Boczne drogi

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Boczne drogi

Joanna

Chmielewska

Boczne drogi





© Copyright by Wydawnictwo Klin

ISBN 978-83-62136-34-6

Wydawnictwo Klin

Warszawa, ul. Bruzdowa 117H

tel. +48 501 686 786

fax 22 885 19 53

e-mail: kontakt@wydawnictwoklin.pl

www.wydawnictwoklin.pl

konwersja do formatu epub:

pan@drewnianyrower.com

Ukochanej Rodzinie

poświęcam

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Od Teresy, mojej ciotki z Kanady, przyszedł list. Nie był to ewenement, bo listów od niej przychodziło wiele, ten jednakże tym się odznaczał, iż precyzował termin jej przyjazdu do Polski na lato. Od dłuższego już czasu dawała wyraz nieprzepartej tęsknocie do szeleszczących łanów zbóż i skowronków ćwierkających w przestworzach oraz, ogólnie biorąc, ojczyźnianej sielanki na łonie rodziny, no i wreszcie podjęła męską decyzję. Powiadomiła nas, że samolot wycieczkowy Polonii kanadyjskiej przylatuje na Okęcie czternastego czerwca o godzinie wpół do ósmej rano.

Na całą rodzinę padł blady strach, bo diabli wiedzą, jakie wymagania może mieć osoba rozbestwiona kapitalizmem, równocześnie zaś wszyscy chcieli podjąć tę Teresę z honorami i uczuciem, żeby się tu poczuła zgoła jak w raju. Rzecz wydawała się nieco skomplikowana.

– Jezus Mario, Józefie święty – powiedziała moja matka z lekką zgryzotą i wyraźnym przygnębieniem. – Co my jej damy do jedzenia? Poprzednim razem jadła tylko chudą szynkę, skąd ja jej wezmę chudą szynkę?

– A tłustą szynkę masz? – spytała jadowicie jej siostra, druga moja ciotka, Lucyna. – Bo jakbyś miała tłustą, to wiesz, ten tłuszcz można odkroić…

Siostra ojca, ciocia Jadzia, osoba o łagodnym usposobieniu, a zarazem moja trzecia ciotka, uczyniła nieśmiałe przypuszczenie, że Teresę da się karmić chudym twarożkiem, którego jest pod dostatkiem. Ojciec, nie zdając sobie sprawy, co czyni, zaproponował cielęcinę, czym śmiertelnie obraził moją mamusię, utrzymującą, że się z niej głupio naigrawa. Rozmaite osoby postronne udzielały życzliwych rad, z których żadna nikomu nie przypadała do gustu.

Osobiście miałam większe zmartwienia niż głupi twarożek, nie brałam zatem udziału w rozważaniach. Godzina jej przybycia wydawała mi się taka więcej upiorna. Co najmniej tydzień wcześniej jęłam czynić próby wczesnego chodzenia spać, żeby zdążyć na lotnisko na wpół do ósmej rano i do tego jako tako przytomna. Istniały wprawdzie czasy, kiedy biura projektów pracowały od szóstej rano i mnie również ten kataklizm dotknął, na szczęście jednak trwało to niezbyt długo, bo tylko do chwili, kiedy jeden z filarów naszego zawodu na jakimś szalenie ważnym zebraniu w obliczu wysoko postawionych osobistości mocno zirytowany powiedział, że szósta rano to jest godzina do niczego. Zbyt późna do udoju krów, a zbyt wczesna do udoju architektów. Jego wypowiedź wzięto pod uwagę i rzecz uległa zmianie. Od tamtych czasów minęło wiele lat i przywykłam raczej do oglądania świtów niejako od tyłu.

Dołożywszy wysiłków czternastego o siódmej piętnaście byłam gotowa do wyjścia. Od drzwi zawrócił mnie telefon. Dzwonił ojciec z informacją, że nastąpiła drobna zmiana, samolot kanadyjski przylatuje nie o wpół do ósmej, tylko o dziesiątej piętnaście.

Na lotnisko, spokojnie i bez żadnych złych przeczuć, przyjechałam o dziesiątej dwadzieścia. Ustawiłam samochód na dalekich tyłach parkingu. Znalazłam kolejno ojca, ciocię Jadzię i Lucynę, nie znalazłam natomiast mojej mamusi.

– Twoja matka siedzi w wychodku u mnie w domu – oznajmiła Lucyna. – Ze zdenerwowania dostała rozstroju żołądka. Kazałam jej zostać, bo z dwojga złego lepiej, żeby siedziała w wychodku tam niż tu. Wiesz, o której do mnie przyszła?

Poczułam lekki niepokój, ale zarazem i zaciekawienie, znając bowiem własną rodzicielkę, wiedziałam, że można się po niej spodziewać czynów oryginalnych, szczególnie o poranku.

