Zgromadzenie. UlubienicaTekst

Z serii: Zgromadzenie #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Hominem te esse mem[1]

***

Louis przez dłuższą chwilę przetwarzał w głowie słowa pielęgniarki. Zdawało się, że jego połączenia nerwowe spowolniły tempo pracy do minimum, przez co nie mógł wyzwolić z siebie żadnej reakcji. Bo właściwie jak miał zareagować?

– Ja… nie wiem, co robić. – Adeline z ledwością wymówiła słowa, po czym zupełnie się rozpłakała.

Daquin także nie wiedział. Włożył ręce do kieszeni bluzy, a potem w końcu zadał pierwsze pytanie, jakie przyszło mu do głowy:

– Samuel wiedział o ciąży?

– Nie. – Pociągnęła nosem. – Nie zdążył się dowiedzieć…

– Dobra. Spokojnie, pomożemy ci. Na pewno wszystko się jakoś ułoży.

– Dziecko urodzi się szybciej, niż jest planowany termin. W dodatku nie mogę rodzić w szpitalu, tylko tutaj! Nie mam pojęcia, jak się będzie zachowywało ani…

– Adeline! – Złapał ją za ramiona. – Uspokój się. Może na początku powiedz mi, czy jesteś w stanie przewidzieć, kiedy się urodzi.

– Przełom stycznia i lutego, tak przypuszczam. Chociaż… nie jestem pewna.

– W porządku. Do tego czasu przyjmiemy do Zgromadzenia jakiegoś lekarza. Wszystko ogarniemy, zapewnimy opiekę i tobie, i dziecku, także nie martw się.

Kobieta otarła policzki z łez i wysiliła się na wdzięczny uśmiech. Ulżyło jej, gdy usłyszała słowa Louisa.

– Lepiej już? – zapytał.

– Tak, dziękuję. Naprawdę, bardzo dziękuję.

– Po świętach zajmę się wszystkim, a ty skup się na sobie i dziecku. Potrzebujesz czegoś na chwilę obecną?

– Nie, nie trzeba.

– W razie potrzeby będę pod telefonem. – Uśmiechnął się i spojrzał jej w oczy. – Hej, powinniśmy się cieszyć. Będziemy mieć najmłodszego Stróża w Zgromadzeniu, i to takiego z krwi i kości. Wiesz już, czy będzie chłopiec, czy dziewczynka?

– Lekarz mówił, że prawdopodobnie to będzie chłopiec.

– Urodzi się mały Samuel.

Skinęła głową i mimowolnie pogłaskała się po brzuchu. Nie była pewna, czy był to powód do radości, czy raczej dobry argument do tego, by zacząć martwić się o przyszłość.

***

Obudził się w dużym łóżku, którego ramy zostały wykonane z metalowych prętów i które do złudzenia przypominało szpitalne łoże z dawnych zakładów psychiatrycznych. Trochę niepokojące, trochę niewygodne, ale za to wyjątkowo bezpieczne. Bezpieczne ze względu na skórzane pasy, przymocowane z jednej i drugiej jego strony. Ile to już razy wiązał się nimi, by podczas snu nie rozpętać magicznej burzy, której nie byłby w stanie kontrolować. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że moc eteru nieraz była niebezpieczna nawet dla niego samego.

Jednak teraz Balthazar leżał swobodnie, niezwiązany. Wciąż w pełnym łowczym ubraniu, z kapturem na głowie. Przed zaśnięciem zdołał jedynie zdjąć arafatkę z twarzy, nic więcej. Był zbyt wykończony, wręcz balansował na granicy życia i śmierci.

Przeniesienie Tenebris w inne miejsce zużyło całą jego energię. Stracił przytomność i ocknął się dopiero kilka minut później, w miejscu, gdzie Vivian podgrzewała ziemię, na której leżał. To dzięki jej pomocy dotarł do ruin swojej twierdzy. Jego gabinet był zmasakrowany, ale część z tajnym przejściem do podziemnej komnaty pozostała nietknięta. Jak przez mgłę pamiętał, że rozkazał Vivian oznajmić wszystkim Łowcom, by nie opuszczali terenu Tenebris do czasu jego powrotu. Wiedział, że przez kilka kolejnych dni nie będzie w stanie normalnie funkcjonować.

