Bądź pewna siebieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2
Jak samoocena
wpływa na nasze
codzienne życie

Można zaryzykować stwierdzenie, że samoocena wpływa na to, z jakim uczuciem witasz każdy dzień i z jakim udajesz się na nocny spoczynek. Wszystko, co wydarza się w twojej przestrzeni, ma z nią związek, ponieważ sposób, w jaki działasz, planujesz, reagujesz, jak tworzysz relacje z otoczeniem, wynika z tego, w jaki sposób myślisz o sobie.

Zauważ, że nawet kiedy nie wydarza się nic angażującego, kiedy na przykład odpoczywasz, spacerujesz, zasypiasz, twoje myśli wciąż są aktywne. Naukowcy twierdzą, że mózg wytwarza ich przeciętnie około 60000 na dobę. Gdybym spytała cię teraz, o czym myślałeś w ciągu dzisiejszego dnia, ile ich wymienisz? Spróbuj!

No właśnie. Jeśli udało ci się wymienić kilkanaście – gratuluję! To bardzo dobry wynik. Co zatem stało się z pozostałymi? Bynajmniej nie zniknęły bez śladu. Myśli są formą energii, która bierze aktywny udział w kreowaniu naszej rzeczywistości. Dosłownie![3].

Wpływają one bezpośrednio na uczucia i emocje. Jeśli z owych 60000 myśli 90 procent związanych jest z tym, że nie czujecie się dość dobrymi, by odnosić sukcesy, być kochanymi, docenianymi lub choćby mile widzianymi wśród ludzi, wasze emocje rzadko bywają pozytywne. Kiedy bowiem jesteście pełni obaw, trudno wam odczuwać radość, przyjemność, nadzieję lub zaufanie. Prawda?

Chmura na słońcu

„Nie przypominam sobie, abym czuła się naprawdę szczęśliwa dłużej niż przez krótką chwilę – mówi Kamila, trzydziestoczteroletnia inżynier. – Inni twierdzą, że jestem atrakcyjna, znaczy niebrzydka, niegłupia – uśmiecha się – ale wciąż towarzyszy mi przeświadczenie, że to, co mam, może w każdej chwili zniknąć. Moje pierwsze doświadczenia z mężczyznami nie były najlepsze, ale od czterech lat jestem w naprawdę dobrym związku, dwa lata temu pobraliśmy się. Mój partner jest uporządkowany życiowo, wprawdzie po rozwodzie, ale bez awantur, i gdy się poznaliśmy, jego sprawy były już poukładane, więc nie doświadczyłam żadnej emocjonalnej szarpaniny. Połączyły nas miłość, dobre porozumienie, udany seks, nie mam realnych powodów, by się uskarżać lub bać przyszłości. Wiem, że jestem dla niego ważna. Jednak czasem nie mogę w nocy zasnąć, bo snuję czarne scenariusze. Myślę: rozwiódł się raz, dlaczego nie miałby rozwieść się także ze mną. Może mu się znudzę, bo przecież w każdym związku pojawia się z czasem rutyna. Potrafię nieźle «popłynąć» w takiej wizji. Albo takie, wydawałoby się, normalne sytuacje. On się spóźnia, uprzedza mnie o tym, podając wiarygodny powód, ale ja z minuty na minutę utwierdzam się w przekonaniu, że to na pewno kłamstwo, że umówił się z jakąś kobietą, a ja jestem żałosną, zdradzaną żoną. Długo nie mogę dojść do siebie, gdy wraca, patrzę na niego podejrzliwie, szukam potwierdzenia. Potem mi głupio, bo go nie znajduję, ale co się nadenerwowałam, to moje. No i jeszcze wyjścia. W większym towarzystwie taksuję kobiety pod kątem ich atrakcyjności, no i, niestety, gdy trafi się jakaś, która zdecydowanie góruje nade mną urodą, urokiem, czuję ten kontrast i zastanawiam się, co myśli o niej mój mąż. Czy nas porównuje? Czy żałuje, że przyszedł tu ze mną? Nie posuwam się do scen zazdrości, ale zżera mnie w środku jakiś lęk. Wiem, że to chore, jednak czuję się bezradna w obliczu takich złych myśli. Są jak chmura, która nagle przesłania słońce”.

Podczas rozmowy z Kamilą na temat podstaw, na których zbudowane są te zdawałoby się irracjonalne obawy, doszłyśmy do następujących wniosków:

• Kamila zakłada, że to, co ma w życiu (dobry związek, kochający mąż), nie jest efektem jej atrakcyjności jako partnerki, wartości jako istoty ludzkiej, więc jest jedynie łutem szczęścia (to dokładnie taka sytuacja, o której pisałam wcześniej – sukces jest niezasłużony, więc inni zaraz to zauważą).Uważa, że świat jest pełen rywalizacji, więc nie czując swojej wartości, obawia się przegranej.Choć zdawałoby się, że ufa mężowi, nie jest to poparte wiarą w przyszłość.

