Najstarsza prawnuczka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

JOANNA CHMIELEWSKA

NAJSTARSZA PRAWNUCZKA


Spis treści

Karta redakcyjna

Najstarsza prawnuczka

© Copyright by Wydawnictwo Klin, Warszawa 2011

ISBN 978-83-62136-12-4

Wydawnictwo Klin

Warszawa, ul. Bruzdowa 117H

tel. +48 501 686 786, fax +48-22-885-19-53

e-mail: m.g.klin@op.pl www.wydawnictwoklin.pl

Szczegółowe informacje dotyczące wydawnictwa i następnych książek Joanny Chmielewskiej na stronie www.joannachmielewska.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Ja, niżej podpisana, Matylda Wierzchowska, z domu Kręglewska, córka Teodora i Antoniny z domu Zawodzkiej...

– Co wypisujesz, głupia babo – powiedział zgryźliwie Mateusz, patrzący Matyldzie przez ramię, przerywając jej twórczość. – Coś ci się chyba pomyliło. To nie ty masz być własną spadkobierczynią i nie musisz wszystkich swoich babek wymieniać. W testamencie takie rzeczy o spadkodawcy wcale nie są potrzebne.

Matylda zreflektowała się, ale nie zamierzała poddać się bez walki.

– A jeżeli ja chcę to napisać, to co? Testament będzie nieważny?

– Ważny owszem, ale głupi.

– Sam jesteś głupi. Ja ci nie przeszkadzałam pisać, co ci się podobało. Wynoś się stąd.

– Nie mogę. Muszę pilnować, żebyś nie pisała andronów. Mówiłem, wezwać notariusza!

– A ja nie chcę! Notariusz też człowiek i ma gębę. Odczep się.

Rozsunęła szerzej łokcie na biurku i podjęła pracę.

...zdrowa na ciele i umyśle i w pełni sit trochę steranych wiekiem...

– Zdrowa na umyśle! – zachichotał Mateusz. – Wariatka. Już same te głupoty wystarczą, żeby wszyscy zwątpili...

– Ty półgłówek byłeś całe życie i do tej pory ci zostało! – rozzłościła się Matylda, teraz już prawie rzetelnie zirytowana. – Takie rzeczy zawsze się pisze w testamentach! Ciekawe, co sam napisałeś? Że jesteś umysłowo chory? I na ciele zramolały, ręka ci się trzęsie i nie pamiętasz własnych dzieci i wnuków?

– Nie wiem, kto tu jest bardziej zramolały! – obraził się Mateusz. – W pełni sił, znalazła się podfruwajka!

– Steranych wiekiem! – wrzasnęła Matylda.

– A że steranych, to jedno słowo prawdy...

– A jak mówiłam, żebyś wazon przestawił, to co było? Z rąk ci wyleciał! Śliski, akurat, olejem go kto smarował, akurat, ciężki niby to, akurat, kolce po oczach, akurat...

– A to już oślicą trzeba być, żeby z takim wiechciem wazon przestawiać, to do dziś dnia nie wiesz, że róże mają kolce, wazon sobie znalazła, nie dość, że srebro, to jeszcze z wodą, to i młody parobek dwóch kwintali nie podniesie...! Też chyba zgłupiałem, żeby coś takiego do ręki brać...

– A kiedyś brałeś i dobrze – wypomniała Matylda z nagłym żalem.

– A ty dłużej tańczyłaś niż orkiestra grała...!

Nagle zamilkli obydwoje, pełni ciężkiej urazy, każde do tego drugiego, że się zestarzało. Nie dostrzegali zjawiska na co dzień, trzymali się świetnie, otoczeni służbą nie odczuwali dolegliwości wieku, dopiero to wzajemne wytykanie uświadomiło im, że coś tam stracili bezpowrotnie. W gruncie rzeczy wcale nie chcieli tego odzyskiwać, starość bez uciążliwych obowiązków była całkiem przyjemna.

– Już też nie masz kiedy mi tego wymawiać tylko akurat teraz – powiedziała gniewnie Matylda. – Czego mi tu w ogóle nos wtykasz, chcę napisać testament i napiszę, żeby nie wiem co! Po swojemu. A ty mi przestań głowę zawracać!

Mateusz jednakże zdenerwował się poważnie. Ten idiotyczny wazon rzeczywiście okazał się dla niego za ciężki, jego podupadła męskość stała się zagrożona ostatecznie, nie chciał się na to zgodzić. Złe w niego znienacka wstąpiło.

Siedział w milczeniu, pęczniejąc protestem, tak długo, że Matylda, porzuciwszy ozdobniki, zdążyła napisać przeszło połowę testamentu, bez przeszkód z jego strony.