Na razie jedynie jego umysł pracował odpowiednio dobrze. Ciało jeszcze nie chciało z nim współdziałać. Został skazany na głód i pragnienie, bowiem żaden z Łowców nie ośmieliłby się przekroczyć progu drzwi jego sypialni. Ale to nie był żaden problem. Jego myśli i tak zajmowała ta, przez którą wewnętrznie cierpiał.

Moja Catherine. Łowczyni, która była ze mną od początku, jedyna godna mej uwagi.

Balthazar wpatrywał się w szary sufit, który popękał w wielu miejscach z powodu licznych wstrząsów. To, co wydarzyło się w poniedziałkowy ranek, przekroczyło nawet granice jego pojmowania. I wcale nie chodziło o atak Stróżów, o którym zresztą wiedział. Chodziło o zachowanie Catherine i to, czego dokonała. Oszukała go. Co więcej, opuściła swojego jedynego pana i opiekuna.

Był rozczarowany. W każdym nerwie czuł gorycz. Bo jak jego Catherine mogła dopuścić się takiego czynu? Jak mogła mu to zrobić? Wprowadził ją do magicznego świata, którym przecież była zafascynowana! A później obdarzył mocą i przygarnął niczym swoje dziecię. Otoczył ją opieką, zapewnił wszelkie potrzebne rzeczy, a nawet spełniał jej zachcianki. Choć szkolił ją na bezwzględną Łowczynię, to nieraz ulegał jej wpływom.

Przez całe piętnaście lat trwała przy jego boku jako towarzyszka, która miała stać się kimś wielkim w łowczym gronie. Oczywiście była buntownicza, sprawiała problemy i za żadne skarby nie potrafiła wyprzeć się ludzkiej natury, ale pomimo tego Balthazar był pewien, że była z nim związana i sądził, że tak zostanie do końca życia. Na dobre i na złe, jak to mówią przeklęci ludzie. Odetchnął ciężko, a następnie zamknął oczy. Powinien zasnąć. To podczas snu łowcza energia regenerowała się najszybciej. Ale gdy tylko ciemność zagościła pod jego powiekami, mózg przywołał wspomnienie, kiedy pierwszy raz poczuł się zdezorientowany zachowaniem Catherine. Wtedy gdy użyła mocy łańcuszka, by ochronić Stróżów. To nigdy nie powinno było się wydarzyć, nie powinno było jej to nawet przejść przez myśl. A potem dokonała czegoś, czego nie przewidział…

Balthazar wiedział, w czym tkwił problem. Sam był sobie winien, za bardzo ufając Łowczyni. Nie powinien dawać jej magicznego łuku, który umiejętnie wykorzystany potrafił czynić prawdziwe cuda. Mógł przecież przewidzieć, że Catherine szybko zorientuje się, jak korzystać z broni dla własnych celów, dla własnych ludzkich pobudek. I zrobiła to, tworząc iluzję siebie samej… Perfidna sztuczka, której nie dostrzegł i dzięki której udało się jej od niego uciec.

Nie na długo, pomyślał. Catherine musiała zacząć współpracę ze Stróżami. Może nawet postanowiła dołączyć do Zgromadzenia? Na samą myśl o tym w jego żyłach zagotowała się krew. Gdy tylko zregeneruje siły, rozpocznie polowanie, tym razem obierając za cel swoją ulubienicę. Catherine była jego Łowczynią i nic tego nie zmieni.

[1] (łac.) – Pamiętaj, że jesteś (tylko) człowiekiem.

Rozdział 1

Wybrałam ciebie

1

Te dwa dni pobytu u Stróża przypominały czas, kiedy Catherine przebywała u niego po raz pierwszy. Damien chodził do pracy, wracał i gotował obiad, a Łowczyni starała się nie rozmyślać nad swoim życiem i nad tym, co dopiero miało nastąpić. Próbowała być normalną kobietą, mieszkającą w domu mężczyzny, którego wybrała.

Ku szczęściu Stróżów świąteczny czas uznano za wolny od wszelkich odchyleń od normy. Zapewnienie Catherine, że Balthazar nie pozbiera się przez najbliższy tydzień po tym, jak przeniósł gdzieś Tenebris, dało wszystkim upragniony od dawna spokój, a obrońcy boskich cnót postanowili go w pełni wykorzystać. Każdy potrzebował wytchnienia po ostatnich wydarzeniach.

Największy chaos do ogarnięcia miał jednak Louis. On także chciał zostawić wszystkie sprawy Zgromadzenia na później, ale przed świętami miał jeden ważny cel – przeprosić wszystkich, których skrzywdził.