To dowodzi, że Kamila nie czuje się osobą godną miłości, taką jaką jest, i nie ma w niej przekonania, że uczucie partnera wynika z faktu, że jest ona sobą. To niestety jest symptomem obniżonego poczucia własnej wartości.

To niska samoocena jest ową chmurą przesłaniającą szczęście. W relacjach skłania do wymyślania zagrożeń, do zazdrości, zachowań defensywnych, izolowania się od ludzi postrzeganych jako zagrożenie.

Jak rozwijają się nasze relacje, gdy lubimy siebie, uważamy się za wartościowych i godnych miłości.

Gdy poznajesz kogoś nowego, przyglądasz się mu z zainteresowaniem, aby stwierdzić, czy chcesz, aby ta osoba stała się częścią twojego życia. Sprawdzasz, czy jej/jego system wartości odpowiada twoim oczekiwaniom.

■ Kiedy pojawia się między wami większa bliskość, ze spokojem i z radością patrzysz, jak relacja ta się rozwija. Masz wiele dobrych chęci, ale też gotowość, by reagować na sytuacje, które budzą w tobie wątpliwości. Rozmawiasz o tym otwarcie, bo nie boisz się prawdy.

■ Teraz już wiesz, że on/ona kocha ciebie, więc… nadal jesteś sobą. Masz świadomość, że to jest właśnie powód, dla którego on/ona pragnie być z tobą.

■ Partner wie, że go kochasz, ale w równym stopniu kochasz i szanujesz siebie. Czuje do ciebie szacunek, więc nie wystawia twojego zaufania na próbę. Jest ono dla niego cenne.

W ten oto sposób zmierzacie do relacji opartej na miłości, szacunku i obopólnym komforcie.

Co się dzieje, gdy próbujemy budować relację, nie czując własnej wartości.

Gdy spotykasz kogoś, kto wydaje ci się interesujący, robisz wszystko, żeby mu się spodobać. Zastanawiasz się, jakie są jej/jego preferencje, i starasz się dostosować do tych oczekiwań.

■ Gdy wasza relacja zaczyna się zacieśniać, koncentrujesz swoje wysiłki na tym, aby nie zepsuć niczego, okazując własne oczekiwania lub niezadowolenie itp. Dlatego też, jeśli pojawia się coś, czego nie rozumiesz lub też się tego obawiasz, unikasz konfrontacji.

■ Zdobywszy partnera, utwierdzasz się w przekonaniu, że to, co udało ci się osiągnąć, jest bezcenne. Aby chronić swój skarb, rezygnujesz ze wszystkiego, co w przeszłości było twoim źródłem siły i radości. Nie masz na to czasu. Słowem, zapominasz o własnych potrzebach.

■ Wszelkie sygnały, które wywołują u ciebie niepokój (na imprezie pojawiła się atrakcyjna kobieta, on wydaje się dziwnie nieobecny), prowokują cię do zdwojenia wysiłków.

■ Partner wyczuwa twoją desperację (naprawdę ją widać), więc jego poczucie władzy się umacnia. Ty też to zauważasz i poziom stresu się podnosi.

■ Zmierzacie do katastrofy, a co najmniej do sytuacji, w której poczucie komfortu będzie minimalne.

Jeśli myślisz, że w ten sposób kształtują się wyłącznie relacje osobiste, jesteś w błędzie. Ten model z pewnymi oczywistymi modyfikacjami ma zastosowanie także na innych polach. Gdy nasza samoocena jest adekwatna, zachowujemy zdrową niezależność i dbamy o komfort obu stron. W drugim przypadku za cenę akceptacji rezygnujemy z siebie.

