Córka nieboszczykaTekst

Z serii: Siostry Raj #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mojej cudownej siostrze Beacie

STARSZY PAN W CZARNYM FARTUCHU Z NAPISEM MEMENTO pogładził wierzchem dłoni delikatne główki niebieskich kwiatków.

Myosotis – szepnął pod nosem – dosłownie mysie uszko.

Grecka nazwa jest zabawna, może i rzeczywiście drobne płatki przypominają małe uszy polnych gryzoni, ale nigdy jej nie używał. Wiadomo. Niezapominajka to niezapominajka. Doskonale błękitne kwiecie. Niepozorne, ale bujne. Wiotkie, choć trwałe. Maleńkie, a znaczące. Słowem: wyjątkowe kwiaty.

Ale jednak, westchnął głęboko, trudny materiał. Rzadko wykorzystywany. Szczególnie we florystyce pogrzebowej, myślał, przecierając zmarszczone czoło.

– Choć też wyzwanie – powiedział sam do siebie, patrząc na ścianę.

Wisiało tam kilkanaście mniejszych i większych ramek, a w nich dyplomy i wyróżnienia: za bukiet, za wieniec, za wiązankę kondolencyjną, za kompozycję ad memoriam, za dekorację trumny, za ozdobę urny i ogólnie za mistrzostwo we florystyce funeralnej. Znał się na tym, choć wiedział, że teraz czeka go kolejny sprawdzian umiejętności.

Zamówienie przyszło wieczorem. Szarfę z napisem dostarczy kurier. Klient nie miał wymagań co do samego wieńca, podkładu czy nawet kształtu. Życzył sobie tylko czegoś oryginalnego z mocnym akcentem w postaci niezapominajek. To był warunek. Sama zaś kompozycja miała być dedykowana mężczyźnie. W sumie nie powinien się temu wyborowi dziwić. Przecież rzadko który kwiat aż tak mocno odwołuje się do pamięci. Rzadko który symbolizuje niezapomnienie, tak dosłownie. Ale prawdą też było, że nigdy go nie wykorzystywał. Nie mógł spać pół nocy, rozmyślając, w co ułożyć, w czym zatopić, jak wyeksponować pukiel filigranowych łepków, tak aby nie znikły i pasowały do kompozycji. Kompozycji, której nadał już nazwę.

Błękitny obłok wspomnień. Tak. Tak ją zatytułuję, postanowił. Zrobię kilka zdjęć, potem tak właśnie ją podpiszę, rozmyślał, przycinając liście i dobierając pojedyncze gałązki a to eukaliptusa, a to filodendrona. Tak się w tym zapamiętał, że ledwo skinął na kuriera, który dostarczył nadrukowaną już szarfę żałobną. Zostawił tylko miejsce na wstęgę. Po prawej stronie będą słowa pożegnania, po lewej informacja, kto żegna się ze zmarłym – zadecydował zgodnie ze zwyczajem.

Pracował dobrą godzinę, nim rozwinął szarfę i ułożył ją na wieńcu. Kolejne dwie godziny patrzył na litery, które układały się w napis: po prawej stronie Obyś przewracał się w grobie, po lewej Bez żalu – Córka nieboszczyka.

Zrobił kilka zdjęć.

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Tycjana

TYCJANA RAJ, trzydziestoparoletnia konserwatorka zabytków, powiesiła na drzwiach czarną, wyprasowaną na sztywno koszulę. Powłóczystą grafitową spódnicę przełożyła przez oparcie krzesła. Obok, na podłodze, postawiła czarne szpilki. Skompletowała żałobny strój na jutrzejszą uroczystość. Patrzyła, ale ciągle nie mogła uwierzyć, że idzie na pogrzeb ojca. Zmarł nagle, a wszystko, co się wokół niej działo przez ostatnie dni, wydawało się jej nieprawdziwe i dotyczące kogoś zupełnie innego.

Była zmęczona, próbowała zasnąć, ale tylko kręciła się z boku na bok. W końcu wstała i na bosaka, w piżamie, pobiegła do ogrodowej przybudówki. Postanowiła zająć czymś głowę. Czymkolwiek.

