąś sensowną robotę. Miotając gromy, ruszyłam do lusterka, powtarzając sobie po drodze, że kobieta z trzydziestką na karku dopiero po kilku zabiegach kosmetycznych może rano wyglądać jako tako. Więc nawet jeśli zobaczę potwora, a zobaczę na pewno, to odrobina mleczka, toniku, kremu, no i szamponu, podkład, lekki make-up, to wszystko na pewno zdziała cuda, nie ma co panikować.

Rzuciłam rozpaczliwe spojrzenie, najpierw z daleka i przy włączonym tylko górnym, łagodnym świetle. Hm, nie jest źle. Później odważyłam się zapalić jeszcze podświetlenie punktowe i podejść dwa kroki bliżej. No tak, jakaś szara jestem i kurze łapska rysują się całkiem wyraźnie, stwierdziłam, jeżdżąc już nosem po lusterku. Gotowa byłam lecieć w kraciastym szlafroku Łukasza do pobliskiej drogerii po jakieś cudowne specyfiki. Cudowniejsze od posiadanych i wklepywanych obecnie. Idiotka, że niby im więcej wklepiesz, tym więcej lat ci ubędzie? Nie pal tyle, kawska nie żłop bez opamiętania, to i zmarszczek nie będzie. Znaczy, na pewno nie będzie ich tak szybko przybywać. Chociaż kto wie, co ja mam w genach zapisane...

– Ulaaa – zawyłam dokładnie piętro wyżej, w drzwiach kochanej sąsiadki i jednej z dwóch najbliższych moich przyjaciółek. Jasna głowa wychyliła się jak zwykle z kuchni, razem z nią wychylił się też słodki, cynamonowy zapach.

– Wirusa się nie boisz? Stasiek z przedszkola kolejną ciekawą chorobę przytachał – poinformowała od razu od drzwi.

– A ciebie też wzięło? – zainteresowałam się na wszelki wypadek.

– Nooo, zdaje się, że powoli bierze. Oszczędzę ci szczegółów...

– Zaryzykuję, nic nie jest w stanie mnie już bardziej przybić – rzuciłam dramatycznie.

– Ooo, faktycznie coś nieciekawie wyglądasz.

– Nie dobijaj mnie. – Klapnęłam na kuchenną ławę. – Jestem stara, chyba nigdy nie wyjdę za mąż i nie będę mieć dzieci, poza tym nikt mnie nie przyjmie do pracy, bo nie umiem szyć... Buuu! Dlaczego mnie rodzice nie przysposobili do jakiegoś konkretnego fachu? Dlaczego sama się nie przysposobiłam?

– Nie bucz. Kawy ci zrobić?

– Od kawy przybywa mi zmarszczek.

– Sypaną czy rozpuszczalną? – Stała już w pełnej gotowości między czajnikiem a szafką z kubkami.

– Rozpuszczalną z mleczkiem, duuużo mleczka – miauknęłam zgodnie. Jak to dobrze czasami znaleźć się w pobliżu osoby zdecydowanej i opiekuńczej. Zapach już praktycznie wbijał mi się do nosa i powodował lekkie skurcze puściutkiego żołądka. – A co tu tak pachnie?

– A tu tak pachną pierniki. Późno się za nie wzięłam, ale gdybym zrobiła to wcześniej, pewnie by zeżarli i na święta musiałabym dorabiać. No co tam? – Kubek wylądował przede mną razem z porcją brązowych, ciepłych jeszcze ciastek. – Gadaj.

– A o czym tu gadać. Czy ty wiesz, ile mam lat? Łukaszowi się nie spieszy do zakładania rodziny... Na dodatek nikt nie chce mnie zatrudnić. Czarna rozpacz. Kolejne święta spędzę w gronie zatroskanej rodziny, zatroskanej przede wszystkim o mój stan cywilny. Po prostu miód. Próbkę mam przy okazji każdego telefonu od mamy. Dzięki Bogu dzisiaj jeszcze nie dzwoniła.

– Przecież chyba jesteście zaręczeni... nie? Stasiu, zostaw pilota.

– Taaaa, chyba jesteśmy... A widziałaś u mnie jakiś pierścionek? Bo zdaje się, zaręczyny to z pierścionkiem. Widziałaś jakiś? – Wysunęłam przed siebie obie dłonie.

Ula posłusznie pochyliła się nad nimi, wypatrując choćby śladu biżuterii.