Drugi szereg

Michał, czterdziestodwuletni menedżer w dużej korporacji, odwiedził mnie, gdy po raz kolejny nie udało mu się w corocznej ocenie pracowników wypaść tak dobrze, jak tego oczekiwał. „No i znowu nie mam co marzyć o awansie, a jestem najstarszy na moim szczeblu – skarżył się. – W moim dziale wszyscy wokoło to w porównaniu ze mną gówniarze. Bez obrazy, ale mają po dziesięć lat mniej – komentuje. – No i pchają się w górę z lepszym skutkiem. Nie, żebym nie był zdolny albo umiał mniej. Wiem w sumie, o co tu chodzi. Nie mam tak zwanej siły przebicia. Nawet jeśli coś potrafię, nie pcham się do pierwszego rzędu, bo myślę sobie, że może inni są jeszcze lepsi i tylko się ośmieszę. Rzadko jestem zadowolony z rezultatów, zbytnio koncentruję się na szczegółach. Ludzie mi to wytykają. Kolega z pracy śmieje się, że nad każdym ważniejszym e-mailem siedzę godzinę. Fakt, czytam je kilka razy, poprawiam ewentualne niezręczności. No i w efekcie, gdy inni już wyciągają rękę po nagrody, ja nadal zastanawiam się, czy to, co zrobiłem, jest dość dobre, czy nikt nie przyłapie mnie na jakimś błędzie. Gdy się tak zdarzy, że ktoś zbija moje argumenty, krytykuje rozwiązania i koncepcje, które proponuję, długo przeżywam porażkę. Zresztą, chyba nigdy nie byłem ani odważny, ani waleczny – konkluduje Michał. – Gdy miałem dwadzieścia osiem lat, trafiła mi się zawodowa szansa, która wiązała się z wyjazdem szkoleniowym na kilka miesięcy za granicę. Musiałbym opanować język, poznać struktury. Potem miałbym spore możliwości i czekałoby na mnie wysokie stanowisko. Wtedy jednak znalazłem mnóstwo argumentów na to, że nie mogę wyjechać i… zrezygnowałem. Teraz, gdy wracam do tamtej sytuacji, widzę, że te argumenty były śmieszne. To wyzwanie najzwyczajniej w świecie mnie przestraszyło. Byłem tchórzem. Gdybym dostał tę możliwość ponownie, nie zawahałbym się. Ale szanse nie lubią czekać. Nie tak długo”.

Wnioski z opowieści Michała są jednoznaczne. Mimo że obiektywnie uważa się za kompetentnego, nie ufa ani sobie, ani swojej wiedzy i umiejętnościom na tyle, by zaryzykować większą ofensywność w pracy. Tak jakby nieustannie pytał siebie: Czy to możliwe, abym nie popełnił żadnego błędu? Już na początku swojej kariery zrobił solidny krok w tył, określając się mianem tchórza.

Mając takie przeświadczenie, należymy do grupy osób, które bezpieczniej czują się w drugim rzędzie. To ci, o których wspomniałam, że boją się sukcesu. Będąc na świeczniku, w świetle reflektorów, czują się niepewnie. Wszak za chwilę świat odkryje ich błędy.

DOBRA SAMOOCENA SPRAWIA, ŻE:

• Koncentrujemy się na tym, co nas wyróżnia, na zasobach, talentach, rozwijamy je i sprawiamy, że stają się mocnym filarem naszej kariery.

 

• Mamy realistyczny obraz samych siebie, co pomaga w dobrym zarządzaniu zasobami, a jednocześnie w mądrym respektowaniu własnych ograniczeń jako naturalnych. Doceniamy własne sukcesy, nawet drobne, potrafimy się nimi cieszyć, stają się one cegiełkami stabilnej budowli, jaką wznosimy.

• Potrafimy radzić sobie z emocjami w sytuacjach trudnych, ryzykownych, gdyż zaufanie do siebie buduje wiarę w dobry obrót spraw. Bierzemy odpowiedzialność za błędy.

• Porażki motywują nas, by wzmacniać te obszary, które potrzebują wsparcia – są one dla nas informacją zwrotną, a nie jednoznacznie negatywną.

• Jesteśmy optymistami, a świat lubi ludzi, którzy lubią świat, więc się nam odwzajemnia.

KIEPSKA SAMOOCENA (W ODRÓŻNIENIU OD SKROMNOŚCI) SPRAWIA, ŻE

• Jesteśmy skoncentrowani na słabościach i ograniczeniach, które wydają się nam najbardziej istotne[4]. Nasza ogólna ocena samych siebie skłania nas do tego, by poświęcać uwagę słabościom, naprawiając je lub ukrywając, podczas gdy rozwijanie mocnych stron jest kluczem do sukcesu. Umniejszamy swoje sukcesy, myśląc: „Miałem fart” i nadal jesteśmy defensywni w działaniach. W sytuacjach trudnych i ryzykownych poziom naszego stresu dramatycznie rośnie, skłaniając nas czasem nawet do wycofania się i porzucenia planów. Własne błędy nas przerażają i dyskredytują w naszych oczach, więc albo się ich wypieramy, albo nadajemy im przesadne znaczenie. Porażki nie traktujemy jako informację zwrotną, co należałoby zmienić lub poprawić, tylko jako komunikat: „Jestem do niczego”. Optymizm wydaje się nam lekkomyślnością, więc bliżej nam do czarnowidztwa, a samospełniająca się przepowiednia nas w tym utwierdza.