Zapaliła światło i po chwili dziesiątki mniejszych i większych majowych owadów przepychały się, próbując wtargnąć do środka. Przyciągało je ostre, punktowe światło, które rzucała lampa zawieszona nad dużym stołem roboczym. Na skraju blatu w równym rządku stały słoiki z pędzlami, nożykami i skrobakami. Po drugiej stronie pudełka z farbami, fiolki z odczynnikami. Pośrodku leżał obraz. Stary. Zniszczony. Bez ramy. Miał postrzępione brzegi.

Tycjana Raj przez dłuższą chwilę patrzyła na płótno z pewnej odległości. W końcu pochyliła się nad nim, chwyciła w palce ciemne włosy, ukręciła z nich kok i wprawnie przyszpiliła go jednym z długich, cienkich pędzli. Kilka niesfornych siwiejących loków opadało jeszcze na czoło, ale odgarniała je tylko albo zdmuchiwała z twarzy.

Nie zdążyła mu się jeszcze przyjrzeć. Obraz dostarczono do pracowni rano.

– Święta Tekla… – przeczytała po raz kolejny podpis umieszczony na modlitewniku. – Piękny portret – dodała, przyglądając się mu w skupieniu.

Obraz był mocno popękany. Podobrazie kruche, z kilkoma rozdarciami. Stan krosna zły. Narożniki przetarte. Farba łuszczyła się i odchodziła od podłoża. Pełno było ubytków. Całość mocno ściemniała i miała liczne zabrudzenia. Ale było to doskonałe przedstawienie damy trzymającej rękę na modlitewniku. Święta siedziała prosto, lekko przekrzywiając głowę, i patrzyła na tego, kto się jej przyglądał. Z pewnym zaciekawieniem. Może nawet z lekkim uśmiechem. Tycjana oceniła, że ma przed sobą osiemnastowieczne płótno. Sądząc po ubraniu kobiety, dokładnie z drugiej połowy stulecia. Pomyślała, że można to datować jeszcze precyzyjniej. Tekla miała na sobie wyjątkowo strojną suknię, bogato haftowany stanik, na tym jednak nie za bardzo się znała. Musiałaby poszperać w Historii mody Bouchera albo jakiejś innej książce, ale wąskie, sięgające do łokcia rękawy i mankiety z marszczonej gazy przypominały jej jakąś znaną kreację. Ubiór był bogaty, do tego jeszcze upiększony dużą broszą z rubinem. Na dodatek w kunsztownie, wysoko upiętych, lekko upudrowanych włosach widać było jakieś piórko i biżuterię. Tycjana przysunęła wysięgnik z przytwierdzonym do niego grubym szkłem powiększającym. Piękną szpilkę do włosów wieńczyła opalizująca perła.

– Święta Tekla… – powtórzyła. – Tak… Dziewica, a w najmodniejszym stroju z epoki. – Pokiwała z uznaniem głową. Nie było to znowu takie dziwne. Święte w średniowieczu nosiły średniowieczne suknie, a w renesansie renesansowe. Dziwiło ją znacznie bardziej to, że ten wyszukany portret dworski znalazła na strychu zakrystii kościoła w niewielkiej podpoznańskiej miejscowości. Leżał tam wśród wielu bezużytecznych i bezwartościowych gratów, takich jak kawałek piszczałki od organów, przerdzewiały na wylot świecznik i połamany klęcznik.

Tekla. Czego ona jest patronką? – próbowała sobie przypomnieć. Tak… Chciano ją spalić na stosie, więc na pewno chroni od pożarów, rozmyślała, przesuwając szkłem po wyjątkowo głębokim dekolcie. Tym sobie zasłużyłaś na takie wygnanie? – zastanawiała się, gdy nagle za oknem rozległ się trzask.