...zapisuję synowi mojemu, Tomaszowi, posiadłość moją posagową w miejscowości Placówka pod Warszawą razem z ogrodem cztery morgi i domem drewnianym razem ze wszystkim, co się w nim znajduje, bez żadnych warunków i zastrzeżeń, za wyjątkiem tego, żeby portretów rodzinnych, mojej babki i dziadka, nigdy nie sprzedał. Zapisuję córce mojej, Hannie z męża Kolskiej, drugą moją posiadłość posagową, a to dwór stary z ogrodem i sadem półtorej włóki w miejscowości Kośmin pod miastem Grójcem i niech z tym robi, co chce. Zapisuję mojemu młodszemu synowi, Łukaszowi, pięćdziesiąt tysięcy złotych, w banku państwowym na moje nazwisko leżące. Zapisuję mojej młodszej córce, Zofii, z męża Kosteckiej, trzydzieści tysięcy złotych, w tymże banku leżące. Zapisuję moim wnuczkom, a to: Barbarze, córce Tomasza, Dorocie i Jadwidze, córkom Hanny, Katarzynie, córce Łukasza, oraz Danucie, córce Zofii, wszystkie moje precjoza i klejnoty. Garnitur diamentowy dla Barbary. Garnitur z rubinów dla Doroty. Szafirowy dla Jadwigi. Szmaragdy dla Katarzyny. Diamentowy z rubinami i perłami dla Barbary. Każdą z tych rzeczy pozostawiam w puzderku jak się należy oznaczonym. Ponadto najstarszej mojej prawnuczce po kądzieli, córce Doroty, a wnuczce Hanny, przeznaczam mój pamiętnik, w młodości pisany, razem z puzdrem, w którym się znajduje. Zabraniam ów pamiętnik czytać komukolwiek pod karą wydziedziczenia, z wyjątkiem mojej najstarszej prawnuczki po kądzieli. Ponadto tejże prawnuczce zapisuję dom po mojej babce w miejscowości Błędów...

Więcej Matylda napisać nie zdołała, mimo iż ten rodzaj twórczości zaczął jej się bardzo podobać, ponieważ Mateusz zakończył właśnie proces pęcznienia.

Przez te kilka krótkich chwil, niczym tonącemu, przeleciało mu przez głowę całe życie i wszystkie pretensje do żony. Satysfakcję sprawiała mu myśl, że sam, w swoim wcześniej sporządzonym testamencie nic jej nie zapisał, wszystko rozdzielił pomiędzy dzieci i wnuki. Ona miała majątek własny, zabezpieczony intercyzą, nie musiała mieć więcej. Doskonale wiedział, że w odwecie też mu nie zostawi żadnego legatu, chociaż kto ją tam wie, co posiada naprawdę...

Owe rozdysponowane właśnie bogactwa przedstawiały się znacznie bardziej imponująco na piśmie niż w rzeczywistości. Pieniądze w gotówce istniały, to fakt, ale posiadłości były raczej skromne i w nie najlepszym stanie, gdyby chciało się je wszystkie porządnie odrestaurować, nie wiadomo, czy starczyłoby funduszów, owe garnitury jubilerskie zaś nie całkowicie zasługiwały na swoją nazwę. Naszyjniczek albo wisiorek na złotym łańcuszku, do tego kolczyki, bransoletka lub broszka, kilka pierścionków, nic wstrząsającego, tyle że Matylda umiała poskładać z tego eleganckie komplety. Jednakże nie było to wszystko... Mateusz wielokrotnie zastanawiał się, co też żona zrobiła ze spadkiem po swojej babce, tej z portretu w drewnianym domu, która kto wie, czy przypadkiem nie była dziecięciem samego Napoleona. Krążyły w rodzinie plotki, jakoby prababcia, kobieta wielkiej urody, wpadła cesarzowi w oko i we właściwym czasie córeczka pojawiła się na świecie. Klejnoty dla dam były wówczas w modzie. Matylda odbyła jakąś poufną konferencję z babcią leżącą na śmiertelnym łożu i rezultaty tej konferencji starannie przed mężem ukryła. Informacji żadnych udzielać nie chciała, zarzuciła mu interesowność, aż w końcu Mateusz uniósł się honorem i zaniechał pytań, co mu przyszło o tyle łatwo, że braków finansowych nie odczuwał.

– Czekaj, przyjdzie jeszcze koza do woza – rzekł tylko mściwie, krótko po pogrzebie babci.

– Akurat! – odparła zwycięsko Matylda, świadoma już wówczas, iż własnym majątkiem gospodarować potrafi.

Po czym napoleoński spadek został okryty urażonym milczeniem. Mateusz przez lata całe słowa nie mówił, nawet jeśli na jego żonie przy wielkich okazjach coś niezwykłego błyskało. Tak naprawdę w trakcie owego pisania testamentu zaglądał jej przez ramię z czystej ciekawości, czy coś na ten temat napisze.

