Pech

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

JOANNA CHMIELEWSKA

PECH


Spis treści

Karta redakcyjna

Pech

© Copyright by Wydawnictwo Klin, Warszawa 2011

ISBN 978-83-62136-16-2

Wydawnictwo Klin

Warszawa, ul. Bruzdowa 117H

tel. +48 501 686 786, fax +48-22-885-19-53

e-mail: m.g.klin@op.pl www.wydawnictwoklin.pl

Szczegółowe informacje dotyczące wydawnictwa i następnych książek Joanny Chmielewskiej na stronie www.joannachmielewska.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Zaczęło się w chwili, kiedy raz w życiu postanowiłam być rozsądna i przewidująca.

Gremialny przyjazd moich krewnych miał nastąpić w lecie, a brzemienność jego skutków mogła okazać się niebotyczna. W dodatku różnorodna, od katastrofalnej do rewelacyjnej. Kawałkami przyjeżdżali już wielokrotnie... no, wielo, jak wielo, tak ze trzy. Do trzech razy sztuka... I zawsze wtedy wyskakiwała z mojej strony jakaś kompromitująca głupota, przestali niemal wierzyć, że wyrosłam na mniej więcej normalną jednostkę ludzką, w związku z czym przypadająca mi część przyszłego dziedzictwa stała się wysoce problematyczna.

Możliwe, że pieniądze to świństwo, ale, ostatecznie, byłam samotną matką dwojga dzieci. Gdyby ktoś sobie życzył, mogłam przyjąć świństwo z demonstracyjnym obrzydzeniem.

Wyruszyłam z Warszawy, żeby na czas pobytu australijskiej rodziny załatwić dzieciom dwa miesiące wakacji nad morzem, we Władysławowie, w domu jednej takiej mojej bardzo dziwnej przyjaciółki. Przy odrobinie uporu można to było uzgodnić przez telefon, ale właśnie postanowiłam być przezorna, przewidująca i rozsądna, w głębi duszy miałam straszliwą ochotę sama spędzić nad morzem chociaż z jeden dzień, skorzystałam zatem z tej eksplozji pożądanych zalet i pojechałam.

Moja przyjaciółka, Eleonora, nie tylko imię posiadała osobliwe, także charakter. Bezdzietna, nie znosiła niemowląt, za to uwielbiała młodzież, taką od dwunastu lat w górę. Młodzież zaś dziko, namiętnie i zgoła patologicznie uwielbiała ją. Nie do pojęcia.

Dzieci mogłam jej podrzucić na całe lato z pełnym zaufaniem, ku wszechstronnej radości, ale w grę wchodziły kwestie finansowe, bo żadna z nas nie opływała w dostatki, a do tego jej mąż był skąpy i wytwarzał atmosferę. Atmosfera w obliczu forsy znikała bez śladu, przezornie chciałam zdusić ją w zarodku i postanowiłam siłą wtrynić Eleonorze zadatek. Po czym, lekka na duszy niczym ptaszę polne, wrócić do domu i zająć się dalszymi rozsądnymi posunięciami.

Wyjechałam wczesnym popołudniem. Praca w redakcjach i w wydawnictwach dawała mi dużą swobodę, korekty mogłam robić, kiedy mi się spodobało, nic pilnego nie zalegało mi nigdzie, specjalnie o to zadbałam. Zaopatrzyłam dom w produkty spożywcze, z którymi moje dzieci umiały się obchodzić doskonale, szczególnie szesnastoletni Tomek. Lubił gotować. Dziwnie, bo dziwnie, ale lubił. Czternastoletnia Kasia z dwojga złego wolała sprzątać. W każdym razie powinni sobie dać radę, nawet przy największych staraniach przez te trzy dni zagłodzić się na śmierć nie zdążą.

Aż do Mławy przypominałam sobie, czego też udało mi się zapomnieć. Aha, nocnej koszuli. Pożyczenie od Eleonory odpadało, była znacznie niższa ode mnie, proporcjonalnie szczuplejsza, ponadto sypiała w piżamach. Nigdy nie lubiłam piżam. Paska od szlafroka, który służył mi zarazem do podwiązywania włosów przy myciu, pasek, rzecz jasna, nie szlafrok, no nic, może Eleonora ma jakiś kawałek sznurka. Czego jeszcze...? Przyrządów do głowy, szamponu, odżywki, zakrętek... Także suszarki. Na co mi suszarka bez zakrętek? Co tam, najwyżej przez trzy dni będę rozczochrana, jakiś grzebień mam chyba w torebce...