Z Damienem poszło najłatwiej. Przyjaźnili się od tylu lat, przechodząc przez różne trudne sytuacje zawsze ugodowo. Zresztą obaj nie chcieli zrywać łączącej ich więzi. Daquin przyznał, że był okropnym idiotą żądnym władzy i naprawdę żałował tego, co robił i jak się zachowywał.

To samo powiedział Mai ale z nią nie było tak prosto. Oczywiście przyjęła jego przeprosiny, ale nadal trzymała go na dystans. Nawet kiedy oświadczył, że może wrócić do Zgromadzenia. Louis nie miał jej tego za złe. I tak był zdziwiony, że dziewczyna w ogóle zgodziła się z nim spotkać i chwilę porozmawiać. Później wyjechała do swoich rodziców. Maya była jedną z tych osób, które pragnęły całkowitej izolacji od Zgromadzenia, od Łowców, a nawet od całego Bireno. Nie miała pojęcia, co dalej robić ze swoim życiem, raczej nie chciała wrócić do Stróżów. Jak dotąd miała zupełny mętlik w głowie i w sercu, dlatego też postanowiła wrócić do miasteczka dopiero, kiedy wszystko sobie przemyśli i poukłada.

Najtrudniejszą rozmowę Daquin zostawił sobie na sam koniec. Nawet nie krył swojego przerażenia w starciu z Catherine. W głowie co rusz układał nowe scenariusze, jak łagodnie podejść Łowczynię, którą skrzywdził najmocniej, której wielokrotnie chciał się pozbyć…

Umówił się z Damienem, że przyjdzie do jego domu wieczór przed Wigilią. Rimet miał nastawić kobietę na to spotkanie i spróbować poprosić, by dała Louisowi szansę. Kiedy więc dochodziła dwudziesta, dowódca Stróżów stanął spocony z nerwów przed drzwiami przyjaciela i odliczał sekundy od naciśnięcia dzwonka do usłyszenia przekręcającego się klucza w zamku. Dokładnie dziesięć sekund później przywitał go Damien:

– Siemka, wchodź. – A szeptem od razu dodał: – Zrobiłem, co w mojej mocy.

– I co?

– Błogosławię cię. – Gospodarz domu zaczął robić znak krzyża, a Louis walnął go w ramię i bąknął pod nosem, że ta sytuacja wcale nie jest zabawna.

Catherine była w kuchni. Ze szklanką w dłoniach opierała się o blat i nie wyglądała na zadowoloną z tego spotkania. Ostentacyjnym spojrzeniem zmierzyła Damiena, który oznajmił, że zostawi ich samych, po czym poszedł do sypialni. Louis stał w progu. Nieruchomo, ze ściśniętym żołądkiem.

 

– Cześć, Catherine.

Oczywiście nie doczekał się odpowiedzi, ale zamiast niej kobieta wskazała skinieniem głowy krzesło. Kiedy Stróż usiadł przy stole, zajęła miejsce naprzeciw niego i odstawiła herbatę na bok.

– Słuchaj… – zaczął, ale Catherine nie dała mu dokończyć.

– Wiem, po co przyszedłeś.

– Taa… Damien miał cię trochę udobruchać. – Spróbował się zaśmiać, ale mu to nie wyszło.

– Nie potrzebuję twoich przeprosin. I tak nic mi po nich. Chcę tylko zapewnienia, że dasz mi święty spokój.

– Jasna sprawa. – Wyciągnął dłoń, jakby się poddawał. – Zero oskarżeń, zero podejrzeń, najlepiej unikać kontaktu.

Łowczyni uśmiechnęła się pod nosem arogancko.

– Dobrze, że się zrozumieliśmy.

– Zawaliłem, wiem. Ale chcę, żebyś wiedziała, że źle cię oceniłem, i naprawdę tego żałuję.

– Winy swoje odpokutujesz. Jak każdy z nas.

Podniosła się nagle z krzesła, a potem obróciła w stronę blatu i sięgnęła po dzbanek. Louis był nieco zdezorientowany. To była wyjątkowo krótka rozmowa. Krótka, ale konkretna. Spojrzał na nią, jak wyjęła dwie szklanki, a później nalała do nich herbaty. Zachowywała się normalnie, nie jak bezwzględna Łowczyni, pragnąca wszystkich pozabijać.

– Jak już tak bezczynnie siedzisz, to pójdź chociaż po Damiena – odezwała się nagle.

