NóżTekst

Autor:Jo Nesbø
Z serii: Seria Harry Hole #12
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nóż
Nóż
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,40  57,92 
Nóż
Nóż
Nóż
E-book
34,50 
Szczegóły
Nóż
Nóż
Nóż
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Czy… jesteście pewni, że dacie radę go złapać?

– O, z pewnością, jeśli wystosujemy list gończy – odparł Truls. – Zupełnie inną sprawą jest rzecz jasna to, czy uda się go skazać. W sprawach o gwałt często bywa słowo przeciwko słowu, a wtedy możemy być zmuszeni znów go wypuścić. Ale naturalnie w sytuacji, kiedy jest świadek, taki jak pani, to będą dwa świadectwa przeciwko jednemu. Trzeba więc mieć nadzieję.

Dagny Jensen kilkakrotnie przełknęła ślinę.

Truls ziewnął i spojrzał na zegarek.

– No to skoro już pani zobaczyła to zdjęcie, proszę zejść na dół do dyżurnego i wziąć się do papierkowej roboty, dobrze?

– Tak – powiedziała kobieta, nie odrywając oczu od ekranu. – Tak, oczywiście.

15

Harry siedział na kanapie, wpatrzony w ścianę. Nie zapalił światła, więc zapadająca ciemność powoli zatarła kontury i kolory, przylgnęła do czoła jak chłodzący kompres. Chciał, aby umiała zatrzeć i jego. Kiedy człowiek się zastanowił, życie wcale nie musiało być skomplikowane. Dało się je zawrzeć w dwuczłonowym pytaniu The Clash: Should I stay or should I go? Pić? Nie pić? Chciał utonąć. Zniknąć. Ale nie mógł. Jeszcze nie teraz.

Rozpakował prezent, który dostał od Bjørna. Tak jak się domyślał, była to winylowa płyta. Road to Ruin. Z trzech albumów, o których Øystein uparcie twierdził, że są jedynymi naprawdę dobrymi płytami The Ramones (w tym momencie na ogół dodawał, że Lou Reed określał muzykę The Ramones jako shit), Bjørn kupił ten jeden, którego Harry nie miał. Na półce za jego plecami – między debiutanckimi krążkami The Rainmakers oraz Rank and File – stały zarówno Ramones, jak i jego ulubiona Rocket to Russia.

Harry wyjął czarne winylowe słońce z obwoluty i położył Road to Ruin na gramofonie. Spojrzał na tytuł utworu, który rozpoznał, i ustawił igłę na początku I Wanna Be Sedated.

Pokój wypełniły gitarowe riffy. Zabrzmiało to bardziej profesjonalnie i mainstreamowo niż debiutancki album. Spodobało mu się minimalistyczne solo gitarowe, ale nie miał już takiej pewności co do późniejszej modulacji. Paskudnie zbliżała się do boogie w stylu Status Quo w jego najbardziej idiotycznie prostackim wydaniu. Ale została odegrana z mocną wiarą w siebie. To akurat się Harry’emu podobało. Tak jak jego ulubiony utwór, Rockaway Beach, w którym opierali się na Beach Boysach, z taką samą arogancją, z jaką złodzieje samochodów suną przez centrum Oslo, szczerząc zęby w otwartych oknach.

Podczas gdy Harry usiłował zdecydować, czy podoba mu się I Wanna Be Sedated, czy nie, i czy powinien iść do baru, czy nie, pokój rozświetlił jaśniejący ekran telefonu leżącego na stoliku. Mrużąc oczy, spojrzał na wyświetlacz. Westchnął. Odebrać czy nie odebrać?

– Cześć, Alexandra.

– Cześć, Harry. Próbowałam cię złapać. Musisz zmienić to nagranie w poczcie głosowej.

– Tak uważasz?

– „Mów do mnie, jeśli musisz” – przedrzeźniała go. – Nawet bez podania imienia, tylko pięć słów, które brzmią jak ostrzeżenie, i od razu piknięcie?

– Wygląda na to, że działa poprawnie.

– Chodzi o to, panie Hole, że dzwoniłam kilka razy.

– Widziałem, ale… nie byłem w nastroju.

– Słyszałam. – Westchnęła ciężko, w jej głosie nagle zabrzmiała udręka i współczucie. – To naprawdę straszne.

– Tak.

Nastąpiła chwila ciszy, niczym milczące intermezzo, zaznaczające przejście między dwoma aktami. Bo kiedy Alexandra zaczęła mówić dalej, ton jej głosu nie był już głęboki i rozbawiony ani boleśnie współczujący. Usłyszał głos profesjonalistki.