Towarzyskie zgrzyty

Kolejnym testem poczucia własnej wartości jest to, jak radzimy sobie w przestrzeniach społecznej i towarzyskiej. Każdy pragnie swobodnie zachowywać się na spotkaniach i imprezach, bez przeszkód komunikować się ze znajomymi, nawiązywać nowe kontakty. Tymczasem często, gdy nie udaje się nam pozyskać nowych znajomych lub utrzymać istniejących relacji, okazuje się, że nasze nawykowe negatywne zachowania mają źródło w niskiej samoocenie. Ten stan skłania nas do umniejszania siebie lub też pokrywania złego mniemania o sobie ofensywnym zachowaniem.

Od osób, z którymi pracuję nad podwyższeniem samooceny, na początku słyszę często takie stwierdzenia:

• Mam wrażenie, że ludzie, z którymi się spotykam, zaledwie mnie tolerują.

• Nigdy nie jestem duszą towarzystwa, nie jestem dość atrakcyjny.

• Chyba mnie nie lubią.

• Uważają mnie za sztywniaka.

• Nie mam odwagi, żeby do kogoś zagadać, o czym niby mam mówić?

• W towarzystwie czuję się wyobcowana, nie lubię więc chodzić na imprezy.

• Nie wyobrażam sobie wyjazdu na wakacje w pojedynkę, czułabym się jak „sandwich board”[5] z napisem samotna desperatka.

• Mam wrażenie, że w towarzystwie muszę się starać, nie czuję się swobodnie.

Czy uważacie, że osoby, które w taki i podobny sposób określają stosunek otoczenia do własnej osoby, uważają się za fajnych ludzi? Interesujących? A może chociaż sympatycznych? Nie sądzę.

Skutkiem są następujące zachowania, które sprawiają, że potwierdzają się najgorsze przypuszczenia.

Pierwszy typ reakcji – podkreślanie kompleksów

Używanie deprecjonujących określeń typu: „Ale ze mnie niezdara”, „Przykro mi, że musisz mnie znosić”, „Pewnie jak zwykle przynudzam”. Nawet jeśli mówisz to z odrobiną kokieterii, takie słowa powtarzane często przekonują i ciebie, i innych, że nie stanowisz atrakcyjnego towarzystwa. Są też sygnałem, że nie masz o sobie dobrego zdania.

■ Wpadanie w popłoch w obliczu komplementu. Na hasło „Świetnie wyglądasz” odpowiadasz: „Chyba jesteś ślepy. Fatalnie spałam, wyglądam jak zombie!”, a słowa „Jesteś bardzo miła” traktujesz niemal jak oskarżenie i odpalasz: „Coś ty, bywam wredna, po prostu mnie nie znasz”. Rezultat? Rozmówca, który chciał podkreślić swoje pozytywne nastawienie, czuje się niemal jak agresor.

■ Usuwanie się w cień. Uważasz, że spotkasz się z akceptacją, gdy będziesz dostosowywać się do innych. Nie masz sprecyzowanych planów ani nawet preferencji, więc na pytanie: „Gdzie chcesz pójść, jaki film obejrzymy, co zjemy” – odpowiadasz niezmiennie: „A ty/wy na co macie ochotę?”. W związku z tym wydajesz się osobą, której brak ikry.

■ Brak własnego zdania. Kiedy wygłosisz swój pogląd na jakiś temat i spotykasz się z opozycją, natychmiast wycofujesz się, a bywa, że nawet przyznajesz rację rozmówcy. Na przykład: zachwycasz się miejscem, w którym spędziłaś wakacje. Gdy jednak rozmówca stwierdzi, że dla niego to nic specjalnego, ty od razu się z nim zgadzasz i stwierdzasz, że właściwie to nie ma tam po co jechać. Taka postawa nie budzi szacunku.

■ Zamknięcie emocjonalne. Uważasz, że okazując swoje uczucia, możesz zostać oceniony i odrzucony. Z tego powodu unikasz mówienia komplementów i innych miłych rzeczy. Powiedzenia: „Lubię cię”, „Świetnie mi się z tobą rozmawia” uważasz za zbyt ryzykowne. Również otwarte wyrażanie pozostałych emocji sprawia ci trudność. Gdy na przykład się zirytujesz, wolisz wycofać się i milczysz, nie wyjaśniając przyczyny. To sprawia, że jesteś osobą nieczytelną dla innych.

