Studnie przodków

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Studnie przodków

Joanna

Chmielewska

Studnie przodków





© Copyright by Wydawnictwo Klin

ISBN 978-83-62136-39-1

Wydawnictwo Klin

Warszawa, ul. Bruzdowa 117H

tel. +48 501 686 786

fax 22 885 19 53

e-mail: kontakt@wydawnictwoklin.pl

www.wydawnictwoklin.pl

konwersja do formatu epub:

pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Roku pańskiego 1876 szesnastoletnia Katarzyna Bolnicka uciekła z domu. Ściśle biorąc nie z własnego domu, a z wytwornej siedziby swoich hrabiowskich pociotków, gdzie nabierała ogłady i uczyła się eleganckich manier. Nakichawszy na ogładę i maniery, zmyliła straże i późną nocą wylazła przez okno spiżarni, następnie zaś przez dziurę ogrodzeniu. Za dziurą czekał dziarski młodzian, dzierżący krótko przy pysku zniecierpliwione konie, łatwo zatem odgadnąć, po co Katarzyna uciekła.

Chwila to była wielce romantyczna, pół księżyca świeciło upojnie, wiosenny wiatr pędził po niebie obłoki, w młodzieńcu ogniście gorzały rozmaite uczucia i Katarzynie wszystko razem podobało się nadzwyczajnie. Nad skutkami ucieczki nie zastanawiała się ani przez chwilę, a sumienie miała spokojne, ponieważ zakochany wielbiciel zadbał o moralną stronę przedsięwzięcia i umówiony ksiądz już czekał. Ślub wzięli o świcie.

Do mężowskiego domu dotarli nie tak od razu. Pan młody mimo amorów zachował resztki przytomności umysłu i kołatały się w nim mgliste niepokoje w kwestii wrażenia, jakie nowa siedziba może uczynić na małżonce świeżo wyrwanej z hrabiowskiego pałacu. Pętał się zatem po okolicznych karczmach i oberżach, jak długo mógł, usiłując odwlec niepokojącą chwilę. Zwłóczył tydzień, dłużej się nie dało, i owa chwila nadeszła.

Złe przeczucia okazały się słuszne, Katarzynę widok mężowskiej posiadłości trzasnął niczym grom z jasnego nieba. We dworze rodziców żyła dostatnio, w pałacu ciotki-hrabiny luksusowo, tu zaś ujrzała coś strasznego. Na skraju zwyczajnej wsi stała sobie zwyczajna chałupa, obszerna wprawdzie, czteroizbowa, z ogrodem, ale gdzie jej było do rodzicielskiego dworu! Już raczej przypominała rodzicielską oborę. Jedna dziewka od krów i jeden parobek stanowili cały personel usługowy.

Katarzyna w mgnieniu oka poczuła się oszukana, wykantowana i zgoła zelżona. Temperament miała ognisty i jak przedtem wielka miłość, tak teraz dzika furia pchnęła ją do kolejnej ucieczki w tajemnicy. O bladym świcie najęła żydowską bryczkę i udała się do domu rodziców.

Skutki tego pomysłu okazały się zgubne, a wynajęty pojazd pogrążył ją ostatecznie, trafiła bowiem dokładnie na chwilę powrotu matki od siostry-hrabiny. Pani Zofia Bolnicka na wieść o ucieczce córki z jakimś chudopachołkiem dostała ataku szału. Hodowała jedynaczkę dla wielkiej przyszłości i wiązała z nią potężne nadzieje, zgromadziła dla niej imponujący posag, po czym wysłała ją na dwór swojej siostry, której udało się zrobić karierę przez poślubienie prawdziwego hrabiego. Na owym dworze urodziwa i obrotna Katarzyna miała pełne szanse otrzeć się o wielki świat, uzupełnić edukację i znaleźć odpowiedniego kandydata na męża. Pani Zofia ekspensowała się na kiecki i przypodchlebiała siostrze, chociaż było to sprzeczne z jej charakterem, wciąż widząc przed sobą wielkie nadzieje. A Katarzyna cóż uczyniła? Zmarnowała wszystko, wywołując okropny skandal i niszcząc bezpowrotnie świetlaną przyszłość, mało, rzucając wręcz hańbę na całą familię przez mariaż z jakimś nędzarzem, może i szlachcicem, ale całkiem schłopiałym.

