Tajemnica

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

JOANNA CHMIELEWSKA

TAJEMNICA


Spis treści

Karta redakcyjna

Tajemnica

© Copyright by Wydawnictwo Klin, Warszawa 2011

ISBN 978-83-62136-18-6

Wydawnictwo Klin

Warszawa, ul. Bruzdowa 117H

tel. +48 501 686 786, fax +48-22-885-19-53

e-mail: m.g.klin@op.pl www.wydawnictwoklin.pl

Szczegółowe informacje dotyczące wydawnictwa i następnych książek Joanny Chmielewskiej na stronie www.joannachmielewska.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Obejrzałam się w lustrze porządnie, dokładnie i z lekkim obrzydzeniem.

Ohyda. Oczka jakieś takie niewydarzone, nos idiotyczny zgoła, czółko kretynki myślącej, w dodatku jakby łysawe, z usteczkami też nie najlepiej, uszy... No nie, uszy normalne, nawet specjalnie nie odstające, ale tego i tak nie widać. Za to włoski, pożal się Boże, niczym sianko na jałowej glebie...

Oceniłam się obiektywnie i bezlitośnie, po czym znalazłam się na drodze wniosków. Połowa mojego umysłu zajęta była kontemplacją oglądanej w lustrze urody, druga połowa zastanawiała się, jakim cudem coś takiego mogłoby wzbudzić zachwyt w mężczyźnie. Chyba w nienormalnym albo ślepawym. Jaki by ze mnie nie tryskał intelekt, osobowość oraz inne ukryte zalety, nie może się facet zakochać nie tylko na śmierć, ale nawet na lekką grypę...

Oczywiste jest bowiem, iż bezpośrednią przyczyną tej miażdżącej samokrytyki było nie co innego, tylko facet, a trzeba przyznać, że tym razem przyplątał mi się wyjątkowy. Nie dość, że piękny, to jeszcze tajemniczy. Przez całe lata bezskutecznie próbowałam go rozwikłać, przez całe lata coś mi nie grało, a teraz właśnie całe moje doświadczenie życiowe wielkim głosem zawiadomiło, że upragniony związek wkracza w fazę krytyczną. Powinnam się może nad tym zastanowić, urodą bóstwu nie sprostam, coś innego...

Od łazienkowego lustra oderwał mnie telefon. Dzwoniła Zosia.

– Hej, nie wpadłabyś? – spytała zachęcająco. – Może będziesz w tej okolicy? Chciałabym pogadać.

– Coś się stało?

– Nic specjalnego. Nie na telefon. Albo ja przyjadę...?

– Właśnie wybieram się na miasto i będę blisko ciebie. Mogę przyjść za dwie godziny. Wytrzymasz tyle?

– Bardzo dobrze. Czekam. Cześć.

Wróciłam do zwierciadła. Skoro mam wyjść z domu, coś z tą mazepą należy uczynić. Pogapiłam się masochistycznie jeszcze przez chwilę, po czym nagle pocieszyła mnie nadzieja, że, daj Boże, ktoś kiedyś na mój widok splunie ze wstrętem. Natychmiast poleciałabym w coś grać, takie splunięcie świetnie działa, sukces gwarantowany. Nie dziś, dziś na żadną grę nie mam szans, zmarnowałoby się.

Sięgnęłam po kosmetyki, wracając do posępnych rozmyślań. Zależało mi na nim. Ciągle jeszcze zależało mi na nim i z całej siły chciałam wzbudzić w nim zachwyt bez granic. Czym? Nie tą gębą przecież, na operację plastyczną nie pójdę, wiedzą może jakąś niezwykłą eksplodować, odkryciem, osiągnięciem...

Jedna szara komórka pod ciemieniem ożywiła się i pisnęła niemiłosierną informacją. Żadna wiedza, żaden umysł, żadne osiągnięcie. Wszystko było dobrze, dopóki wielbiłam go bezkrytycznie, zaczęło się psuć, kiedy trochę straciłam cierpliwość. Za dużo zaczęłam dostrzegać, wyrwało mi się parę niestosowności, miłość powinna być ślepa, chyba niepotrzebnie przejrzałam na te głupie oczka...

Użyłam głupich oczek, żeby ponownie z uwagą obejrzeć się w lustrze. W trakcie rozmyślań zrobiłam twarz. No nie, nie przesadzajmy, nie wyszło najgorzej, coś się zmieniło na plus, byłam jakby mniej łysa i nos przestał eksponować swoją wielką urodę. Sianko na głowie dało się uczesać, ale tu nie miałam złudzeń, byle wiatr wystarczy, co tam wiatr, byle powiew!