Dźwięk był głośny, jakby ktoś nadepnął na suchą gałąź. I to pod samym oknem. Ze strachu podskoczyła tak, że uderzyła głową o lampę. Odruchowo ręką ochroniła głowę, ale przy okazji strąciła jeden ze słoików. Akurat ten z wodą. Słoik przewrócił się, potrącając drugi z pędzlami. Podniosła go szybko, ale i tak połowa się wylała i woda spływała w kierunku leżącego obok telefonu. Próbując go uratować, wykonała tyle niepotrzebnych ruchów, że zrzuciła go na podłogę. Wtedy nagle zaczął dzwonić i wibrować. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie byłego męża. Westchnęła głośno, patrząc z niedowierzaniem na kręcący się w kółko aparat. Zdjęcie zrobione zostało, gdy zasnął na siedząco z otwartymi ustami, i teraz wydawało się, że krzyczy z podłogi. Nie odebrałaby, ale od kiedy przeniósł się do niego ich syn, nie mogła go zignorować. Poza tym trochę się przestraszyła.

– Nie obudziłem cię? – zapytał.

– Obudziłeś – odpowiedziała, rozglądając się dookoła.

– To przepraszam. Zadzwonię jutro.

– Już jest jutro – odparła, idąc w kierunku drzwi.

– Nie chciałem…

Chciałeś, pomyślała Tycjana, ostrożnie chwytając za klamkę. Stoisz z tą swoją łódeczką w porcie na Bahamach i się nudzisz albo masz wyrzuty sumienia. Zgadywała, ale jak zwykle nic nie powiedziała. Ostrożnie wychyliła głowę. Niewiele było widać. Krzewy zdążyły już puścić liście, a z tej strony ogrodu wszystko było mocno zarośnięte.

– Chciałem tylko… Podziękować, wiesz, to znacznie rozsądniejsze… Dziękuję… że powiedziałaś Leo… że nie musi przylatywać na pogrzeb… Że… – tłumaczył, lekko się jąkając.

Skłamałam, pomyślała, wychylając się za róg.

– Powinien przyjechać – powiedziała już na głos.

– „Powinien” to nie jest dobre słowo – mówił, gdy Tycjana powoli obchodziła budynek. Jedną ręką chwyciła oparte o mur grabie. – Przede wszystkim nie powinno się wzbudzać w nim poczucia winy. Słowo „powinien” sugeruje przymus. A presja wywierana na człowieka w młodym wieku, próba zmuszenia go… – Przerwał. – Dlaczego tak dziwnie dyszysz? – usłyszała po chwili.

– Jestem innego zdania – stwierdziła, odkładając grabie. Zdawało się, że nikt nie grasuje po ogrodzie.

– Nie ma w tobie akceptacji. Nie potrafisz pogodzić się z istniejącym stanem rzeczy. Leo sam chciał mieszkać ze mną…

Doprawdy, trzeba być wybitnym trenerem personalnym, żeby przekupić szesnastolatka, zabierając go na jacht i mówiąc mu, że nie będzie musiał się uczyć, pomyślała. Chciała nawet coś powiedzieć, ale nie zdążyła. Coś poruszyło się w krzakach. Serce zaczęło jej walić jak oszalałe. W tamtej części ogrodu było zupełnie ciemno. Znowu zacisnęła rękę na drążku grabi. Tym razem znacznie mocniej.

– Jesteś zbyt zasadnicza i to jest twój problem. – Nie mogła zrobić kroku. Krzaki dereni zatrzęsły się ponownie. Błysnęły dwa małe punkciki. – W dzisiejszych czasach trzeba być bardziej elastycznym, otwartym, gotowym na wyzwania. Powinnaś wyjść z własnej strefy komfortu… – perorował były mąż, gdy z zarośli wyszła puchata kula z wielkimi oczami. Jenot, rozpoznała pocieszne stworzenie. Odłożyła grabie. Zdziwione zwierzę czmychnęło z powrotem w krzaki. – W twoim życiu brakuje szaleństwa. Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

 

– Tak – skłamała, po raz kolejny oddychając z ulgą.

– To dlaczego się tak dziwnie zachowujesz?

– Jutro pogrzeb mojego ojca, zapomniałeś? – rzuciła szybko. Nie miała ochoty na kolejny wykład o niebezpieczeństwach czyhających na samotną kobietę w dużym domu i rady, by się wyprowadzić z podpoznańskiego Kiekrza do centrum miasta.

