Hazard

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

JOANNA CHMIELEWSKA

HAZARD


Spis treści

Karta redakcyjna

WSTĘP (bardzo krótki)

UWAGI OGÓLNE

TIVOLI

PRATER

AUTOMATY JAKO TAKIE

RULETKA

BLACK-JACK

KASYNA JAKO TAKIE

BINGO

KOŚCI

BRYDŻ

POKER

WYŚCIGI

ZAKOŃCZENIE (odrobinę dłuższe niż wstęp)

© Copyright by Wydawnictwo Klin, Warszawa 2011

ISBN 978-83-62136-31-5

Wydawnictwo Klin

Warszawa, ul. Bruzdowa 117H

tel. +48 501 686 786, fax +48-22-885-19-53

e-mail: m.g.klin@op.pl www.wydawnictwoklin.pl

Szczegółowe informacje dotyczące wydawnictwa i następnych książek Joanny Chmielewskiej na stronie www.joannachmielewska.pl

Konwersja: eLitera s.c.

WSTĘP (bardzo krótki)

Niech się nikomu nie wydaje, że piszę ten utwór bezinteresownie, żadne takie. Piszę go podstępnie, z wielką nadzieją na oddźwięk z kasyn. Mianowicie liczę na to, że wszystkie uczynią mnie honorowym gościem, ze wstępem gratis i wolnym drinkiem, co ich z pewnością nie zrujnuje, bo koniaku i szampana nie lubię, a więcej niż pół litra bardzo mi szkodzi.

Nie wiem tylko, czy te kasyna to w ogóle przeczytają...

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

UWAGI OGÓLNE

Zacznijmy delikatnie.

Hazard. Cóż to jest hazard?

Niewątpliwie rodzaj namiętności. Namiętności zaś bywają rozmaitego gatunku. Niekoniecznie muszą przybierać postać naganną i stawać się zgubne, zdarzają się nawet zgoła pożyteczne, ale uczucia budzą prawie dokładnie takie same.

Na przykład ryby.

Nikt nie przyrówna niewinnego wędkarza do hazardzisty-szaleńca, który fortunę przodków oraz własną puszcza z wizgiem w Monte Carlo, względnie w jakiejkolwiek innej jaskini rozpusty. Wędkarz jest to istota łagodna, niechętnie widziana wyłącznie przez ryby, które głosu nie mają i krzyku wielkiego z siebie nie zdołają wydobyć. No, może jeszcze małżonka wędkarza powie, co myśli...

A jednak...

To piknięcie w sercu, kiedy spławik zaczyna drgać, ta eksplozja nadziei, ten skok emocji, bierze...? Nie bierze...? Wzięła...!!! Ten dziki dreszcz, kiedy czuje się ciężar wędziska, ten wybuch entuzjazmu, kiedy na końcu żyłki pojawia się potwór... Dech zapiera!

Co prawda, na końcu żyłki może pojawić się zdewastowana uprząż dla konia, od dawna ugrzęźnięta w mule, lub też mocno przechodzony trup, sama radość dla twórcy-kryminalisty, dla wędkarza raczej rozczarowanie, ale też sensacja, nie wdawajmy się jednak w wydarzenia aż tak nietypowe. Istotne są doznania. Nikt nie wie o wschodzie słońca, z czym wróci o zachodzie i wypisz wymaluj, to samo dotyczy wszystkich innych dziedzin.

A czymże są grzyby?

Idzie taki do lasu, oko mu biega dookoła głowy, noga za nogą, krok za krokiem i oto jest! O Boże! Prawdziwek jak byk...!!!

Kto nie zbierał, ten nie zrozumie. Łomot w sercu, gorąco wszędzie, rozkwit szczęścia i zachłanności, jest jeden, tuż blisko powinien być i drugi, więcej, więcej...!

Grzybiarze w zasadzie tępieni są tylko przez służbę leśną.