Klatka schodowa z niewiadomych przyczyn wywarła na mnie zdecydowany wpływ. Zbuntowałam się nagle. Pomiędzy trzecim piętrem a połową pierwszego zdążyłam przyjrzeć się drugiej stronie medalu, co było o tyle ewenementem, że dotychczas z uporem uprawiałam strusią politykę, skierowaną przeciwko sobie. Nie bądźmy w końcu tacy jednostronni, nie wszystko ja, nie wszystko przeze mnie, nie wszystko z mojej winy!

Charakter to moje bóstwo miało rzadkiej jakości, egoista, egocentryk i megaloman, perfidny w dodatku i hipokryta. Przed samym sobą symulował szlachetne motywy, cel zaś uświęcał mu wszelkie środki. Pobłażliwości i miłosierdzia więcej by człowiek znalazł w nagrobku cmentarnym, a poczucia humoru u hipopotama. Do tego jeszcze Wenclów pies. Jak już zaczął coś robić, ciągnął do uśmiechniętej śmierci, ganc pomada, szybę przecierać w samochodzie, rączkę u walizeczki reperować, przepierkę wykonywać, miłość uprawiać, czy pomidory w ogródku. We wszystkim koniecznie musiał we własnych oczach osiągać doskonałość, bo, chroń Bóg, ktoś gdzieś mógłby coś zrobić lepiej. Kompleksy zapewne jakieś, z tajemniczego dzieciństwa pochodzące.

I ten zbiór zalet opakowany został bezbłędnie. Postać wyniosła, pierś bohaterska, piękna twarz o nieskazitelnie regularnych rysach, melancholia w szafirowych oczach pod rzęsami gwiazdy filmowej, Greta Garbo niech się schowa z rumieńcem wstydu na obliczu. Blond czupryna, naturalny lok nad czołem... Naturalny on był, jak ja arcybiskup, ale formowany w odosobnieniu i nikt tego nie widział.

To wszystko razem, oczywiście, musiało się przytrafić mnie. Blondyn, cóż by innego, życiowa klątwa... Kiełkowała ta wielka miłość między nami, kiełkowała i wykiełkować nie mogła. Na przeszkodzie jej stały moje wady, w pierwszej kolejności ta wybrakowana uroda, następnie zaś niedostatki umysłu i wykształcenia. Musiało być w tym ziarno prawdy. Cóż innego mogło mnie natchnąć wiarą w te potępiające twierdzenia, jak nie wrodzona głupota. Trwałam w skrusze i usiłowałam wydobyć się z debilizmu aż do chwili, kiedy otrzeźwiło mnie wreszcie racjonalne spostrzeżenie, iż taki rozmiar niedorozwoju umysłowego wykluczyłby możliwość ukończenia szkoły podstawowej. Mało, wątpliwe jest, czy zdołałabym nauczyć się czytać i pisać. Nauczyłam się jednak i nie tylko, opanowałam cztery działania arytmetyczne, znam na pamięć tabliczkę mnożenia, wiem z całą pewnością, że Ilia Erenburg to NIE BYŁA ostatnia kochanka Hitlera i bez wahania odróżniam ferment od firmamentu. Zatem debilizm tej klasy odpada, musi w tym tkwić coś innego.

W połowie tego pierwszego piętra dziabnął mnie żal. Tak straszliwie chciałam trafić na prawdziwe bóstwo, a żeby jeszcze to bóstwo ziało ku mnie miłością nadziemską...! Rezygnacja z gwałtownych pragnień nie mieści mi się w charakterze, razem z żalem wystartowała nadzieja, a może jednak, może stanie się coś takiego, że on ujrzy we mnie ten cud, zapłonie uczuciem, do nóg mi padnie, żebrząc przebaczenia za tyloletnią ślepotę, tylko jeszcze wnętrze musiałby sobie zmienić, ale właściwie dlaczego nie, w eksplozji szału wszystko jest możliwe...

Na ostatnim stopniu wiedziałam doskonale, że nic z tego nie będzie. Ani on sobie nie zmieni, ani nie zapłonie, ani nie zacznie ziać. Mogę być piękna albo ohydna, mądra albo głupia, bez znaczenia, żadne moje walory nic tu nie pomogą, powinnam twardo załatwić sprawę i głupie złudzenie podłożyć pod pociąg pośpieszny.

Tej wiedzy nie przyjęłam do wiadomości. Zostawiłam ją prawdopodobnie na ostatnim stopniu klatki schodowej i dzięki temu wdarłam się w wydarzenia tajemnicze, zaskakujące i zupełnie okropne...

***

– Nic się właściwie takiego nie stało – powiedziała Zosia. – Może ja niepotrzebnie robię alarm, nawet chyba nie powinnam być zdenerwowana...

Rzeczywiście, można powiedzieć, że bił od niej kamienny spokój. Stawiała na stole jakieś szklanki i kubki, potem je chowała z powrotem do szafki, rozglądała się po swojej przeraźliwie uporządkowanej kuchni z roztargnieniem, czegoś jej wyraźnie brakowało, w końcu zabrała mi popielniczkę, umyła ją nerwowo i odstawiła na półkę.