Ale język wciąż ma cięty, pomyślał i bez słowa poszedł do sypialni.

Rimet siedział na łóżku i głaskał kotkę zwiniętą w kłębek. Na widok przyjaciela wyszczerzył zęby w uśmiechu, po czym bezgłośnie zapytał, jak mu poszło. Daquin wystawił kciuk do góry i lekko wzruszył ramionami. Potem obaj udali się do kuchni. Catherine zajmowała już miejsce przy stole, a dla nich przygotowała szklanki z herbatą. Pośrodku stał talerz z maślanymi ciasteczkami w kształcie gwiazdek. Cisza, jaka nastała, była wymownym przypomnieniem tego, co wydarzyło się pomiędzy tą trójką.

– Zawsze tak siedzicie? – odezwała się w końcu Catherine. Louis postanowił udawać, że nie wyczuwa niezręcznej sytuacji, i zapytał ze zdziwieniem:

– To znaczy jak?

– Jakby wam rodzinę wymordowano.

Damien odchrząknął i sięgnął po ciasteczko.

– Takie macie miny. – Wzruszyła ramionami. – Myślałam, że dla was, ludzi, czas świąt to czas radości.

– Bo tak jest – podjął znów Louis – ale…

– Ale inaczej to wygląda, gdy pomiędzy siedzi bezduszna Łowczyni?

– Nie, jasne, że nie.

– Spokojnie, nie wysilaj się. – Kobieta podniosła się z miejsca i uśmiechnęła się pojednawczo. – Udam, że muszę coś zrobić na zewnątrz, a wy udajcie, że mi wierzycie.

– Nie musisz tego robić – odezwał się w końcu Damien, ale Catherine zignorowała go i ruszyła ku wyjściu. Chwilę później zamknęły się za nią drzwi.

Przyjaciele jeszcze przez moment trwali w milczeniu, porozumiewając się jedynie spojrzeniami. Rimet przeczesał dłonią włosy, a potem odetchnął, jakby chcąc zlikwidować powstałe w powietrzu napięcie. Żaden nie wiedział, co powiedzieć, aż ciszę przerwał Louis:

– Chyba jednak nie poszło mi tak dobrze.

– Z Catherine? Właściwie po tym wszystkim powiedziałbym, że jest całkiem okej.

– Skoro tak mówisz… – Nachylił się nad stołem ze skrzyżowanymi rękami. – A co z Wigilią? Wiesz, że babcia ci tego nie daruje.

– Może powiemy, że jestem chory?

– Tym bardziej będzie chciała cię wziąć pod opiekę.

– Racja.

Rimet zastanowił się, jaki byłby dobry powód, żeby wymigać się od spędzenia świąt w domu przyjaciela. Odkąd rodzice Damiena go opuścili, każdego roku spędzał ten bożonarodzeniowy czas z Louisem i jego babcią.

– Ale co ja mam zrobić? – Rozłożył bezradnie ręce. – Nie mogę zostawić Catherine samej, a wziąć ją ze sobą tym bardziej.

– To może powiem, że będziesz u swojej dziewczyny?

– Na bank będzie chciała ją poznać.

– To później z nią rzekomo zerwiesz. Coś wymyślimy.

– Nie wiem, Louis. Powiedz babci, co chcesz, byle nie obraziła się na mnie śmiertelnie.

Daquin skinął głową, choć nie myślał już o tym, jak usprawiedliwi Damiena. Do jego świadomości nagle dotarło coś, o czym wcześniej zupełnie nie pomyślał lub nad czym jako silnie zakorzeniony Stróż i dowódca nie chciał się zastanawiać.

– Co masz taką minę?

Louis nagle zorientował się, że przyjaciel wlepia w niego podejrzliwe spojrzenie. Nabrał powietrza, a potem zadał pytanie bardzo cicho:

– Ty i Catherine… Jesteście… razem?

Tego Damien się nie spodziewał. W pierwszej chwili wziął wdech, żeby odpowiedzieć, ale jednak coś go powstrzymało. Poczuł ucisk w klatce piersiowej, bo właściwie nie znał odpowiedzi na to pytanie.

– Sorry, stary, może nie powinienem…

– Nie, Louis, w porządku. Po prostu… – Zawiesił się, więc Daquin dokończył za niego:

– To ciężkie do określenia.

– Tak, właśnie.