Albo jednostka płci odmiennej... Rodzaj wzruszeń poniekąd najbardziej rozpowszechniony i ogólnie dość znany. Oko wyławia taki cud natury, upragnioną postać, odpowie nam wzajemnością czy nie...? Spojrzy? Nie spojrzy? Zaprosi...? Przyjmie zaproszenie...?

Co tam, pewnie, że spojrzy, zaprosi, przyjmie, umówi się i tak dalej, nie to jest ważne, tylko owe doznania na kolejnych etapach, bez względu na to, czy idzie o ślub i dzieci, czy też o jedną upojną noc. Ta niepewność, wymieszana z nadzieją... Łowi się rybę...

Zaraz, bez przesady. Odczepmy się od wędkarzy i wróćmy do namiętności jako takich.

Kto ich nigdy nie zaznał, zmarnował życie i sam sobie jest winien.

Bo niby dlaczego facet włazi na cholernie wysoką górę, narażając co najmniej zdrowie, a może i resztę, chociaż nie ma na samym szczycie żadnego sensownego interesu? Płaci mu kto? Po diabła skacze ze spadochronem, chociaż mu nikt nie każe? Po jaką cholerę przepływa Atlantyk na tratwie, chociaż, skoro już tak lubi wodę, taniej by mu pewnie wypadło przebyć tę trasę pierwszą klasą na luksusowym transatlantyku, a już gwarantowane, że wygodniej.

Czemuż zatem te dziwne, uciążliwe i niebezpieczne wysiłki czyni, pozornie bez żadnego racjonalnego powodu?

A otóż namiętność takiego pcha. Tak jest, namiętność, nic innego!

Hazard zaś to również rodzaj namiętności. I to wyjątkowo solidnego gatunku.

***

Hazard ma różne oblicza...

No dobrze już, niech będzie. Przystąpmy do tego najbardziej potępianego, trwogę budzącego i zgrozę, a także gorzkie łzy różnych dam, nie pojmujących sedna rzeczy. Zważywszy, iż osobiście prezentujemy płeć żeńską, łzy dam nie robią na nas właściwego wrażenia. Było nie wiązać się z hazardzistą.

(Także z alkoholikiem, dziwkarzem, sadystą, harpagonem, półgłówkiem, histerykiem, pederastą, kaskaderem, leniem, naciągaczem i tak dalej, i dalej. Prywatnie mogę wyznać, iż wolę hazardzistę.)

Ogólnie biorąc, hazard kojarzy się ściśle z grą.

Poniekąd słusznie. Bez gry nie ma hazardu, a gra, jako taka, też może być rozmaita. W karty, w ruletkę, w toto-lotka, na giełdzie, w golfa, w bilard, na wyścigach, może też polegać na podkładaniu dużej świni zwierzchnikowi w miejscu pracy, ale z góry informuję, że tym ostatnim rodzajem nie będziemy się zajmować w najmniejszym stopniu, głównie dlatego, iż brakuje nam doświadczeń osobistych. Pozostałe rodzaje mamy mniej więcej opanowane.

W celu wzięcia udziału w grze musimy wyasygnować jakieś pieniądze i bez tego się nie obejdzie. Wyżej wymienione pieniądze możemy stracić.

Zatem hazard, jeszcze bardziej ściśle, kojarzy się z utratą pieniędzy.

Mniemanie wysoce złudne i zgoła niesmaczne.

Zaspokajanie namiętności stanowi przyjemność olbrzymią, o czym doskonale wiedzą, na przykład, dziwkarze. Także, na przykład, smakosze. Także rozmaite osoby o charakterze towarzyskim i rozrywkowym, które uwielbiają knajpy i restauracje, kolacyjki i obiadki w miłym gronie, dobre wina i wątróbki po żydowsku, setkę pod śledzika i zwykłe pół litra pod golonkę lub kotlecik schabowy. Albo kawkę i szarlotkę z bitą śmietaną.

I nikomu jakoś nie przychodzi do głowy, że nie było wypadku, by jakiś kelner po spożytym posiłku zwrócił biesiadnikom wydatkowane pieniądze, obojętne, za szarlotkę czy za pół litra. Co wydali, przepadło na wieki.