– Po pierwsze, zdaje się, że się zaraziłaś od Alicji – stwierdziłam z niesmakiem, bo wszystko to bardzo przypominało scenę, jaką oglądałam przed laty – z tym że jej przeszło już dawno. A po drugie, oddaj tę popielniczkę, bo będę strząsać na talerzyk.

Zosia spojrzała na stół i na półkę.

– A, bardzo cię przepraszam. Nonsens, nie zaraziłam się od Alicji, ona nie ma dzieci, a mnie chodzi o Pawła. Nie bardzo mam ochotę to rozgłaszać. Słuchaj, ten twój Dariusz... Czym on się właściwie zajmuje?

– Co do rozgłaszania, nie posiadam trąby – zauważyłam sucho. – Bo co?

– Milczeć, mam nadzieję, potrafi...?

– Różnie. Na niektóre tematy głównie milczeć.

Zosia zgasiła gaz pod czajnikiem i oparła się o kuchenny bufet. Patrzyła z troską to na mnie, to w głąb przedpokoju za moimi plecami. Przyglądałam się jej wzajemnie i zastanawiałam się, co by było, gdybym jej powiedziała prawdę o imieniu rzekomego Dariusza.

Wcale nie miał na imię Dariusz. Miał na imię Bożydar i sama usiłowałam o tym nie pamiętać. Może i był darem bożym dla swoich rodziców, ale jakiś umiar w tej kwestii należało jednak zachować. Co, na litość boską, można zrobić z takim imieniem we współczesnych czasach, pasowało do oręża w dłoni, zbroi na piersi i zgoła skrzydeł husarskich, a nie do parasola, który dzierżył w miejsce miecza. Z rozpaczy przerobiłam Bożydara na Darka i wszyscy byli przekonani, że Darek pochodzi od Dariusza. Głębszą prawdę, dotyczącą jego różnych imion, ukrywałam wszelkimi siłami...

 

Zosia jakby się nagle przecknęła, nalała wrzątku do czajniczka, zgarnęła ze stołu półlitrowy garnek w czerwone groszki i zdecydowała się na normalne filiżanki.

– Herbata zaraz będzie. No więc... Mnie się wydaje, że on gdzieś działa...?

– Działa. Nie wiem gdzie.

– Nie szkodzi. Ma jakieś chody. Ty jesteś nim zauroczona...

– Byłam – skorygowałam uczciwie. – Obawiam się, że mi to zaczyna przechodzić. Zamierzasz wyjawić mi o nim jakąś straszną tajemnicę? Chętnie posłucham, wyduś wreszcie, o co tu chodzi.

Zosia wzruszyła ramionami, nalała do filiżanek herbaty i usiadła przy stole.

– Bzdura. Nie mam do niego nabożeństwa, ale możliwe, że mógłby pomóc. Boję się o Pawła, bo mam wrażenie, że się wdał w narkotyki. Nie w zażywanie, gorzej, w handel.

Zdumiała mnie i zaskoczyła śmiertelnie.

– Oszalałaś, jakie gorzej?! Wszystko jest lepsze od zażywania, handel na zdrowie nie ma wpływu! Skąd ci się bierze ten potworny pomysł?!

– Natknęłam się na niego w jakimś takim towarzystwie, które mi na to wyglądało. I on ma pieniądze ostatnio, wcale ode mnie nie bierze...

– Rozmawiałaś z nim o tym?

– Pokłóciłam się. Kazał mi się nie wtrącać, jak normalny syn normalnej matce. Zdenerwowałam się i wypomniałam mu, że jest na moim utrzymaniu i ja za niego moralnie odpowiadam...

– Oni tego nie lubią...

– Jeszcze jak! W rezultacie straciłam szanse porozumienia. Ten twój Dariusz... myślisz, że co?

W tym właśnie miejscu moja dusza dostrzegła okazję i wczepiła się w nią pazurami. Wszystko, czym zajmował się Bożydar, otoczone było tajemniczością, nigdy nie zdołałam nie tylko w to wejść, ale nawet czegokolwiek zrozumieć, teraz pojawiła się szansa. Narkotyki nie obchodziły mnie wcale, Paweł owszem, najważniejsza była jednakże możliwość włączenia się w działalność Bożydara. Mogłam dostarczyć mu żeru!

– Bóg raczy wiedzieć, ale pomóc mógłby, pcha się w takie rzeczy i ustawicznie ma do czynienia z jakąś wypaczoną młodzieżą. Chody niewątpliwie posiada. Może Paweł będzie miał pretensje, ale uważam, że jeśli, to już. Najgorsze przestępstwo przejdzie mu ulgowo, zważywszy dotychczasową nieskazitelność. Później może być gorzej.

