Pieprzenie i waniliaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wstęp
Nowy Jork

Pewnej wiosny siedzę na Lotnisku Chopina. Z elegancką czarną torbą, bo plecaki, takie trekkingowe, są dla tych, co chodzą w sandałach à la crocsy, wiążą na głowie bandany, smarują nos grubą warstwą kremu i kładą na niego liście, żeby nie spaliło ich słońce, robią kanapki i noszą ze sobą bidon. Innymi słowy, są dla jakiegoś obcego typu człowieka, którym – jak wtedy myślałam – nigdy nie byłam i raczej nie zostanę.

Przede mną długa podróż, nawet nie wiem, kiedy wrócę, bilety mam kupione tylko na pół roku naprzód. Torba jest dość duża, ale jednak mieści się co do centymetra w limicie bagażu podręcznego. Skoro wszystko rzuciłam, od wszystkiego się uwolniłam, to jeszcze będę wolna od nadawania walizek i tego stania przy taśmach pod koniec lotu.

Wyjeżdżam odjebana jak księżniczka. Włosy po trwałej pięknie falują, czerwona szminka, co prawda legginsy i półbuty za kostkę, ale tunika z dekoltem i nie zasłania tyłka w tych legginsach. Nawet całkiem miło, kiedy między metalowe krzesełka wpadają mi słuchawki i muszę w moich legginsach wejść między siedzenia, wypinając się niemiłosiernie i czując na sobie wzrok czekających na samolot pasażerów, a po wszystkim siedzący naprzeciwko uroczy koleś w gajerze proponuje mi kawę. Odmawiam, bo za kwadrans otwierają bramki, ale fajnie, że nie tylko ja uważam, że dobrze wyglądam. Nie mam nawet ochoty wymienić się kontaktami, typ wygląda jak dyrektor z korpo albo bankowiec, nie moja bajka.

Na początek zaplanowałam objazd po Stanach. Po kilka, nawet kilkanaście dni w kolejnych miejscach, bo przecież nie da się nic poznać, poczuć i zobaczyć w dwa dni. Nie chcę zapierdalać na najwyższych obrotach, żeby zaliczyć wymienione w Google’u top five must sees i od razu zasuwać na kolejne lotnisko. Z takim podejściem owszem, mogłabym na luzie zobaczyć wszystkie czterdzieści dziewięć stanów, niektóre po dwa razy, ale przecież nie o to mi chodzi. Zamiast tego wybieram kilka i postanawiam się na nich skupić. To nie jest tani kraj, w wielu miejscach będę spać w hostelach, w innych w tanich hotelach, chociaż nie takich modelowych przy autostradzie, na przedmieściach, jakie znamy z seriali. W końcu to Stany, nie Polska, i nie da się dojechać do tych hoteli na przedmieściach autobusem, a ja nie mam prawa jazdy. Jakoś nigdy nie było na gwałt potrzebne, bo po co, kiedy się mieszka w Warszawie i wszędzie można dojechać zbiorkomem, a do prawie każdego zadupia w kraju i Europie dojeżdżają pociągi, pekaesy i inne formy zorganizowanego transportu.

Trasę podróży zaplanowałam tak, żebym w swoje urodziny lądowała na Alasce. To te marzenia, co podobno trzeba nie tylko mieć, ale też realizować. Bez sensu tak marzyć aż do śmierci, nie? To jak z seksem z dwoma mężczyznami naraz albo z zobaczeniem rekina wielorybiego pod wodą. Po prostu są rzeczy, które zawsze chciałam zrobić i były z tyłu głowy. No i może jeszcze pochodzić nocą po Szanghaju i Pekinie, ale to musi poczekać. Tak samo pustkowia Mongolii, Syberia i Japonia. Na wszystko przyjdzie czas.

W planach jest też odpoczynek od Tindera. Okej, prędzej czy później będę go używać, żeby poznawać ludzi. Po kilku przygodach w Brukseli i na Cyprze wiem, że oglądanie obcego miasta z jego mieszkańcem jest super i że nie zastąpi tego żadna zorganizowana wycieczka z przewodnikiem. Pół roku później odkryję genialne w swojej prostocie umawianie się na randki ze znalezionymi na Tinderze przewodnikami turystycznymi. To dopiero ciekawy sposób na poznanie jakiegoś miejsca: w końcu zostali przewodnikami z fascynacji i miłości do kraju, regionu czy miasta, więc będzie fajnie, jak się tą fascynacją zupełnie za darmo podzielą. Każdy lubi zabłysnąć na randce, czyli mamy sytuację win-win. Facet błyszczy, a ja dowiaduję się ciekawych rzeczy.