Prawdziwie pański dwór, którego na starość już prawie nie opuszczali, rozsiadły na setkach hektarów, mieścił się w okolicy Głuchowa, blisko Warszawy. Wszystkie posiadłości leżały dookoła Warszawy, bo od lat rodzina związki małżeńskie zawierała w sąsiedztwie i nie wychodziła poza Mazowsze. Po pierwszej wojnie światowej wszyscy byli z tego nad wyraz zadowoleni i Mateusz nie omieszkał żonie dość często wytykać konkurenta z kresów, krewniaka Potockich, omal nie wybranego, zubożałego obecnie doszczętnie. Proszę, wahała się, wykluwała mu nim oczy, a proszę, proszę, trzeba było. Teraz by się tu włóczyła o żebranym chlebie...

– Długo bym się nie włóczyła, bo ten od ciebie w gardle by mi stanął i na śmierć zadławił – odpowiadała jadowicie Matylda. – A i tak moje by zostało, nie do ukąszenia. Tu cię gryzie, co?

W gruncie rzeczy miała rację, jej faktyczna separacja majątkowa denerwowała Mateusza niewymownie. O intercyzę ślubną zadbał teść przy pomocy żydowskiego prawnika, zaprzyjaźnionego z nim z niewiadomych przyczyn, gdzieś tam, kiedyś, życie sobie ratowali wzajemnie czy coś w tym rodzaju i żydowski prawnik trząsł się nad przyjacielem niczym barani ogon, pilnując jego majątku więcej niż własnego. Jego córki również. Mateuszowi posag żony potrzebny był jak dziura w moście, nie dla posagu z nią się żenił, ale jej pełna samodzielność była nieznośna. Nie miał nad nią żadnej władzy. Niczego nie mógł jej zabronić, mogła robić, co chciała, kupować kiecki, wojażować, przyjmować gości i nawet, zgroza absolutna, własne pieniądze stawiać na wyścigach...!!!

 

Co też niekiedy czyniła...

Chwilami czuł się tak, jakby wcale nie miał żony, tylko kurtyzanę pełną kaprysów, zdolną porzucić go, kiedy zechce. Niewątpliwą zaletą kurtyzany był fakt, że nie zamierzała go zrujnować i obdarzała wielce udanymi dziećmi. Ponadto, dzięki temu odczuciu, inne kurtyzany nie wchodziły w rachubę...

Zgodziła się jednakże, dobre i tyle, by zasadniczą siedzibą uczynić dom jego przodków, urządziła pięknie pałacowaty dwór i zarządzała nim konkursowo, idąc z duchem czasu umiarkowanie i bez przesady. No, może trochę zbyt szybko łapała nowe wynalazki, tę jakąś niepokojącą elektryczność, łazienki z ciepłą wodą, telefon i samochody, zdaniem Mateusza wymysły szatana, które z czasem okazywały się, mimo piekielnego pochodzenia, użyteczne. Wariactwo to było czyste, ale znów niczego nie mógł jej zabronić, odmawiając pieniędzy, skoro płaciła swoimi. Zły był na nią przez to całe życie, a zarazem bezsilny, bo w dodatku kochał ją dziko i jej urodzie nie umiał się oprzeć.

Raz jeden tylko stało się inaczej.

Wydarzenie to było tak osobliwe i wstrząsające, że zuchwała, nieprzyzwoicie samodzielna Matylda złamała się i z łkaniem padła mężowi na pierś, żądając pomocy, co Mateusza tak zaskoczyło, że owej pomocy bez namysłu i z wielkim zapałem udzielił. Nastąpiło to w półtora roku po pogrzebie błędowskiej babci, kiedy obydwoje byli jeszcze bardzo młodzi i nawet wszystkich dzieci nie zdążyli spłodzić.

Na pogrzebie oczywiście byli, Matylda, główna spadkobierczyni, musiała zadbać o przyzwoite załatwienie sprawy ze stypą włącznie. Zarządziła co należy, rozsądnie ograniczyła ilość służby i dopiero po odjeździe rodziny i gości pokazała pazury. Uparła się zostać na miejscu na cały czas dokonywania niezbędnego remontu. Nie pomogły żadne argumenty, przekonywania i groźby, osobiście postanowiła dopilnować wszystkich robót, decydując o ich zakresie na bieżąco. Mateusza omal szlag nie trafił, sam musiał wrócić do domu, gdzie zostały pierwsze dzieci, sianokosy, cielące się krowy i młode konie, trenowane do wyścigów. Miał do wyboru: zaniedbać sprawę i zubożeć albo zadbać o wszystko i nadal być bogatszy od żony. Zubożenia by nie strawił ambicjonalnie...