– Nie strasz mnie.

– Nie, idzie mi o to, że to krótko trwa. Przedłużanie pogarsza sprawę. Rozumiesz, wpadł z głupoty i zaraz wypadł, nie ma o co się czepiać. Chcesz z nim pogadać?

– Z kim? Z Pawłem? Przecież już ci...

– Nie, z Darkiem.

– A...! Może najpierw ty. Napomknij mu i zorientuj się, co powie.

– W takim razie objaśnij mnie dokładniej. Co widziałaś i tak dalej.

– Na zapleczu Nowego Światu – powiedziała Zosia posępnie, ale już bez wahań – szukałam kuśnierza, miała tam być podobno taka budka, gdzie kuśnierz przerabia, zeszywa i różne takie. Żadnej budki nie znalazłam, ale za to zobaczyłam własnego syna w towarzystwie mętów... Nie, czekaj, nie tylko. Męty owszem, ale oprócz tego jakiś taki chłopak z dziewczyną, wiesz, błędne oko, chude to i niewydarzone i do tego kombinatorzy. To widać. Załatwiali coś pomiędzy sobą, konspiracyjnie. A najgorsze, że przyglądał się temu jakiś facet zupełnie innego gatunku. Z boku, ukryty, może tajniak, ale nie wiem, z jakiegoś powodu byłam przekonana, że nie...

– Jak wyglądał?

– W średnim wieku, średniej tuszy, średniego wzrostu. Gębę miał gładką i nijaką, nos podobny do kluski, jak by ci to określić... Taka długa miękka kluska, ale jako nos wcale nie bardzo długi, prawie normalny, tyle że bez chrząstki i bez kości, uformowany z ciasta. Jakiś taki mi się wydał... podstępny i obłudny. Patrzył na Pawła. Specjalnie postarałam się go zapamiętać, może mi to mętnie wychodzi, bo głównie była tam atmosfera...

– Zaraz – przerwałam. – Doskonale ci wychodzi. Czekaj chwilę.

Opisywana przez nią twarz pojawiła mi się przed oczami. Nie wyobraziłam jej sobie. Byłam pewna, że musiałam widzieć w naturze gębę, którą określiłabym identycznymi słowami, gdzie i kiedy, Bóg raczy wiedzieć. Nos jak kluska, może to był ktoś inny, podobny w typie, gdzie ja się mogłam na to natknąć...?

– A co...? – spytała niespokojnie Zosia.

– Nie, nic. Mam skojarzenia.

Przekazałam jej własny obraz i zgodziłyśmy się, że wizerunki wyglądają podobnie. Co do Pawła, wydało nam się słuszne podmuchać na zimne, pocieszyłam ją zapewnieniem, iż posiadanie pieniędzy o niczym nie świadczy, Paweł może je mieć z korepetycji albo z jakichś napraw samochodowych, dobry był do tego. Bożydara należało włączyć na wszelki wypadek oraz dla mojej osobistej korzyści.

Ledwo zdążyłam wrócić do domu, zadzwonił Paweł. Rozmowa trwała bardzo krótko.

– Jesteś w domu?

– Jestem.

– To ja za chwilę wpadnę. Cześć.

Otworzyłam drzwi po dziesięciu minutach. Przyjrzałam mu się, wyglądał normalnie, nie odbijała się w nim żadna troska. Wrażenie od razu okazało się mylne.

– Mam zgryzotę – zakomunikował tonem, jakim oznajmia się o wygranej na loterii. – Powiem ci, o co biega, bo i tak już matka, zdaje się, zdążyła przekablować początek. Widziałem twój samochód pod naszym domem.

Ucieszyłam się, że prosto ze źródła uzyskam dokładniejsze relacje.

– Wal! – rozkazałam zachęcająco.

Paweł najwidoczniej sprawę miał przemyślaną, bo nie zwlekał ani chwili.

– Natknąłem się na głupi swąd. W ogóle bym się w to nie wdawał, żeby nie śmierdziało. Przez takiego jednego, kumpel ze szkoły jeszcze, chociaż nie skończył. Zaczął od prochów, poszedł dalej, teraz jest uzależniony, ruina człowieka. Pożyczyłem mu pieniędzy...

– Kretyn.

– Trzeba go było widzieć. Litość mnie szarpnęła. Wiem, że mi nie odda, co tam! Nie w tym rzecz. Wiadomo skąd się to bierze, apteki, przywożą i tak dalej, ale mnie wyszło, prawie głupio się przyznać, że ten handel cieszy się pełnym poparciem władz.

Popatrzył na mnie pytająco. Nic mu nie potrafiłam odpowiedzieć.

– Jedź dalej. Skąd ci się to wzięło?