W końcu zajmuję miejsce w lecącym przez ocean dreamlinerze. Biorę coś na sen, robię selfie, żeby udokumentować ten doniosły moment, i prawie natychmiast zasypiam. Kilka godzin później budzi mnie stewardesa – zanim wylądujemy, podadzą jeszcze śniadanie. Jestem tak otumaniona hydroksyzyną, że dopiero po trzecim kęsie sałatki orientuję się, że jest z kurczakiem, a ja przecież od dwóch lat nie jem mięsa. Na szczęście reszta posiłku jest jadalna. Dopiero druga kawa doprowadza mnie do stanu używalności, wysiadam na JFK prawie przytomna.

Wsiadam do żółtej taksówki, takiej jak w filmach, z tą różnicą, że nie stoi w korku, bo jest bardzo wcześnie rano. Jedziemy bardzo długo, na dobre budzę się dopiero na jakimś moście. Po drugiej stronie East River rozciąga się Manhattan. Z daleka wygląda to trochę nudno, jednak w miarę jak się zbliżamy, wyrasta przede mną ściana cholernie wysokich budynków, stojących gęsto, jeden przy drugim. Wszystko jest ogromne. Nie żebym nie widziała wcześniej wysokich budynków, nie była w europejskich metropoliach, ale tu wszystko jest po prostu inne. Większe budynki, estakada na wysokości kilku pięter przecina dzielnicę. Wysiadam pod hostelem na rogu Amsterdam i Sto Trzeciej. To wciąż Manhattan, tyle że trochę dalszy, prawie przytulony do Harlemu i przyklejony do skraju Central Parku. Tu budynki mają tylko po kilka pięter, jest mniej oszałamiająco.

Przyjechałam zupełnie bez planu, poza minimum, czyli rezerwacjami noclegów i lotów, bo tego nie da się robić z dnia na dzień. Nie czytam Lonely Planet i Pascala, nie mam map innych niż Google Maps w smartfonie. Przed wyjazdem zdecydowałam, że będzie bez napinki. Chodzenie i najwyżej googlowanie na bieżąco, nic więcej. Przez kilkanaście miesięcy uda mi się prawie zawsze pozostać wierną temu postanowieniu. Więc jakby ktoś się oburzał, że w Nowym Jorku nie wjechałam na Empire State Building albo nie wlazłam do Statuy Wolności, to wyjaśniam: o to właśnie chodziło.

Teraz stawiam na życiowe yolo. Jak się wszystko po rozwodzie rozpieprzyło i trzeba było podnieść się z kolan i zbudować na nowo, to starałam się wprowadzać więcej nieprzewidywalności we wszystko, co robię. Po paru latach pracy w korpo sprzedałam mieszkanie i postanowiłam wydać hajs na podróże. Trochę yolo, a trochę taktyka spalonej ziemi. Co z tego, skoro nic ciekawego na tej ziemi nie było. Jak masz poczucie, że tkwisz w miejscu, to tylko takie z lekka szalone decyzje są w stanie coś zmienić. Okej, może jeszcze terapia, ale dopiero za kilka lat zrozumiem, że zamiast robić życiową rewolucję, można przepracować z terapeutą najważniejsze bóle dupy, których mam całkiem sporo.

Na razie postanowienie jest jedno: wszystko mogę i nic nie muszę. Brzmi jak debilna propaganda sukcesu, że sky is the limit i że jak będę chciała, to zostanę pierdoloną astronautką. Otóż nie, w tym zdaniu „wszystko mogę” oznacza po prostu, że nie ma zbyt głupich zachcianek, że na dalszy plan schodzi wahanie, czy coś zrobić, bo może za bardzo przegięte, za odważne i nie dam sobie rady. I skoro życie jest takie chujowe, pełne upokorzeń i upadków, to właściwie nic nie ryzykuję. Najwyżej upadnę jeszcze raz, upadnę niżej, pokaleczę się fizycznie lub psychicznie, ewentualnie umrę w ciekawych okolicznościach. Czy to na pewno gorsze niż żyć w nieciekawych? Czas na yolo, większe niż kiedyś. I jakieś inne, bo przez ostatnie lata nie było fajerwerków.

Hostel, w którym spędzę cztery tygodnie, to piękny, stary nowojorski budynek. W środku miło, obsługa grzecznie tłumaczy, gdzie mogę zostawić torbę, bo meldunek dopiero za kilka godzin. Wszędzie miękkie kanapy, fotele, design à la Starbucks na bogato. W końcu backpackerzy lubią mieć ładnie, stać ich, jeżdżenie po świecie nie jest zresztą wcale takie tanie. Całe to pieprzenie o podróży za jeden uśmiech i dwadzieścia dolarów w portfelu brzmi dla mnie mało atrakcyjnie – po to sprzedałam wszystko i pojechałam daleko, żeby dwadzieścia dolarów móc zapłacić za zajebisty obiad. Tak, wiadomo, może za rok, kiedy zacznie kończyć się hajs, będę żałować. Ale za kilka lat niekoniecznie. Chcę, żeby mi było dobrze. Mało to miałam wcześniej przesrane? Mnie się to po prostu należy. Bardziej niż podwyżki w rządzie Beaty Szydło.