Matylda wróciła dopiero w końcu lipca, wzajemna irytacja i dzika kłótnia rzuciła ich sobie w ramiona, dzięki czemu w następnym roku urodził się Łukasz, w półtora miesiąca później zaś przydarzyło się właśnie to coś okropnego.

Przy kolacji siedzieli, kiedy z Błędowa przybył posłaniec na prawie ochwaconym koniu. O świtaniu wyjechał, żeby przywieźć wieść straszną. Zbrodnia jakaś tajemnicza stała się we dworze, trup leży jeden, a drugi raniony, pode dworem zaś jakiś obcy, też ledwo dycha i czarne postacie uciekły...

Wtedy to, na ów pośpiesznie i niewyraźnie wydyszany komunikat, Matylda doznała chwilowego upadku ducha i uznała wyższość męża, szlochając mu na łonie. Mateusz też się zdenerwował, aczkolwiek więcej zdumiał, w żonie nareszcie ujrzał całkiem słabą kobietę i szarpnęła nim rycerska męskość, tak długo tłumiona i niedoceniana. Natychmiast kazał zaprzęgać i ruszać, noce w czerwcu krótkie, ponadto świeciła pełnia księżyca...

Wszystko to zdążył sobie teraz wspomnieć i wybuchła w nim żądza czynu.

Niegdyś, za młodych lat, bez trudu mógł chwycić fotel razem z małżonką i unieść go w górę, ciesząc się z jej pisków i krzyków, delektując się później podziwem w jej oczach. Ni z tego, ni z owego poczuł się zdolny uczynić to samo także i obecnie. Zerwał się z krzesła, nie bacząc kompletnie na swój wiek ani też zmianę wagi żony, której przybyło dobre dwadzieścia pięć kilo, chwycił poręcze jej fotela i poderwał go w górę. Zaskoczona Matylda krzyknęła i zrobiła kleks na testamencie. Mateusz zamierzał okręcić ją w koło i postawić na tym samym miejscu, ale nie najlepiej mu wyszło, poderwany fotel z powrotem runął w dół. Matylda z wielkim hukiem znalazła się tam, gdzie była, a mąż zastygł za nią, pochylony niczym w ukłonie, z dłońmi na poręczach. Ból straszliwy w kręgosłupie unieruchomił go radykalnie.

Pierwsze minuty po tym przedsięwzięciu przypominały koniec świata. Matylda ugrzęzła w siedzisku, z kolanami pod biurkiem, bez żadnej szansy wyjścia na wolność i swobodę, ani wyleźć, ani odsunąć się od mebla, dzwonka na służbę nie mogła dosięgnąć. Mateusz za jej plecami, z zaciśniętymi zębami, trwał niczym kamień, razem tworzyli pomnikową grupę. Na szczęście przy każdym jej drgnięciu wydawał z siebie straszne krzyki, które zwróciły wreszcie uwagę domowników, kamerdyner zapukał i zajrzał do gabinetu, z energią wielką Matylda wydała rozkaz sprowadzenia lekarza i zabrania jaśnie pana, pierwsze zostało wykonane błyskawicznie, drugie napotkało nieprzezwyciężone trudności. Jaśnie pan nie pozwalał się dotknąć. Stał zgięty w ukłonie za plecami małżonki, blady śmiertelnie, i od czasu do czasu okropnie krzyczał. Unieruchomiona za biurkiem jaśnie pani, po pierwszych chwilach dzikiego popłochu, straciła cierpliwość.

– Niechże chociaż coś z tego mam – powiedziała histerycznie i zamaszyście podpisała testament. – Feliks tu podpisze. I niech przyjdzie jeszcze ktoś, kto umie pisać, Słowikowska może być...

W ten sposób i z tak niezwykłej przyczyny testament Matyldy Wierzchowskiej nie uzyskał zaplanowanego, barwnego zakończenia, nie sprecyzował legatów dla służby i został podpisany przez testatorkę i świadków jakby w połowie, przy akompaniamencie strasznych krzyków i jęków jej małżonka, który, jako człowiek niezwykle wytrzymały, zemdlał z bólu dopiero w chwili przybycia domowego lekarza. Dzięki czemu zdołano wreszcie oderwać go od poręczy fotela i przenieść na łoże boleści.

Przy pełnej aprobacie lekarza miejscowy znachor wepchnął mu na właściwe miejsce wypsnięty z kręgosłupa dysk i Mateusz prawie całkowicie wrócił do zdrowia. W Matyldzie jednakże, po tym całym zamieszaniu, pozostało głębokie przekonanie, iż sprawę testamentu załatwiła do końca jak należy. Zalakowała go w kopercie i zajęła się mężem, wściekła na niego za nieodpowiedzialny wygłup.