– Wygląda to tak... To znaczy to, na co ja przypadkiem trafiłem, może nie całkiem przypadkiem, bo mnie zaciekawiło. Żulia i narkomani żyją w pełnej symbiozie, to mi się zgadzało, ale raz się nadziałem na gościa, który nie pasował i zrobiło się dziwnie. Nie wykluczam, że to on się nadział na mnie, ja wchodziłem, a on wychodził z takiego trefnego miejsca. Nie umiem ci powiedzieć, na czym polegało wrażenie, takiego nie powinno tam być, inne rejony. I w ogóle coś było nie tak. A krótko potem gliny zgarnęły towarzycho z towarem i zaraz na drugi dzień te same osoby prosperowały kwitnąco. Znam ludzi, popytałem trochę, wody do pyska nabrali, z tym że pytałem delikatnie, bo można majchrem zarobić. Wyglądało na to, że wyszli na świeży luft i strat żadnych nie ponieśli, to niby co to znaczy?

– Które gliny ich zgarnęły?

– Jeden mundurowy z komisariatu tam się plątał, a dwóch było smutnych.

– I odjechali razem z tajniakami?

– I z mundurowym, ale mógł się gdzie po drodze zgubić.

– A co ma do tego ten dziwny?

– No właśnie. Zmienili miejsce. Parę punktów było, odbadałem wszystkie i miałem doskok. Nie ma ich. Po namyśle wyliczyłem sobie, że zmyło ich z horyzontu zaraz potem, jak widziałem tego faceta. Może to nie ma związku, ale na czuja uważam, że ma. Przenieśli się gdzieś, gdzie nie mogą za nimi trafić, razem śmierdzi mi to i nie wiem, co zrobić.

– A musisz coś robić?

– Chcę – powiedział trochę przekornie. – Chcę, powiem ci prawdę, chcę się dowiedzieć dokładnie, w jakim bagnie żyję. Rozumiesz, czy ono gdzieś ma dno. A jeśli ma, to na jakim poziomie.

– Zważywszy, że wszystko w tym kraju stoi na głowie, dno znajduje się wysoko u góry – przypomniałam sucho. – Też bym chciała je zobaczyć, ale zadzieram głowę i nic. Twoja matka wpada w nerwicę, dlaczego jej tego wszystkiego nie powiedziałeś?

– Boby mi zabroniła. A ja się poważnie chcę dowiedzieć. Ten facet mnie gryzie, jeden raz mignął i nigdy więcej, nie dostarczyciel, nie pośrednik i nie odbiorca, a o procederze wie. Musi wiedzieć. Opiekun...?

– Rozumiem – powiedziałam po namyśle. – Czekaj, mówiłeś o kłopotach. Skąd ci się wzięły i jakie one są?

– Głupie. Łatwo zgadniesz. Żeby trochę wleźć w ten interes i połapać się, co jest grane, musiałem symulować uczestnictwo. Pośredniczyłem dokładnie trzy razy, rekomendację miałem od tego kumpla, prawie zostałem przyjęty na etat i jak odmówiłem dalszego ciągu, zaczęli mi grozić. Wywijam się powolutku, wężowym ruchem, a wolałbym od razu. Stosują szantaż, mordobicie i w ostateczności rozwiązania radykalne. Chromolę.

– Zarobiłeś na tym?

– A jak? Ale ogólnie biorąc, dochody mam raczej z takiego jednego warsztatu, robię tam na doskok i już zaczynam być prawie fachowiec. Nie wlazłem w aferę, żeby się wzbogacić.

Pomyślałam, że na miejscu Zosi też bym wpadła w nerwicę, aczkolwiek istniały tu elementy pocieszające. Nie zgłupiał, wiedział, co robi, trzymał się przezornie na skraju grzęzawiska i należało tylko pilnować, żeby nie został wepchnięty z zaskoczenia. Zadanie dla Bożydara było wręcz wymarzone.

Paweł westchnął i zdobył się na wyznanie, że tak naprawdę to nie tyle ze mną chciał pogadać, ile właśnie z nim. Żarliwie przyklasnęłam tej chęci.

Zdołałam ją zaspokoić zaraz nazajutrz i efekty tego spotkania Pawła nie usatysfakcjonowały w najmniejszym stopniu, dla mnie zaś stały się katastrofalne. Bożydar nie wyjaśnił niczego, za to dał nam do zrozumienia, że nie mówimy mu nic nowego, wie wszystko. Dyskusji żadnej nie podjął. Od wszelkich afer z narkotykami mamy się odczepić, wnioski wyciągamy zupełnie idiotyczne, łapówkarstwo w tym kraju jest rozpowszechnione i fakt wypuszczenia na wolność handlarzy narkotyków nie świadczy o niczym. Obcy facet z innej sfery był złudzeniem optycznym. Pawła przypilnuje się, żeby wybrnął z wygłupu bez szkody dla zdrowia, z tym że kto przypilnuje i jakim sposobem, nie zostało nam wyjaśnione.