– A, tak. Przepraszam. Właśnie dlatego dzwonię – zaczął po chwili. – Miałem w wielu sprawach odmienne zdanie. Ale oczywiście przyjmij moje kondolencje.

– Dziękuję. – Odłożyła telefon, włączyła głośnik i zaczęła układać porozrzucane pędzle.

– Wiesz, pójdziemy na mszę tu, w Stanach… – ciągnął. Podał nawet nazwę kościoła, przekazywał wyrazy współczucia od wspólnych znajomych, ale Tycjana prawie go nie słuchała.

Potrącone szkło powiększające ustawiło się niemal dokładnie nad ręką Tekli. Jej uwagę przykuł pierścionek na palcu świętej. Po chwili wzrok powędrował na modlitewnik. Dziwne – namalowany był zupełnie inaczej. Znacznie gorzej, grubymi, niechlujnymi pociągnięciami pędzla, już bez takiej finezji jak reszta obrazu. Na przykład taki perłowy łepek od szpilki do włosów… zerknęła dla pewności na fryzurę Tekli. Tak, tam było widać rękę mistrza, a w tej partii obrazu już nie. Powoli nabrała pewności. Ktoś to przemalował w tym miejscu. Ktoś znacznie mniej utalentowany. Ale dlaczego? – zastanawiała się pochylona nad płótnem. Dziwny był również układ drugiej ręki. Złączone kciuk i palec wskazujący, odchylony mały palec. Modelka trzymała coś delikatnego, coś, co kryło się teraz pod mocno maźniętą plamą w kolorze tła.

– Co ty tam jeszcze ukrywasz? – powiedziała Tycjana głośno do samej siebie, patrząc na postać z obrazu.

– Nie, ja nic! Dlaczego tak myślisz? Czemu tak powiedziałaś! Ktoś ci coś nagadał? Wiesz, musimy się już zwijać. Opuszczamy port… – usłyszała w słuchawce poirytowany głos.

– A więc jestem prawie pewna, że coś ukrywasz – powtórzyła, przesuwając palcami po fakturze płótna.

– Muszę kończyć. Wyrazy współczucia.

ROZDZIAŁ DRUGI
Antonina i Konstancja

DWIE STARSZE PANIE SZŁY, prowadząc przed sobą wózek spacerowy. Wzbudzały spore zainteresowanie. Niektórzy z mijających je przechodniów odwracali się nawet po kilka razy. Ten i ów pokazywali je sobie palcami. One same zaś nic sobie z tego nie robiły. Zdawały się co najmniej oswojone z takim zachowaniem. Spokojnie kroczyły Nowiną, ulicą prowadzącą do bramy głównej jeżyckiego cmentarza na poznańskich Ogrodach. Ubrane były w odświętną czerń. Nie dziwiło to zbytnio, choć pogrzeby odbywały się tu rzadko i wyjątkowo. Prawdopodobnie nikt nie zwróciłby na nie uwagi, gdyby nie to, że wyglądały identycznie. Nie podobnie, lecz niemal identycznie. Z twarzy, ubioru i sposobu, w jaki stawiały drobne kroki. Miały na sobie takie same: czarne, plisowane spódnice; czarne sweterki zarzucone na ramiona; czarne chustki w drobne wzorki; czarne lakierowane trzewiki; na czubkach głów zaś wysoko upięte siwe koczki, a na szyjach po sznurze perełek. Obie też prowadziły wózek, trzymając każda swoją rączkę. Daszek wózka był opuszczony i leżała na nim niewielka wiązanka. Staruszki co chwila mówiły coś do siebie i na przemian zaglądały do wózka, czule zagadując.

– Śpi maleństwo – powiedziała Antonina Raj.

– Och. To dobrze – odparła Konstancja.

– Tosiu? Czy na pewno będziemy pierwsze?! – zapytała jedna drugą.

– Na pewno.

– A czy już będzie?

– Kosiu! To porządny stary cmentarz. Nie jak te nowe. Hurtowe.