Natychmiast po otrzymaniu wiadomości o wygłupie córki pani Zofia udała się do siostry i zrobiła jej potworną awanturę z powodu demoralizacji niedoświadczonej dzieweczki. Siostra-hrabina usposobienie miała podobne, odpowiedziała zatem nie mniejszą awanturą, lżąc panią Zofię za zaniedbania wychowawcze, które doprowadziły do rozbestwienia głupiej dziewuchy i takiego straszliwego skandalu. Młodociana ladacznica wprowadziła do rodziny jakiegoś chudopachołka z zaścianka, poniżyła wszystkich z panią hrabiną na czele, hańba niedopuszczalna, pani hrabina wyrzeka się na wieki i siostrzenicy, i siostry!

– Noga moja nie postanie więcej w tym zapowietrzonym domu! – wrzasnęła na to pani Zofia bliska apopleksji. – Mam gdzieś twoje hrabiostwo, ty ślepa komendo! Świnie ci pasać, a nie cnotliwą panienkę edukować!

– Cnotliwa panienka, cha, cha – odrzekła siostra urągliwie i kontakty familijne zostały zerwane.

Pani Zofia wróciła do domu, czerwono mając przed oczami. Furia szalała w niej w pełnym rozkwicie. Może by te dzikie uczucia z czasem nieco złagodniały, gdyby nie to, że dotarłszy na własny dziedziniec, pani Zofia znienacka ujrzała źródło zamętu. Na widok wysiadającej z obskurnej żydowskiej bryczki Katarzyny, wcale nie zapłakanej ani też skruszonej, za to zbuntowanej i wściekłej, owa szalejąca furia stwardniała nagle na granit. W pani Zofii coś zaskoczyło, zderzenie wielkich nadziei z okropną rzeczywistością przerosło jej siły, padania do nóg nie przyjęła do wiadomości, z mężem, usiłującym wstawić się za córką, przestała rozmawiać, chleba i noclegu wprawdzie jej nie odmówiła, ale zaraz nazajutrz kazała zaprzęgać i najlepszą karetą oraz czwórką cugowych koni odwiozła ją do ślubnego małżonka.

– Jakeś z nim uciekła, to teraz z nim żyj – rzekła zimno i z zaciętością.

Przy okazji obejrzała sobie dokładnie posiadłość zięcia, po czym o ile granit mógłby stwardnieć, o tyle i jej zaciętość stwardniała. Zostawiła rozwścieczoną i nieszczęśliwą Katarzynę na podwórzu między drobiem i swoją lśniącą karetą wróciła do domu, zapowiedziawszy stanowczo, że córkę na wieki wydziedzicza.

Katarzyna poddała się losowi, uczyniła to jednak w sposób wysoce oryginalny. Do rodziców nie zwróciła się nigdy więcej. Raz na zawsze, na znak żałoby po utraconym świetnym losie, nałożyła czarną suknię i do końca życia nie zmieniła jej kroju ani koloru. Wszystkie kolejne kiecki sprawiała sobie takie same. Do owych czarnych powłóczystych szat, których treny zmiatały kurze łajna z podwórza, nosiła białe koronkowe kołnierzyki, takież mankiety oraz białe rękawiczki i w tym stroju zajmowała się wyłącznie ogrodem. Gospodarstwa domowego nie tknęła. Ogród kwitł, reszta zaś szła jak Bóg dał. Mąż wielbił ją nieodmiennie wciąż z tym samym ogniem, czemu nie można się dziwić, bo też istotnie była śliczna. Drobna, szczupła, czarnowłosa i czarnooka, żywa, bystra i wdzięczna. Dzieci miała dziewięcioro, siedmiu synów i dwie córki, i odnosiła się do nich podobnie jak do kur, prosiąt i garnków, pozostawiając je własnemu losowi.

W rodzinie, która zerwała z nią wszelkie kontakty, następowały wydarzenia rozmaite. Ciotka-hrabina zmarła bezpotomnie, przeżywszy swego męża-hrabiego o całe dwa lata. Skutek tych zgonów był dość nieoczekiwany, bo hrabina, gruntownie wymazawszy z pamięci imię siostry, zapomniała zmienić testament i pani Zofia Bolnicka odziedziczyła znienacka jedną czwartą hrabiowskiego majątku. Następnie zszedł z tego padołu samotny krewniak, który okazał się równie bogaty po śmierci, jak był skąpy za życia. Testament wprowadził lekkie zamieszanie, przekazał nim bowiem całość swoich dóbr córce pani Zofii, Katarzynie, lub jej potomkom. Pani Zofia, wciąż jednakowo zacięta, uczepiła się tego „lub jej potomkom” i nie dopuściła do obdarowania Katarzyny majątkiem, kwestię potomków zobowiązując się załatwić sama. Trochę to było sprzeczne z przepisami, prawem i wolą testatora, ale nie istniał na świecie taki notariusz, który ośmieliłby się sprzeciwić pani Zofii Bolnickiej. Następnie zmarł ojciec Katarzyny, pozostawiając całe mienie do dyspozycji żony. Wkrótce jeden z dwóch braci Katarzyny zginął w pojedynku, drugi zaś przepadł gdzieś w świecie. Wreszcie i pani Zofia poczuła nadchodzącą starość.