Paweł swój brak satysfakcji postarał się ukryć. Miał więcej rozumu ode mnie albo może po prostu nie zależało mu na względach bóstwa. Ja natomiast, po jego wyjściu, ujawniłam uczucia i zostałam przywołana do porządku. Zirytowany moim natręctwem Bożydar najpierw sarkastycznie zaproponował, żebym sama spróbowała uzyskać odpowiedzi na swoje pytania, a potem kategorycznie zabronił mi się wtrącać. Zirytowało to mnie do tego stopnia, że całe to narkotyczne kretyństwo, razem z podejrzanymi facetami, przeistoczyło się w zadrę, wbitą we mnie na wylot. Postanowiłam, że nie popuszczę. Wbrew jego opinii o mnie dowiem się wszystkiego, rozwikłam tajemnice, jeżeli jakiekolwiek istnieją, przestanę kłaść uszy po sobie i skończę na zawsze z tą debilną kretynką!

Krótko mówiąc popadłam w trwały amok.

***

Paweł zadzwonił w dwa tygodnie później, przed wieczorem.

– Spotkałem tych dwoje – poinformował bez wstępów. – Chłopak z dziewczyną, narkomani, oni głównie tam się pętali, to byli tacy pośrednicy. Przypadkiem. Jechali tramwajem na Pragę.

Problem tkwił we mnie i od razu wiedziałam, o czym mówi.

– Z tych, co znikli z oczu? – upewniłam się.

– No właśnie. Pojechałem za nimi. Chcesz zobaczyć, gdzie to jest?

Chciałam. Pojęcia wprawdzie nie miałam, do czego mi to może być potrzebne, ale wszelkie oglądania zawsze uważałam za wysoce użyteczne, poza tym zamierzałam patrzeć przeciwko Bożydarowi. Umówiłam się z Pawłem za pół godziny przed sklepem jubilerskim w Alejach Jerozolimskich i wyleciałam z domu z takim odrzutem, że dopiero na schodach sprawdziłam, czy mam na sobie spódnicę.

Dotarłam na miejsce za wcześnie i weszłam do sklepu wyłącznie dlatego, że na ulicy nie miałam co robić. Od razu zobaczyłam znajomą osobę. Była to niejaka pani Kryskowa, z którą przed laty nawiązałam przyjacielskie kontakty w Orno, stała przy ladzie w kącie, obok jakiś pan, a naprzeciwko nich ekspedientka, poza tym sklep był pusty. Podeszłam, stukając obcasami, pani Kryskowa obejrzała się i pokiwała na mnie ręką, co najmniej tak, jakby to ona umówiła się tu ze mną, a nie Paweł.

– Niech pani popatrzy – powiedziała. – Rzadko się takie rzeczy u nas widuje.

Zbliżyłam się. Wszyscy troje oglądali coś z wypiekami na twarzy. Spojrzałam również i stwierdziłam, iż jest to brylant, niezbyt wielki, ale za to kulisty, czysty nieskazitelnie, o błękitnawym blasku. Na czarnym aksamicie pudełeczka wyglądał jak żywy.

 

– Cztery i osiem dziesiątych karata – powiedziała pani Kryskowa półgłosem. – Prawie pięć. I nie zgadnie pani, ile kosztuje. Grosze! To radziecki.

Wymieniła sumę. Dwieście dwadzieścia tysięcy, istotnie, w obliczu panujących cen były to grosze. Oszołomiona nieco, nie pojmując wagi informacji, gapiłam się bezmyślnie.

– I można go kupić? – spytałam niepewnie.

– Chyba tak – odparła ekspedientka z wahaniem. – Właściwie dostaliśmy do sprzedaży...

– To się nazywa okazja – podszepnęła pani Kryskowa z wyraźnym naciskiem.

Pan nic nie mówił, tylko wpatrywał się w drogocenność. Trwałam w tępocie, bo sprawa osobiście nie mogła mnie dotyczyć. Nie miałam akurat dwustu dwudziestu tysięcy złotych, nie tylko przy sobie, ale w ogóle. Przy odrobinie uporu zdołałabym zebrać na poczekaniu połowę tego. Pani Kryskowa szeptała mi w ucho słowa zachęty.

– Niech się pani zastanowi, przecież to darmo! To jest wyjątkowa okazja, trzy razy drożej sprzeda go pani z pocałowaniem ręki! Ja to pani mogę załatwić.