– Faktycznie, nie ma, ale... Mirul, rozejrzyj się po kątach i zastanów chwilę, czy aby na pewno wiesz, do czego tęsknisz. – Ula zerknęła do dużego pokoju, po czym kategorycznie i bez zbędnych ceregieli odebrała najmłodszej latorośli pilota.

Rozejrzałam się po znajomych kątach. Odwieczny ład, skład i porządek. Odwieczny zapach czegoś pysznego, pieczonego, smażonego. No i odwieczny hałas. Czy wiem, do czego tęsknię... Głupie pytanie. Pewnie, że nie wiem. Zdaje się, że nikt w tym zwrotnym punkcie swojego życia nie ma bladego pojęcia, na co się pisze. Ale słowo rodzina ma niebagatelny wymiar, a dzieci...

Państwo Zabroccy doczekali się czwórki potomstwa, które temperament odziedziczyło zdecydowanie po mamusi. Chwilami miałam wrażenie, że Ula ma nie dwie, a przynajmniej pięć rąk. Co za tym idzie, jej potomstwo miało tych rąk cztery razy więcej. Nóg też. Jeszcze gdyby te wszystkie ręce i nogi umieścić w jednym ciele, dałoby się wytrzymać. Ale one były na osobnych korpusikach, a te korpusiki rozbiegały się zazwyczaj w przeciwnych kierunkach. Rozliczne ręce grzebały w różnych miejscach, w których zdecydowanie nie powinny grzebać. Patrz kontakty, zwoje kabli, włączniki, a teraz – proszę bardzo, najmłodszy potomek znowu dorwał pilota i usiłował przetestować na nim trwałość dopiero co wyrżniętych siekaczy. Co zwycięży? Ząb czy wstrętny, oporny plastik? Najwyraźniej stawiał na ząb. Wskazywały na to zaciekłość i pasja, z jaką usiłował rozgryźć coraz to nowe miejsca.

– Stasiu, co ja mówiłam? Zostaw pilota! Patrz i dalej się zastanawiaj. – To było już do mnie, z delikatnym rozdrażnieniem w głosie.

Staś zaprzątnął wreszcie – całkiem skutecznie – swoją uwagę piernikami. Wymyślił zabawę w chomika, który zbiera zapasy na zimę. Wepchnął sobie w i tak pyzate już policzki po kilka ciastek, po czym wypiąwszy na nas swój tłuściutki, czteroletni zadek, pobiegł na czworaka do dużego pokoju. Słodkie.

– Mira… Chomiki gromadzą zapasy na zimę?

Wzruszyłam ramionami.

– Pojęcia nie mam, ale zdaje się, że nie.

– Trzeba będzie porozmawiać z Pawełkiem, niech sobie dziecko błędnych teorii nie wymyśla. Swoją drogą, skąd mu te chomiki, może o wiewiórki mu chodziło... No i czy on czasami nie powinien już wyrosnąć z gryzienia wszystkiego, co mu wpadnie w ręce? – zastanawiała się, wrzucając na blachę kolejne ciastka.

Rzecz jasna, że trzeba. Z Pawełkiem wszystko musiało być skonsultowane. Począwszy od tego, ile ziemniaków nabyć – przy czym nabywała zawsze Ula, uprzednio odprowadziwszy wszystkie dzieci do szkół i przedszkoli, dwójka tu i dwójka tu – poprzez to, co właściwie rodzina życzy sobie na obiad, a zawsze decydował pan i władca Zabrocki, skończywszy zaś na konsultacjach z zakresu edukacji dzieci. To zawsze Paweł wiedział najlepiej, on – instancja wyższa, władza absolutna i nieomylny monarcha w jednym. Nie można powiedzieć miłościwie nam panujący. Ula godziła się na istniejący układ, podejrzewam też, że w dużej mierze była jego twórczynią, ale chwilami szlag mnie trafiał. Człowiek potrafi się zredukować do istoty stricte użytecznej dla innych, własne potrzeby zepchnąć głęboko w zakurzony kąt, jeszcze czymś przykryć, żeby – uchowaj Boże – się stamtąd nie wydostały. Teraz wyciągnie kolejną partię ciastek, odgarniając ramieniem jasny kosmyk z policzka, za chwilę wstawi jakieś mięcho do pieczenia, potem ułoży Staśka do drzemki i wykorzystując względną ciszę w domu, usiądzie przed komputerem, żeby powklepywać trochę danych. Miała stałą pracę z możliwością odbębnienia jej w domu. Inny układ nie wchodził w grę. Podziwiałam ją, co tu dużo gadać. W porównaniu z życiem Uli, moje wyglądało sielsko anielsko i, trzeba ze skruchą przyznać, nader leniwie i bezproduktywnie.