Zacięta była nadal, ale sumienie zaczęło ją trochę niepokoić, do sumienia zaś zgodnie przyłączyli się jej spowiednik i jej notariusz. Notariusz nie mógł przeboleć owego testamentu krewniaka i nie dopełnionych powinności, które gryzły go w honor prawnika i w zwykłą ludzką uczciwość. Pani Zofia z wiekiem wprawdzie mało złagodniała, wciąż niebezpiecznie było różnić się z nią zdaniem, ośmielił się jednakże coś tam na ten temat napomknąć. Kancelarię miał zamiar w przyszłości przekazać synowi i razem z kancelarią chciał mu pozostawić nienaruszoną prawniczą cześć. Zadawnioną komplikację należało jakoś rozwikłać.

Szczerze mówiąc, pani Zofia sama nie bardzo wiedziała, co ma zrobić z niespodziewanie narosłym majątkiem, którego ogrom wzmagał jej rozgoryczenie. Doskonale umiała sobie wyobrazić, jak wyglądałoby życie jej bajecznie bogatej, niegdyś ukochanej córki, gdyby się tak nie wygłupiła i nie poślubiła byle kogo. Zięć okazał się wprawdzie człowiekiem przyzwoitym, ale niezaradnym, o dzieci umiał się postarać, ale o mienie dla tych dzieci już nie. Do bani taki zięć, który wnuki pani Zofii chowa na chłopów, a wszystkiemu winna, oczywiście, Katarzyna.

 

Katarzyna stanowiła kość zgryzoty. Część majętności należała jej się prawnie, część pani Zofia dawnymi czasy sama dla niej przeznaczyła. Uzbierany niegdyś posag wciąż leżał nienaruszony. Trzeba było jakoś z tego wybrnąć, równocześnie dać jej i nie dać, bo dać tak zwyczajnie, żeby mogła z tego korzystać, było ponad siły pani Zofii. Nie darowała córce ani swoich zwiedzionych nadziei, ani nieposłuszeństwa, ani afrontu, na jaki naraziła ją w hrabiowskim pałacu.

Testament pani Zofii wypadł zatem nieco osobliwie. Wyliczywszy starannie wszystko, co miała do przekazania, poleciła oddać to najstarszej córce Katarzyny, z tym że dopiero po śmierci matki, lub też potomkom tej córki. Katarzyna do końca życia miała trwać w ubóstwie w tej chłopskiej chałupie, którą sobie sama wybrała. Wykonawcą testamentu miał zostać stary notariusz, po nim zaś ewentualnie jego syn, któremu pod groźbą ojcowskiej klątwy nakazano szczególną dbałość o powierzone mienie oraz staranną pieczę nad spadkobierczynią nie mającą pojęcia, co ją czeka w przyszłości.

Spadkobierczyni chwilowo przestawiała gary na kuchni i przeganiała młodsze rodzeństwo, podjąwszy obowiązki gospodarskie i pedagogiczne w zastępstwie fanaberyjnej mamusi. Pani Zofia ukradkiem zasięgnęła informacji o najstarszej wnuczce. Dowiedziała się, że charakter, owszem, posiada, energię wykazuje, szanuje rodziców i trwa w posłuszeństwie. Wieści te sprawiły jej niejaką ulgę. Pomyślała, że może ona zrealizuje dawne wielkie nadzieje i zrobi karierę na bazie wspaniałego posagu, a jeśli nie ona, to jej dzieci. Grunt, żeby nie Katarzyna…

Wszystko pozostało najgłębszą tajemnicą. O testamencie pani Zofii wiedział notariusz, ona sama i dwóch świadków, z których jeden na łożu śmierci puścił nieco farby i pozwolił rozejść się niejasnym wieściom o ukrytym bogactwie, drugi zaś wywarł zdecydowany wpływ na przyszłe wydarzenia, aczkolwiek pary z gęby nie puścił. Tym drugim był niejaki Franciszek Włókniewski, wywodzący się z podupadłej szlachty ojciec rodu, siedzący na gospodarce we wsi o prostej nazwie Wola.

