Mleko z miodemTekst

Z serii: Plus minus 16
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Joanna Jagiełło

Mleko z miodem

© by Joanna Jagiełło

© by Wydawnictwo Literatura

Redakcja i korekta:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

ebook przygotowany na podstawie wydania I

ISBN 978-83-8208-959-2

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wyd-literatura.com.pl

tel. (42) 630-23-81

faks (42) 632-30-24

www.wyd-literatura.com.pl

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Literatura

Monika Lipiec, Woblink

Spis treści

Prolog

Sierpień

Wrzesień

Październik

Listopad

Grudzień

Styczeń

Luty

Marzec

Kwiecień

Maj

Czerwiec

Lipiec

Sierpień

Epilog

Wydawnictwo Literatura poleca serię kawową

O Autorce


Mojej wnuczce Róży

Jeśli coś kochasz, puść to wolno. Kiedy do ciebie wróci,

jest twoje. Jeśli nie, nigdy twoje nie było.

Antoine de Saint-Exupéry

Żadne drzewo nie wzrośnie do nieba,

jeśli jego korzenie nie sięgają do piekła.

Carl Gustav Jung

Siostra Sarah Joan: Widać, że kochasz Sacramento.

Christine „Lady Bird” McPherson: Serio?

Siostra Sarah Joan: Piszesz o Sacramento tak czule, z taką miłością.

Christine „Lady Bird” McPherson: Po prostu je opisywałam.

Siostra Sarah Joan: Wygląda, jakbyś je kochała.

Christine „Lady Bird” McPherson: Myślę, że po prostu jestem uważna.

Siostra Sarah Joan: A nie sądzisz, że być może to jest to samo? Miłość i bycie uważnym?

Dialog z filmu Lady Bird

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

Nie tak to miało być.

To ten moment. Komórka jajowa dostaje się do jajowodu, by zapłodnił ją plemnik, który wygra wyścig. Czeka. W tym samym czasie trzysta, a nawet pięćset milionów plemników (więcej niż cała populacja Stanów Zjednoczonych!) odbywa podróż w stronę komórki z prędkością nawet kilkudziesięciu kilometrów na godzinę. Garstka będzie blisko, ale tylko jednemu uda się wniknąć do jej wnętrza. Czasem szczęście niektórych to pech innych. Nie tak to miało być, ale się stało.

Moment połączenia. Wtedy wiadomo już wszystko. Jaka będzie płeć, jakie włoski, jaki nos, jakie zdolności, jaki temperament.

W pierwszych czterech tygodniach życia twoje przyszłe dziecko mierzy niecały milimetr, waży gram, jest jak ziarenko maku, a potem ziarnko gorczycy. Jajeczko zagnieżdża się, dzieli. Zarodek podwaja długość, jest już jak pestka jabłka.

Ma pięć tygodni, a ty po raz pierwszy biegniesz do toalety, żeby zwymiotować śniadanie. Myślisz, że to zatrucie. Twoje dziecko ma już głowę, tułów i ogon. Jeszcze nie wiesz, że jest. Zaczynają kształtować się mózg i serce. To już nie jest nic. Tylko czeka, aż ty się dowiesz.

Nie masz miesiączki. Najpierw myślisz, że się opóźnia, kupujesz test ciążowy, z niepokojem sikasz na plastikowe okienko, czekasz, drepcząc w miejscu, wciągasz powietrze do płuc, patrzysz. Dwie czerwone kreski nie pozostawiają wątpliwości. Owijasz test w kilka warstw papieru toaletowego, wkładasz w torebkę z Biedronki i wciskasz na sam dół kosza na śmieci. Albo chowasz na dno szuflady, przechowasz go, to w końcu pierwsza taka pamiątka.

Zaczyna bić serce. Twoje dziecko rośnie w ciągu każdej nocy o jedną trzecią swojego rozmiaru, wydłużają się pączki kończyn, powstaje pępowina. Bolą cię piersi. Dziecko jest jak jagoda, jak kijanka, z chrząstką tam, gdzie rozwinie się kręgosłup, z głową większą niż reszta ciała, ale z rękami, które już zginają się w łokciach. Człowiek. I może to jest ten moment, kiedy chciałabyś, żeby dowiedziała się o tym najważniejsza osoba. Ojciec dziecka.