Wylądował przede mną kolejny talerz z ciepłymi piernikami. Roiło się na nim od serduszek, gwiazdek i wycinanych przez Stasia armat, do złudzenia przypominających męskie przyrodzenia, różnych długości i grubości, kształtem jednak nieodmiennych.

– No co się przyglądasz, armaty – prychnęła Ula.

– Niezłe. – Wzięłam jedną do ręki. – Ciekawe, skąd wzorzec. Tatusiowy? Hi, hi. No i oświeć mnie, gdzie niby tu lukier lać, hę?

– No gdzie? Na całość. Niech ci nie przyjdzie do głowy ozdabiać tylko końcówki... – Ula już rozstawiała na stole miseczki z rodzynkami, orzechami i wiórkami kokosowymi.

 

– Czemu nie, można by jeszcze trochę polać na jąderka, a na to orzechy laskowe. – Wybrałam dwa najdorodniejsze egzemplarze. – O tak.

Ścierka z precyzją – świadczącą o latach praktyki – wylądowała dokładnie na środku mojej kudłatej łepetyny.

Cisza. Jedyny dźwięk, jaki rozlega się w mieszkaniu, to w miarę rytmiczne pukanie. Czapy śniegu co chwilę odrywają się od parapetów i z cichym pacnięciem kończą kolejny etap podróży na ziemię.

Chcę już wyjść za mąż.

Chcę mieć takiego Stasia albo Marysię.

Chcę mieć wycinane z piernikowego ciasta peniski.

Chcę mieć pogryzionego pilota od telewizora.

Chcę i tyle.

Łukasz wrócił późno. Trzaśnięcie drzwiami, łomot teczki rzuconej bezwzględnie na szafkę w przedpokoju, po czym w drzwiach pojawia się jego łysiejąca – o przepraszam, dostaje drgawek, jak się tak mówi – jego ozdobiona zakolami, szlachetna głowa.

– Co zjem?

– Dzień dobry, kochanie...

– Dobry, dobry. – Obowiązkowy cmok w powietrze tuż nad moją głową. – Co dobrego jest do zjedzenia?

– Zupa, podgrzać?

– A jaka? – Już zaglądał do lodówki po cokolwiek.

– Pomidorowa.

– Pomidorowa była wczoraj – stwierdził z pretensją.

– Dzisiaj jest również, nie zgłaszałeś zamówienia na inną. – Wzruszyłam ramionami.

– Wiesz, że nie znoszę jeść dwa dni pod rząd tej samej zupy. Siedziałaś cały dzień w domu, nie mogłaś czegoś ugotować?

– Nie siedziałam cały dzień w domu – cholera, tłumaczę się – byłam u Uli.

Tłumaczę się – trzeba dodać – jego pochylonym plecom. W nosie ma, gdzie byłam. Siedzę w domu, znaczy nie mam pracy, więc w cieple domowych pieleszy powinny na niego czekać dwudaniowy obiad plus deser i niewiasta przyodziana w kusy fartuszek. A nie drugi dzień z rzędu taka sama zupa. Na dodatek pomidorowa z ryżem. Przecież on nie cierpi pomidorowej z ryżem. Makaron ma być. Najlepiej kolanka pluskające radośnie w odmętach przecieru i gęstej, tłustawej śmietany. O, leniwa kobieto. Zagotowałam się. A kolanka zapluskały jedno o drugie. Moje kolanka, nie makaronowe. Ze złości.

W takich momentach można zrobić dwie rzeczy. Albo pokusić się o natychmiastową konfrontację roszczeń, a co za tym idzie doprowadzić do awantury, albo spożytkować mało konstruktywną energię w inny sposób. Nic na to nie poradzę. Patologicznie nie znoszę awantur, a nauczona wieloletnim mieszkaniem w towarzystwie Łukasza wiem, że skończyłoby się właśnie tym. Unik. Nie pozostaje nic innego.

Część energii zużyłam na głośne trzaśnięcie drzwiami. Resztę pary straciłam, lecąc z furkotem po klatce schodowej. Na parterze miałam już tylko lekką zadyszkę, spowodowaną kiepską kondycją.

Natychmiast, natychmiast zawlec go do ołtarza. Albo nie. Najpierw znaleźć pracę i zmienić tę chorą sytuację. To nie ja jego, ale on mnie będzie ciągnął na ślubny kobierzec... Za rude kudły, razem z ambicjami, z ciepłą posadką i, generalnie rzecz biorąc, całą moją świeżo zdobytą niezależnością.