Zagapił się na Louisa, potem spojrzał w stronę korytarza, jakby sprawdzając, czy w domu nadal byli sami, aż złapał szklankę z herbatą i odparł cicho:

– Zakochałem się w niej. I wiem, że Catherine też coś do mnie czuje, ale… Nie wiem, czy to może być to samo. Rozumiesz?

Daquin potwierdził skinieniem głowy. Doskonale rozumiał i to martwiło ich obu. Bo czy Łowczyni może prawdziwie kochać?

***

Było już późno i powinna była wracać. Księżyc wyłaniał się zza chmur, oświetlając jej drogę do domu. To słowo, „dom”, które rozbrzmiewało w jej głowie, sprawiało niemal, że czuła się jak normalny człowiek. Nie musiała nosić kaptura ani chusty na twarzy. Na sobie miała stary dres pożyczony od Damiena, a włosy splotła w byle jakiego koka. Gdyby ktoś nagle wyłonił się na leśnej ścieżce i stanął z nią w oko w oko, pomyślałby, że jest zwykłą kobietą, która wybrała się na wieczorny spacer. Ale gdyby tylko oddalili się od siebie, ta rzekomo zwykła kobieta zniknęłaby mu z oczu, niczym zjawa, która raz pojawia się, raz ginie w powietrzu.

Nic nie zmieni tego, że w jej żyłach płynie łowcza moc. Mogła udawać, starać się być prawdziwym człowiekiem, mogła próbować naśladować Damiena w różnych zachowaniach. Ale jednak Catherine nigdy nie będzie mogła swobodnie wędrować ulicami miasteczka, nigdy nie porozmawia o beztroskach życia z zupełnie przypadkowymi ludźmi, nigdy nawet nie będzie mogła pójść do pracy. Bo nie przestanie być Łowczynią.

Na ścieżce prowadzącej do domu Stróża znalazła się stosunkowo szybko. Już stamtąd widziała Damiena, który wyglądał przez okno. Przyspieszyła kroku. Przypuszczała, że Louis już dawno sobie poszedł i cieszyła się z tego faktu. Nie miała zamiaru udawać, że go lubi. Mogła co najwyżej tolerować jego obecność.

Dom był otwarty. Już w przedsionku kątem oka dostrzegła mężczyznę. Damien stał w korytarzu z miną, jakby czekał na swoje nieposłuszne dziecko, które wróciło o wiele później, niż powinno. Ale ona nie była dzieckiem.

– Jesteś w końcu.

– Martwiłeś się? – zapytała, wchodząc dalej.

– Oczywiście. Długo cię nie było.

– Lubię spacery. – Wzruszyła ramionami, po czym minęła Damiena i udała się do kuchni.

Rimet włożył ręce do kieszeni i poszedł za nią. Nie powinien się spodziewać tłumaczeń z jej strony, a jednak chciał wiedzieć, gdzie była, bo zwyczajne martwił się o… swoją dziewczynę? Pytanie Louisa zbiło go z tropu, dodatkowo dołożyło kolejnych myśli. Jego związek z Catherine na pewno nie należał do typowych. Właściwie był czymś, co nie powinno nawet istnieć. Usiadł przy stole i zaczął ją obserwować.

Nalała sobie gorącej herbaty, którą niedawno przygotował, a później objęła kubek i oparła się o kuchenny blat. Kotka, która jeszcze przed chwilą spała na krześle, zeskoczyła i zaczęła ocierać się o jej nogi, wyginając przy tym swój rudy grzbiet.

– Widzisz, nawet Kulka stęskniła się za tobą – zagadał.

– Raczej za porcją szynki, którą zawsze ode mnie dostaje.

Zaśmiał się, przyznając jej rację. Catherine ostrożnie upiła łyk herbaty, a potem zwróciła się do kotki:

– Damien cię nie karmi, co?

Ta jakby w odpowiedzi miauknęła, a potem znów zaczęła się łasić.

– Hej, to nieprawda! Dostaje tyle, ile powinna, a nawet za dużo.

– Co za kłamczuch, głodzi cię, prawda? – Podeszła do lodówki, a zwierzak wydał z siebie pełen rozpaczy głos. – Tak, wiem. Dobrze, że masz teraz mnie.

– No jasne. Jak tak dalej pójdzie, będę jej musiał zmienić imię na Kula.

– Nie słuchaj go, to ci nie grozi.

Łowczyni wyjęła dwa plasterki szynki i podała kotu pod pyszczek. Spojrzała przy tym na mężczyznę ze zwycięskim uśmieszkiem.