Działo się to roku pańskiego 1930, akurat w środku między dwiema wojnami.

***

Wypadki, jakie zaszły w Błędowie i mignęły załamaniem Matyldy, opisane zostały dokładnie przez ubogą krewną, niejaką pannę Dominikę Błędowską, piastującą we dworze stanowisko gospodyni. Oważ Dominika, panienka już blisko trzydziestoletnia, nie kryjąc lekkiego rozgoryczenia, bo wszak cały Błędów przed wieloma laty do Błędowskich należał, a tu ona, Błędowska, ninie omalże nie na łaskawym chlebie, tak oto zmienne są losów koleje i taki skutek rozpusty pradziadka, dziadka i tatusia... niewiele mając do roboty, prowadziła diariusz systematycznie i rzeczowo. Więcej w nim było konkretów niż rzewnych westchnień, bo ze zwyczajnych nudów każde jajko, zniesione poza kurnikiem, stanowiło wydarzenie.

Jasne jest zatem, iż wstrząsająca sensacja została wyeksponowana właściwie.

16 czerwca roku pańskiego 1878

Teraz dopiero, przed wieczorem, usiąść mogę, żeby opisać rzeczy straszliwe i nie do pojęcia, jakie zaszły od wczorajszego dnia i któż by czegoś podobnego mógł się spodziewać! Jeszcze nie mogę przyjść do siebie i ręka mi się prawie trzęsie, a umysł ogarnąć takiego okropieństwa nie może. Ale niechże spróbuję w kolejności, może i sama uspokojenia niejakiego doznam, bo o śnie nie byłoby co i myśleć.

Nauczono mnie od dzieciństwa porządku i systematyczności, przeto niechże teraz z owych nauk skorzystam.

Tak oto dzień wczorajszy przeszedł, jakom już opisała, i pacierze zmówiwszy, spać się układłam i sen mnie ogarnął, czystemu sumieniu właściwy. Co mi się śniło, nie pamiętam, ale nagle zbudziły mnie jakoweś hałasy. Jakoby krzyki i łomotanie. Pierwsze, com pomyślała, jeszcze senna trochę, to że pożar, ale krzyków „gore!” nie słyszałam. Ledwom usiadła na łóżku, na dole, pod moimi nogami, znowu się rozległo walenie straszne, krzyk rozpaczliwy zabrzmiał, huk okropny i nagle wszystko umilkło. Drżąc cała, chwilę jeszcze siedziałam, aż myśl, że ja tu jestem gospodynią i o samo jedno własne życie dbać nie mam prawa, ta myśl sił mi dodała. Wyskoczyłam z łóżka, szlafrok narzuciłam na siebie, pantofle moje domowe stały na swoim miejscu, nogi w nie wsunęłam i już chciałam ku drzwiom się rzucić, kiedy przyszło mi na myśl, że ciemność we środku domu panuje. Zapaliłam przeto świecę i z nią w ręku na wschody wyszłam.

Cisza na dole już była, alem szepty jakoweś i jęki ciche usłyszała, światło też przebijało od kuchennej strony, przetom pomyślała o służbie, bo wszak wrzawa tak straszna wszystkich winna pobudzić. Lęk mi zelżał nieco. Ozwałam się, pytając „kto tam”, głosem trochę nie swoim, aleć kamerdyner stary, Kacper, rozpoznał mnie i odpowiedział:

– Czyli to panna Dominika?

– Jam jest – odparłam. – Cóż się tam stało i skąd te hałasy?

Jakom nieraz już pisała, służba mnie szanuje. Mniemam, iż na pytanie stanowcze odpowiedzi wszyscy chcieli udzielić. Świece wysunięto, ujrzałam, iż za Kacprem cała prawie służba się zgromadziła, a mówić zaczęli wszyscy razem, z czego nic nie mogłam wyrozumieć. Zeszłam przeto po wschodach na dół i nakazałam mówić kolejno.

Rychło wyszło na jaw, że pierwsza jakoweś hałasy usłyszała Madejowa, kucharka, którą gniecenie wątroby snu pozbawiło. Źle śpiąc, obracała się na swoim posłaniu, aż dobiegły jej dźwięki jakoweś, jakby kto chodził i meble trącał. Przeto wstała i do Kacpra się udawszy, któren jest jej krewnym, też go obudziła. Kacper, sen lekki mając, zaraz wstał, lokaja Albina obudził i kazał mu obaczyć, co też się dzieje na pokojach, bo hałasy owe dobiegały jakby z salonu, jadalni, biblioteki, lubo też może z gabinetu. Wielce zaspany Albin, sam może nie wiedząc, co czyni, wziął świecę i, nijakiej ostrożności nie zachowując, tamże się udał. I zaraz potem, ledwo po mgnieniu, rzeczy okropne na nowo się zaczęły, łamanie mebli, krzyki, łomoty, służby reszta na równe nogi stanęła, szyby tłuczenie się rozległo, na co z nagła chłopak kredensowy... a muszę wyznać, że przez dobrą chwilę jego imienia nie mogłam sobie przypomnieć, ale teraz już wiem, Apoloniusz, Poldzio go zwą, wyskoczył zza ludzi i za Albinem podążył. I znów krzyk straszny się rozległ i łomot brzęczący. Zamarli wszyscy, o co żalu do nich mieć nie mogę.