Warszawa, lipiec 2017

Nie tak to wszystko miało być – pomyślał Adrian już po tym, jak mu powiedziała. Niczego się nie domyślał. Dzień był zupełnie zwyczajny, jak na lipiec może chłodny i pochmurny, dlatego nie chcieli nigdzie iść, tylko poprzytulać się w domu. Zresztą – tak długo na to czekali… Spędził dwa tygodnie w Londynie, ona siedziała w Warszawie, odwiedzała Natalię w ośrodku, a poza tym nie robiła nic. W sierpniu mieli jechać na Hel, pod namiot. A pozostały czas spędzić tutaj. Jeździć nad Zegrze, siedzieć nad Wisłą, być razem.

– Chcesz gdzieś iść? Kino, te sprawy? – zapytał, ale nie miała ochoty, on zresztą też nie.

Chmury zebrały się nad miastem, wiał zimny wiatr, kusiły go dom i łóżko. Ojca na szczęście nie było. Błogosławione konferencje lekarskie! Ostatnio wyjeżdżał częściej, jakby specjalnie dla niego. Bo ojciec wiedział, że są razem tak naprawdę, zapytał go wprost, a Adrian tylko kiwnął głową.

– Ale zabezpieczacie się?

– Przestań – odpowiedział wtedy. – Oczywiście.

Bo przecież się zabezpieczali, zawsze. Kiedy Linka zaczęła brać tabletki, bardzo się uspokoił. Zawsze bał się wpadki. Teraz już nie musiał się o to martwić.

Przyszła od razu, kiedy przyjechał, nawet nie zdążył się rozpakować. Wpadła mu prosto w ramiona, w sukience zbyt cienkiej na tę pogodę, cała drżała od wiatru i deszczu, który rozpadał się nie wiadomo kiedy. Boże, jak on za nią tęsknił! Nie mógł się doczekać, ale przynajmniej dzisiaj nie zwlekała, już tu była. Jego piękna.

– Lisku – mruknął.

– Lisku? – zapytała. – To coś nowego.

I zaczęła się śmiać. Uwielbiał jej śmiech.

– Tak mi się powiedziało – westchnął. – Ale pasuje. Szczególnie do twoich nowych włosów.

Linka przefarbowała swoje piękne loki na rudo. Cóż, wyglądała teraz tak kusząco, że nie mógł się opanować.

– Nie wiem, czy chcę być lisem – zaczęła się droczyć. – To przecież szkodnik! Porywa kury! Wolałabym, żebyś ty był lisem i zaraz mnie porwał!

I wtedy ją pocałował, a potem od razu poszli do łóżka, a właściwie na kanapę, nie zadali sobie nawet trudu, żeby wyciągnąć pościel. Potem patrzył, jak leży naga na szarym obiciu, z włosami rozrzuconymi jak wachlarz. To był moment czystego szczęścia. I prawie go to zabolało, tak piękny był ten jej obraz, niczym niezmącony. Jeszcze przez chwilę.

Wstał, okrył się T-shirtem, a ona się śmiała, że po co, ale jakoś nie potrafił zupełnie wyluzować. Była otwarta, świadoma swojej cielesności i chociaż go zapewniała, że jest pięknie zbudowany, że jej się podoba, to on zawsze się trochę wstydził. Poszedł do kuchni, żeby przygotować jakieś przekąski i wino, żeby mogli uczcić powrót do siebie, poczuć, że teraz naprawdę mają wakacje. Na chwilę przestać myśleć o przyszłości.

Nie wiedział, jak to będzie. Ciotka kusiła studiami w Londynie, właściwie to się na nie już dostał dzięki jej znajomościom. Niestety w Warszawie jego teczka po raz drugi nie ujęła profesorów ASP, co sprawiło, że wybór mógł być tylko jeden. Myślał, że jeśli wyjedzie, to sam, bo ona musi najpierw zdać maturę. Za niespełna rok nic nie powinno jej stanąć na przeszkodzie, żeby do niego dojechać. Mogliby się tam lepiej urządzić niż w Polsce. Ciotka obiecała, że załatwi mu porządną pracę, wtedy mógłby przyjeżdżać właściwie na każdy weekend, loty są takie tanie, ona też mogłaby go odwiedzać. Wiadomo, jak to jest, w Polsce trudno zrobić karierę, wszystko jest ustawione.

Zastanawiał się, czy powiedzieć jej to dzisiaj, czy później, nie chciał psuć tego wieczoru. Ale i tak jakoś się… zepsuło. To znaczy… Nie, po prostu naprawdę na coś takiego nie był gotowy, przecież trudno było oczekiwać, że się po prostu ucieszy i powie: Jasne, super! Nalał dwa kieliszki wina, wyciągnął orzeszki i czipsy, czuł się wspaniale – ach, mężczyzna, który po seksie przynosi pożywienie, prawie jak neandertalczyk ze zwierzyną w zębach.