Raphacholinu... Drobiazg, ryby są lekkostrawne. Za to wzięłam dwie butelki francuskiego czerwonego wina, bo w tym kraju wprawdzie wszystko już wszędzie można dostać, ale takie LA CARDONNE przytrafia się rzadko. Ubiegłego roku dostałam sześć butelek w prezencie od oszalałego ze szczęścia autora, któremu wyłapałam wszystkie błędy, i dwie specjalnie zachowałam dla Eleonory. I tego jej cholernego Stasieczka, żeby się powstrzymał od wytwarzania atmosfery. Dwie butelki na trzy osoby, to w sam raz na jeden miły wieczór.

Więcej zapomnianych przedmiotów nie przyszło mi do głowy, bo przypomniałam sobie poprzednią wizytę pary krewnych z Australii. Siedem lat temu...

Na Okęciu panowało piekło na ziemi, bo budowali to nowe, a pasażerom służyło jeszcze stare, jeden gniot oczekujących na przylotach, samolot z Singapuru się spóźnił, ja zaś lekkomyślnie zaniedbałam kwestię transportu. Po dwudziestu ośmiu godzinach podróży sterczeli w ogonku do mafii taksówkowej, trzymałam ich tam, gorączkowo usiłując zabawiać ciekawostkami z kraju, i omal nie spowodowałam ich natychmiastowego powrotu komunikatem, że w sklepie z cudowną, lnianą bielizną pościelową sprzedają obecnie długopisy i breloczki do kluczyków. Także ramki do fotografii. Sytuację uratował fakt, że jeden znajomy sklep z bielizną pościelową jeszcze został, nie zmienił branży i miał lniane.

Potem dowiozłam ich do domu i na tę parszywą taksówkę zabrakło mi pieniędzy.

– No nie – powiedziałam, wyduszając z siebie radosny chichot. – Co za idiotka ze mnie! Cały portfel zostawiłam w domu, wzięłam tylko portmonetkę, nic nic, niech pan chwileczkę poczeka, zaraz zejdę...

Mogłam sobie schodzić dwadzieścia razy, w domu forsy też nie miałam. Ciocię z wujem, chwalić Boga, zaabsorbowały dzieci, dla których Australijczycy stanowili egzotykę szaleńczą i widać było, jak wypatrują u nich torby na brzuchu, strusich piór gdziekolwiek i malowideł na twarzy. Rzuciłam ich sobie wzajemnie na pastwę i zbiegłam na dół, do tego złoczyńcy, szalenie zresztą przystojnego i pełnego uroku.

– W bambus, proszę pana – rzekłam równie szczerze, jak ponuro. – Grosza więcej chwilowo nie posiadam, ale jutro coś wyrwę, bo tak czy inaczej muszę. Jedyne wyjście dla pana, to przyjechać tu drugi raz i wtedy panu zapłacę. Ma pan adres, dowód panu mogę pokazać...

– A ja, wie pani, widywałem piękniejsze widoki – odparł mi na to. – Dzianych innostrańców pani wiezie, i co? Na żebry tu przyjechali?

– Co też pan...? Ale od pierwszego kopa mam im z gardła wyrywać? Nie wypada. Poza tym, niech skisnę, jeśli nie siedzą na samych czekach podróżnych i kartach kredytowych, no i co nam z tego? Umówmy się...

W tym momencie uświadomiłam sobie swoje możliwości i rozkład zajęć. Bij człowieku głową w ścianę, od rana muszę się nimi zająć, kiedy mam skoczyć do któregoś pracodawcy, żeby prychnął drobną kwotą? Niechby do banku, cały dochód na konto mi wpływa, mam tam coś jeszcze, mogę podjąć, ale to samo pytanie: KIEDY?! Jeśli od rana zacznę z mafią taksówkową, do wieczora gwarantowanie uda mi się zbankrutować...

– Mogę panu dać czek – powiedziałam beznadziejnie.

– A na plaster mi pani czek, żebym się z nim kitłasił po ogonach bankowych? Nie ma pani sąsiadów, żeby który pani pożyczył?

– Jeszcze gorzej wyglądają niż ja.

– Ale ma pani w planach jakiś kursik po mieście, nie? Krewniakom z antypodów stolicę się pokazuje. Rozumiemy się?

Kursik, akurat...

W tym momencie cud sprawił, że nadszedł sąsiad z parteru, specjalista od telewizorów. To znaczy, w pierwszej chwili myślałam, że to cud. Byłam wtedy o siedem lat młodsza i o siedem lat ładniejsza i miałam wrażenie, że mu się podobam.

Rzuciłam się ku niemu.

– Panie Andrzeju, Jezus Mario, może mi pan pożyczyć do jutra sto sześćdziesiąt tysięcy? Wieczorem zwracam, przywiozłam tu rodzinę z Australii i zabrakło mi na taksówkę!