Chciałam wyjechać i mieć łatwo, przez jakiś czas niczym się nie przejmować. Oderwać się od rzeczy, które ryły mi baniak przez ostatnie trzy lata. Zapomnieć o rozwodzie, przestać myśleć, że chodząc po mieście, spotkam niechcący byłego męża i nie będzie takich xanaxów na świecie, które by mnie po tym uspokoiły. Przestać się miotać z Tinderem. Wychodzą mi albo nieudane monogamie, albo nie do końca wiadomo co. Bo chyba być w oficjalnym polizwiązku nie umiem, po prostu mam poczucie kręcenia się w kółko. Za dużo wolności wcale mnie jakoś nie uzdrowiło. Fajnie, miło, łatwo, ale bez poczucia, że robię coś sensownego i że życie posuwa się naprzód. Chyba jednak chciałam tej przereklamowanej monogamii. Tylko nie wyszło. A potem znowu nie wyszło. Nie było siły na kolejne upadki. Oddałam wszystko walkowerem i wyjechałam. Podróżowanie ma to do siebie, że nawet jak się kogoś spotka, to spędzi się z nim najwyżej kilka dni, a potem jazda w inne miejsce. Z tym założeniem nie da się wpakować w nic skomplikowanego, nie da się dostać po dupie, nie będzie płakania po nocach i rozkminiania w nieskończoność, co znaczy taka czy sraka wiadomość na Messengerze. A przed wyjazdem to już w ogóle był taki domiar, takie używanie, że teraz mam poczucie, że nawet przed randkami chcę uciec. Jakby za używanie Tindera dawali odznaki, to miałabym całą pierś obwieszoną medalami jak weterani spod Lenino.

 

Mimo pół głupiego, pół dekadenckiego zamiłowania do luksusu w podróży nie ma tak dobrze, a Nowy Jork jest obrzydliwie drogi. Za normalny hotel trzeba by zapłacić milion monet, więc skoro spędzę w tym mieście ponad miesiąc, jestem skazana na hostel. Faktycznie relatywnie tani i, jak się na szczęście okazuje, zupełnie przyzwoity. Do końca podróży będzie jeszcze kilka hosteli i kilka tanich hoteli. Oczywiście najmniej fajne są te zbiorowe sale z piętrowymi łóżkami i oczywiście w takiej nocuję. Właściwie olewam hałas i inne dziewczyny w pokoju, śpię zawsze jak kamień, tylko wkurza mnie zapach perfum moich współmieszkanek, robi się z tego niezła mieszanka, przy upałach trochę od niej mdli. Nie mam ochoty się z nimi bratać, zawierać znajomości. Nie po to przyjechałam do NYC, żeby poznawać ludzi, którzy nie są stąd.

Zostawiam w hostelu bambetle i idę do najbliżej stacji metra. Chcę w końcu zobaczyć z bliska Manhattan. Pierwsza przejażdżka, zaskakująco długa, wszystko daleko, wysiadam bez specjalnego planu po jakimś kwadransie.

Wychodzę na powierzchnię, wszystko kurewsko wielkie, cholernie duże budynki, Jezu, ja przecież dwanaście lat mieszkałam w Warszawie, byłam w tylu innych stolicach, ale to – to jest przegięcie. Z ciekawości wsiadam jeszcze raz do metra, jadę kilka stacji i znowu. Budynki jeszcze większe, zabudowa jeszcze gęstsza, zadzieram głowę, gapię się i gapię na drapacze chmur, starając się jednocześnie nie wpaść pod samochód. Nie jestem przyzwyczajona do takiej perspektywy, kręci mi się w głowie. Dochodzę do jakiegoś skweru obok całkiem rozpoznawalnego budynku. Zaraz sobie wygoogluję, jak się nazywa. Tylko posiedzę na trawie. Dużo ludzi wokół siedzi, od cholery dużo.