– Tak. Tłok jak na dworcu. Karawany w korkach stoją.

– Właśnie. – Westchnęły równocześnie.

– A tu nieboszczyk może sobie poczekać na pogrzeb w świętym spokoju.

– O, tak – zgodziły się, wspólnie przytakując.

– Tym bardziej że sobie na niego zasłużył – dodała jedna po chwili.

– Ciszej – szepnęła druga, badawczo rozglądając się na boki. – Jeszcze cię ktoś usłyszy.

– Na pochówek tutaj zasłużył. – Staruszka wzruszyła ramionami, choć też obejrzała się za siebie. – Przecież tylko o tym mówię.

– Aha. Tak. Ale lepiej uważać na to, co się mówi.

– Ciekawe, kiedy go przywiozą – zastanawiała się jedna.

Druga podwinęła mankiet i zerknęła na zegarek, przysuwając go prawie pod sam nos.

– Za dwie godziny najprędzej – stwierdziła.

– Jak to?

– Zegarek miałam do góry nogami… godzinami. Z bliska nie widzę.

– Ale może się uda jeszcze zobaczyć, jak nasz kuzyn teraz wygląda.

– Nie sądzę.

– Ciekawe, czy pod wpływem jadu człowiek się zmienia. Może spuchł cały? Nim się całkiem udusił.

– Też jestem ciekawa.

– Myślisz, że jeszcze zdążymy na nasz grób?

– Tak.

Uśmiechnęły się z wyjątkowym zadowoleniem i ruszyły dalej. Przeszły przez zdobną, kutą bramę i znalazły się na starym zabytkowym cmentarzu, gdzie wysokie drzewa już od dawna zacieniały szerokie alejki. Szły powoli, choć zdecydowanym krokiem, bez zastanowienia skręcając to w prawo, to w lewo. Zwalniały tylko lekko, mijając grób Kulczyków z drzewem i potężną rzeźbą Mitoraja, Smutnym Aniołem ze złamanym skrzydłem. Nagrobek ze śmigłem i kilka innych, na które zerkały z podziwem. W bocznej alejce jedna z bliźniaczek puściła wózek i przysiadła na wypatrzonej ławeczce.

– Idź, zaraz cię dogonię – powiedziała, nachyliła się, zzuła but i zaczęła z niego wytrzepywać kamyk. Gdy wstała i ruszyła za siostrą, miała już w ręku mały bukiet białych margerytek, który chwilę wcześniej leżał na nagrobku obok ławki.

W końcu obie stanęły przed granitową, lśniącą płytą. Wielkie złote litery zajmowały prawie całą powierzchnię. Z jednej strony widniało Antonina Raj, a dokładnie po drugiej, na tej samej wysokości, był bliźniaczy napis Konstancja Raj. Pod jednym i drugim nazwiskiem wypisana była taka sama data urodzin. Dzień, miesiąc i rok. Daty śmierci nie było. Po myślnikach zostawiono tylko puste, niewypełnione miejsca.

Bliźniaczki długo i z zadowoleniem patrzyły na własny nagrobek.

– Skąd to masz? – Antonina zmarszczyła czoło, patrząc na bukiet w rękach siostry.

– Pożyczyłam. – Konstancja wzruszyła ramionami. – Zobaczymy, czy będą pasować? – Położyła margerytki prawie na środku, choć lekko, ledwie zauważalnie, po swojej stronie.

– Zobaczymy – odpowiedziała Antonina, patrząc na nią wymownie, po czym z uśmiechem przesunęła bukiet odrobinę w swoim kierunku.

Pierwsza ją delikatnie poprawiła. Niby nie patrząc, ale już o kilka centymetrów dalej. Na to druga zsunęła kwiaty już zdecydowanie wyraźnie na własne pole. Spojrzały na siebie, głośno chrząkając. Kolejne ruchy były już bardziej stanowcze. Bukiet sunął to na jeden, to na drugi brzeg płyty. Coraz szybciej przemierzał dystans pomiędzy imionami Konstancja i Antonina. Pojedyncze płatki zaczęły unosić się w powietrzu. Szarpanina trwała do momentu, gdy z wózka dobiegło głośne chrapnięcie.