– Ja bym pani pożyczył, bo nawet mam przy sobie – odparł pan Andrzej z lekkim zakłopotaniem – ale moja żona na to czeka i zaraz mnie obsobaczy, że przepiłem.

– Ja zaświadczę, że to ja!

– Jeszcze gorzej. Ona już dawno myśli, że ja panią podrywam.

– Ja zaświadczę, że nie!

– No to rozrywki matrymonialne mam już jak w banku...

Wokół taksówki i nas zaczęli gromadzić się ludzie. Nie mieszkałam na pustyni.

– Nie chcę pani martwić – zauważył czarujący złoczyńca – ale ja jestem w pracy i za postój też się należy.

W chwili kiedy postanowiłam zemdleć i odjechać stąd pogotowiem bez względu na skutki, pojawił się ten mój. Konkubent. Wtedy wielbiony, później rozszyfrowany jako potwór. Dominik.

Wysiadł z volvo.

– Co się tu dzieje? – spytał upiornie spokojnym głosem.

W ułamku sekundy przeżyłam kilka trzęsień ziemi, końców świata, wstąpień do raju, zawałów serca i wzlotów niebiańskich. Epilog stanowiło przysypanie wulkanicznym popiołem. Ostatnie chwile Pompei.

– Nic – powiedziałam słabiutko. – Zabrakło mi na taksówkę. Za mało podjęłam z banku.

– Pan mafia? – zwrócił się na to Dominik do złoczyńcy całkiem rzeczowo.

– Owszem – odparł złoczyńca zimno. – Zarejestrowana. Podatki płacę. Z lotniska jedziemy.

 

Czaruś cholerny. Ciekawe, swoją drogą, co robi teraz, kiedy mafia taksówkowa zanikła...

Dominik miał dość rozumu, żeby z mafią nie dyskutować, ale odwrócił się do mnie.

– Mieli przyjechać jutro?

Głowę na pniu gotowa byłam położyć, że datę mu podałam właściwą, ale w zaistniałej sytuacji też wolałam nie dyskutować.

– Ale przyjechali dzisiaj. Możliwe, kochanie, że pomyliłam dzień...

Dominik zapłacił bez słowa, dołożył za postój, wsiadł do volvo i odjechał. Rozpacz wymieszała się we mnie z ulgą, tworząc koktajl piorunujący.

Kiedy weszłam wreszcie do mieszkania, moje dzieci zdążyły już podjąć rodzinę z Australii. Kasia z zapałem prezentowała, jak mamusia zjeżdżała niegdyś, w młodych latach, z tapczanu na starej desce do prasowania, Tomek zastawił stół przyjęciem, w skład którego weszła przedwczorajsza kartoflanka, śledzie w oliwie, lody i zimny bigos. Ciotka z wujkiem siedzieli na krzesłach, wśród kompletnie rozbebeszonych bagaży, z osłupiałym wyrazem twarzy.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – rzekła ciotka głosem jak pieprz, trociny i góra lodowa.

Moje wspomnienia wykonały nagle skok w dół, w kierunku wcześniejszej wizyty.

Przyjechała wtedy babcia...

Ani to nie była moja babcia, ani wujek, ani ciotka. Babcia była babcią cioteczną, rodzoną siostrą mojej babki w prostej linii, a podział rodziny na kontynenty nastąpił przed laty, krótko po wojnie, w latach czterdziestych. Ciotecznej babci udało się w wiośnie życia i jeszcze w czasie wojny poślubić prawdziwego Australijczyka, zetknęli się jakoś tam w obozach, siedemnaście lat chyba miała, po czym energiczny komandos zdołał sprowadzić żonę do Australii. Druga siostra, starsza, moja babka w prostej linii, została sama jak palec, pozbawiona wszelkiej innej rodziny, i możliwe, że też zdołaliby ją do tej Australii ściągnąć, gdyby nie to, że już była na śmierć i życie zakochana w dziadku i stanowczo odmówiła wyjazdu. Charaktery to one miały, zdaje się, twarde, i żadne perswazje nie robiły na nich wrażenia, ale kochały się uczciwie i rzetelnie. Szanowały wzajemnie swoje poglądy, krytyki sobie nie żałując, i wśród wytykań, wypominań i wyrzutów służąc pomocą, ile się dało.

Też w końcu zostałam sama, jedyna potomkini babci, siostry ciotecznej babci, bo tak jakoś głupio wyszło.

Z tej troski cholernej australijska rodzina ustawicznie przyjeżdżała, blisko mając o tyle, że część progenitury studiowała i pomieszkiwała to w Anglii, to we Francji, za swój podstawowy obowiązek mając pieczę nad polską mniejszością. Moim chrzestnym ojcem został... zaraz, niech się nie pomylę... brat żony syna ciotecznej babci. Znaczy, brat synowej. No owszem, jakiegoś powinowactwa można się było dokopać. Nawet ze mną.