A hazard niekiedy zwraca.

Nie dość, że zwraca, czasem nawet dokłada.

Taka sama przyjemność jak każda inna, tyle że większa i, rzecz wstrząsająca, niekiedy nawet intratna.

Zatem, jak powyższymi zdaniami zostało naukowo udowodnione, nader niesłusznie hazard cieszy się powszechnym potępieniem (pomijając oczywiście fakt, że potępieniem powinien się raczej martwić) i poglądy na temat tego rodzaju namiętności są w najwyższym stopniu błędne oraz godne głębokiej nagany.

Spróbujemy je zmienić.

***

Nie da się ukryć, że hazardowi ogromnie zaszkodzili mężczyźni.

Kto bowiem, grzecznie pytam, gromadził się w spelunach, przegrywał dobra ziemskie i zawierał pakta ze złym duchem? Może kobiety, co? Akurat. Kobiet do tych apartamentów w ogóle nie wpuszczano, nie miały szans.

Co nie znaczy, że chęci. Wbrew pozorom, kobieta to też człowiek.

Do hazardu zaś kobiety nadają się lepiej z jednego bardzo prostego powodu. Istnieje mianowicie pewne prawo natury i sama już nie wiem, gdzie należy o nim napisać: na początku, w środku, na końcu, czy byle gdzie. Powiedzmy, że byle gdzie.

Prawo natury ściśle dotyczy różnicy płci, w związku z czym uprzejmie proszę, żeby kobiety niniejszy utwór przeczytały. Mężczyzn zachęcać nie będziemy, oni sami z siebie od początku w tym siedzą.

Otóż natura jako taka stworzyła uczciwy podział zajęć. Różnie rozłożony, ale to nie przeszkadza. Lwica lęgnie małe i karmi, lew, chcąc nie chcąc, musi złapać antylopę, żarcie przytargać i nie ma inaczej. Ptaszki siadują na jajkach rozmaicie, co ma swój sens, bo niech ta baba też sobie trochę polata, a modliszki przesadnie eksponować nie zamierzamy. Ogólnie jednak jednostka płci żeńskiej tkwi w dzieciach, jednostka płci męskiej odwala zaś inną robotę. A przynajmniej powinna odwalać.

 

Być może z racji naturalnego przystosowania się do obowiązków, kobiety mają w sobie barierę biologiczną. Nikt nigdy nie słyszał o głównej księgowej, lub też kasjerce, która wzięła z kasy instytucji wszystkie pieniądze, przegrała je na wyścigach i potem strzeliła sobie w łeb. Nie było w dziejach świata takiego wypadku. A główni księgowi i kasjerzy płci męskiej...? Ho, ho...! Kobieta owszem, te pieniądze z kasy może wydać na futro, względnie ruski brylant, potem usiądzie i zacznie płakać, żądając od mężczyzny, żeby coś zrobił, ale w kasynie ich nie przegra. A nawet jeśli przegra, w łeb sobie nie strzeli.

A w ogóle nie przegra wszystkich. Mężczyzna rzuci na stół ruletki ostatni tysiąc złotych (dolarów, franków, marek, yenów, funtów, czy jaka tam waluta akurat chodzi) w całości, ryzykując jednym kopem ostatnią szansę, kobieta przenigdy. Podzieli tę ostatnią szansę na tyle kawałków, ile zdoła, i zawsze sobie coś tam w zapasie zostawi, bodaj możliwość.

Wyjątki...? Kto powiedział, że wyjątki się nie zdarzają? Oczywiście, potwierdzają regułę.

Ponadto kobieta, w przeciwieństwie do mężczyzny, nie wyniesie z domu ostatniej łyżki i ostatniego prześcieradła w celach rozrywkowych, nie przegra własnego futra i własnego samochodu. Namiętność do stanu posiadania zrównoważy w niej namiętność do hazardu i konflikt wewnętrzny, acz nerwy jej zszarpie, to jednak szkodliwość zgubnej przyjemności znacznie złagodzi. I już ten hazard schowa pazury.

Chociaż... Z drugiej znów strony...