 

– Jak Natalia? – zagaił.

– Twoje tiramisu było absolutnym hitem. To znaczy… w każdym razie Natka zjadła trochę. Czuje się lepiej. Jeżdżę do niej prawie codziennie, to nie tak daleko. A ty?

– Ja? – spanikował. Powiedzieć jej czy nie? – No, w Londynie to wiesz… zawsze jest super… Myślałem, że może kiedyś pojedziemy tam razem?

Zmarkotniała.

Pociągnął łyk wina. Niezłe.

– Spróbuj – zachęcił ją. – Tak się zastanawiałem, czy będzie dobre. Moim zdaniem jakość w stosunku do ceny…

– Tak… – zawahała się. – Może za chwilę. A z tym Londynem… Muszę ci coś powiedzieć.

Odetchnął z ulgą, bo on przecież też miał jej coś do zakomunikowania.

– Ja też muszę ci coś powiedzieć.

– To mów – zaproponowała.

– Kobiety mają pierwszeństwo.

– Nie tym razem – odparła.

Dziwne. Wydawała się jakaś zdenerwowana, ale i podekscytowana. Jakaś inna.

– Ty mów – powtórzyła.

– No dobra… Wiesz, że się nie dostałem na ASP. Znowu.

– No wiem. Ale przecież masz tamtą szkołę.

– No tak, ale ciotka… ma znajomości, ktoś obejrzał moją teczkę, mogę studiować w Londynie.

– Ale dlaczego nie tu? Czy ta szkoła jest zła?

– Nie, tylko… jeśli naprawdę mam zrobić karierę, potrzebuję czegoś lepszego, no wiesz, Londyn to Londyn.

– Już się zdecydowałeś? – zapytała go tak chłodno, że aż się przestraszył.

– Nie, absolutnie nie! – krzyknął. Choć przecież właściwie zdecydował, nawet powiedział ciotce, przecież to jasne, że to dla niego szansa. – No co ty, najpierw chciałem z tobą porozmawiać.

– To dobrze. Bo tu nastąpiła pewna zmiana planów.

O czym ona mówi? Jaka zmiana? Jaki to ma związek z Londynem?

Długo się zbierała, wreszcie wydusiła:

– Adrian, jestem w ciąży.

Nagle poczuł się tak, jakby w całym całym jego ciele zgasło światło. Albo przeciwnie: jakby wszystkie lampy się w nim zapaliły. Albo jakby rozgrzany słońcem skoczył do lodowatego jeziora. Albo obudził się na kacu na betonowej podłodze.

Miał wrażenie, że zaraz umrze, że się udusi, że dostanie zawału, udaru, że nagle dozna wszystkich ataków świata.

– Co? – jęknął. – Ale jak to?

A potem poczuł, że jest mu niedobrze, że cały świat wiruje jak na karuzeli, że chyba zaraz zwariuje. A ona tylko na niego patrzyła. I nic już nie mówiła.

Nie tak to wszystko miało być – myślała Linka. – Nie tak.

Długo się zastanawiała, jak mu powiedzieć. Na razie wiedziała tylko Natalia. I cieszyła się, że będzie przyszywaną ciocią. No cóż, łatwiej się cieszyć z bycia ciocią niż matką. Albo ojcem… Bała się, jak to będzie, kiedy w końcu mu powie. Ale marzyła. Wierzyła. Spodziewała się. Po tym wszystkim, co razem przeszli. Wierzyła, że to będzie dla niego piękne i wyjątkowe. Że choć się tego nie spodziewał, będzie to jak spełnienie najskrytszych marzeń. Przecież jeśli mężczyzna jest z kobietą… Gdzieś tam, podświadomie, powinien tego pragnąć. I jak powiedział o tym Londynie, to nawet uśmiechnęła się pod nosem, bo co tam Londyn przy takiej wiadomości, prawda? Są rzeczy ważne i ważniejsze. Sprawy doczesne i mistyczne, jak połączenie dwojga dusz, ale i połączenie plemnika i komórki jajowej, i to, co z niego powstało. I kiedy zaproponował jej wino, to też na początku się spłoszyła, a potem uśmiechnęła, bo wiedziała, że zaraz zrozumie, dlaczego nie może pić wina, że zaraz to wino wyleje i będzie ją nosił na rękach, ją, matkę jego dziecka!