Bo miałam ambicje. A jakże.

Po cichutku, nic nikomu nie mówiąc, ukończyłam podstawowy kurs grafiki komputerowej. Podstawy były mi potrzebne, żeby ujarzmić to bydlę, Photoshopa. Źle mówię. Nie ujarzmić, tylko się z nim zaznajomić. Do ujarzmienia jeszcze mi trochę brakowało, aczkolwiek w naszej znajomości, trzeba przyznać, szala dominacji zaczynała już przechylać się na moją stronę. Po cichu też zaczęłam nachodzić zaprzyjaźnionego informatyka i wyciągać maksimum informacji na temat możliwości mojego laptopa. Jako że przy bliższej znajomości z wyżej wymienionym programem zaczynał nieco niedomagać.

Laptop, nie informatyk.

Kilka wizyt i już miałam głowę pełną całkiem sympatycznej terminologii, ogólnie pojętego oświecenia w kwestii procesorów, i wiedziałam, na co mam zamienić swego poczciwego, wysłużonego laptopa. Dowiedziałam się też, ile kosztuje cudo, na którym powinnam się szkolić i dokształcać. Dużo. Zdecydowanie za dużo. Z pensji szkolnej nic mi już nie zostało. W ogóle z czasów piastowania posady nauczycielskiej zostały mi tylko mętne i niekoniecznie przyjemne wspomnienia.

– No, Mira, nie będę cię czarował, ale to raczej maszynka do pisania. Sprytna, zgrabna, strony też ci chyba ładnie odpala, ale trzeba by procesor wymienić, Pentium 4, no i pamięci dołożyć, a gdzie tu pamięć dołożysz? No, tak żeby przynajmniej z 512 MB było…

Reasumując, z Marcinowych wykładów przepełnionych terminami brzmiącymi dla laickiego ucha cokolwiek egzotycznie wynikało jedno – świetność mojego sprzętu minęła bezpowrotnie.

No, ale przecież o tym chyba Łukasz świetnie wie. Nie powiedział mi?

Ano nie powiedział. Zaczytany w swoich projektach po uszy, moje zapędy graficzne zbywał lekkim machnięciem ręki i pobłażliwym stwierdzeniem, że mi przejdzie. Dlaczego właściwie mój mężczyzna nie może mnie traktować poważnie? Od początku twierdził, że jedyne, do czego się nadaję, to wykładanie historii w pobliskim gimnazjum. Podczas gdy mnie wystarczyły trzy pełne lata, żeby nabrać zupełnie odmiennego przekonania. Ale moją argumentację zbywał krótkim: „rzadko się zdarza, żeby ludzie lubili to, co robią”. Dodawał jeszcze, że mając tyle lat, ile mam, powinnam już mieć jako takie pojęcie o życiu i nie idealizować wszystkiego. A grafika? Ot, kolejny wymysł niezdecydowanej niewiasty.

A właśnie, że nie. Nawet jeżeli mam szukać przez całe życie zajęcia, które sprawi mi satysfakcję, to będę szukać. Choćby mnie najbliżsi kłuli idealizmem w oczy.

Impas. Bez pracy nie będę miała sprzętu, bez sprzętu nie będę mogła dłubać w grafice, bez dłubania… hm, pozostanę tym, kim jestem. Znaczy… nikim? Albo kimś goniącym ideały?

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że z zamążpójścia zrobiłam sobie cel nadrzędny. Marzenie numero uno. Priorytet. Z trudem opanowałam ochotę powrotu do mieszkania i wykonania krótkiego, acz bogatego w treść telefonu do mamy.

Musisz wreszcie wyjść za mąż. Co z ciebie za kobieta, że on nie chce się żenić? Czy ty naprawdę nie potrafisz go zachęcić? Aż się wierzyć nie chce, że jesteś moją córką, ja w twoim wieku, ble, ble, ble...

Nie dalej jak wczoraj uraczyła mnie kolejną pokrzepiającą rozmową i jak zwykle udało jej się podnieść mnie na duchu. Teraz, owszem, przy wtórze padającego sobie cichutko śniegu człowiek nabierał dystansu i miał głęboko w poważaniu wszystkie inwektywy, które leciały z matczynych ust nieprzerwanym potokiem. Wystarczył jednak live, a zaczynałam się robić malutka i brzydka niczym gnom albo inne równie paskudne stworzenie żywcem wyciągnięte z Tolkienowskich powieści. Ciężka artyleria argumentacji, mniej lub bardziej racjonalnej, spadała nieodmiennie z ogromną siłą i cała moja samoocena leciała na łeb na szyję. Ech, mamusiu, w zawziętym pędzie, żeby czasami córka nie popadła w samouwielbienie, trochę przegięłaś. Czego bym nie zrobiła, zawsze było niewystarczające, zawsze niedociągnięte, niedoskonałe...