Drugi typ zachowań – próby maskowania faktu, że obawiasz się odrzucenia

Rywalizujesz. Trudno ci zaakceptować sytuację, w której ktoś inny ma rację, robi coś lub wie lepiej niż ty. Od razu rzucasz wyzwanie, wszczynając spory, przekonując, że słuszność jest po twojej stronie, dochodząc swoich racji wszelkimi metodami. Twoje zawsze musi być na wierzchu.

■ Dajesz „dobre rady”. Uważasz, że będziesz uważana za osobę sympatyczną, kiedy wykażesz troskę i zainteresowanie. Palaczowi robisz wykład na temat szkodliwości nikotyny, a rodzicom z hałaśliwym dzieckiem proponujesz własne metody wychowawcze. Znasz się na wszystkim – na modzie, urodzie, jesteś mistrzem kierownicy i najlepiej wiesz, jak prowadzić dom.

■ Agresywnie reagujesz na krytykę. Zanim zastanowisz się, czy aby czyjeś słowa były słuszne, od razu kontratakujesz. Albo dewaluujesz osobę, która wyraziła niepochlebną opinię, albo się obrażasz. Tak czy owak, przekazujesz komunikat, że nie życzysz sobie, by ktokolwiek wyrażał coś innego niż aprobatę wobec twojej osoby.

■ Nie możesz dopuścić, aby na twoim idealnym wizerunku pojawiła się rysa. Z tego powodu zawsze szukasz winnych. Zapomniałeś o jakimś spotkaniu? To jej/jego wina, bo ci nie przypomniał w porę. Pokręciłeś datę lub godzinę? Niemożliwe. To ktoś inny musiał się pomylić. Coś ci to mówi?

■ Tworzysz sztuczny wizerunek. Zachowujesz się, tak aby stworzyć określone wrażenie. Wygłaszasz slogany, komunały, słowem – pozujesz.

■ Mówisz za dużo. Boisz się ciszy, która mogłaby ujawnić niewygodną prawdę na twój temat – na przykład, że nie jesteś interesującą osobą. Cisza jednak w starciu z tobą nie ma szans. Zasypujesz więc ludzi lawiną słów, nie dbając o to, czy cię słuchają.

■ Kupujesz zainteresowanie dzięki niedyskrecji. Opowiadasz o cudzych tajemnicach, aby podbić swoją cenę.

To tylko część zachowań, których wspólnym mianownikiem są zaniżona samoocena oraz to, że są one w związku z tym manipulacyjne i nieszczere.

Proponuję:

Jak budować mosty zamiast murów

W sytuacji gdy lubisz siebie, jest rzeczą naturalną, że zakładasz, iż inni także cię polubią, więc nie musisz robić w tym celu specjalnych zabiegów ani też niczego ukrywać.

Zatem…

■ Odnosisz się z dystansem do własnych słabości i ograniczeń, więc nawet gdy palniesz gafę, potrafisz naturalnie wybrnąć z sytuacji.

■ Szczerze dziękujesz za komplementy i miłe słowa, które nie budzą zażenowania, tylko sprawiają ci przyjemność.

■ Swobodnie sygnalizujesz swoje pomysły, oczekiwania, chęci, uważając, że każdy ma prawo zaspokajać swoje potrzeby. Stawiasz na otwartość. Lubisz mówić innym miłe rzeczy, na przykład: „Lubię cię”, „Dobrze ci w tym kolorze”, ale także sygnalizujesz inne emocje: „Nie czuję się komfortowo, gdy tak mówisz”.

■ Asertywnie pozostajesz przy swoich opiniach, jeśli w nie wierzysz, bez względu na to, jakie poglądy na ten temat wyrażają inne osoby.

■ Nie potrzebujesz udowadniać, że jesteś w czymś dobry poprzez rywalizację i sprzeczki. Zakładasz, że jeśli ktoś uważa cię za eksperta w jakiejś sprawie, z pewnością sam zwróci się do ciebie o radę, więc się nie narzucasz.

■ W twoich relacjach jest miejsce i na wspierające słowa, i na wymianę innych opinii, szczególnie jeśli mówimy o konstruktywnej krytyce. Jeśli uznajesz, że czyjaś krytyka jest właśnie taka, odnosisz się do niej bez przesadnych emocji.

■ Bierzesz odpowiedzialność za swoje błędy, pamiętając, że słowa: „Przepraszam, to moja wina” mogą uzdrowić atmosferę i poprawić relacje.

■ Mówisz o sprawach, które mogą naprawdę zainteresować rozmówcę, potrafisz też bez skrępowania cieszyć się ciszą.

■ Nikogo nie udajesz, zachowujesz się spontanicznie, twoje reakcje są szczere. Unikasz rozmów o nieobecnych, chyba że w samych superlatywach.