Franciszek Włókniewski był zdania, że wszystkim zawiaduje ręka boska, ręce boskiej należy jednak trochę pomagać. W ramach owej pomocy dokonał zatem dwóch czynów. Po pierwsze zaprzyjaźnił się zarówno ze starym, jak i z młodym notariuszem i posłużył im cenną pomocą w zarządzaniu częścią spadku, po drugie zaś jął miewać liczne i skomplikowane interesy gospodarskie we wsi będącej siedzibą Katarzyny de domo Bolnickiej. Interesy bezwzględnie musiał załatwiać jego starszy syn, narażony w ten sposób na ustawiczne spotykanie starszej córki Katarzyny, przy czym Franciszek Włókniewski, człowiek uczciwy, ani jednym słowem nie wspomniał o jakichkolwiek nadziejach na przyszłość owej młodej damy. Resztę powinna była załatwić ręka boska.

Ręka boska zadziałała nieco grymaśnie. Pomieszała Franciszkowi synów i nie starszego pchnęła we właściwym kierunku, a młodszego, w dodatku tak miejsce, jak i okoliczności wybrała sobie dość nieoczekiwane. Starszy syn w tajemnicy przed ojcem już dawno miał narzeczoną w innej okolicy, z interesami wypychał zatem młodszego. Poznać się młodzi poznali, na córkę Katarzyny nie sposób było nie zwrócić uwagi, bo urodę wzięła po matce, nic jednakże na razie z tego nie wynikło. Każde z nich miało jakieś plany we własnym zakresie. Młodszy syn Franciszka poszedł do miasta z błogosławieństwem rodzicielskim, córka Katarzyny zaś zbuntowała się przeciwko tyranii garów i uciekła z domu bez błogosławieństwa rodzicielskiego. Przekleństwa uniknęła również dzięki temu, że Katarzynie było to najzupełniej obojętne. Obowiązki domowe przejęła młodsza córka.

Starsza córka w stołecznym mieście Warszawie natknęła się na znajomego młodzieńca ze wsi i tu opatrzność uznała za słuszne wkroczyć. Obydwoje razem podziałali sobie trochę w ruchu rewolucyjno-patriotycznym, bo czasy to były carskie, szczęśliwie nie wpadli i nie poszli na Sybir, za to po pewnym czasie wzięli cichy ślub. Pani Zofia Bolnicka nie dożyła tej chwili, padła rażona apopleksją na wieść o ucieczce z domu najstarszej wnuczki. Franciszek Włókniewski dożył i zmarł w rok później szczęśliwy, wciąż zachowując w kwestii przyszłego spadku absolutne milczenie.

Katarzyna żyła, a spadek czekał. Część kwitła i prosperowała pod zarządem młodego notariusza i młodego Włókniewskiego, a część trwała w zastoju przemyślnie ukryta, przy czym o miejscu ukrycia zadecydowała jeszcze za życia pani Zofia do spółki ze starym notariuszem. Nadal nikt o niczym nie wiedział, młody notariusz trzymał język za zębami, młody Włókniewski pojęcia nie miał, że uczestniczy w zarządzaniu przyszłym mieniem swojej bratowej, opatrzony pieczęciami testament spoczywał w żelaznej skrzyni, a Katarzyna żyła. Umarł jej mąż, dzieci rozpierzchły się po świecie, dwie wojny światowe wstrząsnęły narodami, a Katarzyna ciągle żyła, zajmując się swoim ogrodem. Umarła wreszcie roku pańskiego 1954, przeżywszy lat 94.

Po notariuszu, testamencie i spadku wszelki ślad zaginął…

* * *

Niejaki Adam Dudek, z zawodu ogrodnik, pod naciskiem żony remontował swój dom własnoręcznie. Hania Dudkowa słynęła ze skąpstwa i nie życzyła sobie płacić za robociznę obcym darmozjadom. Życzyła sobie mieszkać porządnie i elegancko możliwie jak najmniejszym kosztem, a mąż pełen szacunku dla jej gospodarności nie ośmielił się sprzeciwiać. Dom był przedwojenny, porządny, solidnie wykonany i opłacało się go remontować, wprowadzając takie luksusy, jak łazienkę i centralne ogrzewanie, szczególnie, że osobom, które na jarzynkach porosły w pierze, nie wypadło już mieszkać byle jak.

Hania zatem twardo siedziała na pieniądzach, a jej mąż harował. Po niesłychanie długich i licznych udrękach budowlanych doprowadził wreszcie remont do fazy końcowej, co jemu samemu wydawało się istnym cudem. Z wielką satysfakcją nabył piec centralnego ogrzewania i przystąpił do montowania go w piwnicy.