Kto nie ryzykuje, ten nie je...

No dobrze, już dobrze, bez krzyku proszę. Sama znam jedną, w której hazard zdołał przełamać prawa natury, pozbawiając ją posiadanego uprzednio mienia, druga zaś podobno znalazła się nawet taka, co, postradawszy wszelkie dobra, z własnej woli opuściła ten padół. Nie, nie strzelała. Posłużyła się jakimś paskudztwem nasennym, a możliwe, że narkotycznym.

Im bardziej rażący wyjątek, tym silniej potwierdzona reguła...

Wspomniana wyżej bariera biologiczna przybiera niekiedy postać zwyczajnego lęku, baba się boi. Szaleństwo w niej, co prawda, wrze, pcha do ulubionej gry, zmusza do wrzucania pieniędzy w paszczę molocha z pominięciem nawet kosmetyków, ale gdzieś tam, w samej głębi duszy, podświadomości i wątroby istnieje i kąsa okropna obawa straty. Rękę i umysł paraliżuje.

Ten gatunek bariery stanowczo należy przełamać, co wcale nie oznacza, iż nakłaniamy główne księgowe do nabywania broni palnej. Zadziwiające jest jednakże, iż na rzecz tak ulotną i nietrwałą jak uroda kobieta wyda majątek bez chwili wahania i bez najmniejszej szansy na zwrot, tam zaś, gdzie istnieje nadzieja zysku, wstrzyma się ze strachu. Gdzie sens, gdzie logika?

Wyraźnie jednak wynika z powyższego, że hazard uprawiać powinny panie, a ewentualne hamulce należy zamontować panom.

Aczkolwiek, wiedziona elementarnym poczuciem przyzwoitości, muszę przyznać, iż sama znałam takiego przedwojennego bon viveura, który nawet w Monte Carlo grywał z umiarem. Brał ze sobą sumę przeznaczoną na straty i jeśli ją przegrał, opuszczał salony szatana. Jeśli zaś wygrywał, połowę zysku chował do lewej kieszeni, dla dalszej rozpusty zaś sięgał do prawej i grał tak długo, póki mu zawartości tej prawej starczyło. Zawartość lewej pozostawała na rozplenienie.

Inna rzecz, że w tych rozrywkach zawsze towarzyszyła mu żona, którą kochał niezmiernie przez całe życie i którą raz na zawsze upoważnił do protestu. „Jeśli zobaczysz, kochanie – rzekł do niej na samym początku mariażu, zapewne w podróży poślubnej – że sięgam do lewej kieszeni, bierz mnie za krawat i wyciągaj stąd”. Zona powyższe słowa potraktowała poważnie. Sam zwierzał mi się, w czasach już dobrze powojennych, że chwilami swojej żony raczej nie lubił, ale mienie pradziadków ocalało mu dzięki niej.

Jak widać, zdarzają się mężczyźni, którym chlupocze w głowie odrobina oleju.

Przy okazji przypominam, że PRZYMUS uprawiania hazardu na razie jeszcze NIE ISTNIEJE. Jest to rozrywka dobrowolna.

Za to musimy pogodzić się z faktem, iż wszelkie namiętności wyzwalają w jednostce ludzkiej siły nadnaturalne. Nie umywa się do nich ani sumienie, ani rozum, ani potrzeba, której zresztą niech wystarczy, że jest matką wynalazków, ani obowiązek, ani jakieś tam inne porządne i łagodne uczucia. Namiętności biją wszystko.

A już namiętność do hazardu... Ho, ho, ho...!

***

Jak powszechnie wiadomo, fart jest grymaśny. Albo ma się szczęście w kartach, albo w miłości, a wyjątki znów uczciwie potwierdzają regułę.

Załóżmy, że takiemu karta wali jak szatan, ponieważ żonę w pokoju obok podrywa jakiś palant.