– Pewno wcześnie – odparłam. – Bo co?

– A jak ci się zdaje, ile czasu potrzebuję, żeby się dostać od siebie na lotnisko?

Lucyna mieszkała na Okęciu, niejako u wylotu terenów portu lotniczego, tuż obok przystanku autobusowego. Trudno było mieszkać bliżej.

– Nie wiem, ile czasu jedzie autobus – powiedziałam ostrożnie po namyśle.

– Trzy minuty – rzekła Lucyna zimnym głosem.

– No to chyba razem z dziesięć minut?

– Owszem. Dziesięć. Zaś twoja matka przyleciała i wyrwała mnie ze snu pięć po szóstej. Zażądała, żeby natychmiast jechać na lotnisko, bo inaczej nie zdążymy. Mnie zawdzięczasz, że ojciec do ciebie dzwonił, bo inaczej też byś tu siedziała jak głupia od wpół do ósmej rano.

Samolot z Kanady nadleciał i wylądował parę minut po jedenastej. W wielkiej hali panowało najdoskonalsze pandemonium, jak zwykle przy przylocie Polonii kanadyjskiej i amerykańskiej. Na widokowym balkoniku kłębił się zbity tłum, zachłannym wzrokiem wpatrzony w podjeżdżające do kontroli celnej bagaże. Udało mi się przepchnąć bliżej poręczy i rzucić okiem.

– Jest Teresa! – zaraportowałam z przejęciem.– W czymś czerwonym na głowie, stoi przy wyjściu, wygląda na to, że pierwsza. Lucyna, pchaj się na dół, prędzej!

Wszyscy razem znaleźliśmy się przy drzwiach, którymi pojedynczo wypuszczano pasażerów. Ojciec był nieco obrażony na ciocię Jadzię, bo on również poznał Teresę w jakimś czerwonym pagaju na głowie, a ciocia Jadzia nie chciała mu wierzyć, twierdząc, że ma sklerozę. Tymczasem to ona ma sklerozę, a on widział dobrze. Lucyna uczyniła przypuszczenie, że Teresa przyodziała się w ów czerwony kapelusz na wszelki wypadek, z uwagi na ustrój, bo kto wie, jakie kretyńskie plotki znów tam się u nich zalęgły. A możliwe, że po prostu chciała nas uczcić. Tłum napierał na drzwi, wyszedł uprzejmy pan w kraciastej koszuli i drogą perswazji uzyskał drobne ustępstwo. Tłum przestał się pchać na drzwi i stanął szerokim kręgiem wokół.

Owe drzwi, jak wiadomo, otwierają się tylko od wewnętrznej strony. Przy każdej wychodzącej osobie usiłowano zajrzeć do środka, przytrzymując je pod pozorem pomocy przy wywlekaniu bagaży, ale zasadniczo krąg trwał twardo w miejscu. Wyłamała się koścista wsiowa baba w podeszłym wieku. Roniąc rzewne łzy i siąkając nosem, uczepiła się drzwi i trzymała je otwarte, co z jakichś przyczyn jest tam źle widziane, aczkolwiek zawsze budzi cichą aprobatę oczekujących. Pan w kraciastej koszuli znów wyszedł i łagodnie poprosił, żeby zaniechała manewrów. Baba, symulując głuchotę, puściła drzwi tylko na chwilę i natychmiast przytrzymała je ponownie za następną osobą. Krąg nie wytrzymał i zaczął się zacieśniać. Pan w kraciastej koszuli jął perswadować babie z nieco większym naciskiem, ale ciągle był nieskalanie uprzejmy. Krąg zacieśniał się bardziej, musiał jednak częściowo odskoczyć, bo z drzwi celnym kopem została wypchnięta potwornych rozmiarów waliza, która rozpędziła się na śliskiej posadzce i runęła ludziom na nogi. Za nią z nieco mniejszym impetem pojechały dwie następne. Ludzie się trochę skotłowali, baba zręcznym unikiem zeszła z drogi walizom i znów dopadła drzwi. Widać było, jak ręka jej do nich przyrosła i mowy już nie ma o oderwaniu, atmosfera niepokojąco zgęstniała, napięcie wzrosło. Pan w kraciastej koszuli stał w sąsiednim wejściu i patrzył, nic już nie mówiąc.

– Niech pęknę, on ją za chwilę udusi – zauważyła Lucyna, z żywą uciechą przyglądając się scenie.