Rodzona babcia już nie żyła, moja matka zaś miotała się w trudnym świecie o skomplikowanym ustroju, załatana, zapracowana, a przy tym beztroska i lekkomyślna. Ojciec zaharowywał się na śmierć bez pożytku dla rodziny, bo nie umiał odmawiać, okropnie chciał, żeby było dobrze, i ciągle wierzył, że będzie. Trochę się mijał z ideologią, dzięki czemu piętrzyły mu się kłody pod nogami, aż w końcu umarł na zwyczajny zawał. Oczywiście nie w chwili mojego chrztu, parę lat później.

Cioteczna babcia przyjechała zaraz po jego śmierci, stwierdziła, że w tym kraju żyć się nie da, jest to po prostu dom wariatów i wylęgarnia przestępczości, warunki życiowe urągają elementarnym potrzebom jednostki ludzkiej, spróbowała namówić matkę na emigrację, ale matka też nie chciała. Nie mogła zostawić psa, który umarłby ze zgryzoty, a córka, to znaczy ja, musiała przecież skończyć szkołę. Zgadzałam się z nią, na trochę, to tak, ale przecież nie na zawsze! W rezultacie cioteczna babcia odjechała wcześniej niż zamierzała, twierdząc, iż w tej ciasnocie, z psem na głowie i tramwajami za oknem, nie przespała spokojnie ani jednej nocy, ale serce jej się podobno szarpało na kawały i ustaliła, że ja, jedyna wnuczka jej rodzonej siostry, powinnam być spadkobierczynią połowy rodzinnego majątku. Mogła sobie coś takiego ustalać, bo niczym jej się jeszcze wtedy nie naraziłam.

Po babci przyjechał chrzestny ojciec z żoną, jak zdołałam wyliczyć, cioteczną wujenką.

Nie najszczęśliwiej trafił, bo miałam już wówczas męża i właśnie urodziłam drugie dziecko, Kasię. Słowo „ciasnota” w pełni korespondowało z naszymi warunkami mieszkaniowymi, w dwóch pokojach moja matka, mój mąż, ja, dwoje dzieci i kot, bo tamten pies już nie żył. Gdyby żył, miałby dwadzieścia jeden lat i odwiedzałyby go prasa, radio i telewizja, co bez wątpienia ciasnotę by zwiększyło.

Potraktowałam ich wizytę równie lekkomyślnie, jak moja matka, chociaż właściwie trudno mi się dziwić, skoro tuż przedtem pojękiwałam sobie w bólach porodowych i nie w głowie mi były jakieś tam poszukiwania lokalowe i rezerwacje hoteli. Chrzestny ojciec z cioteczną wujenką jedną dobę przetrzymali mężnie, wyobrażając sobie obóz dla uchodźców, mój mąż dzień pracy poświęcił staraniom ubocznym i okazało się, że jedyne, co mogą dostać, to pokój w byłym hotelu robotniczym na Woli, z toaletą na korytarzu i jednym ogólnym natryskiem na całe piętro. Przetrzymali zatem jeszcze i drugą dobę, trochę bardziej nerwowo, po czym wszystkie nasze pieniądze poszły na łapówkę w recepcji hotelu MDM, gdzie wreszcie dostali mniej więcej normalny pokój.

Zważywszy, iż byłam już, bądź co bądź, dorosła, odium spadło na mnie. Poród porodem, mogłam wszak męża zatrudnić od razu. Fakt, że pracował jako sekretarz redakcji jednego z chwiejących się dzienników, nic im nie mówił i nie miał nic do rzeczy. W każdym razie moje połowiczne dziedzictwo mienia rodzinnego stanęło pod malutkim znakiem zapytania, bo czy można obdarzać majątkiem osobę do tego stopnia nieodpowiedzialną...?

Ogólnie uratowało mnie wydarzenie z rzędu zjawisk nadprzyrodzonych.