Piwnice były obszerne i bez trudu znalazło się w nich miejsce na kotłownię i skład opału. Grzejniki w całym domu zostały już założone, wszelkie przewody i rury połączono ze sobą, należało teraz ustawić piec, podłączyć i sprawdzić, jak działa całość. Do pomocy przy tej operacji Adam zaprosił dalekiego krewniaka, młodzieńca pełnego siły i wigoru, słynącego z przydatności do rozmaitych skomplikowanych przedsięwzięć natury nie tylko prywatnej, ale także służbowej. Krewniak, Staszek Bielski, cieszył się stopniem starszego sierżanta w miejscowej komendzie MO i powierzane mu były wszelkie zadania trudne, nietypowe i zawikłane, panowała bowiem ogólnie opinia, że Staszek ma pomysły i ze wszystkim zawsze da sobie radę. Wzywanie go do pomocy zaczynało już wchodzić w powszechny nawyk.

Trzy osoby, niezmiernie przejęte ważnością chwili, zeszły do piwnicznego pomieszczenia, w którym czekał piec.

– Tu stawiamy – oznajmił Adam Dudek i walnął kawałem żelaznej rury w ceglaną posadzkę pod wiszącym na ścianie zbiornikiem. Posadzka zadudniła jakoś dziwnie głucho.

Hania Dudkowa nadstawiła uszu.

– Czekaj no – powiedziała pośpiesznie. – Co to tak dudni?

Zajęty piecem, mąż nie zwrócił uwagi na jej pytanie.

– Bierz, Staszek, z tamtej strony – polecił. – Trza obrócić. Tu akurat przypasuje.

Znów puknął w posadzkę, odrzucił rurę pod ścianę i zbliżył się do pieca. Staszek Bielski natężył mięśnie, ujął piec od dołu i zaczął unosić, ale Hania go powstrzymała.

– Czekajże, mówię! Co ta posadzka tak dziwnie dudni?

– Co? – zdziwił się Adam. – Co ci znowu dudni?

– No jak to co, nie słyszałeś? Jak walnąłeś, to tak jakoś zadudniło. Walnij no jeszcze raz.

– Faktycznie – przyświadczył Staszek Bielski i wyprostował się. – Pani Hania ma rację, jakoś zadudniło.

– Zwiduje wam się – mruknął Adam, ale posłusznie oderwał się od pieca, ujął rurę i ponownie walnął w posadzkę. Posadzka odpowiedziała głucho.

– Dudni! – wykrzyknęła Hania.

– Dudni – przyznał Staszek.

– Co ma nie dudnić, jak w nią walę! – zirytował się Adam. – Coście chcieli, żeby świstała?

– Walnij obok – rozkazała Hania.

Adam Dudek dla świętego spokoju walnął kilka razy. Dźwięki były różne. To płytkie, jasne, ostrzejsze, to znów głucho dudniące. Różnica była niewielka, ale dawała się zauważyć.

– Widzi mi się, że tam coś jest – rzekł niepewnie Staszek Bielski.

Niebieskie oczy Hani zlodowaciały. Cokolwiek by tam było, wolałaby przy oglądaniu tego nie mieć świadka, a już szczególnie świadka w postaci funkcjonariusza MO. Niemniej już było za późno. Nie mogła teraz nagle wyrzucić ich obu z piwnicy. Milczała wściekła na siebie, na męża i na Staszka.

Adam Dudek z narastającym zainteresowaniem pukał w cegły raz koło razu. Głucho odpowiadał tylko prostokąt o wymiarach metr na trzy czwarte. Coś istotnie musiało tam być.

– Dziurę zostawili czy co? – mruknął z powątpiewaniem. – Ja tam nic o tym nie wiem, a przecie to mój ojciec ten dom budował. O żadnych dziurach nie mówił.

– Wojna była w międzyczasie – zauważył Staszek. – Może tam kto co zrobił za okupacji?

– Może i zrobił, kto ich tam wie… Nas tu wtenczas nie było. To co, zajrzeć chyba trzeba, nie?

Obaj spojrzeli na Hanię, bo wiadomo było, że ona rządzi w tym domu. Hanią szarpnęła rozterka. Zajrzeć należało bezwzględnie, ale przecież nie w tak licznym towarzystwie. Ten Staszek potrzebny tu jak piąte koło u wozu…

Mignęła jej w głowie ponętna myśl, żeby to teraz zostawić, udać lekceważenie, wywlec ich z tej piwnicy, a potem nocą, bez świadków, zapędzić męża do roboty. Już nawet zaczęły jej świtać sposoby realizacji tej znakomitej myśli, ale żadnego nie zdążyła wprowadzić w czyn. Na schodach rozległ się rumor i do piwnicy wpadł Miecio, ich czternastoletni syn, który właśnie wrócił ze szkoły.

– No i co? – wrzasnął z przejęciem. – Działa?

– Nic nie działa – warknęła Hania. – Wynoś się stąd!

– Coś tu jest – odparł równocześnie Adam. – Dudni. Chyba dziura.