Jak się zapewne domyślasz, to właśnie ten rodzaj interakcji z ludźmi daje większe szanse zbudowania mostów, a nie wznoszenia murów.

Rozdział 3
Teatry dwa, czyli sposoby, które pomagają nam radzić sobie z obniżoną samooceną

Kiedy brak nam prawdziwego wglądu w sytuację i nie zauważamy, że nasze niezadowolenie z siebie, a także obawy i lęki są rezultatem obniżonej samooceny, zwykle po prostu definiujemy problem słowami: „Tak już mam”, „Taki/taka już jestem”.

Taki to znaczy nie dość dobry, by odnosić sukcesy, być kochanym itp.

Jednak życie z przeświadczeniem, że nigdy nie otrzymamy tego, na czym nam zależy, byłoby nie do zniesienia. Jak sobie z tym radzimy? Szkoląc się w sztuce odgrywania ról.

Już w dzieciństwie, kiedy nasza słabość jest oczywista i wynika ze statusu osoby podporządkowanej opiekunom, wielu z nas odkrywa, że gdy aby coś dostać, osiągnąć lub czegoś uniknąć, należy dodać swoim słowom i zachowaniom nieco dramatyzmu lub komizmu. Potem wzbogacamy swoje występy o inne środki wyrazu: okrzyki, łzy, miny wyrażające święte oburzenie lub szeroki, lecz niekoniecznie szczery uśmiech. Przypomnijcie sobie wszystkie diabelskie sztuczki stosowane w sytuacjach: „Mamo, kup mi to!!!”.

Uwierzcie mi, że z biegiem czasu niektórzy urozmaicają swoją grę i doprowadzają ją do perfekcji. Gdyby rozdawano Oscary za życiowe role, złota statuetka stałaby na niejednej komodzie lub szafce nocnej .

Sprawna gra pozwala na ukrycie prawdziwych uczuć, emocji, których nie chcemy okazywać, na przykład z obawy przed oceną, odrzuceniem, odkryciem przykrej prawdy, porażką, emocjonalnym cierpieniem.

Czasem wcielamy się w postaci, których cechą są manifestowane kruchość i słabość, czasem działamy z pozycji autorytetu lub siły. Jednak w każdym przypadku, gdy regularnie zakładamy maskę i kostium, to oznacza, że unikamy konfrontacji z prawdą, a w zamian manipulujemy sobą i innymi. Każda z wielu możliwych ról daje fałszywe poczucie, że panujemy nad swoim życiem.

Biedactwo, czyli emocjonalny szantaż

Rola Biedactwa to najbardziej oczywista kreacja, którą odgrywają osoby bojące się odrzucenia, czujące niepewność i lęk. Manifestowanie słabości, kruchości, bezradności ma powstrzymać innych przed zwiększeniem oczekiwań, próbą zranienia lub przerzucenia odpowiedzialności. Słowem, ma zawstydzić potencjalnego agresora, że oto właśnie bierze do niewoli staruszki i dzieci…

„Kiedy w naszym związku zaczęły się nieporozumienia (podejrzewam, że inni ludzie też prędzej czy później dostrzegają, że życie we dwoje nie jest nieustającym świętowaniem), byłam tym kompletnie zdruzgotana – opowiada Grażyna (36 lat). – Co więcej, nie potrafiłam rozmawiać z partnerem w sposób, który pomógłby nam znaleźć jakieś rozwiązania. Jeszcze raz podkreślam, że nie chodziło o zdradę, przemoc, nic naprawdę dramatycznego. Ale czułam, że Robert nie kocha mnie tak jak na początku, że wieczory i weekendy stają się mniej lub bardziej rutynowe i chyba muszę użyć tego słowa: nudne. Seks coraz rzadszy i coraz mniej ekscytujący. Czułam się oszukana, odrzucona. Nie wiedziałam, czy on też to czuje, czy jest rozczarowany? Ale zamiast dążyć do poznania prawdy, oboje czepialiśmy się drobiazgów. Ja porozrzucanych butów, spóźnień, naczyń niesprzątniętych ze stołu.

 

Kiedy był milczący, myślałam: no tak, jest mu źle ze mną i zaraz mi to powie. Nie jesteśmy małżeństwem, wystarczy spakować walizki. Kiedy wracał później niż zwykle, miałam niemal pewność, że był z kimś…

Nie byłam gotowa na konfrontację, nie wiedziałam, co robić, więc czując niepokój, kładłam się do łóżka i mówiłam, że źle się czuję, że mam zawroty głowy, że coś mnie boli… Na początku Robert naprawdę się przejmował, ale po jakimś czasie i to stało się rutyną. On w kiepskim humorze, ja z migreną, bolącym brzuchem, gardłem.