Był taki cudowny czas, parę lat to trwało, kiedy dobrym korektorom szanujące się wydawnictwa płaciły majątek, a ja byłam NAPRAWDĘ dobrym korektorem. Posiadałam trzy niezbędne zalety: spostrzegawczość, pamięć wzrokową i znajomość języka. Czytałam szybko, a mimo to błędy nie umykały mojej uwadze. Ponadto byłam obowiązkowa, miałam swoje ambicje i dobrowolnie czytałam skład po raz drugi i trzeci, dla sprawdzenia, czy wszystkie poprawki zostały naniesione. Jeden przepuszczony przecinek sprawiał, że płonęłam ze wstydu, a od zamiany ę na ą, albo odwrotnie, gotowa byłam otruć się, utopić i powiesić. Pracowałam wtedy dniem i nocą, dzięki czemu moje dzieci z wielką niechęcią i rozgoryczeniem podjęły obowiązki gospodarskie, a mój mąż rozwiódł się ze mną, co przyjęłam nawet z pewną ulgą. Przestał mi truć anatomię głupotami w rodzaju obiadu, przepierki, koszul, kurzu na książkach i zaginionych przedmiotów, stwierdzając zarazem, że sam jest dość rozproszony, więc potrzebuje żony stabilnej. Ożenił się później z panią sędzią, która orzekła nasz rozwód.

Ja zaś zyskałam mieszkanie. Moja przyjaciółka, osoba samotna, budowała sobie dwupoziomowy apartament w ramach spółdzielni mieszkaniowej i odstąpiła mi go po cenie kosztów pierwotnych, ponieważ musiała natychmiast stworzyć płaską przestrzeń życiową w sosnowym lesie dla swojej ciężko chorej matki. Stworzyła, zabrakło jej pieniędzy, ja miałam akurat właściwą sumę, zaoszczędzoną w latach urodzaju, uratowałyśmy się wzajemnie.

– Bo rozumiesz – powiedziała wtedy do mnie, zmartwiona – to pierwsze piętro, myślałam, że ją tam wezmę, sama zamieszkam wyżej, ale okazało się, że dziesięć schodków może ją zabić. No i cześć. Udało mi się w tym Częstoniewie, to takie małe coś, że nawet go nie ma na mapie, sosnowe laski i nic więcej, blisko Grójca. Za grosze, a odrolnione, dom już prawie stoi. Słuchaj, ty masz tyle? Nie przystawiam ci noża do gardła?

– Mam – odparłam dumnie. – Ściboliłam jak Harpagon. A na moją matkę nie zdążyłam wydać nawet jednej złotówki, chociaż, Bóg mi świadkiem, wydałabym wszystko. Trzustka. I w dwa tygodnie do widzenia. Umarła pod narkozą, złą diagnozę postawili i wymyślili pęknięty wyrostek robaczkowy.

– Nie wiedziała, że umiera. Każdy by tak chciał.

– A pewnie. Żywi jakoś wstrząs przetrzymają...

Moje nowe mieszkanie też już było prawie gotowe, jeszcze się trochę sprężyłam i wystarczyło. Ogromnie pocieszający wydał mi się przy tym fakt, że jej matka odzyskała duży kawałek zdrowia, niemal rozkwitła, ona sama zaś zagnieździła się na owym odludziu z najprawdziwszym zachwytem. Pracowała jako grafik, ilustrator, i mogła to robić gdziekolwiek, choćby nawet w środku dzikiej puszczy.

Zawiadomiona o sukcesie mieszkaniowym australijska rodzina zachwiała się w opiniach o mnie. Przez siedem lat nie przyjeżdżali, zdegustowani warunkami pobytu, jakich im dostarczałam, teraz w nich drgnęło na nowo...

Objeżdżając Mławę, ustaliłam sama ze sobą, skąd im się to właściwie bierze. No jasne, kto widział, żeby osoba, wizytująca rodzinę na innym kontynencie, mieszkała w hotelu?! A nawet i na tym samym, w Europie, jasne przecież, że wszyscy każdemu zwalą się na głowę, bo szkoda pieniędzy, a hotel kosztuje. I gdybym tak ja do Australii, gdzież bym miała zamieszkać, jak nie u nich, obraziliby się śmiertelnie, nawet gdybym była milionerką! Związki rodzinne, uczucia rodzinne...

Pomijając, oczywiście, pokoje gościnne...

Zdążyłam sobie jeszcze przypomnieć inną moją przyjaciółkę, która za skarby świata nie zgadzała się w żadnej podróży mieszkiwać po rodzinie. Zawczasu rezerwowała sobie pokoje w hotelach, twierdziła, że lubi swobodę, wybierała tylko takie nieco tańsze, bo pieniądze nie spadały jej z nieba.

Jeśli wypchnę dzieci, zyskam dwa pokoje gościnne z łazienką...

Więcej mi się pomyśleć nie udało, bo przed sobą ujrzałam tworzący się korek i przeszkodę na drodze. Byłam dostatecznie blisko, żeby ją widzieć dokładnie.

Traktor z dwiema przyczepami miał jakieś zamiary w kwestii wjazdu na szosę albo przejazdu przez nią. Protest zgłosił TIR z przeciwnej strony. Stał częściowo w płytkim rowie, traktor przechylił się w drugim, naprzeciwko, obie przyczepy zaś przewróciły się na środku, zawalając szosę potworną ilością siana. Możliwe, że miała w tym także jakiś udział ciężarówka przede mną.