Nawet myślała, żeby kupić takie malutkie, mikroskopijne buciki, bo wiedziała, że tak się robi, tak pisały dziewczyny na forach, i w ten sposób oznajmić mu, że będzie ojcem, ale nie starczyło jej czasu, tak się do niego spieszyła. Wierzyła też, że to nieistotne, że sama ta wiadomość będzie jak najwspanialszy prezent. Nawet jeśli żartowała z Natalią, że on ją zabije, jak się dowie, bo to była jej wina, przecież nie mówiła poważnie. Znała Adriana, wiedziała, że na pewno się ucieszy. A w każdym razie tak jej się wydawało.

Teraz jej nawet nie dotknął. Siedział na drugim brzegu łóżka z głową w dłoniach, zupełnie jakby świat mu się zawalił. Chciała zawołać: „Hej, jestem tu! Jestem tu”. Ale głos uwiązł jej w krtani. Kiedy w końcu podniósł twarz, a wyglądał wtedy jak górnik po dwóch nocnych zmianach, jakby dowiedział się właśnie, że ktoś mu umarł (czy tak wyglądał, kiedy umarła mu matka?), kiedy wreszcie zdecydował się coś powiedzieć, nie było to wcale to, czego oczekiwała.

– I co z tym zrobimy?

I wtedy, chociaż wcale tego nie chciała, zaczęła płakać. I nie pozwoliła, żeby ją pocieszał. Bo ta wymarzona chwila umarła, to oczekiwanie, napięcie, i te marzenia, to, na co czekała być może całe życie. I kiedy próbował ją objąć, odsunęła się.

– To znaczy? – odważyła się zapytać.

– Linka… to nie jest najlepszy czas – wychrypiał. – Przecież wiesz, że są możliwości… Który to miesiąc?

Wtedy wstała i się ubrała. A potem wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi.

Nie tak to miało być. Wcale nie chciał, żeby tak to zrozumiała. Wyszła, zanim zdążył coś zrobić, po prostu był w szoku, a potem już było za późno. Dzwonił, wysyłał esemesy, ale wyłączyła telefon, a do jej domu bał się iść, bał się konfrontacji z jej matką. Zrobił Lince dziecko i jej matka na pewno o tym wie. Co więcej, na pewno już wie, jak zareagował. Wyszedł na dupka, chociaż wcale nie chciał. Błagał ją w esemesach o spotkanie, o kontakt, miał nadzieję, że kiedy włączy wreszcie telefon i je przeczyta, wszystko będzie jak dawniej.

Ale czy będzie? Z dzieckiem? On jako młody ojciec? Trudno mu było to sobie wyobrazić. W końcu powinni przedyskutować to razem, to ich wspólne dziecko, ich wspólna wpadka. No, w pewnym sensie, on sam przecież nie czuł się winny. Dlaczego mówiła, że bierze tabletki? Kłamała? Przecież gdyby nie to, sam pomyślałby, jak się zabezpieczyć, przecież nie chciał żadnego dziecka! To nie jest jego wina! Poza tym – jego pytanie było chyba fair? Czy naprawdę muszą mieć je teraz? Przecież wystarczy trochę pieniędzy i już można się łatwo pozbyć problemu i zdecydować się na dziecko wtedy, kiedy się jest na to gotowym, a nie w momencie, kiedy ona robi maturę, a on zaczyna studia w Londynie! Żeby mieć dziecko, powinni najpierw zapewnić sobie ustabilizowane życie, pracę i tak dalej! To idiotyzm tak się z tym spieszyć! Nie, na pewno dojdą do porozumienia, tylko niech ona się uspokoi. Przecież nie można wszystkiego brać tak emocjonalnie! W końcu chodzi o ich przyszłość!

A Linka? Wbiegła do domu, cisnęła w kąt plecak i zmoczoną deszczem kurtkę, nawet nie troszcząc się o jej powieszenie na wieszaku.

– Coś ty taka? – spytała mama.

– Nic, boli mnie głowa, położę się – mruknęła, a mama tylko skinęła głową. O niczym nie wiedziała.

Linka skuliła się na swoim panieńskim łóżku, pamiętającym różne smutki, ale takiego jak ten to nie. Łóżku, które pod jej smutkiem zaczęło się uginać. Zaskrzypiały deski, materac jęknął, a Linka zapłakała, jakby w tej chwili właśnie świat się skończył. Nie tak to miało być.