Nie wiadomo, kiedy pretensja do Łukasza przerodziła się w swoistą retrospekcję i żal do toksycznej rodzicielki.

Bo że była toksyczna, nie dało się ukryć.

Jeszcze chwilę, a łzy zaczęłyby się lać strumieniami i zamarzać w rześkim, grudniowym powietrzu. Taka ze mnie biedna i nieszczęśliwa istota. Niekochana, samotna, idealizująca wszystko i wszystkich.

Rozkręcam się, cholera. Pociągnęłam nosem. Zupełnie niepotrzebnie się rozkręcam, a najgorsze, że ostatnio zdarza mi się to coraz częściej. Jest to związane nierozerwalnie z wiekiem. Na pewno. Wcześniej takie rzeczy nie zdarzały mi się często. Może ja już nawet przekwitam?! Matko kochana, nie wydawszy na świat potomka, przechodzę klimakterium!!!

Z zamyślenia i z dna rozpaczy wyrwało mnie spojrzenie wielkich oczu. Wielkie oczy były osadzone jakby... w próżni? Przyjrzałam się oczom dokładniej. Okrągłe jak paciorki, wlepiały się we mnie bez mrugnięcia z wysokości około piętnastu centymetrów znad małej kupki śniegu. Ja z kolei zamrugałam kilkakrotnie. Niemożliwe, żeby śnieg miał oczy, do groma. Podeszłam kawałeczek bliżej. Kupka śniegu zawarczała cicho. Pies. A przez chwilę myślałam, że natrafiłam na jakiś ewenement przyrodniczy. Cofnęłam się kawałek, za to zwierzątko wynurzyło się właściwie znikąd i ruszyło – już z głośniejszym warkotem – za mną. Szlag by trafił. Wrócę do domu z potarganymi nogawkami.

– Zibi??!!! Ziiiibiiii!

– To pewnie do ciebie. Rusz się, paskudniku – zachęciłam zwierza.

Ruszył się, a i owszem, ale bynajmniej nie w kierunku, z którego dobiegało wołanie. Usiadł sobie małym, kościstym tyłkiem na chodniku i wystawił na widok publiczny całą baterię zębów.

– No, przydybałem cię. Co, na panią polujesz? – Rosły facet sprawnie zgarnął smycz z chodnika i przyciągnął psa do siebie. – Proszę się nie denerwować, nie ugryzie.

Przystojny facet. Trzeba przyznać. Spod małej, wełnianej czapeczki we wszystkich kolorach tęczy wystawały tu i ówdzie ciemne, długawe kudły. Czapka kłóciła się wściekle z resztą stroju, na którą składał się firmowy dres i takież sportowe obuwie.

– Myślałam, że się zgubił. Nie, nie denerwuję się. – Biegaj sobie, człowieku, dalej, a bydlę trzymaj na krótkiej smyczy, dodałam w duchu, po czym ruszyłam w drogę powrotną do domu.

Tup, tup – dobiegło mnie.

Dlaczego on idzie za mną? Na groźnego – zdaje się – nie wygląda, w dzisiejszych czasach nie wiadomo jednak, co takiemu sportsmenowi może do łba strzelić.

Nie wiadomo. Przyspieszyłam nieznacznie kroku, łudząc się, że w ewentualnym sprincie ja, nałogowy palacz, mam jakieś nikłe szanse. Ale wybujała wyobraźnia już przedstawiała koszmarne wizje – zgwałci, zabije, porzuci gdzieś na klatce na pożarcie wygłodzonych szczurów. Idiotko, u nas nie ma szczurów! Nic to, będę się bronić, jak już mnie dopadnie. A dopadnie, bo przyspieszył kroku. Dotarłam nareszcie do klatki, ale oczywiście w takich przypadkach klucz się blokuje, zamek zacina i ogólnie rzecz biorąc, wszystko idzie jakoś tak wolno, wyłączając poczynania ewentualnego złoczyńcy. Po kilku cichych i niewyszukanych przekleństwach i paru rozpaczliwych zerknięciach za plecy udało mi się w końcu otworzyć drzwi. Czmychnęłam więc szybko do środka, przytrzymując jednocześnie klamkę.