Prawdziwy, rasowy hazardzista wręcz kocha palanta. Miły chłopiec, niech podrywa, niech podrywa, niech ta karta idzie dalej! Aby nie przestał zbyt wcześnie! Hazardzista rozumny zawiera nawet ze swoją kobietą umowę: „Jeśli już chcesz mnie zdradzać, kochanie, zrób mi grzeczność i wybieraj chwile, kiedy w coś gram!” Kobieta z odrobiną oleju w głowie chętnie się do takiego układu dostosuje.

Odwrotnie też można. Ona gra, a on podrywa.

Światem hazardu rządzi także druga zasada, znacznie ważniejsza od tej pierwszej, wyżej wymienionej. Mianowicie: JAK NIE IDZIE, TO NIE IDZIE!

Jest to wielka prawda, którą najtrudniej przyjąć do wiadomości, a już zastosowanie się do niej przekracza zgoła ludzkie siły. Na złą passę nie ma mocnych i należy ją przeczekać, wszyscy to wiedzą, a któż się na to zdobędzie?

Miejsca, dostarczające żeru namiętności, również bywają rozmaite. W zasadzie są to kasyna, ale zdarza się, że i zwyczajne wesołe miasteczko stanie na wysokości zadania. Ponadto mamy wyścigi oraz grono znajomych, chętnie oddających się grze, na przykład, w pokera...

Kasyno, ogólnie biorąc, stanowi rodzaj raju.

Atmosfera w nim panuje właściwa i już od progu budzi dreszcz emocji w sercu. Nie wpuszcza się tam osób poniżej lat osiemnastu, zatem obecność wrzeszczących i biegających dzieci jest wykluczona. Przymusu nie ma żadnego, można grać, w co się chce, i można nie grać wcale. Można siedzieć w barze przy drinku, rozmawiać, milczeć, gapić się na innych (byle nie nachalnie), ryzykować samemu, zmieniać wysokość stawki, można nic nie robić i tylko się napawać. Pełnia swobody i wolności!

Podobnie przedstawiają się wyścigi, rzecz jasna konne, które dodatkowo służą świeżym powietrzem. Też pozwalają na wszystko, wykluczając jakiekolwiek presje i nie domagając się natrętnie żadnych nakładów finansowych, poza ewentualną opłatą za wstęp, która w dodatku u nas od wielu już lat nie jest pobierana. Wedle uznania i chwilowych fanaberii można tu grać, nie grać, patrzeć, nie patrzeć, wydawać okrzyki, milczeć, w ostateczności nawet spać. Całkowity brak wszelkich obowiązków!

Tak piękne chwile w życiu przytrafiają się rzadko i niech się nad tym zastanowią kobiety, z reguły przyduszone tych obowiązków nadmiarem. Mężczyźni zastanawiać się nie muszą, wiedzę w tej kwestii mają w sobie. Od urodzenia.

Skoro jednak zdecydowaliśmy się zacząć delikatnie, o wyścigach, już raz porządnie opisanych, zaledwie napomkniemy, a kasyna zostawimy na koniec, pierwszeństwo dając rozrywkom niewinnym.

***

Chronologicznie rzecz biorąc, jako pierwsze w moich doświadczeniach występuje

TIVOLI

Jak powszechnie wiadomo, kopenhaskie Tivoli jest jednym z najstarszych i najsłynniejszych wesołych miasteczek, równego sobie w Europie nie miało przez całe lata. Obecnie dorównał mu wiedeński Prater, może nawet nieco je przerósł. Odznaczało się tym, że, między innymi, prosperowały w nim Automat-halle, czyli sale automatów.

Lata całe rozmaici malkontenci psy wieszali na jednorękich bandytach. Upieramy się, że musieli przegrać i stąd niechęć do urządzenia, z natury swojej wyzutego z agresji. A kto im kazał grać? Znam te maszynerie doskonale i uroczyście zapewniam, że żaden automat za człowiekiem nie lata, nie rzuca się na niego i nie wyrywa mu siłą pieniędzy z kieszeni. Malkontent sam się pcha, a potem wybrzydza. Niesmaczne i gorszące.