Warszawa, luty 2000

Nie tak to miało być. Ewa Barska, mama Linki, przez rodzinę nazywana Marysią, wysiadła z autobusu i weszła w czeluści Dworca Centralnego. Śmierdziało sikami i kebabem i od tego smrodu zrobiło jej się niedobrze. Siłą woli powstrzymała wymioty. W poprzedniej ciąży nie czuła się aż tak źle jak teraz. Prawdopodobnie wynikało to z emocji. Odkręciła butelkę wody, wzięła duży łyk i szybkim krokiem ruszyła w stronę peronu. Nagle z megafonów usłyszała jakieś piski, a potem głos, który brzmiał, jakby mówiący facet był całkowicie pijany: „Pociąg TLK do Krakowa odjedzie z opóźnieniem około sześćdziesięciu minut. Opóźnienie może ulec zmianie”. Jasna cholera, jeszcze to. Cóż, pójdzie na herbatę i przemyśli to wszystko.

Tak naprawdę wcale nie spieszyło jej się do domu. Cofnęła się, przeszła pasażem. Przeczytała na drzwiach udekorowanych niezbyt apetycznymi zdjęciami schabowego z ziemniakami i zupy pomidorowej, że bar oferuje również herbatę i kawę, i pchnęła drzwi. Nie miała siły ani ochoty szukać jakiegoś przyjemniejszego lokalu. W środku siedział smutny facet i wcinał rosół. Zamówiła herbatę i usiadła jak najdalej od niego, w samym rogu. Łzy popłynęły, kiedy próbowała łyżeczką wycisnąć cytrynę do szklanki. Jakby to od tej cytryny.

Oczywiście, to jej wina. Była taka głupia! Czego się spodziewała? Że on powie, że teraz będą razem, że adoptuje Halinę? Ale przecież ona miała męża, a on miał żonę. I przecież jej mąż nic nie wiedział. Jego żona też na pewno nie.

– Jesteś pewna, że to moje dziecko? – zapytał Jerzy.

Była pewna, oczywiście. Bo z mężem nie sypiała, prawie. Tylko wtedy, kiedy nalegał. No i on zawsze się zabezpieczał. Oczywiście kiedyś było zupełnie inaczej, wtedy, na początku. Ale nie teraz. Bardzo oddalili się od siebie. I Ewa wiedziała, że to nie była tylko jego, Żbika, wina.

– Każda tak mówi, że nie sypia z mężem – stwierdził Jerzy.

Jak to: każda? – pomyślała. Jaka każda? Są jakieś inne?

– Dziecko urodzone w małżeństwie z automatu jest dzieckiem męża, przecież wiesz. Ale chyba nie jest tak, że wy w ogóle …? – nagle się zaniepokoił.

Przedtem go to nie interesowało – pomyślała gorzko. Bo gdyby oni w ogóle…, nie mogłaby przecież nikomu wmówić…

– Prawie nie – przełknęła ślinę. – A jak już, to on się zabezpiecza.

– Kiedy ostatnio? – zapytał.

Pragmatyzm! Niewiarygodne!

– Daj mi spokój. Przecież to chodzi o nas. Ja cię kocham – próbowała spojrzeć mu w oczy, ale on już odwrócił wzrok i napotkała tylko jego ucho.

Patrzyła na nie błagalnie, jakby ten płatek skóry, lekko pofalowany i owłosiony, mógł jej coś odpowiedzieć. Na przykład, że też ją kocha. Że wszystko będzie dobrze. Że on się może rozwieść i ona się rozwiedzie, i będą żyli razem długo i szczęśliwie.

Ucho odsunęło się.

– Jeśli nie, to musisz zadbać… Który to tydzień? Piąty czy szósty? Albo usuń, albo… no wiesz. Dziecko zawsze może urodzić się wcześniej.

– Namawiasz mnie do oszustwa?

– Tylko do tego, żebyś była rozsądna. Przecież wiesz, że nie mogę zostawić żony!

– Bo?

Zachciało jej się płakać.

– Bo… mam honor.

To po co w ogóle ze mną spałeś? – chciała go zapytać. Honor! – chciała go wyśmiać. Uwodził ją przy każdej okazji, ciągle mówił, jaka jest inteligentna, zachwycał się jej analitycznym umysłem, a potem, na konferencji w Zakopanem, zwyczajnie ją uwiódł… Zwierzała mu się z każdej myśli, a teraz nagle jest taki zimny, jakby to wszystko było jakimś snem, jakby nigdy między nimi nic nie było.

SIERPIEŃ

Z aplikacji dla kobiet w ciąży:

10 tydzień ciąży

orzech włoski, 5 gramów, 3–4 cm

Serduszko twojego dziecka ma cztery komory! Mózg rozwija się coraz szybciej, dziecko ma powieki, uszy wędrują na swoje miejsce. Może to wydawać się dziwne, ale początkowo rozwijały się na szyi. Twoje dziecko potrafi już połykać płyn owodniowy. Wkrótce, kiedy poczujesz jego ruchy, zorientujesz się, że niektóre smaki lubi bardziej (najczęściej słodkie), a niektóre mniej (ostre).