W ten sposób właściwie nie rozmawialiśmy nigdy o tym, o czym powinniśmy, czyli o nas. Po wielu miesiącach przeżytych w stanie zawieszenia w końcu przyłapałam go na nocnym esemesowaniu.

Oczywiście wyparł się wszystkiego, ale dla mnie był to sygnał alarmowy: on chce mnie zostawić!

Nie wiem, jak na to wpadłam, ale postanowiłam symulować poważną chorobę. Mama mojej koleżanki choruje na serce, więc tym sposobem, wtajemniczając ją, zdobyłam kilka opakowań po dosyć silnych lekach i zaczęłam podrzucać je w widocznych miejscach. Pusty kartonik po tabletkach, krople… Nic nie mówiłam, ale starałam się wyglądać na osłabioną i w złej formie. Kiedy Robert dopytywał się, co to znaczy, odpowiadałam, żeby się mną nie przejmował, że nic mi nie jest… Ale oczywiście chodziło mi o to, aby myślał inaczej.

Moja mistyfikacja wydała się po kilku tygodniach. Zapisał mnie do poleconego specjalisty. Nie muszę chyba mówić, jak czułam się upokorzona, gdy musiałam się przyznać do udawania. Robert był wściekły. Po kilku tygodniach rzeczywiście wyprowadził się, zarzucając mi, że nim manipuluję, że jestem nieszczera, że nie ufam mu, a on już nie ufa mi…”.

Niektóre Biedactwa posuwają się do mistyfikacji, inne mają skłonność do generowania wszelkiego typu pechowych sytuacji. Trochę jak Bridget Jones – jeśli jest jakaś jedna dziura w chodniku w promieniu 10 kilometrów, szansa na to, że właśnie Biedactwo w nią wpadnie i skręci sobie kostkę, jest naprawdę spora.

Odtwórców i odtwórczynie tej roli możemy poznać po tym, że większość rozmów zaczynają od słów: „Wyobrażasz sobie, co mnie dzisiaj spotkało…?”.

Męczennik, czyli patrz,

co dla ciebie/was robię

Osoba, która tyle dla ciebie robi, tak bardzo się poświęca, tak wiele potrafi znieść, nie pozostawia ci wyboru. Po prostu musisz ją kochać, szanować, doceniać. To twój obowiązek. Nie muszę chyba dodawać, że ogrom ostentacji sprawia, iż zamiast miłości generuje poczucie winy.

„Oboje studiowaliśmy, ale gdy urodziła się Milenka, było oczywiste, że ktoś musi zwolnić tempo i zająć się maleństwem – opowiada Teresa (53 lata). – To był mój obowiązek. Nigdy tego nie kwestionowałam i nie żałowałam. Jednak Jurek skończył studia, zaczął pracować, a ja wciąż kręciłam się w kółko, nie mogąc się zdecydować, by wrócić na uczelnię. Potem na świecie pojawił się Szymon. Dwójka maluchów dawała mi mnóstwo radości, ale coraz mniej przestrzeni dla własnych planów. Postanowiłam, że odłożę je na potem. Kiedy jednak dzieci były już w szkole i przedszkolu, poczułam, że nie potrafię ponownie usiąść w szkolnej ławce. Wiedziałam, że to błąd, ale po prostu nie miałam na to siły. Wydawało mi się, że to śmieszne, że jestem za stara na kucie do egzaminów, że będą na mnie patrzeć jak na dziwoląga.

Teraz, kiedy patrzę z perspektywy czasu, wiem, że bałam się zaryzykować, rozumiem też mechanizm, który zaczął mną rządzić.

W towarzystwie czułam się gorsza, szczególnie kiedy znajomi opowiadali o swojej pracy, studiach podyplomowych, planach, sukcesach. Zaczęłam więc ostentacyjnie wyprawiać przyjęcia, tak żeby wszystkich przyćmić. Raz stałam przy garnkach do drugiej w nocy. Ale nawet kiedy wszyscy się zachwycali tym, co przygotowałam, nie sprawiało mi to spodziewanej satysfakcji.

Nawet w stosunku do Jurka odczuwałam narastającą złość, że ma coś, czego ja nie mogę mieć. Swoje życie poza domem. Robiłam więc coraz więcej i więcej. Stałam się taką instytucją wprawiającą w ruch domowe życie: woziłam dzieci do szkoły, na zajęcia pozalekcyjne, należałam do szkolnych komitetów, szyłam przebrania do przedstawień, urządzałam najlepsze kinderbale, planowałam wakacje, robiłam zakupy, gotowałam, sprzątałam, prałam… ale rosło we mnie rozgoryczenie. Wszyscy traktowali moje wysiłki jak coś naturalnego, więc nikt nie dziękował. Zaczęłam narzekać, dopominać się pochwał, uznania. Zaczęło mnie wkurzać, że dzieciaki włączają telewizor, zamiast zapytać, czy nie trzeba mi pomóc, że nikt nie ma zamiaru mi się odwdzięczyć.