Sens jej gadania nagle do mnie dotarł i nawet się nim zainteresowałam. Nie rozumiałam wprawdzie, skąd takie dziwo, ceny istnieją co najmniej podwójne, ale brylantów za grosze nie spotyka się nigdzie. Myśl nabycia przedmiotu bez pomocy pani Kryskowej nie zaświtałaby mi w głowie, nigdy w życiu nie miałam najmniejszej smykałki do interesów. Brylant był tani nie do pojęcia, sądziłabym, że jest może fałszywy albo ma jakieś ukryte wady, gdyby nie opinia znawczyni. Pani Kryskowa pracowała w drogich kamieniach od lat, była niewątpliwie fachowcem, robiła na tym interesy, jeżeli zatem teraz nakłaniała mnie do zakupu, korzyść musiała istnieć, możliwe, że zdołałabym się znienacka wzbogacić. Pomysł zaczął mi się podobać.

– Nie mam tyle pieniędzy – wyznałam z westchnieniem. – I dziś załatwić nie zdążę, ale do jutra może mi się udać. Nie można go zamówić?

– Jak zamówić? – zainteresowała się podejrzliwie ekspedientka.

– Tak zwyczajnie. Do jutra, do jedenastej. O jedenastej przyszłabym tu jako pierwsza klientka.

– Chyba że o jedenastej... Tyle mogę...

– Musiałaby jej to pani jakoś zrekompensować – szepnęła mi w ucho pani Kryskowa.

Kiwnęłam głową. Brylant zaczął mnie coraz bardziej pociągać. Milczący dotychczas pan przecknął się jakby.

– Kto pierwszy, ten lepszy – rzekł buntowniczo. – Jeżeli mnie się uda zdobyć pieniądze szybciej...?

– To już państwo rozstrzygną pomiędzy sobą – przerwała ekspedientka sucho. – Ja mogę poczekać do otwarcia sklepu i nic więcej.

Nie zamierzałam się z tym panem sprzeczać. Nie wyglądał na osobnika dysponującego kwotą wyższą niż miesięczna pensja, poza tym i tak cały ten interes uważałam za czystą abstrakcję, zgodziłam się zatem bez oporu na pierwszeństwo osoby bogatszej. Proszę bardzo, zdąży wcześniej, niech kupuje. Dziś mu się pewno nie uda, bo ten sklep zamykają za pół godziny, a jutro będzie, co będzie.

Ekspedientka schowała brylant. Opuściłam sklep, zaraz za drzwiami natykając się na Pawła. Pani Kryskowa wyszła razem ze mną.

– Powiem pani prawdę – wyznała, nie zwracając na Pawła żadnej uwagi. – Mnie w zasadzie nie wolno czegoś takiego kupować, bo pracuję w branży, zresztą nie mam tyle pieniędzy, ale zamierzam pani zaproponować spółkę. Pani będzie chciała go sprzedać?

– Może nie tyle będę chciała, ile życie mnie zmusi. Te pieniądze pożyczę i trzeba je będzie oddać.

– No więc ja się dołożę. Jeśli pani się zgodzi. Mam przy sobie siedemdziesiąt tysięcy i mogę je pani zaraz dać. A potem podzielimy się proporcjonalnie. Co pani na to?

Ucieszyłam się. Udział pani Kryskowej dodawał imprezie sensu. Wzięłam forsę, pani Kryskowa pożegnała się pośpiesznie i wróciła do sklepu. Pawła odblokowało.

– Co ma być? – spytał z zaciekawieniem. – Kupujesz brylanty?

– No właśnie. Niekoniecznie w liczbie mnogiej, na razie jeden. Ta pani się zna. Jedziemy?

– Jedziemy... Czekaj, zaraz, bo ja sobie pozwoliłem na dowcip. Poważnie kupujesz brylant?

– Mam zamiar, a bo co?

– Nie, nic. Zaskoczyłaś mnie. Nie jestem przyzwyczajony do takich zakupów. Dobra, jedź prosto na Pragę, a potem pokażę ci palcem.

Ruszyłam i już na moście Paweł podjął zasadniczy temat.

– Oni nie chcą, żeby ich wszyscy znali. Rozumiesz, co mówię, dostarczyciele narkotyków wolą się nie ujawniać. Przynajmniej niektórzy. Mają jakiegoś tam jednego...

– Przestań do mnie mówić jak do imbecylki – przerwałam z irytacją. – Te rzeczy wszyscy wiedzą, przystąp do konkretów!

– No więc ten chłopak z dziewczyną to byli właśnie tacy pośrednicy, za pośrednictwo i trzymanie gęby na kłódkę dostawali swoją dolę. Też mi się zmyli, więc jak ich zobaczyłem, pojechałem na Pragę tym samym tramwajem.

– A ty sam co? Już się wyłgałeś?

– Mam wrażenie, że już. Stracili do mnie zaufanie, ale nic mi chyba nie zamierzają zrobić, bo dookoła cisza i spokój. Aż się dziwię, myślałem, że będzie gorzej. Dariusz zadziałał...?