– Cześć, Mietek – powiedział Staszek Bielski.

Miecio odruchowo szurnął nogami, bo Hania kładła wielki nacisk na maniery dzieci, i dopadł ojca.

– Rany, jak to? Pod podłogą? Dziura? Niech skonam, skarb!

Sprawa została przesądzona. Pozostawienie odłogiem dudniącej dziury wymagałoby już teraz nadludzkich wysiłków i nie dałoby się niczym uzasadnić. Miecio zapłonął żywym ogniem, uszy mu poczerwieniały, w mgnieniu oka przyniósł oskard i mesel.

– Ostrożnie! – ostrzegła Hania gniewnie. – Nie walcie tak! Cegły na zagonach nie rosną!

Pieczołowicie i delikatnie, bo Hania patrzyła im na ręce, zdjęli wierzchnią warstwę cegieł. Pod nimi ukazały się deski, które wyszły łatwo, nie były bowiem niczym umocowane. Ułożone je luzem, najwidoczniej tylko po to, żeby na nich mogły się trzymać cegły. Pod deskami istotnie pojawiła się dziura, a w niej coś dużego, starannie owiniętego brezentem. Miecio płonął z emocji, jego matka skamieniała, zesztywniała i zlodowaciała do reszty.

– Coś takiego! – rzekł ze zdziwieniem Staszek Bielski i spojrzał na Adama. – I tyś nic o tym nie wiedział?

– Ano nic – wyznał Adam i podrapał się po głowie. – Mówiłem ci, że nas tu przez wojnę nie było.

– Ale że do tej pory ani razu nie zdarzyło ci się tu puknąć…?

– A po cholerę miałem pukać? Nic tu nie było robione.

– Tu ziemniaki leżały – wyjaśniła Hanka zdławionym goryczą głosem. – Zawsze w tej piwnicy leżały ziemniaki, bo najlepsze miejsce. Kto miał pukać pod ziemniakami?

– No niby racja. Zdarza się…

Stali wszyscy nad dziurą, wpatrzeni w brezent, starając się ukryć rozpierającą ich ciekawość i pęczniejącą nadzieję, że może to rzeczywiście skarb. Okaże się potem, że byle co, i człowiek wyjdzie na głupiego…

Miecio pierwszy nie wytrzymał.

– No! – ponaglił niecierpliwie. – Zajrzyjmy tam!

Adam łypnął okiem na milczącą żonę, zawahał się i sięgnął do brezentu. Staszkowi nagle coś błysnęło.

– Czekaj! – powstrzymał go energicznie. – Mogli tam schować broń, amunicję czy inne takie. Może lepiej ja…

Miecio kwiknął przenikliwie, bo już sam nie wiedział, co by wolał: skarb czy prawdziwe granaty. Albo może miny przeciwczołgowe, cudowna rzecz! Hani sztywność trochę zelżała. Pomyślała, że przypuszczenie Staszka jest najbardziej prawdopodobne, a zatem nie będzie szkody. Kiwnęła głową i odsunęła Adama.

– Ma rację. Zostaw to. Niech on zajrzy, zna się na tym.

Staszek przykląkł nad dziurą i ostrożnie zaczął odchylać brezent. Pod nim była cerata porządnie sklejona. Potykając się na cegłach, Miecio skoczył do mieszkania i wrócił z nożyczkami. Staszek przeciął warstwy ceraty i pod nią ujrzeli wreszcie żelazną skrzynkę. Skrzynka była czymś wysmarowana i przede wszystkim umazał się tym Staszek. Powąchał substancję i wytarł rękę o spodnie.

 

– Towot chyba czy co? Cała grubo wymazana…

– Zabezpieczyli przed wilgocią – mruknął Adam. – Może i faktycznie amunicja…

– Da się otworzyć? – spytał chciwie Miecio, usiłując wepchnąć głowę do dziury.

– Mowy nie ma. Kłódka tu wisi i jeszcze ma zamki. Trzeba wyjąć.

– To wyjmujemy! No, prędzej…!

Po wielu skomplikowanych wysiłkach śliska od smarowidła i pozbawiona uchwytów skrzynka została wywleczona z dziury, wniesiona do mieszkania i ulokowana na stole w pokoju. Prezentowała się nader okazale. Żelazo było w doskonałym stanie, po usunięciu smarowidła wyglądało jak nowe, wieko miało na brzegach wykuty ozdobny ornament, z frontu wisiała kłódka, a na bokach widniały dziurki od kluczy osłonięte klapkami. Całość była zamknięta na mur.

– No tak – powiedziała jadowicie Hania, która na widok skrzynki od razu zwątpiła w amunicję i na nowo przeistoczyła się w zamrożone drewno. – A gdzie klucze?