Miałyśmy znakomite miejsce koło słupa i doskonały widok na wszystko. Zgodziłam się z nią, bardzo zainteresowana. Ciekawiło mnie, ile jeszcze wytrzyma pan w kraciastej koszuli, wyraz twarzy miał bowiem taki, że można było liczyć najwyżej na parę minut. Do interesujących wydarzeń jednakże nie doszło, oczekiwana przez babę osoba wyszła wreszcie i obie runęły sobie w ramiona, gwałtownie szlochając i przewracając się o walizki. Pan w kraciastej koszuli nagle jakby zmiękł w sobie, na moment przymknął oczy, dmuchnął przeciągłym westchnieniem i wycofał się do środka. Obie baby, krajowa i zagraniczna, oddaliły się w końcu, wlokąc bagaże po ludzkich nogach.

Wówczas przypomniałyśmy sobie o Teresie, która wśród takich atrakcyjnych widoków całkowicie wyleciała nam z głowy. Powinna była wyjść już dawno, bo stała przecież jako pierwsza, a z całą pewnością nie wiozła nic takiego, co mogłoby ciekawić kontrolę celną. Tłumy wyszły, a ona nie. Gdzie, u licha, mogła się podziać?

– Pomyliliście się obydwoje, to wcale nie była ona, przyleci następnym samolotem – powiedziała Lucyna głosem ponuro proroczym.

– W każdym razie powinna wyjść baba w czerwonej bani na głowie – zaprotestowałam. – Ona czy nie ona, stała prawie na czele.

Czas jakiś przekomarzałyśmy się na ten temat we trzy z ciocią Jadzią. Ojciec nie brał udziału w dyskusji, bo nie dosłyszał proroctwa Lucyny. Kres wątpliwościom położyła sama Teresa, wypychając przez owe denerwujące drzwi walizę przeciętnych rozmiarów, ale za to niezwykle grubą. Obydwoje z ojcem rozpoznaliśmy ją bezbłędnie, na głowie istotnie miała czerwoną bułę, pod bułą zaś bardzo dziwny wyraz twarzy. Mieszały się w nim elementy oszołomienia i furii.

 

– O Boże, myślałam, że zostanę tam już na całe życie! – wykrzyknęła. – Wyjdźmy z tego tłoku!

– Coś ty tam robiła tyle czasu, przecież stałaś przy samych drzwiach? – powiedziała ciocia Jadzia, odpracowawszy już padanie w objęcia. – Przepuszczałaś wszystkich tak z uprzejmości?

– Komuś zginęły walizki – odparła Teresa. – To znaczy nie tak, ktoś zginął walizkom. Akurat przede mną. Gdzie jest moja najstarsza siostra? Na litość boską, dajcie mi coś pić, w samolocie była herbata na pomyjach i już od Montrealu zabrakło wody! Gdzieś mi się podziała jedna noc i ja zaraz idę spać! Gdzie moja siostra?!

Atmosfera portu lotniczego wywarła już na nas swój wpływ. Lucyna wyjaśniła Teresie krótko i treściwie, gdzie jest i co robi jej najstarsza siostra. Równocześnie powiadomiłam ją, że napoje są na górze w kawiarni i możemy tam pójść. Równocześnie ciocia Jadzia koniecznie chciała wiedzieć, kto i dlaczego zginął walizkom. Równocześnie ojciec, nie słuchając nas wszystkich, usiłował spowodować opuszczenie hali wraz z bagażami. Teresie, która leciała na wschód i od poprzedniego poranka nie zmrużyła oka, zaczęło to wszystko nieco szkodzić na umysł.

– Kto idzie spać? – dopytywała się natarczywie. –Czyja się wreszcie dowiem, kto idzie spać, to znaczy nie, nie tak, wiem, kto idzie spać, ja idę spać, chciałam powiedzieć, gdzie ta kawiarnia? Na litość boską, niech Janek przestanie się pchać i posiedzi chwilę spokojnie, ja muszę poczekać na Marysię, jakieś walizki były przede mną, nie wiem czyje, w kratkę, właściciel gdzieś zginął i długo go szukali, i w końcu odstawili je na tył, czy ja się mogę wreszcie czegoś napić?!

Ciocia Jadzia szarpała ją za rękaw.

– Gdzie Marysia? Przyleciała z tobą Marysia? Gdzie ona jest?

– Nie wiem, wysiadła ostatnia, przestańcie, rozszarpiecie mnie na sztuki!

Ciągnęłam ją za rękę w drugą stronę, w kierunku kawiarni, żeby przynajmniej jedno mieć już z głowy.

– Po jakiego diabła mamy czekać na Marysię, chodźże już, dostaniesz coca–coli albo wody sodowej…

– Zróbmy coś wreszcie, bo moja siostra tam u mnie dostanie rozstroju nerwowego! – zirytowała się Lucyna.