Musiało to nastąpić przed chwilą, bo korek ledwo się zaczynał. Byłam czwarta, wliczając ciężarówkę, a tych pozostałych z daleka widziałam w ruchu, doganiałam ich.

Bardzo rozsądnie zastanowiłam się, co będzie.

Przyczepy leżą w poprzek szosy, siano w kostkach częściowo się rozleciało, skąd on wziął tyle suchego siana o tej porze roku...? Czerwiec, mokra wiosna, pierwszy pokos i już suchy...? TIR w rowie, traktor w rowie, z ciężarówki coś cieknie, chyba załatwił sobie chłodnicę. Ludzkie ręce nie dadzą rady temu wszystkiemu, musi przyjechać pomoc drogowa, dźwig, możliwe, że pogotowie i, oczywiście, policja. Jakieś domy widać, mają tu chyba ludzie telefony...? Nawet jeśli ktoś zadzwoni od razu nawet, jeśli już zadzwonił, ze dwie godziny ta zabawa potrwa, a gliny może będą chciały przesłuchać najbliższych kierowców. Trzecia godzina pewna. O, nie!

Wyjeżdżając z Warszawy, wyliczyłam sobie czas tak, żeby do Eleonory dotrzeć koło siódmej wieczorem. Jeśli postoję tu trzy godziny, o wyprzedzaniu później nie będzie mowy, bo z przeciwka pójdzie cały, nieprzerwany sznur. A tuż przede mną mały fiat. Dobiję na miejsce o jedenastej, Stasieczek wpadnie we wściekłość, bo chodzi wcześnie spać, w dodatku Eleonora uprzedzała mnie, że mają tam jakieś roboty drogowe, diabli wiedzą w co trafię w ciemnościach. Nie będę tu czekała na Godota!

Stałam akurat u wylotu bocznej drogi, która musiała wszak dokądś prowadzić, pojęcia nie miałam dokąd, bo drogowskaz został za mną, ale z pewnością dałoby się nią całe to sienne złomowisko objechać. Nawet przez wsie i opłotki będzie szybciej niż przez tę barykadę. Skręciłam bez dalszych namysłów i ruszyłam całkiem przyzwoitym, chociaż wąskim asfaltem.

Pierwszy napotkany drogowskaz poinformował mnie, że na prawo znajduje się Pepłowo. Nie chciałam na prawo, to byłby kierunek powrotny, ku Warszawie, a mnie przydałaby się raczej Nidzica. Pojechałam prosto.

Po kilometrze z drobnymi groszami asfalt się skończył i ujrzałam przed sobą zwykłą drogę gruntową, niekoniecznie równą, na tej drodze zaś maszynę rolniczą. Bez względu na to, czym była, siewnikiem, sprężynówką czy kosiarką, musiałabym ją omijać po ornym polu, bo wystawała bardzo daleko poza skraje drogi.

Gdybym jechała innym samochodem, kto wie, w jakie manowce zdołałabym się wrąbać. Ale nowa Toyota Avensis...

Rzecz jasna, nie ze swoich zarobków tę toyotę kupiłam, zapłaciła za nią rodzina australijska. Życzyli sobie, przyjechawszy, podróżować po kraju dużym i wygodnym samochodem, z klimatyzacją i wszelkimi szykanami, mnie zaś kazali się do niego przyzwyczaić. Z automatycznej skrzyni biegów musieli, na szczęście, zrezygnować, bo na automat czekało się zbyt długo, przyzwyczajenie zatem przyszło mi z łatwością, ale i tak trzęsłam się o wytworną gablotę, jak barani ogon. Łaska boska jeszcze, że miałam garaż, przynależny do nowego mieszkania, inaczej bowiem musiałabym chyba w niej sypiać. Toyoty Avensis kradli w zawrotnym tempie i żadne alarmy nic na to nie pomagały.

 

Trudno, zawróciłam przed maszyną rolniczą i pojechałam na Pepłowo.

Ujrzawszy na kolejnym drogowskazie napis Wieczfnia Kościelna, sięgnęłam wreszcie po atlas drogowy, bo trudno mi było uwierzyć, że tak dziwna nazwa może istnieć w polskim języku. Okazało się, że owszem, istnieje.

W tej Wieczfni Kościelnej zatrzymała mnie drogówka.

Chyba nie mieli co robić i uczynili to dla rozrywki, bo żadnego wykroczenia nie popełniłam i nawet szybkości nie przekraczałam, wlokąc się jak za pogrzebem i smętnie wypatrując drogowskazu na Załęże. Po co w ogóle tam stali?