– Klucze ma przy sobie ten, co schował – odparł Adam. – Trza będzie jakoś otworzyć, bo rozbijać chyba szkoda…

Staszek zaofiarował się sprowadzić milicyjnego ślusarza. Hania zaprotestowała zimno, ale grzecznie, co przyszło jej z nadludzkim trudem. Miecio zniknął w głębiach domu i wrócił z potężnym stosem rozmaitych kluczy.

– Próbujemy! – zawołał z zapałem.

Hania nie udusiła własnego syna, chociaż miała na to wielką ochotę. Ugięła się pod presją nieżyczliwej siły wyższej, która ujawniła skarb w jej domu akurat w obecności prawdziwego milicjanta. Nie zdobyła się wprawdzie na aprobatę, ale przynajmniej stłumiła rwące się jej na usta protesty. Posępnie przyglądała się próbom otwarcia sezamu, z całego serca pragnąc, żeby się nie powiodły.

Piec centralnego ogrzewania poszedł w całkowite zapomnienie. Miecio znosił zewsząd całe stosy najrozmaitszego żelastwa, jego dwunastoletnia siostra, Magda, w zastępstwie matki przyrządzała w kuchni posiłek, Adam i Staszek, sapiąc, męczyli się nad kłódką i zamkami, a Hania trwała nad nimi niczym sęp nad świeżym ścierwem, nie odrywając oka od skrzynki ani na jedną chwilę.

Późnym wieczorem wysiłki zostały uwieńczone powodzeniem. Zdjęto kłódkę, jeden zamek otwarto, a drugi zepsuto. Szaleńczo zdenerwowana Hania powoli i ze szczerą niechęcią uniosła ciężkie, żelazne wieko.

Rozczarowanie było tak wielkie, że wręcz namacalne. Z wnętrza skrzynki nie buchnął żaden blask, nic nie zalśniło, nie zajaśniało, nie brzęknęło upojnym, złocistym dźwiękiem. Zawartość pudła stanowiły wyłącznie papiery; sztywne, poskładane na czworo, niektóre zwinięte w rulony, niektóre pookręcane sznureczkami i opieczętowane, starsze i nowsze, niektóre zupełnie pożółkłe. Nic więcej, tylko papiery!

– Eee… – powiedział Miecio tonem, który mówił sam za siebie.

Hania zmiękła w sobie tak, że prawie zrobiło jej się słabo. Zajrzała na dno, pod papiery, upewniła się, że nic tam nie ma, i na chwilę zastygła w bezruchu wsparta o stół.

– Chwała Bogu, że nie amunicja! – powiedział pocieszająco Adam. – Tylko byśmy mieli kłopoty.

– Z papierami czasem więcej kłopotów – mruknął Staszek i sięgnął do skrzynki po pierwszy z brzegu dokument. – Czasem to nawet… A to co znowu? Nic nie można odczytać!

Adam zajrzał mu przez ramię, Hania poruszyła się i niemrawo sięgnęła po inny papier. Pismo na nim było dziwne; pełne zawijasów, cieniowane litery utrudniały odszyfrowanie tekstu.

– Ja, nijej po ol piii – dukał Staszek. – A, rozumiem. Ja, niżej podpisany. Rany, co za kulfony. Antoni Priegooo… A, nie. Grzegorczuk. Niniejszym offfia… d… cjam, oświadczam, o niech to piorun spali!

Sapnął z wysiłku i opuścił rękę z dokumentem, niechętnie patrząc na skrzynkę. Hania na swoim papierze odczytała tylko datę, ale to jej wystarczyło. 1887 rok. Przyjrzała się uważniej zawartości żelaznego pudła. Papiery były wyraźnie stare, niektóre nawet bardzo stare. Hani zaświtała nagle nowa myśl, od której jej twarz, zazwyczaj porcelanowo biała, aż się zaróżowiła.

– Stare szpargały – zawyrokowała z najwyższym lekceważeniem. – Pewno schowali przed Niemcami, wszystko dawno nieważne. Wyrzucić trzeba albo spalić, tylko skrzynka się przyda.

Staszek Bielski pokręcił głową i sięgnął po papier złożony we czworo.

– Wyrzucić nie można – zaprotestował, studiując go z uwagą. – Spalić też nie, mowy nie ma. To są dokumenty urzędowe, tu już można przeczytać. Zaraz… młyn z parcelą… jako i stawidła na rzece… na własność Jeremiaszowi Borkowskiemu… trzysta rubli srebrem w gotowiźnie… Co tak tanio? A nie, coś tu mu jeszcze dołożył…

Adam i Hania patrzyli na niego; Adam niepewnie, Hania nieżyczliwie. Miecio stracił zainteresowanie skrzynką, wzruszył ramionami i udał się do kuchni. Staszek podniósł głowę.