Po pewnym czasie wyjaśniło się, że razem z Teresą przyleciała znajoma i nie wiadomo było, czy na nią ktoś czeka, czy nie. Jeśli nie, trzeba jej pomóc. Ciocia Jadzia popędziła czatować na nią, zabrałam Teresę do kawiarni; kiedy wróciłyśmy na dół, okazało się, że znajoma już jest, czeka na nią brat z samochodem i ciocia Jadzia na razie z nimi pojedzie. Wobec tego my również możemy jechać.

– O, to właśnie ta kraciasta waliza, której zginął właściciel – zauważyła Teresa, przepychając się przez halę. – Wszystkie rzeczy miał kraciaste. Gdzie Janek?

– Siedzi pod słupem – odparła Lucyna. – Usiłował rąbnąć komuś torbę, bo myślał, że to twoja, ale go pohamowałam. Jedźmy wreszcie!

Ledwo rzuciłam okiem na ową kobyłę w szaro–granatowo–czerwoną kratę, nie poświęcając jej żadnej uwagi. Z ulgą wypchnęłam się z hali. Podjechałam pod wejście, gdzie jest zakaz zatrzymywania, i zaczęłam pośpiesznie upychać rodzinę w samochodzie. Walizka Teresy, ze względu na nietypową grubość, nie chciała się zmieścić w bagażniku, przeszkadzało ulokowanej w nim moje szóste koło zapasowe. Chaos dookoła panował absolutny, w najbliższych drzwiach zrobił się korek nie do rozwikłania, bo ktoś wzywał z powrotem do środka bagażowego, wychodzącego już z walizkami, i bagażowy zaczął się cofać pod prąd. Zdążyłam zauważyć, że niesie ową kraciastą kobyłę, i pomyślałam, że jej właściciel musi być człowiekiem wyjątkowo konfliktowym, po czym dostrzegłam zbliżającego się milicjanta. Machnęłam ręką na wszystko, wepchnęłam na tylne siedzenie Teresę i ojca z jej walizką w objęciach, Teresa coś mamrotała, że znów ją chcą tu udusić, jak w kinie przed dwudziestu laty, Lucyna wsiadła dobrowolnie z dużym pośpiechem, bo również dostrzegła milicjanta, i wreszcie stamtąd odjechałam.

– Zabierz to uprzejmie, bo mi trochę przeszkadza – powiedziałam do Lucyny, usiłując zepchnąć jej torbę z rączki biegów. – Przestaw na drugą stronę.

– Nie mogę, tam jest teczka twojego ojca.

– To trzymaj na kolanach.

– Też nie mogę, coś jej wylazło z dna i okropnie kłuje.

– Nie wiem, gdzie tu się zmieści twoja matka – zauważyła Teresa krytycznie.

– Janek pojedzie autobusem – odparła Lucyna.

Ojciec nic nie mówił, bo przyduszała go waliza.

– Nikt nie pojedzie żadnym autobusem – zadecydowałam stanowczo. – Przełoży się moje szóste koło na tył i walizka wejdzie do bagażnika. Wy obie możecie iść po mamusię na górę, a my tu z ojcem zrobimy porządek.

– Można wiedzieć, po co ci szóste koło? – zaciekawiła się Teresa.

– Chuligański element rżnie mi opony, bo się wdałam w kryminalną aferę. Usiłują mnie w ten sposób zastraszyć. Szóste koło mam na wszelki wypadek, żeby w razie czego nie pożyczać po ludziach.

– I co, jesteś zastraszona?

– Przeciwnie. Lubię niezwykłe wydarzenia. Gdyby mi się gdzieś zmieściły jeszcze dwa koła, siódme i ósme, miałabym z tego już samą przyjemność…

Podróż do Lucyny trwała dwie minuty, pod jej domem przedstawienie zaczęło się na nowo. Moje koło było ciężkie jak piorun, samochody stały gęsto i z niejakim trudem wytłumaczyłam ojcu, że nie należy wybijać szyb w żadnym z nich. Przełożyłam puszki z olejem na tył, udało nam się w końcu domknąć bagażnik z walizką Teresy w środku, na co nadeszła Lucyna.

– Twoja matka jest ciężko chora na zatrucie pokarmowe – oznajmiła. – Nie może się ruszyć. Leży owinięta moją kotarą z okna, którą zdjęłam do prania, i nie pozwala jej sobie odebrać. Teresa jest nieprzytomna z niewyspania, tu nic nie ma, wszystko przygotowane u nich w domu. Nie możemy jej tu zostawić. Lepiej chodźcie na górę, bo nie wiem, co zrobić.