Tak oto staliśmy, mówiąc do siebie cichym głosem, kiedy jedna dziewka kuchenna, Marta niejaka, wielka i silna niezwykle, krzyknąwszy nagle, iż oknem skaczą, do drzwi się rzuciła. Kacper jej pomógł otwierać, wypadli wszyscy. Nie pozostałam zbytnio w tyle, własnymi oczami ujrzałam, jak czarne jakieś osoby uciekają w ogród, sama już nie wiem, dwie ich było czy trzy. Jedna zaś pada przy słonecznym zegarze. Marta się na nią rzuciła, za gardło chwytając i głową onego waląc o podstawę marmurową, aż ją Kacper oderwał.

Wejść do onych pokojów, gdzie się wszystko zaczęło, nikt nie miał odwagi. Przeżegnawszy się przeto, ruszyłam pierwsza, bo to był mój obowiązek.

W jadalni człeka żadnego nie było, a w salonie jeno potłuczone wazony, połamane dwa krzesła, lustro zbite i gruzy różne, w gabinecie jednakowoż, zaraz u wejścia do biblioteki, ujrzałam widok straszny. Lokaj Albin leżał nieżywy w krwi kałuży...

Przerwać relację musiałam, sole trzeźwiące wzięłam i kieliszek starki, by móc pisać dalej, bo obrazy owe, wspomniane, omal mnie przytomności nie pozbawiły.

Tedy lokaj Albin leżał nieżywy w gabinecie. W bibliotece zaś jęczał strasznie Poldzio, chłopak kredensowy. Zrujnowane było mnóstwo rzeczy, ale nie bardzo, bo nawet szafa przewrócona nie połamała się, tylko hałasu narobiła. Szyba widniała wybita w salonie, nie wiem po co, bo są tam portefenétry, do ogrodu wiodące. Onegoż spod zegara słonecznego Marta razem z Kacprem do domu wciągnęli i zaraz potem zarządziłam, żeby po felczera jechać a po drodze zawiadomić policmajstra. Nigdy w życiu moim rzecz taka na mnie nie spadła, alem słyszała, że złe czyny rozmaite, rozboje i kradzieże, policja bada i złoczyńców łapie. Razem wystałam umyślnego do kuzynostwa.

I felczer, i policmajster przybyli tu rychło, felczer rzekł, iż nasz Poldzio wyjdzie z tego, ledwo ranny, za to ów obcy spod zegara słonecznego mocno ucierpiał na głowę. Może i zdoła coś powiedzieć, tak rzekł, ale nie jest to pewne, i trzeba było tłuc nim troszeczkę słabiej.

Nikt nawet nie miał pretensji do Marty i nikt nie zdradził, że to ona tłukła, bo, jak wyszło na jaw między służbą, lokaja Albina upodobała sobie nadmiernie. Choć to gorszące, pojąć jej wzburzenie można.

 

Cóż to było jednakże, co za wdarcie się do nas i po co? Ochłonęłam już nieco, o wczesnym świcie powiedziałam wszystko. Starałam się zachować spokój i rozsądek, chociaż wiele wysiłku mnie to kosztowało, i zostałam nagrodzona przynajmniej uznaniem ludzkim. Asystent pana policmajstra, niejaki pan Andrzej Romisz, nader grzeczny osobnik, zadawał mi pytania o wschodzie słońca i na końcu powiedział mi rzecz komplementową, że marzyłby o tym, żeby wszyscy świadkowie tak mówili, jak ja. Mimo iż kobieta, która przeżyła wstrząs straszliwy, jednakże odpowiadam mu rzeczowo, spokojnie i bez żadnej przesady. Bardzo mnie to podniosło na duchu.