– Panowie, wy mnie tu bez potrzeby łapiecie, a tam okropna kraksa na szosie – rzekłam z wyrzutem. – Nikt was jeszcze nie zawiadomił?

– Jaka kraksa? – zainteresowała się władza.

– Traktor, dwie przyczepy, TIR i ciężarówka. I bardzo dużo siana.

– Mokrego?

– Nie, suchego. W dużych kawałkach.

– Żarty pani sobie robi. Suche siano, teraz...? Po tych deszczach?

– Sama się dziwię. A jeszcze bardziej się dziwię, że stoicie akurat tutaj. Po co wam to?

– Widocznie tak trzeba. Tajemnica służbowa.

– A, rozumiem. Przestępca będzie tędy uciekał. Ale to nie ja. Nie warto na mnie tracić czasu.

– To się jeszcze okaże...

Pogawędka nam się miło rozwijała, ale przerwał ją kumpel z radiowozu, wzywając kolegę. Zdaje się, że właśnie w tej chwili dostali wiadomość o barykadzie na szosie i przestałam ich ciekawić. Pojechałam dalej.

Skończyła mi się woda mineralna w butelce, pić mi się chciało, zwątpiłam w słuszność porzucenia korka przy sianie. W jakichś Dybach wypatrzyłam sklep, owszem, wodę mineralną dostałam, ale musiałam czekać w ogonku, złożonym z dwóch osób, które zażarcie kłóciły się z ekspedientką o tajemniczy produkt, obdarzany przez nie mianem grulek. Owe grulki podobno okazały się zjełczałe i zaszkodziły dziecku. W gwałtowną dyskusję wkroczył mój samochód, któremu znudziło się oczekiwanie i zaczął przeraźliwie wyć. Wypadłam ze sklepu jak oszalała, co za cholera, już go kradną?! W Dybach...?!

Zdołałam go uciszyć pilotem, wycie zaś o tyle się przydało, że od razu sprzedano mi wodę mineralną. Widocznie chcieli wrócić do grulek bez hałaśliwych przeszkód.

Po dwóch godzinach jakimś cudem znalazłam się wreszcie w Nidzicy i wyjechałam na gdańską szosę. Moja strona była prawie pusta, w przeciwną powolutku posuwał się imponujący korek. Więc jednak dobrze zrobiłam, tamci przed sianem chyba jeszcze stali, straciłam razem półtorej godziny, a nie cztery. Proszę, jakim wspaniałym rozsądkiem się wykazałam!

Gdybym wiedziała, co z tego wyniknie...

O dziewiątej dobiłam do Eleonory, z pewnym wysiłkiem wygrzebawszy się z robót drogowych, Stasieczek dopiero szykował się do snu i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że o wpół do jedenastej piekielna toyota znów zaczęła wyć.

– Na litość boską, ucisz to, bo on się obudzi – poprosiła nerwowo Eleonora.

Prztyknęłam. Ucichło. Po chwili znów zaczęło.

Po kwadransie obudzeni już byli wszyscy wokół, morze, jak na złość, zachowywało się cicho i spokojnie, tak jakby nie mogło akurat sztormować, głusząc wszelkie inne dźwięki. Od domu Eleonory do plaży było wszystkiego raptem czterdzieści pięć metrów, przy odrobinie wysiłku walące w brzeg fale wygrałyby ze mną w cuglach, to nie, ledwo szemrało, zupa, nie morze! A cholerny samochód wył.

Stasieczek wpadł w furię, kilka osób wymyślało z daleka, kilka z bliska, Eleonora, kryjąc przygnębienie, pomagała mi otworzyć maskę, przy czym żadna z nas nie mogła domacać się blokującego prztyczka, który należało przesunąć. Podszedł jakiś facet, odsunął obie baby, wetknął rękę i maska stanęła otworem.

Rzuciłam się do środka z kluczykiem, bo wiedziałam mniej więcej, gdzie znajduje się blokada dźwięku, ale ręce mi się trzęsły i nie mogłam trafić, w dodatku zginął gdzieś ten patyk do podtrzymywania maski w pozycji otwartej, Eleonora z wysiłkiem trzymała ją w górze, żeby mi nie przetrąciła kręgosłupa, czysta rozpacz. Facet, który usunął się na stronę nie czekając na podziękowania, znów podszedł, znalazł patyk, odebrał mi kluczyk, sięgnął w głąb potwornej machiny i upiorny dźwięk wreszcie umilkł.

Ogólna ulga była wręcz namacalna.

– Pan jest bóstwo – powiedziałam głosem omdlewającym, ale bardzo stanowczo. – Dziękuję panu z całej siły!