Niegdyś, zanim jeszcze elektronika weszła nam na głowę, istniały automaty mechaniczne i rzeczywiście należało przy nich wajchą szarpać, od czego ręka drętwiała. W dodatku grało się na stojąco, od czego z kolei drętwiały nogi i łupał kręgosłup. Razem wziąwszy, był to całkiem niezły wysiłek fizyczny, dzięki czemu podziw i zgrozę budziły duńskie staruszki, które potrafiły przegrywać na tym ustrojstwie całe emerytury, wykazując się kondycją godną szczerej zazdrości. Przegrywają, o ile wiem, także i obecnie, tyle że w lepszych warunkach, bo i wajcha odpada, i stołki ustawiono.

Wszyscy gracze doskonale wiedzą, że automaty bywają rozmaite, i to nie tylko ze względu na ich rodzaj. Jedne płacą częściej, drugie rzadziej, jedne więcej, drugie mniej, jasną jest więc rzeczą, że wszyscy pchają się do tych lepszych. Dawne automaty mechaniczne łatwiej ulegały rozregulowaniu i nie dlatego, żeby się ktoś starał, tylko zwyczajnie, w wyniku energicznego szarpania wajchą.

Tivoli otwierano o dziewiątej. Automat-halle o dziesiątej. Dania jest krajem, który nie zna zjawiska kolejek. O wpół do dziesiątej w wejściu do sali automatów stał ogon bab, z roziskrzonym wzrokiem czatujących na ten jeden najlepszy automat. Wszystkie udawały, że stoją tylko tak sobie, wszystkie usiłowały dyplomatycznie przepchnąć się do przodu i wszystkie były znacznie starsze ode mnie, aczkolwiek miałam już wtedy dzieci w wieku szkolnym, a może nawet mój starszy syn był na studiach.

Czatowanie jako takie jest, czy może było, elementem nader istotnym. We wszystkie piątki, soboty, niedziele i dni świąteczne, kiedy w Tivoli panował tłok i automaty były zajęte, za plecami grających błąkały się, przewalały, a nawet nieruchomo sterczały w miejscu hieny cmentarne, czyhające na coś dla siebie. Wiadomo było, że osoba grająca dobrowolnie nie odejdzie, ale może ma jakieś obowiązki, może wnuki wracają ze szkoły, może zaprosiła przyjaciółki na frokost (duńskie drugie śniadanko, angielski lunch), może objawi się w niej fizjologia, może po prostu przegra i zabraknie jej pieniędzy. Utkwiony w bezdusznej maszynie wzrok hipnotycznie ział nadzieją, że może to parszywe urządzenie nic już nie da, nic już nie da, nic już nie da...

Rozczarowanie, kiedy osoba przegrana leciała do kasy po żetony, rezerwując sobie automat i najwyraźniej w świecie posiadając jeszcze środki materialne, wręcz świstało w powietrzu.

Rezerwowanie miejsca przy automacie w zasadzie nie przyczyniało mi problemów mimo doskonałej nieznajomości języka. Trzymać maszynę może tylko osoba siedząca obok. W panującym wokół hałasie mogłam mówić do osoby, co mi się podobało w języku dowolnym, pokazywanie palcem, różne gesty i zatroskany wyraz twarzy wystarczały, wiadomo było, że nikt tu nie rozmawia na tematy uboczne.

Hałas zaś wynikał z elementów następujących:

Brzęk żetonów, wrzucanych do automatu. Rzęgot szarpania wajchą. Najgorszy ze wszystkich, wręcz upiorny, łomot wygranych żetonów, walących się w metalowe koryto. Okrzyki graczy. Razem wziąwszy, przerastało to młyn i tkalnię.

Takież właśnie czatowanie miało miejsce przy tych lepszych automatach. Osoba czyhająca, zazwyczaj siedząc na stołku przy automacie obok, nie dość że narażała się na oczopląs i rozbieżnego zeza, to jeszcze musiała pilnować innej osoby przy drugim automacie obok, czyhającej dokładnie na to samo. Trzeba przyznać, że duńskie staruszki, od późnej wiosny do wczesnej jesieni, miały nader urozmaicone życie i z pewnością nie zawracały głowy żadnym krewnym z młodszego pokolenia narzekaniem, że się nudzą...