17 czerwca

Wczoraj o zachodzie słońca przyjechali kuzynostwo. Pół nocy upłynęło na składaniu relacyj i wyjaśnień i dopiero teraz mogę się zwierzyć samej sobie. Nie ukryję przed sobą, że ciekawi mnie niezmiernie, co się właściwie stało i z jakiego powodu. Kuzynka Matylda mdlała prawie, kuzyn Mateusz wszystkich pytał, czy co zginęło, ale co miało ginąć, skoro cenności żadnych tu nie ma. Od samego rana prawie pan Romisz z żandarmami dom i okolicę penetrowali, ciągle pytając, aż wyszło im, że jakowiś złoczyńcy od ogrodu się wdarli, a że salon w odległości leży, tedy nikt ze służby, śpiący, by nie słyszał I tylko wątroba Madejowej sprawiła, że nic nie wynieśli, a sama rozmyślam, co by mogli wynieść, i tak dochodzę, że może wazy chińskie, podobno bardzo stare, albo portrety ze ścian w złoconych ramach kosztownych, bo pieniądze, co są na utrzymanie domu, w szkatule co wieczór do swojego pokoju sama przenoszę, o czym nikt nie wie.

Ninie mam wolną chwilę, bo kuzyn Mateusz z rządcą, policmajstrem i doktorem konferuje, nad pogrzebem nieboszczyka Albina radząc i nad wieściami dla jego rodziny, a już im rzekłam, skąd nieboszczyk pochodził, bom to wiedziała. Poldzio też, ów kredensowy, przytomność odzyskawszy, wyznał, że wpadł do jadalni i ujrzał, jak w progu między biblioteką a gabinetem świętej pamięci Albin mocuje się z dwoma zbirami, przeto skoczył mu na pomoc i chwyciwszy szczypce kominkowe, walnął jednego bardzo silnie. A jak potem się bili, to już nie pamięta, bo rychło przytomność stracił.

Zbir, przez Martę potłuczon, w pokoiku przy czeladnej leży i żandarm jeden go pilnuje. Nic jeszcze nie rzekł, ciągle nieprzytomny, doktór zasię wzbronił go ruszać, bo z tego mógłby umrzeć, nic nie rzekłszy do końca i wcale, a jedyne to źródło, by się czego dowiedzieć. Porządki na pokojach już zostały uczynione, z czego widać, że największy hałas był z figury alabastrowej, strąconej ze słupka w bibliotece, i zastawy srebrnej co w jadalni zleciała wraz z nadstawką i gzymsem kredensowym. Owej figury mi nie żal, bom jej nigdy nie lubiła, jako nieprzyzwoitej i gorszącej, nikomu tego nie powiem, ale prawie raduje mnie, że się potłukła.

Kuzynka Matylda od podwieczorku zamknęła się w bibliotece i nakazała sobie nie przeszkadzać w żałości, chociaż, by prawdę powiedzieć, nie wiem z czego ta żałość, boć chyba nie z onej potłuczonej figury i nie z nieboszczyka Albina, który ledwo trzy lata temu nastał i prawie wcale go nie znała. Tedy nad czym rozpacza?

Oto wołają mnie już...

19 czerwca

Wieczór późny i dopiero ninie spokój nastał. Wczoraj ni jednej chwili dla siebie nie miałam, a i dziś było urwanie głowy. Po porządku napiszę.

Onegdaj wieczorem, kiedym wezwana została, odnaleziono stróża z rozbitą głową, ale żywego, i tu widzę, w jaką alterację musiałam popaść, sama o tym nie wiedząc, bom ni słowem o nim nie napomknęła, a wszak rozważano gwałtownie, co też się z nim stało, gdzie się podział i dlaczego domu nie pilnował. Psów też nie było. Wróciły wielce pokorne, z czego można mniemać, że wszystkie trzy poleciały za suką i one dopiero go znalazły. Wywęszyły w samym kącie ogrodu, gdzie leżał, gałęziami i liśćmi wielkimi osłonięty, tak że go wcale widać nie było. Już otrzeźwiony, gada słabo, ale gada, że psy istotnie za suką przybłąkaną poleciały, on zaś je wzywał i nawet nie wie, co go w głowę walnęło. Pan Romisz powiada, że jakby był przy tym. Stróż na psy apelował, sam hałas robił i nic nie słyszał, jak się za nim zbóje podkradli i od razu walnęli, a z krzyków na psy wiedzieli, gdzie jest, przeto w innym miejscu przez mur przeskoczyli. Łaska boska, że chociaż z życiem uszedł, a psom to zawdzięcza, boć one go odnalazły i szczekaniem cienkim ludzi zwabiły.

A zaraz potem ów złoczyńca za czeladną leżący odzywać się począł, ale jęczał tylko i rano dopiero słowa wymówił, które się dało zrozumieć. Kuzynka Matylda poszła go obaczyć i na twarzy się zmieniła, ale nic nie rzekła. Mniemam, iż go musiała znać i rozpoznała, ale swoje mniemanie zachowam dla siebie, skoro ona się z tą znajomością kryje. Pan Romisz mi wyjawił, co też myśli, że ów rzekł, a jest to pomocnik kowala spod Grójca, majaczył pewno, bo gadał o pijaństwie. Samam nic z tego nie pojęła. Jako pijany był i sekret jakowyś zdradził, a insi go namówili. Do napaści na dwór, ale to już pan Romisz sam ze siebie wydedukował, bo zbir gadał słowa bez nijakiego sensu. Jakowąś bułę wymieniał, ninie już wiem, iż Buła jest to człek podejrzany, zwany tak z racji bułowatej figury. Schwytają go lada chwila.