Budzę się jakiś czas później, na zegarek przecież nie patrzę, nie wiem, ile spałam, pierwszy raz w życiu mam do czynienia z jetlagiem. Nie budzę się sama z siebie, po prostu jakiś dzieciak potrąca moje nogi, nawet się nie odwraca i biegnie dalej. Przez chwilę mam zupełną zawiechę, nie wiem, gdzie jestem. Po minucie gapienia się w Google Maps wiem, że to park przy Madison Square. Pora lunchu, wokół masa ludzi zjada coś z plastikowych pudełek. Większość chyba pracuje w okolicy, faceci w garniakach, kobiety nieco swobodniej. Gapię się, wszyscy eleganccy jak cholera. Koleś kilka metrów ode mnie gryzie wielką kanapkę, sos kapie mu na szarą koszulę. Jezu, ile tu ludzi, większość zapatrzona w smartfony, w dodatku mało kto siedzi w towarzystwie. Prawie bezwolnie sięgam po telefon i odpalam Tindera. Tyle zostało z postanowienia, że od niego odpocznę. Jestem głodna, ostatni posiłek jadłam w samolocie. Wywalam opis po polsku, wstawiam tylko słowo „lunch” ze znakiem zapytania, ustawiam na dwa kilometry. Jezu, sami ładni faceci. Biali, czarni, żółci, nawet nie chce mi się czytać opisów, przewijam w prawo i tyle. Po trzech minutach pierwszy match. Po pięciu kolejny, potem kolejne. Kupuję w jakiejś budzie sałatkę, wygląda niemiłosiernie sztucznie, ale nie chce mi się stąd ruszać i szukać czegoś lepszego. Upał ze trzydzieści stopni, a tutaj pod drzewami jest całkiem miło. Rozkładam się na trawie, patrzę kontrolnie na telefon, w rogu ekranu ikonka powiadomień z Tindera. Dwóch typów napisało. Jeden „cześć”, drugi, Marshall, był nieco bardziej wylewny: „Cześć, lunch za godzinę?”. Odpisuję, że jasne, że siedzę na trawie przy okrągłej fontannie. Po trzech kwadransach pisze: „Siedzę przy stoliku, niebieska koszula, przy scenie”. Faktycznie mijałam po drodze jakąś konstrukcję, na szczęście nie ma żadnej muzyki, scena pusta. Znajduję go bez problemu. Cmokamy sobie na przywitanie powietrze koło uszu. Gadka naturalnie polega na wzajemnym wypytywaniu o podstawowe rzeczy, najnudniejszy rodzaj tinderowej interakcji, jednocześnie typowy w sytuacji, kiedy umawiasz się na spotkanie z pierwszym lepszym wybranym gościem. Z drugiej strony – jestem tysiące kilometrów od domu, w obcym państwie, wszystko tu jest ciekawe, psy, dzieci, kobiety, mężczyźni, sklepy, samochody, chodniki, hydranty, warzywa na straganach, więc ciekawi mnie również i tinderowy small talk. Marshall pracuje dwie przecznice stąd w sklepie z winami, klepie w komputer, na winach się nie zna. Zaczynamy gadać o książkach, mówi mi, że niedaleko jest wielka wypasiona księgarnia. Lubi Bukowskiego. Mogło być gorzej, jestem za oceanem, nikogo nie znam, nie wybrzydzam. Przerwa na lunch mija szybko, pyta, czy chcę iść po pracy na drinka. Ustawiamy się na dziewiątą, podaje mi nazwę knajpy, bierze mój numer telefonu i znika, po drodze wyrzucając do kosza plastikowe pudełka po naszych lunchach. Łażę jeszcze dwie godziny po okolicy, odwiedzam księgarnię, o której mówił Marshall, z najwyższym trudem powstrzymuję się przed kupowaniem książek i gadżetów typu skarpetki z nadrukowanymi cytatami z wielkiej literatury światowej czy bingo z ekstremalnie głupimi wypowiedziami Trumpa. Zupełnie nie mam miejsca w torbie, nie mogę nic kupić ani sobie, ani nikomu w Polsce. Żadnych pamiątek, prezentów. Zresztą pamiątki zawsze miałam w dupie, więc tłumaczenie sobie i innym, że nie mam na nie miejsca, jest bardzo wygodne. Tylko się to wala po domu, a potem połowa szuflad zapchana gadżetami z całego świata, które głupio wyrzucić, mimo że są bezużyteczne.