Po krótkiej chwili nikt już nie wiedział, co zrobić. Cała rodzina, ogłuszona sytuacją, zebrała się dookoła mojej mamusi, która, tuląc do siebie kotarę Lucyny, słabym głosem oświadczała, że chce natychmiast do domu i że nie ruszy się za nic w świecie. Teresa ledwo patrzyła na oczy. Ogarnęła mnie beznadziejna rozpacz, bo widać było, że wszyscy zgłupieli i konflikt potrzeb staje się nie do rozwikłania. Z tej rozpaczy wpadłam na pomysł.

– W porządku–powiedziałam energicznie i bezlitośnie. – Wzywamy pogotowie i przewieziemy ją karetką na leżąco.

Na te słowa moja mamusia natychmiast usiadła, prawie odzyskując siły.

– Nie chcę – wyszeptała rozpaczliwie. – Ja się boję pogotowia…

Wiedziałam, że się boi, i na tym opierałam swoje nadzieje. Wynieść jej chałupniczymi środkami razem z kanapą Lucyny nie zdołalibyśmy w żaden żywy sposób. Porozumiałam się przez telefon ze szwagierką, która od wielu lat była jedynym lekarzem, budzącym zaufanie całej rodziny, wysłuchałam instrukcji i sprowadziliśmy mamusię na dół. Przed samochodem rozegrała się straszna scena, bo żadna siła nie była w stanie skłonić ojca, żeby bodaj na chwilę puścił mamusię, musiał zaś ją puścić, żeby usiąść z tyłu, żeby ona mogła wsiąść z przodu. W pojeździe dwudrzwiowym, jak wiadomo, odbywa się to w ściśle określonej kolejności.

– Puść mnie! Do diabła! Wsiadaj! – jęczała mamusia słabo i rozdzierająco akurat w to ucho ojca, na które nie słyszał. – Ja chcę usiąść! Niedobrze mi…

– Odbierz mu ją! Niech on wreszcie wsiądzie! – warczały zgodnie Teresa i Lucyna w samochodzie.

Ojciec twardo trzymał mamusię, czyniąc próby wepchnięcia jej nie wiadomo gdzie, bo ja z kolei twardo trzymałam przedni fotel odchylony. Teresa i Lucyna ze środka usiłowały wciągnąć go przemocą, zespolona z ojcem mamusia całkowicie to uniemożliwiała, starała mu się wyrwać, chwiejąc się i jęcząc bezskutecznie. Wyglądało na to, że zostaniemy już tak na zawsze.

– Tato, wsiadaj, jak rany, ja ją przytrzymam!– wrzasnęłam okropnym głosem i siłą wydarłam matkę ojcu z rąk. Ojciec w końcu wsiadł, wciąż pełen obaw, czy dobrze robi.

Ruszając, przypadkiem spojrzałam na zegar na tablicy rozdzielczej i aż się zdziwiłam, że to wszystko razem trwało tak krótko. Ledwie dwadzieścia minut. Wyjechałam na Żwirki i Wigury, przepuszczając wiśniowego peugeota, który leciał z lotniska. Z przystanku akurat ruszał autobus, peugeot zatem zwolnił i na jego tylnym siedzeniu dostrzegłam między pasażerami wielką kraciastą walizę. Pomyślałam, że pewnie nie zmieściła im się do bagażnika, i znów poczułam chęć obejrzenia jej właściciela względnie właścicielki. Obok walizy siedziały dwie osoby różnej płci, które widziałam od tyłu, ciekawił mnie zaś raczej ich przód. Peugeot wyprzedził autobus i gwałtownie przyśpieszył. Odruchowo docisnęłam gaz, już zaczynając się z nim ścigać, zreflektowałam się jednakże, bo zgodnie z zaleceniem szwagierki miałam wieźć tę moją mamusię niczym śmierdzące jajko.

– Prześladują cię te bagaże w kratkę – powiedziała życzliwie Lucyna do Teresy. – Gdzie się nie obrócisz, wszędzie wchodzą ci w drogę. Nie naraziłaś im się przypadkiem?

– Bagażom?

– Nie, właścicielom.

– Nie wiem – odparła Teresa z posępnym westchnieniem. – Może to omen? Coś tu zrobię nie tak jak trzeba i wsadzą mnie za kratki. Co oni tam robili tyle czasu na tym lotnisku, specjalnie na mnie czekali czy co?

Żadnej z nas nie zaświtało nawet w głowie, że udało jej się wygłosić potężne proroctwo. Gdyby potrafiła przewidzieć całą reakcję łańcuchową, zapoczątkowaną przez te komplikacje z moją mamusią, kto wie, czy nie uciekłaby od razu z powrotem do Kanady…

*

Planowany pierwotnie uroczysty obiad i inne rozrywki powitalne, rzecz jasna, diabli wzięli. Zastąpiła je w pewnym stopniu średnich rozmiarów awantura o pierścionek, która wybuchła zaraz pierwszego wieczoru.