Kto powiedział, że na automatach nie można wygrać?

Osobiście byłam świadkiem następujących wydarzeń:

Grałam sobie z przyjemnością w małej hali bliżej mojego domu. Powinnam może zauważyć, że przez rok mieszkałam naprzeciwko wejścia do Tivoli, na bulwarze Andersena, dzięki czemu trzy razy w tygodniu oglądałam przez okno sztuczne ognie, co nie ma nic do rzeczy. Grałam zatem w hali od strony tego bocznego wejścia, jakoś nie było tłoku i automaty czekały na klientów. Do jednego wolnego tuż obok mnie podbiegł chłopczyk, mniej więcej dziesięcioletni, wrzucił jeden żeton i wyleciało mu tego śmiecia pięćdziesiąt. Wygarnął wszystkie i nie wdając się w dalszą grę, popędził jeździć na samochodach elektrycznych. Rozsądne dziecko.

 

Grałam w dużej hali, późnym wieczorem, kiedy tłok już zelżał. Przez pomieszczenie wlokła się facetka, młoda staruszka w średnim wieku, rozlazła i chyba zmęczona. Znalazła na podłodze jeden żeton, wrzuciła go do automatu akurat koło mnie i wyleciało jej czternaście. Zaczęła grać tymi czternastoma i kiedy odchodziła (co najdziwniejsze, dobrowolnie), miała czterysta. Wiem na pewno, ponieważ z samej ciekawości wyliczałam ją na bieżąco.

Grałam, byłam przegrana i wściekła, kiedy za moimi plecami rozszalał się jakiś kretyn. Południowiec, czarny, dość tłusty, nieduży, szalenie elegancki, otoczony tłumem bab. Szarpał wajchą odwrócony do automatu prawie tyłem i oznajmiał wszem i wobec, że on zawsze wygrywa, co to dla niego takie barachło jak automat, proszę...! O, proszę...! O, znów...! O, proszę...!

Jakim cudem rozumiałam, co mówi, do dziś dnia nie wiem. Po jakiemu mówił, też nie pamiętam. Najniezwyklejsze jednak było to, że mnie szlag nie trafił. On wygrywał, a ja wręcz przeciwnie.

Widziałam także faceta, fizycznie robił niezłe wrażenie, który usiłował podnieść trzy wory żetonów, wydojone z automatu. Przedtem siedziałam plecami do niego i cały czas denerwował mnie ten jego rzęgot, później dopiero obejrzałam się do tyłu. Jedyną satysfakcję sprawiła mi myśl, że nie ja muszę unieść ten ciężar.

Tamże właśnie, w Tivoli, natknęłam się na automat całkiem innego rodzaju, przypominający flotację miedzi. Straszna rzecz. Żetony do niego muszą być większe, w poszczególnych przegrodach leży ich wielka kupa, ofiara namiętności wrzuca następne, te następne popychają te poprzednie, wszystko razem przesuwa się ku przodowi, gdzie zieje przepaść, zawisa nad nią i wreszcie musi spaść, runąć do koryta, a co w korycie, to nasze. Zwis się robi potężny i gruby, już ledwo się trzyma, jeszcze odrobina i poleci, no, teraz...! Nie, jeszcze nie, ale za chwilę... Już...! A chała, nie leci cholernik. No to teraz...! Teraz już musi, no...? I jeszcze ścierwo nie leci...

Za to klient leci po następne żetony, jeszcze pięć koron, jeszcze dziesięć i już ten cały nabój mu runie! Wariactwa można dostać. Piekielny zwis robi złudne wrażenie i pozbawia amatorów resztek fortuny.