11 tydzień ciąży

śliwka, 8 gramów, 4–6 cm

W tym tygodniu obserwujemy dynamiczny rozwój głowy. Głowa to połowa długości ciała twojego dziecka!

12 tydzień ciąży

limonka, 18 gramów, 6 cm

Mała istota coraz bardziej przypomina dziecko, ma już nawet malutkie paznokietki! Wszystkie narządy są na swoim miejscu. Prawdopodobnie zaczniesz się lepiej czuć.

13 tydzień ciąży

brzoskwinia, 18–20 gramów, 6–8 cm

W tym tygodniu powinny ustać mdłości (choć nie u każdej kobiety), pojawiają się za to zachcianki. Twoje dziecko wygląda coraz bardziej jak noworodek, choć jego powieki wciąż są zrośnięte, nogi i ręce zaczynają się poruszać, może już ssać kciuk.

 

14 tydzień ciąży

cytryna, 25 gramów, 8–9 cm

Twarz twojego dziecka kształtuje się i zyskuje ludzki wygląd, dziecko jest bardzo ruchliwe, ale nie jesteś jeszcze w stanie tego poczuć. Całe ciało twojego dziecka pokrywa się włoskami, mogą też pojawić się brwi, a dziecko może już mieć czkawkę.

Linka myślała o tym, że Zwierzak jest wielkości orzeszka, a jednocześnie ma już uformowane serce. Jak to możliwe, że coś wielkości orzeszka może już mieć serce? Nigdy nie była dobra z biologii. Czy mrówki i komary też mają serca? Wygooglowała to.

Mrówka ma serce w odwłoku. Komar też ma serce. Jego układ krwionośny to długa rura, a serce zajmuje dwie trzecie jej długości. Co więcej, owady mają przezroczystą krew.

O rany – pomyślała i nagle to wszystko stało się bardziej realne. – Tylko jak to możliwe, że to coś wielkości orzeszka czy śliwki sprawiło, że moje spodnie już na mnie nie wchodzą?

Wyglądała, jakby się objadła. Co zresztą było prawdą, bo ostatnio jadła jak szalona, wiedząc, że to przecież dla Zwierzaka.

Obudziła się o siódmej z myślą, że jest strasznie, koszmarnie wprost głodna. Ale nie głodna po prostu. Musi koniecznie zjeść kurczaka w sosie słodko-kwaśnym. Wyobrażała go sobie: nieduże kawałki miękkiego kurczaka, warzywa i obłędnie pachnący sos. Pomarańczowoczerwony. Z tego chińczyka przy rondzie. Tylko skąd to wziąć w sobotę o siódmej rano?

Otworzyła lodówkę. Serek wiejski, ser żółty, szynka, pomidory, jogurt, pomarańcze, mleko. Okropne, wszystko okropne. Nie miała ochoty na żadną z tych rzeczy. Musiała zjeść kurczaka w sosie słodko-kwaśnym! Wygooglowała chińczyki w okolicy, budy były czynne od dziesiątej. Wróciła do łóżka, czując łzy wzbierające pod powiekami. Nawet gdyby mogła komuś o tym powiedzieć, nikt by jej przecież nie zrozumiał. Przez chwilę pomyślała, że gdyby Adrian był inny, toby jej takiego chińczyka przywiózł nawet z bieguna północnego. Ale on nie będzie inny.

Nie rozmawiała jeszcze z mamą, choć zdawała sobie sprawę, że już czas. Wolała, żeby to nie było tak, że najpierw zauważy jej brzuch albo ją przyłapie na wymiotowaniu i się domyśli. Choć na razie rzadko rzygała.

– Rzadko rzygam – wychrypiała, a potem rozejrzała się dookoła z niepokojem, czy nikt nie słyszał. Ale przecież była sama.

Roześmiała się. To zabrzmiało jak z hiphopowej piosenki. Albo jak tytuł zespołu muzycznego. Zespół Rzadko Rzygam. Ale tak było. Trochę ją mdliło i kilka razy rzeczywiście puściła pawia, ale wiedziała, że niektóre dziewczyny wymiotują cały czas, więc w sumie nie było tak źle.

Z forum dla młodych matek:

Hej, smuci mnie, że mało utyłam. Dziewczyny, w którym miesiącu nie mogłyście na siebie włożyć swoich rzeczy? Bo ja się martwię, że dziecko nie rozwija się prawidłowo. A jestem już w szóstym tygodniu i nadal wchodzę w dżinsy.