Nie wejdziesz, maniaku. Odechce ci się molestowania niewinnych kobiet.

– Co pani wyprawia, przycięła mi pani rękę! – rozdarł się dresiarz. Zibi, z niewiadomych powodów, dzielnie mu zawtórował. Przecież jeszcze niczego, wbrew najszczerszym chęciom, mu nie przycięłam.

Faktycznie, ręka była już na klatce, a jej właściciel zdecydowanie na zewnątrz.

– To czemu pan się pcha do cudzych klatek?! Niech pan zabiera te graby!!!

– Kobietooooo, oszalałaś, połamiesz mi kości! Ja tu mieszkaaaam!

Zaskoczona poluzowałam trochę uścisk. Złoczyńca wykorzystał to błyskawicznie. Wparował do klatki, prawie tocząc pianę pod tęczową czapeczką.

– Idiotka – wysyczał, kiedy już przymykałam oczy, gotowa zresztą na wszystko.

Rzekomy sąsiad – nie obrzuciwszy mnie jednak ani jednym spojrzeniem – wbiegał już na górę, złorzecząc głośno i wyzywając mnie od znerwicowanych idiotek.

– Bałwan – rzuciłam nader adekwatnie do pory roku.

Chyba nic z jego strony już mi nie grozi. Gdzieś na górze trzasnęły drzwi. Na wszelki wypadek odczekałam dobre pięć minut, po czym odważyłam się ruszyć do windy.

Oczywiście całkiem bezwiednie wcisnęłam szóstkę zamiast piątki i już po chwili łomotałam do drzwi Uli. Jak zwykle były otwarte. Czy ci ludzie nie boją się o swój dobytek? Wchodząc, zarejestrowałam, że pachnie apetycznie smażoną cebulą.

– Dobrze trafiłaś, zaraz jemy kolację. – Nawet nie obrzuciwszy mnie spojrzeniem, Ula dostawiła jeszcze jeden talerz.

– Uleńko, skarbie, czy ja jakoś specjalnie pachnę? Skąd wiesz, że to ja...? – zapytałam, moszcząc się na ławie.

– Wiem, widziałam cię przez okno. Zapoznałaś się już z naszym nowym sąsiadem. Widziałam, a jakże. Psa ma do niczego, ale on całkiem, całkiem. Jakiś dziennikarz czy coś takiego.

Oklapłam z sykiem.

– Jak to sąsiad? Jak to, do groma, dziennikarz? On mnie napastował! – oświadczyłam z oburzeniem. Ale już nieco mniej świętym.

Ula odstawiła garnek i przyjrzała mi się z zainteresowaniem.

– No prawie... – Pod wpływem tego spojrzenia zdobyłam się na maksimum obiektywizmu i opowiedziałam historię zagubionego w moim przekonaniu, bo przecież nie w rzeczywistości, psa, drzwi i ręki.

– A ciocia Mira to zawsze ma takie ciekawe przygody – stwierdziło najstarsze dziecię Zabrockich. – Jak to się, tatuś, nazywa?

 

– Mania prześladowcza, córeczko – trafił jak zawsze w sedno Paweł. – Pyszna kolacja, kochanie. Mniam, mniam. Ziemniaczki boskie.

– Jaka mania? Mnie się naprawdę wydawało, że miał złe zamiary – broniłam się jeszcze, ale coraz wyraźniej było widać, jaką idiotkę z siebie zrobiłam. – Ciekawe, czy rękę ma całą... – dodałam już całkiem niepewnie.

Tata Zabrocki. Zawsze na miejscu, zawsze gotowy służyć pomocą. Szlag by go z tą gotowością.

– Pożyczyłem mu wiertarkę. Pójdę, sprawdzę i dokładnie ci opowiem. A jakby co, zawezwę, żebyś mu przykładała kompresy w ramach rekompensaty. Moralnej – dodał kąśliwie.

– Dziękuję bardzo. Wiesz, Uluś, ja już pójdę, tam Łukasz pewnie czeka. Długo mnie już nie ma.

– Nie zjadłaś.

– Jakoś nie mam apetytu. – Tutaj minęłam się nieznacznie z prawdą, ale nie miałam ochoty wysłuchiwać dalszego dowcipkowania Pawła. Nawet za cenę smażonych ziemniaków.

– Masz trochę armatek. Napracowałaś się przecież przy nich. – Wsunęła mi do ręki torebkę z piernikami.

Że też ja zawsze muszę się wpakować w jakieś idiotyzmy. Westchnęłam. Teraz przyjdzie mi przemykać chyłkiem po klatce, żeby – nie daj Boże – nie spotkać znowu tego sportowca od siedmiu boleści i nie zrobić mu jakiejś krzywdy.