Zastanowiłam się głęboko, logicznie i z lekkim rozgoryczeniem, że w ogóle muszę się zastanawiać.

– Możliwe, że wcale nie musiał. Czekaj, ustalmy sobie. Gdybyś teraz poleciał z donosem, co właściwie mógłbyś powiedzieć? Że problem istnieje, jako taki, że handlowali tam, gdzie ich teraz nie ma... i właściwie co więcej?

– Mógłbym ich rozpoznać z twarzy.

– Przypuszczam, że ci od walki z narkotykami też. Z twarzy znają ich wszystkich.

– Znam ceny...

– Oni też. Żadna rewelacja. Wiesz coś więcej?

Paweł też się porządnie zastanowił.

– Prawdę mówiąc, nie. Od momentu kiedy się przenieśli, straciłem wszystkie atuty. Przedtem mogłem, na przykład, spowodować złapanie na gorącym uczynku albo drogą kolejnych przybliżeń dotrzeć do głównego dostawcy, teraz już chała. Wiesz, że ty masz rację, wcale nie jestem dla nich niebezpieczny, mogli się spokojnie ode mnie odchromolić. Niegłupia organizacja.

– No więc właśnie, to czego jeszcze chcesz?

– Jak to czego, dowiedzieć się więcej! Wlazłem, wywęszyłem ostry smród i co całej? Gdzie źródło? Chcę ich znaleźć, napuścić kogo trzeba i zobaczyć, co będzie. Tu się już kawałek dopchałem, ale ścieżki do matecznika jeszcze mi brakuje.

– Ci dwoje cię nie doprowadzili?

– Nie, bo nie zwariowałem do reszty i nie trzymałem ich za rękę. Wysiedli z tego tramwaju, poleźli, a ja za nimi w odstępie. Przez jakieś przechodnie bramy i podwórza, nawet nie wiedziałem, że takie miejsca istnieją, pojęcia nie mam, do jakiej ulicy to należy. Na jednym podwórzu znikli mi z oczu, a co dalej, to już nie wiem. Pokażę ci, gdzie to było, poza tym mam propozycję. Popatrzeć...

– Czekaj, ja też mam propozycję – przerwałam zimno. – Pokażesz, kupisz sobie gazetę i będziesz ją czytał.

– Po co? – zdumiał się Paweł.

– Żeby zasłonić tak zwany cyferblat. Niczym lepiej, jak gazetą. Znają cię, skoro się odczepili, nie pchaj się na nowo, bo dojdzie do tego, że zajmą się tobą energiczniej. Mnie nikt nie widział, mogę sobie pozwalać. Pójdę sama.

Pawłowi się to nie spodobało.

– Ja bym wolał też...

– Albo kupujesz gazetę, albo zawracam natychmiast. Istnieją granice kretyństwa. Zwracam ci uwagę, że stanowisko matki piastuję od ładnych paru lat i ciesz się, że nie próbuję ci wbić na głowę żelaznego garnka. Też zasłania doskonale.

Zostawiłam go w samochodzie z „Przyjaciółką”, bo innej prasy akurat w kiosku nie było i udałam się we wskazanym kierunku. Szczegóły trasy Paweł przekazał mi dokładnie, przelazłam przez dwie bramy i dwa podwórza, potem przez kawałek ulicy i przechodnią klatkę schodową, zastopowało mnie wreszcie przy jakichś drzwiach do piwnicy, zamkniętych na kłódkę. Z jednostek ludzkich spotkałam chudą i wynędzniałą babę z wielką torbą na zakupy oraz brudnego gnojka z podbitym okiem. Cofnęłam się, wyjrzałam na sąsiednie podwórze-studnię, leżące chyba już na niewłaściwym kierunku, wróciłam w poprzednie miejsce i ujrzałam, że gnojek otwiera właśnie ową kłódkę do piwnicy. Zainteresowało mnie to, zatrzymałam się w kącie, niewidoczna dla niego.

I w tym właśnie momencie uświadomiłam sobie, co robię. Błąkam się po praskich zakamarkach, zamiast szukać po ludziach pieniędzy i załatwić uzgodniony interes! Budowle nie zając, postoją nawet do przyszłego tygodnia, a brylant będzie czekał tylko do jedenastej...

Gdybym nie miała w torebce siedemdziesięciu tysięcy pani Kryskowej, bardzo możliwe, że machnęłabym ręką na doskonały interes, wlazłabym do piwnicy za gnojkiem i od razu byłby ze mną spokój na zawsze. Przyjęte beztrosko walory nakładały na mnie jednakże obowiązek do spełnienia i prawdę mówiąc, nie miałam już ani chwili czasu. Porzuciłam gnojka, podwórza i narkomańskie problemy i wróciłam do samochodu w tempie, które przestraszyło Pawła.