Osiem lat wcześniej Teresa dostała ode mnie pierścionek z koralem. Wiedziałam, że ma szmergla na tle korali, kupiłam jej na Sycylii broszkę z korala, którą posłałam pocztą, i zamówiłam w Orno pierścionek, który zabrała jadąca do niej wówczas Lucyna. Pierścionek był ciut przyciasny, Teresa dała go zatem do rozszerzenia, po czym przysłała pełen rozpaczy list, że jubiler–idiota wyczyścił jej do połysku całe oksydowane srebro. Niemniej pierścionek ciągle był piękny i zachowywał swoją urodę prawie osiem lat.

Teraz przywiozła go z ciężką pretensją i rozgoryczeniem.

– Wykantowali cię jak kogo głupiego – powiedziała do mnie. – To jest taki koral, jak i ja jestem koral. Jakieś draństwo wsadzili, pomalowane czerwoną farbą, i teraz ta farba złazi. Proszę, zobacz sama.

Rzeczywiście, z kawałków rzekomego korala złaziło coś, jakby czerwony lakier do paznokci. Pod lakierem kawałki były białe. Zmartwiłam się, a przy tym zdziwiłam niewymownie, bo jak znam Orno, tak jest to firma uczciwa, niezwykle solidna, przyzwoita i na wysokim poziomie. Mnóstwo ludzi na Zachodzie usiłowało kupić ode mnie ornowskie precjoza, proponując nawet zachęcające ceny, ale nie dałam się zmamić, dumnie i z satysfakcją obnosząc wszędzie swoje unikalne ozdoby. A tu nagle kant z koralem.

Nic nie mówiłam, bo za żadne skarby świata nie mogłam sobie przypomnieć, jak to było z tym pierścionkiem w momencie zamawiania, ile kosztował i co było ustalone. Może zapłaciłam za sztuczny koral? Diabli wiedzą… Teresa pomstowała na nieuczciwość w tym kraju, cała rodzina gapiła się w obłażące z farby kawałki i nikt nie miał pojęcia, co z tym fantem zrobić. Marek, blondyn mego życia, zdenerwował się w końcu, zabrał pierścionek i zapowiedział, że idzie do Orno z reklamacją.

Nazajutrz wywlókł mnie z domu, zaciągnął do mojej mamusi i nie mówiąc, o co chodzi, rozpoczął śledztwo.

– Kto miał ten pierścionek w rękach w Warszawie? – spytał surowym głosem.

– Ja – wyznałam niepewnie. – Sama go odebrałam z Orno.

– A potem kto?

– Ja – przyznała się pośpiesznie Lucyna.

– A potem kto?

– Nikt. Wyjechałam z nim i osobiście wręczyłam go Teresie. W pudełku.

Marek zainteresował się teraz Teresą. Rodzina przyglądała mu się z zaciekawieniem.

– A co się z nim działo w Kanadzie? Nie był przypadkiem przerabiany?

– Był – wyznała Teresa. –Poszerzany. U jubilera. A bo co?

– A bo to, że ten jubiler to jest złodziej i bezczelna świnia. Mało, że spalił koral przy rozgrzewaniu pierścionka, mało, że się do tego nie przyznał, tylko pomalował go emalią, ale jeszcze ukradł próbę. Wyciął ten kawałek srebra z próbą i na jego miejsce wstawił łatkę. Nie wiem jak w Kanadzie, ale u nas za coś takiego przewiduje się od pięciu lat wzwyż.

 

Wiadomość wydała nam się sensacyjna. Ze względu na Teresę taktownie stłumiliśmy wybuchy patriotycznego entuzjazmu, ostatecznie dla niej Kanada stała się drugą ojczyzną. Teresie patriotyzm nie bruździł, bo okazało się, że ów jubiler był Włochem, ale za to od razu zrobiła się wściekła na własną bezsilność.

– Ja się z nim prawować nie będę – rzekła ponuro, ochłonąwszy z wrażenia. – Nie dość, że to w ogóle mafia i jeszcze by mnie nożem dźgnęli w ciemnej ulicy, to jeszcze on został niedawno radnym okręgu. Nic mu nie zrobię.

– Możesz go też dźgnąć nożem – powiedziała moja mamusia słabo, ale zachęcająco. – Dam ci nóż, bardzo dobry. Wyszczerbiony.

– Myślisz, że wyszczerbionym będzie łatwiej go zarżnąć?

– Skąd wiesz to wszystko – spytałam Marka. – I po co nas pytałeś, kto go miał w ręku?