Wieczorem czysta, umalowana, wystrojona w całkiem niezłą sukienkę i po godzinnej drzemce przychodzę do knajpy. Trzydzieści minut za wcześnie, w końcu nie znoszę się spóźniać, a skąd mam wiedzieć, ile zajmie mi przejechanie kilkunastu stacji metra i dotarcie na miejsce. Najnaturalniej w świecie spędzam pół godziny na przeglądaniu Tindera. Jezu, czego i kogo tam nie ma, najróżniejsi faceci, Azjaci, czarni, Hindusi, Latynosi, Europejczycy, Żydzi, sikhowie, rdzenni Amerykanie. Najróżniejsze stroje, subkultury, przewaga nudnych białych kołnierzyków i hipsterów. Różnorodność jak w reklamie Benettona. Przewijam na potęgę w prawo, w końcu nie wiem, jakie prawo panuje w tej dżungli, na wszelki wypadek matchuję absurdalnie wielu facetów. Zgodnie z moimi przewidywaniami do rana następnego dnia kilku się odezwie. Większość przywita się zdawkowym „cześć”. Kilku napisze, że o co chodzi z tym imieniem Asia, przecież widać, że jestem z Europy. Dwóch zapyta bez ceregieli „Rosjanka?”, dwóch zaproponuje od razu, żebym do nich wpadła, jeden pyta, czy chcę usiąść mu na twarzy. I dla równowagi – dwóch wyśle elaboraty na temat swojego stanu ducha. No super, wygląda na to, że przynajmniej pod pewnymi względami jesteśmy w domu. Nie, nie w tym sensie, że chciałabym siadać komuś na twarzy i czytać wierszyki, ale jeśli chodzi o przewidywalność Tindera, to jest właściwie jak w Warszawie. Marshall zjawia się pięć minut po czasie, przeprasza, cały zziajany, wygląda, jakby biegł, żeby nie spóźnić się za bardzo. Zauważam, że jest w tym samym ubraniu, w którym jadł ze mną lunch. Wyjaśnia, że ledwo zdążył wyrwać się z pracy. Pytam, czy często pracuje do ósmej. No jasne, właściwie codziennie, zaczyna o dziesiątej i kończy o ósmej. Trochę się dziwię na głos, że to dłużej, niż pracuje się w Europie. „O tak, ale to dobra praca, mam płatny urlop, wyobrażasz sobie, w tamtym roku pojechałem na dwa tygodnie na Hawaje”. Mówi to tonem, który wyraźnie wskazuje, że powinnam mieć na twarzy wypisane „wow”. Nie wiem, co powiedzieć, nie znam zbyt wielu osób, które tyrają dziesięć godzin dziennie, a już na pewno nie uważają wtedy płatnego urlopu za błogosławieństwo i łaskę ze strony pracodawcy. Rozmawiamy chwilę o tej pracy. Umowa w stylu śmieciówki, dwa tygodnie urlopu, niekiedy praca w weekendy, pod koniec miesiąca raczej dwanaście niż dziesięć godzin dziennie. Żadnego ubezpieczenia zdrowotnego. Czasem szef daje mu do domu butelkę wina, w końcu nimi handlują. Myślę sobie – Jezu, w Warszawie mieszka pełno bezrobotnych i studentów, którzy by się obrazili za taką pracę. Zmieniam temat na muzykę, bo Marshall wspomniał wcześniej, że jego stary nazwał go tak na cześć wzmacniacza. Strasznie mnie ciekawi, czego tu się słucha. Po godzinie jest dla mnie jasne, że bardziej interesuje mnie historia jego rodziców, którzy pod koniec lat sześćdziesiątych byli hipisami. Marshall nie ma historii, opowieść o jego życiu wydaje się strasznie nudna. Kolejne etapy edukacji przeplatane kolejnymi egzaminami, potem praca, praca i kolejna praca (jedna nudniejsza od drugiej), jakieś przeprowadzki, jakieś stracone złudzenia, bo nie został tancerzem, nie dostał się do jakiejś prestiżowej szkoły, gdzie szkolą przyszłych mistrzów tańca. Gada o tym tańcu, mało tematów tak bardzo mnie nudzi. Jak widzę na Tinderze w opisach słowa „bachata”, „kizomba” czy inny taniec, którego nazwa brzmi jak egzotyczna choroba, to przewijam w lewo. Delikatnie nakierowuję Marshalla na historię rodzinną i robi się przez chwilę ciekawiej. Siedzimy ze dwie godziny, koleś ciągle gada, coraz bardziej osobiste rzeczy. Ja niewiele, zresztą nie pyta, więc nie opowiadam. Z mojego punktu widzenia ciekawiej, w końcu o sobie wiem już wszystko, a o nim nic. Ale jednak to niefajna dysproporcja. Już chcę się zbierać i wymówić jetlagiem, kiedy Marshall zupełnie płynnie, z gadania o jakimś improwizowanym tańcu, pyta: „To co, idziemy do mnie?”. Trochę mnie zaskoczył. Błyskawicznie decyduję, że nie, odmawiam grzecznie, jetlag to świetne wytłumaczenie. Gadatliwi goście są spoko, pod warunkiem że mówią o czymś naprawdę ciekawym. I że zwracają uwagę, żeby w konwersacji była równowaga, wymiana i w miarę po równo. Strach myśleć, co by było, jakby tak wyglądał seks w jego wykonaniu.