Kuzynka Matylda cały czas stała w nogach łóżka z twarzą taką, żem w sobie ścierpła, słowa nie mówiąc i tylko patrząc na onego okropnie. Aż krzyknął wreszcie: „Szymon!” i od tego zaraz ostatnią parę puścił. Kuzynka Matylda wzdrygnęła się na to, a potem jakby zmiękła w sobie, dalej nic nie rzekła i wyszła. Kto by był ów Szymon, tego nie wiem, może drugi zbrodzień.

A zaś potem zaraz, jakby mało było wszystkiego, kuzynka Matylda wielkie porządki jęła czynić w bibliotece, sama książki przebierając i w skrzynie pakując, po czym znosić je do piwnicy kazała, a drugie, które tam stały, na górę wynosić, zasię potem na odwrót i tak na cały prawie dzień zamieszanie wielkie uczyniła. Kuzyn Mateusz, w komitywę wszedłszy z policmajstrem, pomocą mu służył, i tak, o świtaniu, onych dwóch zbójców schwytali, od czego wszyscy odetchnęli z wielką ulgą. Za to w domu takie się coś porobiło, żem niemal głowę straciła i sama już nie wiem, co jedli, obiad czyli wieczerzę, a pilnować musiałam bezustannie, bo kucharce wszystko z rąk leciało.

Dziś nareszcie spać poszli dosyć wcześnie, a jutro odjeżdżają zaraz po śniadaniu, chyba że jeszcze co będzie.

21 czerwca

Otom w złą godzinę napisała, jakoby w przeczuciu. Dziś rano dopiero kuzynostwo odjechali, bo wczoraj najpierw przy śniadaniu gorsząco się posprzeczali, kuzynka Matylda rzekła nagle, iż do domu nie wraca, jeno na jakiś czas zostaje, a kuzyn Mateusz nijak jej na to nie zezwalał. Krzyki były, aż całą służbę musiałam od jadalni na drugą stronę usunąć, kuzynka Matylda od stołu uciekła, kuzyn Mateusz gonił za nią, efekta zaś były takie, że na podróż zbyt późno się zrobiło. Przeto zostali oboje i kuzynka Matylda znowu się zamknęła w bibliotece, a zaraz potem pan policmajster z panem Romiszem przyjechali i zeznania onych złoczyńców dostarczyli. Pożałowałam szczerze, wyznam to sama sobie, że nie pan Romisz tylko i że nie do mnie, więcej bym się bowiem zapewne dowiedziała, a i sympatię on budzi, chociaż policjant.

Ale i tak wiem już, co owi zbóje rzekli. Onże pomocnik kowala powiadał im, pijany całkiem będąc, jako we dworze wielkie skarby się znajdują, gdzieś tam ukryte, a on zna drogę do nich. Miejsca wyjawić nie chciał, głupkowato się śmiejąc i obiecując, że ich zaprowadzi. Oni też pijani być musieli, bo mu uwierzyli, a potem, wytrzeźwiawszy, namowom jego ulegli tak, że teraz nie wiadomo kto tu najwięcej zawinił i kto kogo do czego nakłaniał. Pan Romisz powiada, że na nieżywego winę zrzucają, bo się już bronić nie może, a sami gorsi od niego, o czym policja wie dobrze. We czterech razem poszli rabować dwór, stróża zranili całkiem tak, jak pan Romisz mówił, a oną sukę ze wsi, ciekającą się akurat, sami przy ogrodzie puścili, wiedząc dobrze, iż wszelkie psy za nią pójdą. Jeden na dworze został do pilnowania, a trzech wdarło się drzwiami od ogrodu do salonu, a dalej do gabinetu, bo ów nieboszczyk jakiś był niepewny i po ścianach macał to w jadalni, to w bibliotece, to w gabinecie, od czego się hałasy czyniły. Aż wlazł im tam z nagła lokaj i sam rzucił się na nich, przeto się tylko bronili, ale on nie popuszczał, no i w końcu nieboszczyk go zabił, a oni opędzać się musieli od drugiego sługi. Wszystko nieboszczyk! Co nieprawdą jest całkiem, bo Poldzio, nim przytomność stracił, dosyć zobaczył i przysięga, że ów krył się raczej, a lokaja Albina ci dwaj właśnie mordowali.