ROZDZIAŁ TRZECI

DO POGRZEBU ZOSTAŁA PONAD GODZINA. Tycjana postanowiła jeszcze wpaść do domu ojca i coś sprawdzić. Stanęła przed furtką i odgarnęła sterczące gałęzie. Krzak za płotem już dawno przerósł ogrodzenie i przeciskał się pomiędzy zielone od mchu drewniane sztachetki. Liście zasłaniały kamienny słupek, do którego przykręcona była metalowa tabliczka z nazwiskiem lokatora. Dr Tomasz Raj.

Trzeba będzie ją zdjąć, pomyślała ze smutkiem, wodząc palcem po zardzewiałych śrubkach. A może nie. I tak jej nie widać. Domu też zresztą, stwierdziła. Fasadę obrastał bluszcz, a od strony chodnika zasłaniała go wielka lipa.

Tomasz Raj, wieloletni pracownik naukowy Biblioteki Uniwersyteckiej, zajmował drugie piętro przedwojennej willi na poznańskim Sołaczu. Willa była w rodzinie od pokoleń. Ale nie tylko on ją odziedziczył. Parter zajmowała stara ciotka Józefina Amalia Raj.

Tycjana więc bardzo ostrożnie popchnęła żeliwną, niemiłosiernie skrzypiącą furtkę, która działała na nią jak dzwonek. Przypuszczała, że ciotka mimo swoich osiemdziesięciu lat pojechała do fryzjera, by ułożyć włosy przed pogrzebem. Lubili się z ojcem, ale Józefina potrafiła zapanować nad przygnębieniem, twierdząc z wyższością, że publiczne szlochy są zarezerwowane dla kucharek czytających romanse. Ona zaś podchodziła do życia niezwykle praktycznie. Prawie słyszała, jak ciotka mówi: „Okazja może i smutna, ale nigdy nie wiadomo, gdzie się spotka swojego kolejnego męża”. Postanowiła sprawdzić na tyłach domu, czy ciotki na pewno nie ma, i trochę się zdziwiła. Samochodu co prawda nie było, ale wszystko wyglądało jakby inaczej. Trawa w części ogrodu zajmowanego przez Józefinę była wyjątkowo zadbana i świeżo skoszona. Ktoś przyciął nawet gałęzie poprzerastanych krzaków, i to najprawdopodobniej ktoś, do kogo należały porzucone w altanie pełne dziur dżinsy i biały podkoszulek z poszarpanymi rękawami. Nie miała czasu się zastanawiać, do kogo to wszystko należy. Ruszyła w kierunku wejścia.

Powoli pokonywała kręte schody. Im bliżej, tym wolniej. Gdy otworzyła drzwi, musiała oprzeć głowę o futrynę. Od progu uderzył ją zapach starych książek. Znała go od dzieciństwa i zawsze kojarzył się jej z ojcem. Wyjęła listek tabletek uspokajających. Połknęła jedną. Pomogły jej przeżyć rozwód, teraz miała nadzieję, że pozwolą przetrwać pogrzeb. Odłożyła torebkę na niewielki mahoniowy stolik w przedpokoju i zdecydowanym krokiem ruszyła do gabinetu ojca. Stał w nim mały sekretarzyk z dwoma rzędami małych intarsjowanych szufladek i kolekcją starych miniaturowych portretów, poustawianych na wysuniętej półce. Patrzyła na nie z rozrzewnieniem. Wiele dobrych wspomnień i jedno złe. Zdawało się jej, że kogoś brakuje. Odruchowo nie brała ich do ręki już od bardzo dawna. Przyszła tu po sygnet ojca. Sygnet, jeśli nie był na jego palcu, to leżał zawsze w trzeciej szufladce od góry. Ornamentalny wzór, z którego wyłaniała się litera G otoczona cyrklem i ekierką. Gdy była dzieckiem, wydawał się jej wyjątkowo tajemniczy, dużo później zrozumiała, gdzie ojciec pracuje i dlaczego jest do niego tak przywiązany. Nie mogła sobie przypomnieć, czy był w jego rzeczach czy nie. Postanowiła to sprawdzić. Nigdy się z nim na dłużej nie rozstawał. Teraz też pewnie by nie chciał, pomyślała, przełykając głośno.