A jednak widziałam wygranych nawet i na tym cholerstwie. Błąkał się dookoła maszynerii brodaty stary pryk, który bez żadnej charakteryzacji mógł od razu zagrać Wernyhorę, wybierał sobie starannie co bardziej rozpłomienionych szaleńców i czatował za ich plecami. Pilnowany szaleniec popadał w końcu w zniechęcenie i rezygnował, albo też zwyczajnie brakło mu pieniędzy, i wówczas Wernyhora wkraczał do akcji. Sytuację oceniał bez pudła, rzeczywiście wystarczało parę żetonów, żeby przez kogo innego wyprodukowany zwis jemu się walił do koryta, Wernyhora korzystał, po czym odchodził. Nigdy nie grał dalej na tej samej przegrodzie, doskonale wiedząc, że kuszące resztki zwisu znów sobie poczekają z leceniem. Niech się na nie inny głupek narwie.

W Brukseli przy podobnej maszynie spotkałam rodaka. Znajdowała się tam dodatkowa atrakcja, mianowicie na kupach przesuwających się żetonów leżały zapalniczki i elektroniczne zegarki, wówczas nowość kosztowna. Leciały razem z żetonami. Rodak miał w kieszeni już trzy sztuki i czatował na czwartą. Wyznał mi, że ma kupca, sprzedaje mu te zegarki po dwieście franków od sztuki i tym sposobem zarabia sobie na podróż do Anglii. Utłukł już trzy czwarte niezbędnej sumy i za parę dni pojedzie.

W czasach obecnych Tivoli poszło z postępem i zmieniło prawie wszystkie automaty na nowe, elektroniczne. Trochę tych starych, mechanicznych jeszcze zostało, specjalnie dla konserwatystów, żeby im nie było przykro, bo Dania szanuje ludzkie uczucia. Nowe przeważnie wcale nie mają wajchy do szarpania, prztyka się guzikiem i ciekawe, jak je nazwą malkontenci. Jednoręki bandyta odpada, to jaki teraz będzie? Prztykany...?

Między nami mówiąc, całe to szaleństwo w Tivoli stanowiło czystą sztukę dla sztuki, bo największa nawet wygrana była mirażem i złudą. Poza bramę się jej nie wyniosło z bardzo prostego powodu, mianowicie nie zamieniali żetonów z powrotem na pieniądze. Wszystko należało wydać wewnątrz ogrodzenia, z tym że było na co. Pomijam już knajpy, bary, kioski i wściekle drogie restauracje, ale cały teren do tej pory usiany jest sklepami i na dobrą sprawę kupić tam można wszystko, poczynając od zapałek, a kończąc na samochodzie. Na moje oko Wernyhora tymi żetonami nieźle się żywił.

Mogę wyznać, iż ów brak wymiany z powrotem padł na mnie osobiście, nader boleśnie i dotkliwie. W dawnych czasach jeszcze o tym nie wiedziałam. Wybierałam się na wyścigi, gdzie czekał na mnie mój koński wspólnik, wyzuty chwilowo z dóbr materialnych, po drodze zahaczyłam o Tivoli i z posiadanych na szlachetne, wyścigowe cele stu koron przegrałam prawie siedemdziesiąt. Nie, przepraszam, nic podobnego, wcale nie przegrałam, przeciwnie, wyszłam z tej rozpusty z ogromną wygraną, tyle że w żetonach. Ucieszona zyskiem popędziłam do kasy, żeby mi zwrócili forsę, i wówczas wyszło na jaw, że nic z tego, wymiany z powrotem nie ma. Omal trupem nie padłam. Nie pozostało mi jednakże nic innego, jak tylko dokonać racjonalnych zakupów w postaci papierosów, bo wiadomo było, że na papierosy człowiek i tak wyda, tu czy gdzie indziej. Wspólnik, młodzieniec rycerski, nie powiedział ani słowa, dostał tylko szczękościsku, bo całe wyścigi przetrwał z silnie zaciśniętymi zębami.

Obecnie bywa różnie, żetony wychodzą z użycia i grywa się na zwyczajny, chodliwy bilon. Wygrana ma oblicze konkretu. Aczkolwiek zdarza się jeszcze, że człowiek wrzuca w paszczękę molocha żywe pieniądze, a wylatuje mu jakieś barachło, którym może zapłacić najwyżej za piwo...