– Chciałam się na wstępie upewnić, czy nie istniała możliwość zrobienia kantu u nas. Orno bardzo się tym interesuje…

Okazało się, że Orno poznało własny wyrób od pierwszego rzutu oka i zdenerwowało się do szaleństwa. Przez trzy godziny robiono ekspertyzy, sprawdzając każdy szczegół, po czym zaniepokojono się okropnie, że oszustwo zostało popełnione w Polsce. Marek nie mógł zaprzeczyć, nie mając pojęcia o losach pierścionka, i na wszelki wypadek wolał przeegzaminować całą rodzinę od razu. Zdenerwowane Orno zaofiarowało się dokonać wymiany spalonego korala na nowy, chociaż należało poświęcić na ten cel korale innego kształtu, bo identycznych nie było na składzie. Właśnie ze względu na ich kształt pierścionek był jedyny na świecie.

Ciężki szlag trafiał nas jeszcze na myśl, że ów bandyta–jubiler przywali naszą próbę srebra na jakimś bałwanie z byle czego, a potem, w razie wykrycia oszustwa, znów będzie na nas, że kantujemy. Cała rodzina czuła się tym osobiście dotknięta, szczególnie że nic nie mogliśmy poradzić. Z prawdziwą przyjemnością każdy z nas własnoręcznie zarżnąłby łobuza tym wyszczerbionym nożem mojej mamusi.

– Ale emalię, trzeba przyznać, dał bardzo porządną – zauważyła Lucyna melancholijnie. – Dopiero po ośmiu latach zaczęła złazić…

Uprzejmość Orno, które natychmiast przystąpiło do naprawy pierścionka, podniosła nas nieco na duchu i podreperowała nadwyrężoną atmosferę. Wywołane nie zaplanowanymi wydarzeniami komplikacje trwały przeszło tydzień, cokolwiek utrudniając wpajanie Teresie przekonania, iż przybyła do autentycznego raju. Obiadowe kurczaki woziłam tam i z powrotem, upychając je w lodówce, na zmianę rozmrażając i zamrażając. Pozostałe produkty konsumowane były sukcesywnie przez wszystkie osoby w porach dowolnych. Starczyło ich na dość długo, co wzbudziło lekkie niezadowolenie Teresy.

– Ona była zdania, że ja jestem na diecie, tak? – rzekła zgryźliwie, czyniąc potępiający gest w kierunku mojej mamusi. – I dlatego kupiła trzy kilo schabu i cztery kurczaki i ja, nie daj Boże, miałam to wszystko zeżreć? To co ja jestem, wołoduch?

– Chciałam, żebyś nie była głodna od samego początku! – broniła się niepewnie moja mamusia.

Przy stole siedziała szwagierka, wypisująca właśnie dla niej kolejne recepty.

– Czy panie mogłyby mi wyjaśnić uprzejmie, co to jest wołoduch? – zainteresowała się przerywając pisanie. – Słyszę to słowo od Joanny dość często i przypuszczam, że to coś jest, ale nie wiem co. Czy to coś znaczy?

Lucyna życzliwie pośpieszyła z informacją.

– Za naszej młodości niedaleko naszych dziadków, w sąsiedniej wsi, żyła jedna baba, potwornie skąpa – rzekła. – Wszyscy ją znali, bo słynęła ze skąpstwa na całą okolicę. No i pewnego razu na Wielkanoc ksiądz chodził po kolędzie, tfu, chciałam powiedzieć ze święconym. Oczywiście księdza trzeba było stosownie podjąć, stół zastawić, poczęstować, wobec czego trzy wsie zastanawiały się, co też poda owa skąpa baba. Z tradycji wyłamać się nie mogła, bo od razu byłaby potępiona. Baba zdobyła się na gest, szarpnęła się niesłychanie i dała księdzu jajko na miękko…

– Co proszę? – przerwała moja szwagierka nieco zaskoczona.

– Jajko na miękko. To jest sama święta prawda, ja tu żadnych anegdot nie opowiadam, wieś naszych dziadków nazywała się Tończa, a baba mieszkała obok, w Paplinku. Jajko na miękko było to coś tak niezwykłego w jej chałupie, taki nieprawdopodobny frykas, że zleciało się wszystko, co żyło, i wwaliło do izby. Tłok się zrobił niemożliwy, wszelka żywina stała wpatrzona w jajko, przepychając się i włażąc księdzu na głowę, aż baba zdenerwowała się okropnie i krzyknęła: Psy na dwór! Dzieci pod stół! Ksiundz nie wołoduch, som całego jajka nie zji, jak zostawi, to wom dom! No i stąd się wziął wołoduch…

– Szanowne panie, o ile wiem, wybierają się w podróż? – powiedziała szwagierka uprzejmie, wracając do recept. – To w tej podróży pani nie będzie wołoduch i żadnego jajka pani nie zji. Ścisła dieta!