Zasłony w pokoju były prawie zaciągnięte, przez okno wpadał tylko wąski strumień światła. Nie potrzebowała go więcej, znała gabinet na pamięć. Podeszła. Szufladka zaskrzypiała jak zwykle, jednak w środku na zielonym filcu leżały tylko spinacze. Patrzyła na nie, gdy coś zaskrzypiało już bardzo wyraźnie. To nie była szufladka. Ani parkiet. Zastygła z palcami na maleńkiej gałce. Skrzypnięcie się powtórzyło. Dobiegło spod drzwi, przy których stał stary szezlong – niewygodny, przydługi fotel z rzeźbionym wałkiem pod głowę, na którym drzemał ojciec.

Duch czy człowiek? Nie wiedziała, czego się boi bardziej. Wzięła głęboki oddech. Energicznie się odwróciła. I od razu zakryła ręką usta, by stłumić krzyk.

Na szezlongu leżał mężczyzna. Nawet w słabym świetle, nawet w półmroku nie wyglądał jak duch ani tym bardziej ojciec. Ojciec miał siwą, miękką falę włosów starannie zaczesaną do tyłu i zawsze był nienagannie ubrany. A to był człowiek z niemiłosiernie skołtunionymi, ciemnymi, kudłatymi włosami. Na sobie miał zmiętą, czarną koszulkę i skórzane spodnie, które się zsuwały i pokazywały miejsce, gdzie zaczynają się pośladki.

Na ziemi leżała przewrócona kryształowa karafka. Tuż obok przewróconej szklanki.

Mężczyzna był żywy i właśnie się budził. Nie widział jej, ale to on był przy drzwiach, a ona po drugiej stronie pokoju. Teraz nie mogła się przemknąć niezauważenie. Przez okno też nie wyskoczy, nie tylko ze względu na wysokość, ale też na moskitierę na stałe wmontowaną w futrynę. Schować się nie ma gdzie. Zasłonki sięgały parapetu. Może i zdążyłaby gdzieś zadzwonić niepostrzeżenie czy wysłać wiadomość, ale torebka została w przedpokoju. Rozejrzała się i po chwili zaczęła przesuwać w kierunku ściany, nie spuszczając oczu z mężczyzny. Na ścianie wisiała szpada po prapradziadku. Niewygodna, zabytkowa broń, która od wieków służyła do przesuwania zasłonek, a nie do pojedynków… Wyszarpnęła ją jednak zdecydowanym ruchem. Sześć lat trenowania szermierki dawało jej jakąś przewagę. W sekundzie wsunęła dłoń w rękojeść, zrobiła krok i wypad, wyrzuciła szpadę przed siebie i bezwiednie przyjęła pozycję startową.

 

Stała bokiem, na mocno ugiętych nogach, ciesząc się, że nie włożyła wąskiej ołówkowej spódnicy. Mężczyzna odwrócił się i ziewnął przeciągle. W końcu zobaczył czubek wymierzonej w siebie broni. Powoli przesuwał wzrokiem po metalowym cienkim ostrzu i ze zdziwieniem przecierał zaspane oczy. Rzeczywiście musiała go zaskoczyć. Stała w półmroku, cała na czarno, w szermierczej postawie, w długiej, szerokiej jedwabnej spódnicy i dużych, czarnych okularach przeciwsłonecznych.

Mężczyzna odgarnął z czoła posklejane loki. Zmierzył ją zdumionym spojrzeniem. Uniósł czarną brew i patrzył, drapiąc się po głowie. Tycjana też mogła mu się przyjrzeć. Był po trzydziestce, miał zapuchnięte oczy i był zarośnięty. Z wyglądu przypominał kosmatego diabła. Nie odzywała się. Jedna z zasad pojedynku. Ukryj swoje zamiary. Wywołaj działanie ze strony przeciwnika. Czekała. Intruz jeszcze raz popatrzył na czubek szpady i wzruszył ramionami.