Bunia

Dziewczyny, niby wszystko jest dobrze, a ja cały czas czuję, że coś się nie uda. Że dziecko urodzi się chore i wtedy sobie nie poradzę. Albo że umrę przy porodzie.

Luiza

Dziewczyny, niedawno zaszłam w ciążę, a w tym roku mam maturę. Chodzę do technikum. Mój chłopak nie chce mnie znać, ale mi zależy i na dziecku, i żeby skończyć szkołę. Nie powiedziałam jeszcze rodzicom, a jestem już w czwartym miesiącu. Myślicie, że to się uda?

Paula

Linka każdy dzień zaczynała od sprawdzenia informacji w aplikacji dla kobiet w ciąży, a potem przeglądała fora dla matek. Była w kilku grupach. Na przykład w grupie „Dzieci zimowe” (bo dziecko miało urodzić się w lutym) albo „Młode matki”. Wydawało jej się krzepiące, że tyle dziewczyn ma podobne problemy. Głównie z facetami, którzy nagminnie robili uniki, nie chcieli brać odpowiedzialności za to, co się stało, i próbowali się ze wszystkiego wymiksować. Linka nie wiedziała, czy to ją pocieszało, czy wręcz przeciwnie. Co za świat!

Napisała do Pauli z forum. Może się z nią spotka, zawsze to fajnie sobie pogadać z kimś, kto ma podobne problemy, a Paula była w jej wieku.

Przestała pisać blog. Nie mogła przecież pisać o tym, co przeżywa, a tylko na to miała ochotę. W końcu nikt jeszcze nie wiedział. Może potem do tego wróci. Kiedyś. Teraz zresztą i tak nie miała do tego głowy. W ogóle niespecjalnie miała głowę do czegokolwiek.

Był sierpień, upały, tak jakby lato przypomniało sobie, że musi lepiej wykonywać swoją robotę. Lipiec był chłodny i deszczowy, a teraz było nie do wytrzymania. Do tego ostatnio Linkę ciągle mdliło. I w dodatku musiała to ukrywać przed matką. Jedyną pociechą były wizyty u Natalii, tylko z nią była w stanie szczerze rozmawiać. Kaśce nie powiedziała. W sumie nie wiedziała dlaczego. Udawała, że to dlatego, że Kaśka jeszcze nie wróciła z wakacji, ale czuła, że to wymówka. Tak naprawdę było jej jakoś głupio. Z Adrianem nie rozmawiała. Zablokowała jego numer w komórce. Był tu raz, ale nie otworzyła drzwi. Nie miała ochoty go oglądać. Ale może powinna. Może powinna go okłamać, powiedzieć, że dziecka już nie ma, niech jedzie do tego Londynu, niech spieprza.

Natalia siedziała pod lipą i piłowała sobie paznokcie. Wygląda jak ktoś, kto nie ma żadnych trosk – pomyślała Linka. Ech, tak pod lipą robić sobie manikiur… Może też powinna? Chociaż na chwilę zapomnieć? Ale to, że Natalia wydobrzała, nie znaczyło, że była ślepa na jej problemy.

– Źle wyglądasz – oceniła, gdy tylko podniosła wzrok.

– Ach, no wiesz, wbrew pozorom lato to wcale nie jest najlepszy czas dla kobiety w ciąży – zażartowała Linka.

– Przestań. Co jest? Rozumiem, że Adrianek nie zmienił zdania?

– Nie.

– Myślałam… – Natalia upuściła lakier, ale nawet tego nie zauważyła.

Linka też tak myślała. Oczywiście, zablokowała go w telefonie i tak dalej, ale przecież gdyby coś się zmieniło, znalazłby sposób, żeby jej o tym powiedzieć.

– No ale w ogóle odzywał się? – zapytała Natalia.

– Nie wiem. Zablokowałam go przecież. Nie chcę z nim rozmawiać.

– Przestań. Po prostu się przestraszył. A może już zmądrzał?

– Nie obchodzi mnie to.

– Oj, Linka… Nie mów tak. Przecież nie możesz tak sama…

– Wszystko mogę – zacięła się Linka. – Dam sobie radę. Niektórzy nie zasłużyli na to, żeby być ojcami.

– Musicie porozmawiać. Choćby w sprawie finansów. Poza tym ja nie wierzę, nie Adrian… Przecież znam go od dziecka, zawsze był taki porządny… Moja mama to mówiła: „Bierz przykład z Adrianka. Taki grzeczny chłopiec”.