Następne dni spędzam na jeżdżeniu i chodzeniu wzdłuż i wszerz Manhattanu z przyległościami. Jak to w obcym kraju, chodzę po knajpach, sklepach, chcę zobaczyć, co się tu je, pije, nosi. Uderza mnie, że cholernie dużo ludzi wygląda jak z „Vogue’a”. Gapię się na nich w metrze, praktycznie wszyscy wpatrzeni w smartfony. I przepiękni. Połowa facetów wygląda, jakby dopiero co wyszli od fryzjera, jakby mieli uszyte na miarę gajery, a dodatki dopasowywał im zespół modowych ekspertów. Laski jak z filmów, w obłędnych bluzkach w stylu bardziej office niż casual, ołówkowych spódnicach, świetnie uczesane. Przypominam sobie, że w Seksie w wielkim mieście jakiś koleś został uznany za niefajnego, bo w jego domu Carrie znalazła gumkę do włosów. Tak, właśnie. Tu widzę wymyślne koki, spinki i przede wszystkim rozpuszczone, zadbane włosy wyglądające jak żywa reklama salonu fryzjerskiego. Czuję się przy nich jak uchodźca z Trzeciego Świata. Nie dość, że na włosach mam gumkę, a w walizce kilka ubrań na krzyż, to w dodatku nie mam co marzyć o własnej łazience, w której można ułożyć codziennie włosy i przez godzinę robić makijaż. Buty mam bardziej wygodne niż piękne. Trochę się strofuję w myślach, że w ogóle mi to zaprząta głowę, z drugiej strony ciężko o tym nie myśleć, kiedy mam wrażenie, jakbym się przez przypadek dostała w stroju roboczym na plan Mad Men. Modne zegarki, biżuteria, wypasione torebki. Co prawda kiedy oddalę się od fancy dzielnic, jest nieco luźniej i swobodniej, ale wciąż zwraca moją uwagę, jak bardzo zadbani są nowojorczycy. Nawet hipsterzy na Williamsburgu wyglądają jakoś elegancko, mają równo przystrzyżone włosy i zarost, a ich ubrania, które mają wyglądać na niechlujne, pewnie zostały znalezione w vintage shopie albo kupione u projektanta.

Po dwóch dniach oglądania tych pięknych ludzi zaczynam się zastanawiać, jakim cudem przewijają mnie na Tinderze w prawo. Wiadomo, nie idzie jakoś zapytać, zresztą nie wierzyłabym w szczerość odpowiedzi. Na kilku spotkaniach ktoś odniesie się do tego, że jestem z Europy i z Polski. Wygląda na to, że Europa brzmi dla nich luksusowo, a Polska egzotycznie, nie wiedzą właściwie nic o tej części świata. Jako tako kojarzą Francję, Niemcy, Skandynawię, Wielką Brytanię, Włochy i Hiszpanię. Fajnie tak być z egzotycznego i tajemniczego kraju.

Dla mnie egzotyczni są nowojorczycy. W dzień chodzę, jeżdżę metrem i autobusami (wiem, dziwne, przyzwyczajenia z Polski, ale trasy ciekawe i można z okna się pogapić na świat). Jestem przytłoczona skalą, ogromem, nadmiarem. Zadzieram głowę, robię zdjęcia wystaw sklepowych, książek na wyprzedażach, psów w Central Parku, wozów strażackich, szkolnych autobusów, masy rzeczy, które wydadzą mi się ciekawe. Zupełnie ten Nowy Jork nie do ogarnięcia. Odjeżdżam kawałek kolejką, dalej wielkie miasto, wszędzie miasto, tylko ludzie trochę inni. Nie wyobrażam sobie, żeby jakiś lokals myślał sobie jak krakowski poeta „któregoś dnia to miasto będzie należeć do mnie”. To za duże, żeby to posiąść, za duże dla jednego człowieka. No, chyba że dla oderwanych od rzeczywistości megalomanów, Donaldowi Trumpowi się to nawet udało.

Na morzu, na lodowcach, w górach ma się poczucie nieskończoności. Tutaj ma się po prostu zawrót głowy. Ale nie ma się czasu nad tym zastanowić. Większość nowojorczyków żyje w biegu. Prawie nikt nie sprawia wrażenia, jakby spacerował, nawet w Central Parku ludzie wyglądają, jakby dokądś zmierzali. Jest ogromnie dużo bezdomnych i takich, którzy wyglądają na bezdomnych.