Łukasz tymczasem tak się zmęczył tym oczekiwaniem na ukochaną kobietę, że aż zasnął w fotelu przy włączonym telewizorze – żeby było mało – w okularach. Taaak. Czeka. Z utęsknieniem, z otwartymi ramionami. Weszłam do pokoju i przyjrzałam mu się. Chyba faktycznie był zmęczony. Dobrze jest, skoro stać mnie na delikatne rozczulenie. Znaczy, złość częściowo przeszła. Częściowo, bo jakoś nie mogłam się powstrzymać, żeby nie trzasnąć ostentacyjnie drzwiami do łazienki. To tak w ramach przypomnienia, że nie jest sam i że tak sobie beztrosko zasypiać nie może. A w ogóle, dumałam dalej, grzejąc się pod prysznicem, gdyby poszedł ze mną na ten cholerny spacer, to bym się nie zbłaźniła. Na to Łukasz, w całej swojej trzeźwości i umiarkowaniu, by nie pozwolił. Dosyć, jedna dziennikarska ręka w tę czy w tamtą stronę to znowu nie tak dużo.

Wtorek

Łukasz przespał prawie połowę nocy na fotelu, a rano wstał wściekły. Rzecz jasna na mnie. Drapał zarośnięte policzki i układał do poziomu to, co jeszcze mu zostało na głowie, a zostało niewiele. Jęczał przy tym rozdzierająco i pochylając się co chwilę, masował obolałe członki. Rzuciłam się czym prędzej do czajnika i szafki z kubkami. Może uda mi się zaparzyć kawę, zanim rozpęta się burza?

– Mogłaś mnie obudzić! – Chyba jednak się nie uda. – Cały połamany jestem, a ciężki dzień przede mną.

– A nie interesuje cię, o której wróciłam? – spytałam mało przytomnie.

– Słyszałem, jak wróciłaś.

– To trzeba było wtedy położyć się do łóżka – odcięłam się. Wzięłam też swoją kawę, zawinęłam poły wysłużonego szlafroka i poszłam do siebie.

Nasze lokum tworzyły trzy pokoje z kuchnią. Przy czym już od pierwszych chwil po przeprowadzce było jasne, że ten najmniejszy będzie należał tylko do mnie, sypialnia to terytorium graniczne, a duży będzie spełniał zadanie salonu, pokoju dziennego, jadalni i pracowni Łukasza. Z zawodu i zamiłowania architekt zagracił – moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie, bo i tak lwią część pracy odbębniał na służbowym laptopie – małe mieszkanie różnymi sprzętami, których przeznaczenia nie do końca jestem świadoma. Sprzęty mają zdecydowanie za dużo stojaków, stojaki z kolei mają cienkie nóżki, które z kolei obrzydliwie się kurzą i wymagają regularnego czyszczenia. Średnio dwa, trzy razy w tygodniu. Przy czym zaszczyt ten przypadł mnie w udziale, jako że Łukasz z obowiązków domowych pamięta tylko o wynoszeniu śmieci.

Tak więc spory kąt dużego pokoju stanowi pracownię Łukasza. Mały pokój okupuję ja. Ustawiłam wszystko po swojemu. Prym wiodły regały i półki na książki. Znalazło się też miejsce na stary, wysłużony fotel, który w moim towarzyszu życia wzbudzał najwyraźniej obrzydzenie. Esteta, phi. Cóż z tego, że mebel poprzecierany, a tu i ówdzie nie ma tapicerki? Jakie to ma znaczenie, kiedy mieszczę się na nim calutka, a na poręczach, tych wyświechtanych, można postawić spokojnie kubek czy talerzyk...? Nie ma wygodniejszego miejsca do czytania. Na książki też kręcił nosem. Takie zaczytane, że niby wstyd. Ja tam z kolei jestem zdania, że im bardziej zaczytane, tym lepiej to świadczy o właścicielu i jego upodobaniach literackich. Ale tutaj płaszczyzny porozumienia między nami raczej nigdy nie było. Łukasz, umysł ścisły, przerabiał tylko instruktaże. Jedyna grubsza lektura poza nimi to jakiś miesięcznik. Książka w jego rękach to była rzadkość.

Zasiadłam w fotelu, obstawiając się kubkiem z kawą, popielniczką i miską z musli. Nie wylezę stąd, dopóki on nie pójdzie do pracy. Koniec, kropka.