Atmosfera w domu psuła się coraz częściej. Wypominałam Jurkowi, że rzuciłam studia, żeby zająć się domem. Kiedyś w końcu nie wytrzymał utyskiwań i pretensji i wywrzeszczał, że skoro tak podchodzę do małżeństwa, to żebym wystawiła rachunek za swoje usługi, on wystawi za swoje, rozliczymy się i każde pójdzie w swoją stronę.

Ochłonęłam dopiero dzięki przyjaciółce, której zwierzyłam się z tego, co przeżywam. Głupio to mówić, ale przez lata trzymałam wszystko w sobie. To ona namówiła mnie, żebym się zatrzymała na chwilę, zastanowiła, czego chcę. Potem zdecydowałam się na terapię TSR[6], dzięki której zaczęłam wreszcie wierzyć w siebie”.

Męczennik to także rodzic, który manipuluje swoim potomstwem, mówiąc: „To ja się zaharowuję dla ciebie, a ty przynosisz tróje?”. Są to także małżonkowie w milczeniu znoszący zdrady i złe traktowanie, trzymający w zanadrzu koronny argument: „Nie wolno ci odejść! Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam/zrobiłem, jesteś mi to po prostu winna/winien”. Podnoszą swoją samoocenę, myśląc: „Nigdy mnie nie zostawi, przecież nikt inny nie zniesie tyle co ja”.

Istnieją też inne mechanizmy. Niektórzy unikają konfrontacji z lękiem przed odrzuceniem, tworząc, dla odmiany, wizerunek atrakcyjności, omnipotencji, siły. W tej kategorii do Oscara nominowani są:

Zbawiciel, czyli beze mnie zginiesz

Ratuje innych z opresji, staje na głowie, załatwia sprawy niemożliwe do załatwienia. Od męczennika odróżniają go pozytywna energia i poczucie misji.

Ten typ z reguły wiąże się z kimś, kto ma skłonność do wywoływania katastrof, brak mu życiowej zaradności, siły przebicia itp. Jeśli jest mężczyzną, na widok mimozowatej kobietki, bezradnie rozglądającej się za męskim ramieniem, od razu zakłada magiczną pelerynę.

Kobieta poczuje przypływ energii, gdy na horyzoncie pojawi się ktoś pokonany przez życie, nałogowiec lub choćby bezrobotny artysta niezrozumiany przez cały świat.

Zbawiciel zwykle nie zdaje sobie sprawy, że właśnie buduje toksyczną relację, w której jedna ze stron (on/ona) będzie tą lepszą, silniejszą, stabilniejszą, zaś druga nie otrzyma szansy na zmianę, ponieważ to nierównowaga jest podstawą funkcjonowania układu.

Zbawiciel może być także przyjacielem, który zawsze zjawia się, gdy jesteśmy w dołku, ale zamiast motywować nas do zmierzenia się z wyzwaniem, bierze sprawy w swoje ręce. Tym samym przejmuje kontrolę nad naszym życiem i pokazuje nam, jak bardzo jesteśmy nieudolni.

Gdy nasza sytuacja jest dobra lub gdy wręcz świętujemy zwycięstwo – raczej nie pojawi się na naszym przyjęciu…

Siłacz, czyli co byś beze mnie zrobiła/zrobił?

Nie działa z pozycji sfrustrowanego Męczennika, ale manifestuje swoje zaangażowanie. Jego akcje nie są tak spektakularne jak w przypadku Zbawiciela, lecz nie brakuje w nich ostentacji.

W związku partnerskim przyjmuje na siebie odpowiedzialność za wszystko. Bierze dwa etaty, sam robi remont lub własnymi siłami buduje dom… i wiele o tym rozprawia.

Gdy oprowadza wycieczki po ogrodzie, w którym własnoręcznie zasadził każdą roślinkę, od przyjemności płynącej z wykonania pożytecznej pracy, więcej satysfakcji daje mu podziw, jaki to wywołuje. Siłacz uwielbia komentarze: „To niewiarygodne, nie wierzę, że sam to zrobiłeś”.

Spotkamy go także w miejscu pracy. Ten/ta przychodzi najwcześniej, wychodzi najpóźniej, zgłasza się do wykonania zadań, które przerastają innych, ale też przypomina często i głośno, kto odwala całą czarną robotę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?