 

Kolejnego dnia chcę popłynąć promem na Staten Island. Na miejscu jeżdżę autobusami. Zupełnie inaczej: cicho, wszystko jest małe. Jem we włoskiej pizzerii zagadywana przez właściciela, który wygląda jak mafijny zakapior z Rodziny Soprano. Pizza jest świetna, jego opowieść o Neapolu, z którego pochodzi, niewiele gorsza. Jestem jedyną klientką, nie licząc uśmiechniętego nastolatka odbierającego wcześniej zamówioną pizzę. Jadę autobusami do skansenu. Tak, dobrze czytacie, wokół Nowy Jork, a ja chcę oglądać trzystuletnie chaty wypełnione zabytkowymi naczyniami, meblami i innym barachłem. Co ja poradzę, że lubię skanseny.

Pracownik jest bardzo zdziwiony „sporym ruchem”. W tym samym momencie co ja pojawia się jeszcze pięcioosobowa rodzina ortodoksyjnych Żydów. Po obejrzeniu kilkunastu chat za jedną z nich znajduję strumyk, w którym moczę stopy. Słychać śpiew ptaków, niedaleką jezdnią co jakiś czas przejeżdża samochód. Prawie jak na wsi. Niesamowita różnica, kilka kilometrów dalej najbardziej jebitne miasto, jakie widziałam, a tu zagajnik, strumyk i jeden autobus na godzinę.

Wieczorem spotykam się z wyszukanym na Tinderze Tedem. Początkujący aktor na Broadwayu, chodzi na castingi, pracuje w jakiejś knajpie jako pomocnik kucharza. Marzy mu się kariera na deskach teatru, ale większość czasu spędza nad deską do krojenia. Brzmi jak totalna klisza, ale gość jest miły, nie przynudza. Opowiada anegdoty z teatrów, restauracji, ciągle z siebie żartuje. Chodzimy po parku z hot dogami, potem idziemy na piwo do fajnej speluny. Wypijamy kolejkę, chcę kupić drugą, Ted mnie powstrzymuje.

– Na pewno? W sensie chcesz za mnie zapłacić? – pyta wyraźnie zdziwiony.

Jeszcze nieraz wywołam zdziwienie Amerykanów, chcąc płacić za siebie, dorzucać się do benzyny czy w jakikolwiek sposób partycypować w kosztach randki i wspólnej zabawy. Faktycznie, czytam potem, że jedna trzecia kobiet w Stanach chodzi na randki dla darmowego jedzenia. O cholera, chyba w Polsce nie jest aż tak źle.

– Hej, myślałem, że uznasz mnie za skąpca. Wiesz, hot dogi. Sporo lasek by się obraziło.

No tak, wegańskie hot dogi z ulicznego wózka to nie wypasiona kolacja. Najwyraźniej standardem są bardziej wyrafinowane posiłki.

Po kilku piwach mamy się wyraźnie ku sobie. Ted jest fajny, miły i mi się podoba, niczego więcej w tej chwili nie potrzebuję. Pyta, czy chcę zobaczyć niezły widok na Manhattan. I cholera, no właściwie to bardzo chcę, poza nim samym jestem ciekawa, jak wyglądają mieszkania Amerykanów. Kupujemy zgrzewkę piwa i idziemy do niego.

Kilkupiętrowy ceglany budynek ze słynnymi schodami pożarowymi. A w środku… No biednie to wygląda. Nie malowali chyba sto lat, materac, jedno krzesło w pokoju, kuchnia z lat na oko siedemdziesiątych. Ted ma jeszcze trzech współlokatorów, dwóch oświetleniowców z teatru i początkującego reżysera. Wszyscy trzej są w pracy – reżyser dorabia jako kierowca Ubera, oświetleniowcy pracują w knajpach. Siedzimy w kuchni przy stole, palimy i pijemy piwo. Chcę wyrzucić puszkę, pytam, gdzie jest kosz, ale Ted mówi prędko, żebym odłożyła ją do kartonu na butelki.

– Wiesz, zbieramy butelki i puszki. Każda butelka to kilka, nawet kilkanaście centów.

W końcu rozumiem – to nie tak, że Ted jest skąpy, on po prostu naprawdę ma mało hajsu. Najwyraźniej jego współlokatorzy też, skoro mieszkają w takich warunkach. Jestem przyzwyczajona do mieszkań warszawskiej klasy średniej, dziennikarzy, barmanów, informatyków, pracowników NGO-sów. We wszystkich tych domach są konsole, telewizory, meble z Ikei, dywany. A tu zdziwienie; Ted zamiast szafy ma zwykły wieszak. Jego garderoba to cztery pary jeansów, sweter, bluza, trzy pary butów, kilka koszul i T-shirtów. Reszta majątku to parę leżących na podłodze książek i strasznie stary laptop.

– Wow, mógłbyś cały dobytek spakować do kartonu! Minimalizm!

– Nie no, gdyby było mnie stać, to chyba kupiłbym jeszcze kilka rzeczy. Fotel na przykład, niedawno chłopaki z pokoju obok przynieśli jakiś, ktoś postawił na ulicy, ale szybko musieli wyrzucić, bo okazało się, że miał pluskwy. Jakimś cudem się u nas nie zagnieździły – dodaje szybko, widząc moją minę.