– Zawsze był grzeczny. I co z tego? Wszyscy takie same fiuty, mówię ci. Wiesz, o ilu takich facetach czytałam na forach?

– Za dużo internetu. Daj mu szansę.

– Szansę? Na co? Że będzie ze mną z litości? W czymś, czego sam nie chce? Przecież on chce studiować w Anglii, chce robić tam karierę! Dziecko mu tylko pokrzyżowało plany!

– To nie znaczy, że nie chce być ojcem!

– Ty też jesteś przeciwko mnie? Też uważasz, że przesadzam?

– Też? A kto jeszcze?

Linka westchnęła.

– Nikt. Tylko ty wiesz i Adrian.

– A mama?

– Jeszcze nie.

– No to niech się lepiej dowie. A teraz… jak chcesz, zrobię ci paznokcie.

– Żartujesz sobie?

– Nie. Potrzebujesz czegoś dla siebie. – Natalia dopiero teraz zauważyła, że otwarty lakier leży na trawie, więc podniosła go i odlepiła źdźbło, które przykleiło się do butelki.

Adrian zadzwonił domofonem. W końcu się odważył. Nawet jeśli jej mama coś mu powie, to trudno. Po prostu musi zobaczyć się z Linką. Ale jej mama otworzyła jakby nigdy nic i powiedziała, że Linka pojechała do Natalii i będzie wieczorem, i zdziwiła się, czemu do niej nie zadzwonił. Wytłumaczył, że chyba coś ma z telefonem, bo co miał powiedzieć? Że go zablokowała, wyklęła, że nie chce nawet z nim rozmawiać? Widocznie ona o niczym nie wiedziała, może o dziecku też nie. Chyba że… Przez chwilę pomyślał, to był ułamek sekundy, ale wystarczająco długi, żeby przyniósł chwilową nadzieję, że może tego dziecka jednak nie ma, że to był jakiś fałszywy alarm! Oby, Boże, oby!

Nie wiedział, dlaczego nie chce tego dziecka. Po prostu. Nie chciał, żeby jego życie zmieniło się aż tak i aż tak nagle. Nie chciał już być ojcem. Dopiero co wyszedł na prostą. Boże, spraw, żeby go nie było! Przecież zdarza się, że dziewczyny mają jakieś problemy, że tylko im się wydaje, że są w ciąży, spraw, żeby to był właśnie taki przypadek! Wkrótce o wszystkim zapomną i będzie jak dawniej. On pojedzie do Londynu, zacznie studia, ona zrobi maturę i przyjedzie do niego, przecież też może tam studiować, czemu nie? Na przykład fotografię. Uwielbia to, on może się zaraz dowiedzieć od ciotki, które uczelnie są najlepsze, mogliby być takim supermałżeństwem, on malarz, ona fotografka, robić razem kupę fajnych rzeczy, a nie pakować się w dzieci, zobowiązania, zostawać tutaj, przecież tu nie ma przyszłości! Boże, żeby jej się to tylko wydawało!

Usiadł na ławce przed blokiem. Poczeka na nią. Nawet kilka godzin, co tam. Miał nadzieję, że ona przyjdzie i powie: „Hej, to był żart, sorry, ale czy może być po staremu?”. Więc czekał. Robiło się coraz później. Było gorąco, mimo że już wieczór. To właśnie sierpień jest najcieplejszy – pomyślał – wcale nie lipiec. Gorące wieczory, chociaż lato przecież niedługo miało się skończyć. Nagle zobaczył ją, jak idzie od przystanku autobusowego.

Szła niespiesznie w obcisłej, białej sukience, i wtedy pomyślał, że chyba już coś widać. Linka zawsze była taka szczupła. Może gdyby ktoś jej nie znał, toby nie wiedział, ale on spostrzegł lekko zarysowujący się pod sukienką brzuszek i tę powolność, która była jakby nie jej. Zawsze była szybka jak puma, jak tygrys, teraz szła tak leniwie. Jakby wcale się nie przejmowała. Tylko jej twarz była smutna.

– Co tu robisz? – zapytała prosto z mostu, jakby nie zablokowała go w telefonie i nie usunęła na fejsie. Jakby naprawdę nie rozumiała, że może warto porozmawiać.

– Czekam na ciebie – przełknął ślinę. – Musimy porozmawiać. Przecież wiesz.

– Proszę bardzo. Co masz mi do powiedzenia? Bo ja mam zamiar urodzić to dziecko!

A więc jednak. Ten zarysowujący się pod sukienką brzuszek nie był przywidzeniem.

– Linka… ja przecież nie chciałem…

– Czego?