– Weź przestań – rzucił w końcu, robiąc krok przed siebie.

– Nie ruszaj się! – krzyknęła.

– Przecież się nie ruszam – prychnął, kręcąc głową.

– Kim ty jesteś?

– Nikim. Weź to ode mnie – dodał i wyciągnął rękę, próbując chwycić szpadę.

Zadziałała odruchowo. Natarcie, wypad, obrót, muśnięcie i odskok w tył.

Intruz jeszcze szerzej otworzył oczy i chwycił się za policzek. Następnie spojrzał na swoją dłoń. Musiała być na niej jakaś drobina krwi, bo przez prawy policzek szło krótkie cięcie. Trzycentymetrowa czerwona kreseczka.

– Zorro! – Pokiwał głową. – Opuść to, bo mi jakąś krzywdę zrobisz.

Tycjana ciągle stała w pozycji, tuż przy ścianie. Dwa szybkie wykroki i byłaby koło niego, jeśli tylko ruszyłby się w jej kierunku. Ale on chwilę patrzył, a potem obrócił się na pięcie i zwyczajnie zniknął w przedpokoju. Tycjana stała bez ruchu w pustym pomieszczeniu. W końcu się znudziła i uznała, że powinna coś zrobić. Z wyciągniętą szpadą, na ugiętych nogach ruszyła więc w kierunku korytarza.

Zerknęła. Mężczyzna stał w przedpokoju i zdjął z haka czarną marynarkę.

– Dzwonię po policję! – krzyknęła.

– Niepotrzebnie – odparł, przeglądając się w lustrze. – Zanim wszystko wyjaśnią, spóźnimy się na pogrzeb – dodał, przeczesując włosy rozczapierzonymi palcami.

Tycjana opuściła szpadę. Skąd wie o pogrzebie? Jak: my? On też idzie? – tłukło się jej po głowie.

– Co ty tu robisz? – zapytała w końcu.

– Przysnęło mi się. Wiem. To mało profesjonalne – wyjaśnił, strzepując koszulkę, by była mniej pognieciona.

– Jesteś hieną cmentarną, która się włamuje i zasypia? – zapytała, bezradnie rozkładając ręce.

– Nie, nie jestem hieną i nie włamałem się. Twoja ciotka dała mi klucze – odpowiedział spokojnie, wciskając koszulkę w spodnie.

Tycjana otworzyła usta ze zdziwienia.

– Po co? – zapytała w końcu, opierając się o ścianę.

– Żebym się rozejrzał.

– Ale po co? – powtórzyła, przecierając lekko spocone czoło.

– Żeby sprawdzić.

– Co sprawdzić?!

– Czy to aby na pewno taka zwyczajna śmierć.

Tycjanie szpada wypadła z ręki i z rumorem potoczyła się po podłodze.

– Moja ciotka podejrzewa, że nie był to, to… nie był wstrząs? – wydusiła po dłuższej chwili.

– Powiedzmy, że ma wątpliwość – sprecyzował, otwierając drzwi. Patrzyła i nie wiedziała, co ma powiedzieć. – Chodź już. Bo naprawdę się spóźnisz – ponaglił.

Tycjana wzięła torebkę i potulnie wyszła. Chciała wyjąć klucze, ale kudłacz był szybszy. Wyciągnął z kieszeni swoje. Nim zamknął drzwi, włożył w futrynę papierek, po czym z drugiej kieszeni wyciągnął taśmę z napisem POLICJA i urwał pasek na długość futryny.

– Jesteś z policji? – Tycjana spojrzała z niedowierzaniem.

– Taśma jest z policji – wyjaśnił. – Ja nie. Lecę już. Muszę się przyjrzeć ludziom. Jeśli to nie masoni, rowerzyści i inne zło, to na pewno ktoś z rodziny. Przynajmniej tak twierdzi twoja ciotka – dobiegło już z klatki schodowej.

Tycjana stała bez ruchu, patrząc na oklejającą drzwi taśmę.