Trochę mi głupio pytać, ile zarabia, za to pytam o wysokość czynszu.

Cholernie wysoki. Ted tłumaczy, że jak się chce mieszkać w niezłej okolicy i nie tracić codziennie godziny na dojazdy, to właśnie tyle kosztuje. Potem niepytany mówi, ile płacą mu w knajpie, i zaraz opowiada, że jeszcze przez dwa lata będzie spłacał kredyt studencki.

Prawie wszyscy faceci, jakich spotkam w Stanach, go spłacają. Ktoś, kto skończył studia, kończy je średnio z trzydziestoma tysiącami dolarów długu, a pożyczki studenckie bierze ponad siedemdziesiąt procent studiujących. Kojarzycie te amerykańskie seriale, w których komuś się rodzi dziecko i rodzina zakłada mu fundusz na college? No właśnie, to pewnie te trzydzieści procent szczęściarzy, reszta wyrobi za nich średnią z nadwyżką. Czterdzieści pięć milionów Amerykanów ma kredyty studenckie w sumie na 1,6 biliona dolarów, w dodatku to zadłużenie podwoiło się w ciągu dekady i nadal rośnie. Kurwa, czytam o tym, cyfry tak bardzo z kosmosu, że nie umiem sobie wyobrazić, ile to jest bilion dolarów. Google mówi, że milion milionów. Jeden i dwanaście zer. Można za to kupić milion prywatnych wysp na Pacyfiku, z palmami i białym piaskiem, milion obrazów Renoira czy innego Picassa. A więc te pożyczki studenckie to ogromny hajs. Ten ogromny hajs muszą spłacać ludzie w Stanach za to, że chcieli iść na studia. W dodatku wartość zadłużenia ciągle rośnie, coraz więcej kredytów, coraz wyższe odsetki i coraz droższe studia. W państwowych college’ach czesne to ponad dziesięć tysięcy dolarów rocznie od rezydentów danego stanu i ponad dwadzieścia sześć tysięcy dolarów od kogoś, kto przyjechał z innego zakątka USA. Ale już takie dobre studia typu Harvard kosztują czterdzieści sześć tysięcy dolarów rocznie. Razem z zakwaterowaniem w akademiku, opłatami małym druczkiem i jedzeniem wychodzi prawie siedemdziesiąt tysięcy dolców rocznie.

I weź teraz powiedz takim ludziom, że u nas studia są za darmo, ja na swoich nawet przez trzy lata dostawałam stypendium za niezłe oceny, dupy nie urywało, ale kilkaset złotych miesięcznie to jednak coś. W USA przeciętną pożyczkę studencką spłaca się średnio dwadzieścia jeden lat. Kończysz studia w wieku dwudziestu pięciu lat, a jak masz czterdzieści sześć, kończysz płacić. Darmowa edukacja to jednak błogosławieństwo, z którego nie zdajemy sobie sprawy. Żeby pójść na dobry uniwersytet, trzeba się dobrze uczyć. I tyle. Od biedy da radę bez pomocy starych, są zapomogi, stypendia socjalne, akademiki za śmieszny hajs i można jakoś dorabiać. A tutaj? Całe rodziny muszą się składać, żeby ktoś poszedł na dobre studia. Albo ten ktoś musi spłacać ponad dwadzieścia lat kredyt, jeśli rodzina nie była tak hojna.

Ted opowiada mi o podróżach stopem po Stanach, poleca fajne miejsca w Kalifornii, ma przeurocze poczucie humoru. Otwiera okno w swoim pokoju.

– Zobacz, z tym widokiem z okna to wcale nie był bullshit, żeby cię tu zaciągnąć.

Wyglądam i widzę morze świateł, budynków, okien, za nimi jeszcze więcej budynków, neonów, samochodów. Wow, faktycznie widok jak z teledysku Jaya-Z. Totalnie mnie tym kupił. Robi się prawie romantycznie, na tyle, na ile może być w sfatygowanym mieszkaniu, z sześciopakiem piwa na stole. Pół godziny później oglądam z bliska sześciopak Teda, trochę się tego nie spodziewałam. Całujemy się, jest jakoś… średnio. Tak chyba bywa, że wszystko jest dobrze, ale na etapie bliskości nagle robi się dziwnie. Może to dotyk, smak, sposób, w jaki całuje, za twardy zarost drapiący twarz. Może wszystko to naraz albo jeszcze coś innego. Entuzjazm opada. Entuzjazm Teda jest namacalny, nie słabnie, na szczęście chyba się orientuje, że coś mi nie pasuje.

Inne książki tego autora