– Lepiej ty coś zjedz.

– Nie jestem głodna.

Pogłaskała grzbiet rudzielca, a później znów objęła gorący kubek, stając niemal naprzeciw Damiena.

– Poza tym muszę zrobić miejsce na jutrzejsze potrawy. Skoro ma być ich aż dwanaście…

– Ale zjemy je dopiero wieczorem.

– Zawsze jest ich tyle?

– Tak. Chleb również się w to wlicza, także spokojnie. To symboliczne znaczenie.

Skinęła głową i upiła kolejny łyk. Nigdy nie obchodziła świąt, przynajmniej ich nie pamiętała, jednak mniej więcej wiedziała, jak wyglądało to u ludzi. Podczas każdej wigilijnej nocy chodziła do miasteczka obserwować ich zwyczaje. Była ciekawa tego, co robią, dlaczego wszyscy są tacy szczęśliwi. Ale robiła to nie tylko ze zwykłej ciekawości. W tych szczególnych dla ludzi dniach Balthazar był chodzącą bombą, która mogła wybuchnąć w każdej chwili. Lepiej nie pokazywać mu się na oczy.

– Nie powinieneś być jutro z rodziną? – zadała nagle pytanie i zobaczyła, jak twarz Damiena diametralnie się zmienia.

Tak jak przypuszczała wcześniej, coś było nie w porządku. Nie bez powodu mężczyzna nigdy nie wspominał o rodzicach czy kimkolwiek innym z rodziny. Tym razem to ona weszła na niepewny grunt, ale nie zamierzała się z niego wycofać.

– Tak się składa, że nie mam żadnej rodziny. Dziadkowie zmarli dawno temu, kontakty z ciotkami i wujkami się urwały. Kuzynostwa też nie mam…

– A rodzice?

Rimet poprawił się na krześle. Unikał jej wzroku i Catherine doskonale wiedziała, co to oznaczało.

– Odeszli ode mnie kilka lat temu.

– Przez Łowców?

– Podobno. Louis był już wtedy Stróżem. Powiedział mi, że obojgu zabrano cnotę miłości, więc… – urwał. – Chyba tak to musiało się skończyć.

– Wystarczy zabrać tylko miłość. Ludzie bez miłości tracą nadzieję. Z czasem przestają wierzyć w cokolwiek.

To był prawdopodobnie najgorszy tekst, jaki mogła powiedzieć w tej sytuacji. Zdawała sobie z tego sprawę. Ale taka była prawda, a Łowcy musieli mówić prawdę. Odłożyła kubek na blat, tym samym odwracając się plecami do mężczyzny. Była Łowczynią, jedną z tych, którzy odbierali ludziom cnoty. Kto wie, może ona sama przyczyniła się do dramatu Damiena? Dziwne uczucia zaczęły się kotłować w jej duszy. Serce zaczęło szybciej bić.

– Hej, to, że jesteś Łowczynią, nic dla mnie nie znaczy. Nawet nie mógłbym cię za to obwiniać. – Usłyszała za sobą jego łagodny głos.

Wstał z krzesła, ale nie zbliżył się więcej. Kobieta odwróciła się ku niemu przerażona pytaniem, które przyszło jej na myśl i które nagle wypowiedziała:

– Jak to jest kochać?

Zaskoczyła go. Catherine pytała o miłość, jakby znała jego myśli sprzed trzech godzin. Zrobił ku niej krok, po czym złapał za dłoń.

– Kochać to martwić się o kogoś bardziej niż o siebie. – Dotknął delikatnie miejsca, gdzie przed miesiącami została postrzelona. – To opiekować się, pomagać, robić wszystko dla drugiej osoby. – Przesunął dłonią wzdłuż jej talii i zbliżył się jeszcze bardziej. – To pragnienie, aby była szczęśliwa.

Kobieta spojrzała w jego oczy i niemal szeptem zapytała:

– Kochasz mnie?

– Już od dawna cię kocham, Catherine.

Damien przybliżył swoją twarz i złożył pocałunek na jej ustach, a potem jeszcze jeden i jeszcze. Bardzo powoli, delikatnie, bez pośpiechu. W tym zjednoczeniu dwóch ciał, zupełnie przeciwnych natur nie przejmowali się niczym. To, co ich otaczało, straciło dla nich znaczenie. Chociaż nawet gdyby byli czujni, nie przypuszczaliby, że właśnie ktoś ich podgląda.