Plan na dzisiaj. Niech będzie ambitnie, pracowicie...

Zadzwonię do Agnieszki. Miała popytać w różnych agencjach, czy nie potrzebują chłopca – czy raczej dziewczyny – na posyłki.

Trzasnęły drzwi.

Hm. Do widzenia.

Pobiegnę po gazetę... A może lepiej kupić prezenty? A pracy poszukam sobie po świętach. Przecież już za tydzień Wigilia. Ustaliliśmy, że na Wigilię i pierwszy dzień świąt pojedziemy do moich rodziców. Na drugi do jego. Co kupić jego mamie? Bo że mojej... Zaczęłam pochłaniać śniadanie, przy czym lewa ręka bezwiednie sięgnęła po aktualnie czytaną książkę, a oczy bezbłędnie odnalazły fragment, w którym skończyłam czytać… Znowu trzasnęły drzwi.

Po chwili zarumienione lico Łukasza wychynęło z obłoków dymu.

– Zjesz ze mną śniadanie?

– Hm.

– No chodź, nie daj się prosić! – I już go nie było.

– Nie daj się prosić. Prosić nie, przeprosić bym się raczej dała – mruknęłam pod nosem, ale poszłam do kuchni.

Zamurowało mnie. Na stole leżały świeżutkie bułeczki – skąd on wziął bułki? – pokrojony pomidor – nieważne, że o tej porze roku niewiele wart – szynka, ser, nawet sałatka. Spojrzałam podejrzliwie. Chwilę pogrzebałam w pamięci, bo przecież coś się za tym kryło... No tak, tradycyjnie zapomniałam. Rocznica naszej pierwszej randki. Zawsze tak było. Ja zupełnie nie miałam głowy do cyferek, tak więc o wszelkich uroczystościach pamiętał Łukasz. Jeżeli nie miał akurat na oku żadnego upominku dla swojej ukochanej albo pomysłu na uroczo spędzony czas, on również pozwalał sobie na roztargnienie i rocznice przemykały niezauważone. Ale nie dzisiaj.

– Wszystkiego dobrego, kochanie. – Podszedł do mnie, takiej rozmamłanej, we frotowym szlafroku, przygładził artystyczny nieład na mojej zapominalskiej głowie i pocałował. – Chciałem, żeby było romantycznie.

– Całkiem ci wyszło – mruknęłam w mechaty sweter.

I wtedy, no i właśnie wtedy... ukląkł na to jedno kolano, wyciągnął jakieś puzderko z kieszeni spodni i:

– Miro, kochana, proszę cię, abyś za mnie wyszła – powiedział poważnie.

A kwiaty? Gdzie kwiaty??? Zawsze zainteresowani występują z naręczem kwiatów – przemknęło mi przez myśl. Oprzytomniałam, bo Łukasz patrzył na mnie zdezorientowany.

– Zgadzasz się...? – zapytał niepewnie.

– Tak, tak, oczywiście, że tak.

Faktycznie, ciężki dzień przed nim.

Ula była od spraw codziennych. Od gotowania, od łamanych w drzwiach rąk, od utarczek powszednich. Sprawami najwyższej wagi państwowej molestowałam zawsze najpierw Agnieszkę. Tak więc po nietypowo rozpoczętym poranku wdziałam na siebie pierwsze lepsze ciuchy, jakie mi wpadły w ręce, i pojechałam. Konieczności anonsowania się nie było, bo Aga zawsze była w domu. Niedoszły, acz wykształcony pedagog z zapałem wykorzystywał całkiem znośny kapitalik, jaki mu przypadł w udziale po śmierci ukochanej babci. Wykorzystywał na radosną twórczość artystyczną. Trzeba przyznać, że nie do końca dla mnie zrozumiałą. Podobno jednak sztuki współczesnej, jak właściwie każdej, nie trzeba rozumieć. Trzeba ją czuć. Więc chodziłam na wystawy mojej sławnej koleżanki artystki, przyglądałam się jej obrazom i rzeźbom, starając się wczuć w tę sztukę. Ciężko mi szło...

Z drugiej strony to właśnie Agnieszka zaraziła mnie grafiką, pokazała, co można wydobyć ze zdjęć za pomocą najnowszych cudów techniki. No i – co najważniejsze – w przeciwieństwie do Łukasza we mnie wierzyła.

– Masz potencjał, wyobraźnię, próbuj. – Siadała przed moim sprzętem i oceniała, krytykowała, a przede wszystkim nie pozwalała przestać. – Marnujesz się, kobietko. Zrób coś z tym wreszcie.