– Na pani miejscu sprawdziłbym, czy z tego akumulatora jeszcze coś zostało – poradziło mi na to bóstwo. – Alarmy rozładowują. Jak już go szlag trafił, zastartuję pani ze swojego i podładuje pani przez pół godziny. Tu obok stoję.

– No proszę – pochwaliła Eleonora, obejrzawszy się przedtem, czy Stasieczek nie słyszy. – To się nazywa prawdziwy mężczyzna.

– Jeśli zastartuje, i tak go potrzymam na wolnych obrotach – zdecydowałam. – Niech pan jeszcze przez sekundę zaczeka, błagam pana!

– Przecież nigdzie nie idę...

Zastartował, przegazowałam go trochę, odchodzące już osoby, te, co pyskowały z bliska, obejrzały się nieżyczliwie, czego w ciemnościach nie było widać, ale dało się wyczuć w powietrzu. Zostawiłam drania na wolnych obrotach i wysiadłam.

– No i fajnie – powiedziałam zgryźliwie. – Są tu jacyś złodzieje? Stoi otwarty, z kluczykiem w stacyjce, a ja idę do domu. Okazja jak rzadko.

– Możesz posiedzieć na ganeczku – zaproponowała Eleonora z uciechą. – Zapalę lampę i dam ci coś do czytania, chyba że wolisz oka z niego nie spuszczać.

– Może uwiązać na sznurku do ogrodzenia, jak konia?

– Wyłamie sztachetę i Stasieczek się zdenerwuje...

– Mogę popilnować przez pół godziny – zaofiarował się pobłażliwie prawdziwy mężczyzna-bóstwo. – I tak tu siedzę w wozie i czekam na klienta, mam doskonały widok na to pani pudło.

Słowo „klient” zapaliło mi w pamięci jakąś malutką iskierkę.

– Niebiosa pana zesłały – powiedziała Eleonora. – Słuchaj, a właściwie dlaczego on ci tak wyje? Coś mu złego zrobiłaś?

– Nic, jak Boga kocham. Nie wiem, dlaczego wyje, to już drugi raz, a pies z kulawą nogą nawet na niego nie spojrzał.

– Pewnie założyła pani wszystkie możliwe alarmy? – wtrącił się facet. – Avensis ma spieprzoną elektronikę, to już powszechnie wiadomo. Niech się panie na coś zdecydują albo ubiorą cieplej, bo zdaje się, że jest dosyć chłodno.

Było nie tylko chłodno, ale całkiem zimno, my obie zaś miałyśmy na sobie szlafroki i ranne pantofle na bosych nogach. Eleonora ruszyła do domu po jakiś sweter dla mnie, po drodze włączyła dodatkowe światło nad swoimi drzwiami. Zrobiło się znacznie widniej, mogłam się przyjrzeć temu wysłańcowi niebios i stwierdziłam, że on mi się też przygląda.

– Czy my się przypadkiem nie znamy? – powiedzieliśmy do siebie równocześnie z lekkim powątpiewaniem.

Byłam pewna, że już go kiedyś widziałam w jakichś nieprzyjemnych okolicznościach, zaczęłam sobie gwałtownie przypominać, iskierka w mojej pamięci zamigotała intensywniej. Eleonora wybiegła ze swetrem.

– Słuchaj, po co kupiłaś samochód ze spaskudzoną elektroniką?

– Ja! – zirytowałam się. – Moja australijska rodzina taki chciała! Zapłacili za niego, to co mu miałam w zęby zaglądać.

– Aaaa...! – powiedział facet. – Już wiem. Bogaci cudzoziemcy...

W tym momencie przypomniałam go sobie. Oczywiście, ów mafijny taksówkarz-złoczyńca, na którego zabrakło mi pieniędzy...

– A, to pan! – ucieszyłam się, nie wiadomo dlaczego.

– No właśnie. Zapamiętałem panią, bo taka sytuacja rzadko się zdarza. Obcokrajowcy, a pani bez forsy. Zaraz, zapłacił wtedy za panią taki nadęty bufon...

Pomyślałam, że Dominika określenie bez wątpienia by zachwyciło i ugryzłam się w język, bo już chciałam zapytać, czy on nadal jeździ jako mafia i jak to robi, skoro mafia taksówkowa upadła. Zarazem poczułam się odrobinę nieswojo, piękny mafiozo przez siedem lat nie stracił nic ze swego uroku, ja zaś stałam tu przed nim w starawym szlafroku, przewiązanym czerwoną wstążeczką do kwiatów, rozczochrana, bez żadnego makijażu, z doskonale umytą twarzą, połyskującą figlarnie tłustym kremem na noc. Jakim cudem w ogóle mnie poznał?