Ścisła dieta była czymś, co moją mamusię zawsze wprawiało w bezgraniczne przygnębienie.

– To skąd ja wezmę siłę? – jęknęła żałośnie.– Mamy jechać w góry… I nad morze…

– Masz zamiar zatrudnić się tam przy połowach ryb czy wyrębie lasu? – zainteresowała się Teresa.

Moja szwagierka była twarda.

– Nie idą panie piechotą? – upewniła się grzecznie. – Joanna, twojego samochodu nie trzeba pchać pod górkę? Jak nie, to w porządku. Gotowane mięso, ryby, twarożek, mleko już można. Dużo świeżego powietrza, trochę ruchu, na razie żadnych specjalnych wysiłków. Po górach proszę chodzić z umiarkowaniem.

– Jakie tam góry, ledwo pagórki – sprostowała wzgardliwie Lucyna. – Beskid Śląski i Góry Stołowe.

– Już my jej przypilnujemy, żeby nic nie jadła – zapewniła Teresa stanowczo.

Nic nie mówiłam, pełna dość ponurych przeczuć, co też z tego wszystkiego wyniknie. Przewidywałam, że będę włóczona po wsiach w poszukiwaniu owego mleka i twarożku, spodziewałam się rozmaitych trudności, ale w najśmielszych nawet przypuszczeniach nie odgadłabym, jak wstrząsające wydarzenia staną się rezultatem tej diety mojej mamusi i jej umiarkowanych wysiłków…

Wycieczka zaplanowana była już od chwili, kiedy Teresa zdradziła zamiar przyjazdu do Polski. Życzyła sobie obejrzeć fragmenty kraju, które w młodych latach, zanim jeszcze wyjechała do Kanady, umknęły jej uwadze. Uzbierało się tego dość dużo. Całe wybrzeże od Łeby do Świnoujścia, całe Sudety, całe Zielonogórskie oraz parę innych drobnostek w rozmaitych miejscach, oddalonych od siebie. Jechać równocześnie do Łowicza i nad Wigry, w dodatku przez Częstochowę, wydało mi się przedsięwzięciem ponad siły, zażądałam zatem uściślenia planów, co na łonie mojej rodziny okazało się wręcz niewykonalne.

Na domiar złego wyłoniły się trudności z doborem pasażerów. Teresa, rzecz jasna, musiała jechać, moja mamusia również, bo cała impreza odbywała się na ich wspólną cześć. Ciocia Jadzia musiała jechać, bo zawsze obie z Teresą były najlepszymi przyjaciółkami. Lucyna musiała jechać, bo bez niej wszystkie czuły się niepewnie, ponadto załatwiała miejsca noclegów nad morzem. Ojciec musiał jechać, bo tylko on mógł załatwić noclegi na południu i na zachodzie. Z uwagi na rodzaj pracy zaprzyjaźniony był ze wszystkimi dyrektorami i kierownikami wszelkich fabryk cukierniczych i stały przed nim otworem przynależne do nich pokoje gościnne. Kwestia noclegów zaś była niezmiernie ważna, Teresa bowiem przerażająco podwyższała koszty. Jako cudzoziemiec dewizowy w żadnym hotelu nie mogła mieszkać za normalną cenę, a propozycję zakradania się na waleta odrzuciła stanowczo. Pozostawały zatem kwatery prywatne, w dodatku gratisowe, wynajmowane wyłącznie z przyjaźni i przez grzeczność. Niekoniecznie wszystkim, wystarczało Teresie.

W ten sposób miałam przed sobą perspektywę jazdy co najmniej w dwóch kierunkach naraz i sześć osób w samochodzie, licząc także i siebie. Zaprotestowałam bardzo stanowczo.

Stan zdrowia mojej mamusi przeważył. Stanęło na tym, że najpierw pojedziemy nad morze, bo tam nie chodzi się po górach, potem zaś, okrężną drogą, udamy się na południe. Decyzja pociągnęła za sobą dalsze rozstrzygnięcia. Ojciec nad morzem nie był potrzebny, miał zatem spotkać się z nami dopiero w Cieszynie, u naszej kuzynki Lilki. Uzgodniono, że ciocia Jadzia wróci stamtąd do Warszawy, zaś ojciec zajmie jej miejsce i uda się z nami dalej, świecąc oczami przed swoimi przyjaciółmi i spadając im znienacka na kark.

– Będzie wam wygodniej – powiedziała ciocia Jadzia z melancholijnym westchnieniem. – Wprawdzie straciłam ostatnio całe dwa kilo, ale i tak Janek jest chudszy.