– To jest chyba akt kupna-sprzedaży młyna – rzekł w zadumie. – Z tysiąc dziewięćset trzeciego roku. Tylko napisane powiat kowelski, znaczy teraz to jest w Związku Radzieckim. Kopia sporządzona na życzenie wielmożnego pana Jeremiasza Borkowskiego…

– Przecie tego młyna nikt teraz nie będzie dochodził – przerwała Hania niecierpliwie. – Na co to komu? Wszystko stare i do niczego.

– Czy ja wiem… Ale historyczne.

Do pokoju wsunęła się Magda, którą Miecio w kuchni zdążył poinformować o rodzaju znaleziska.

– To trzeba oddać do muzeum – oznajmiła odkrywczo. – U nas była w szkole pogadanka. Jeden pan mówił, żeby wszystko co stare oddawać do muzeum, bo po ludziach się niszczy, a muzeum ma za mało rzeczy. W Liwiu jest muzeum.

Hania zlodowaciała na nowo, a Staszek rozpromienił się i porzucił uciążliwą lekturę. Pomysł wydał mu się doskonały, zdejmował z niego obowiązek podejmowania decyzji, z czym właściwie ma do czynienia; z urzędowymi dokumentami, które milicja powinna zabezpieczyć, czy też z całkowicie prywatnym znaleziskiem, które milicji nic nie obchodzi. Ucieszył się, że kwestię rozstrzygnie muzeum, i z zapałem pochwalił propozycję.

Adam również kiwał głową z aprobatą. Stare szpargały w ogóle go nie interesowały, a darowizna dla muzeum mogła odegrać pewną rolę w jego życiowych planach. Owszem, bardzo słusznie, osobiście te papiery do muzeum zaniesie…

Z niebieskich oczu Hani wiał polarny mróz. Teraz dla odmiany miała ochotę udusić córkę. Z jej świeżo wyklutymi planami muzeum zdecydowanie kolidowało i absolutnie nie miała zamiaru zgodzić się na propozycję, ale protesty postanowiła odłożyć na inną chwilę. Stanowczym gestem zamknęła skrzynkę i przypomniała wszystkim, że pora jest późna, a kolacja gotowa…

* * *

Miejscem, gdzie Hania Dudkowa, nie zwracając niczyjej uwagi, załatwiała swoje interesy, były szklarnie jej męża. Musiała oczywiście wybierać chwile, kiedy mąż był zajęty gdzie indziej, ale to nie sprawiało zbytnich trudności. Nazajutrz po znalezieniu skrzynki spotkała się zatem przy szklarniach z jednym takim.

Jakim sposobem wieść o znalezieniu w domu Dudków jakichś starożytności rozeszła się w ciągu nocy i ranka po całej okolicy, nie wiadomo, dość, że się rozeszła i jeden taki już był o tym poinformowany. Jeden taki przyjechał podobno z Ameryki, przebywał w Węgrowie od dwóch tygodni i nazywał się dość oryginalnie, John Capusta. Z Hanią od początku nawiązał kontakty handlowe i przyszedł teraz pod pretekstem nabycia pomidorków.

– Jak tam, pani Haneczko? – spytał z miłym uśmiechem. – Ma pani coś ciekawego?

Hania Dudkowa nie lubiła zbędnego gadania. Rozejrzała się dookoła, jakby badając stan pogody, stwierdziła, że nikt ich nie podgląda, spokojnie podeszła do półki z nasionami i spod pudełek i torebek wyciągnęła kartonową teczkę. Wyjęła z niej pożółkły dokument, który bez słowa wręczyła Johnowi Capuście.

John Capusta również bez słowa ujął dokument i zaczął go uważnie studiować. Miły uśmiech znikł, oblicze miał teraz nieprzeniknione. Hania zimno przyglądała się jego szerokiej gładkiej twarzy, zdrowej cerze, rozklapanemu nieco nosowi i pięknie wypielęgnowanym brwiom. Zniżyła wzrok i obejrzała całą, trochę pękatą figurę średniego wzrostu, z lekką zawiścią oceniła gatunek kusego wiosennego płaszczyka i zamszowych butów, wreszcie oparła oko na imponującym złotym sygnecie. Wytrwała przy sygnecie, aż John Capusta skończył czytać.

– Jest tego więcej – rzekła sucho. – Są i starsze.

– Musiałbym je zobaczyć – odparł John Capusta w zamyśleniu. – Może się na co przydadzą, chociaż sama pani wie, że szukam innych rzeczy. Ale popatrzeć zawsze można.