– Znalazłam coś dla ciebie.

Harry westchnął i przesunął ręką po twarzy.

– Okej. Zamieniam się w słuch.

Już tyle czasu upłynęło, odkąd pierwszy raz zwrócił się do Alexandry Sturdzy, że przestał liczyć na to, iż cokolwiek od niej dostanie. Minęło ponad pół roku od jego wizyty w Instytucie Medycyny Sądowej w Szpitalu Centralnym, gdzie przyjęła go wychodząca z laboratorium młoda kobieta o twardej, naznaczonej bliznami po ospie twarzy, ciskających błyskawice oczach, mówiąca z ledwie zauważalnym akcentem. Zabrała go do swojego gabinetu, a gdy odwieszała biały laboratoryjny fartuch, Harry spytał, czy mogłaby pomóc mu trochę off the record przy porównaniu DNA ze spraw Sveina Finne z materiałami ze starych niewyjaśnionych zabójstw i gwałtów.

– A więc Harry Hole chce, żebym się dla niego wepchnęła do kolejki?

Zniesienie przez parlament w roku 2014 przedawnienia zabójstw i gwałtów wywołało oczywiście lawinę wniosków o zastosowanie nowej technologii analizowania DNA do spraw uznanych za przedawnione, w związku z czym czas oczekiwania na odpowiedź gwałtownie się wydłużył.

Harry wcześniej rozważał użycie kilku eufemizmów, ale widząc śmiałe spojrzenie Alexandry, doszedł do wniosku, że to nie będzie konieczne.

– Tak.

– Interesujące. W zamian za co?

– W zamian? Hm. A na czym by pani zależało?

– Piwo z Harrym Hole byłoby dobrym początkiem.

Pod fartuchem Alexandra Sturdza miała czarne obcisłe ubranie, podkreślające jej wysportowaną figurę i linie, które kojarzyły się Harry’emu z kotami i ze sportowymi samochodami. Chociaż samochody właściwie nigdy go nie interesowały, a w kwestii zwierząt skłaniał się ku psom.

– Jeśli to konieczne, postawię pani piwo, ale sam nie piję. Poza tym jestem żonaty.

– Zobaczymy – roześmiała się ochryple. Wyglądała na osobę, która wiele przeżyła, lecz trudno było określić jej wiek. Mogła być młodsza od niego i o dziesięć, i o dwadzieścia lat. Przechylając głowę, spojrzała mu w oczy. – Spotkajmy się jutro w Revolverze o ósmej. Zobaczymy, co będę miała, okej?

Nie miała za dużo. Ani wtedy, ani później. Ot, tyle, żeby zaprosić się na piwo od czasu do czasu. Ale Harry utrzymywał profesjonalny dystans i dbał, aby te spotkania miały charakter zawodowy i rzeczowy. Dopóki Rakel go nie wyrzuciła, a wówczas dotychczasowa tama pękła, porywając za sobą wszystko, łącznie z zasadami profesjonalnego dystansu.

Harry zobaczył, że ściana zszarzała o jeszcze jeden odcień.

– Nie mam bezpośredniego dopasowania do konkretnej sprawy… – zaczęła Alexandra.

Harry ziewnął. Ten refren już słyszał.

– Ale przyszło mi do głowy, że mogę porównać profil DNA Sveina Finne z innymi z naszej bazy danych. No i mam częściową zgodność z pewnym zabójcą.

– Co to znaczy?

– Że nawet jeśli Svein Finne to nie zabójca, to przynajmniej jest ojcem kogoś takiego.

– O cholera. – Harry’emu zaczynało się rozjaśniać w głowie. Przeczuwał, co może usłyszeć. – Jak się nazywa ten zabójca?

– Valentin Gjertsen.

Harry poczuł ciarki na plecach. Valentin Gjertsen. Wprawdzie nie wierzył w większe znaczenie genów niż wychowania, ale była pewna logika w tym, że nasienie Sveina Finne, jego geny uczestniczyły w spłodzeniu człowieka, który stał się jednym z najgroźniejszych zabójców w historii kryminalistyki norweskiej.

– Sprawiasz wrażenie mniej zaskoczonego, niż sądziłam – powiedziała Alexandra.

– Bo jestem mniej zaskoczony, niż sam sądziłem – odparł Harry, pocierając kark.

– Czy to ci w czymś pomoże?

– Owszem. Pomoże. Bardzo ci dziękuję, Alexandro.

– Co teraz zrobisz?

– Mhm. Dobre pytanie.

– Może byś się wybrał do mnie i podziękował mi in persona?

– Już ci mówiłem, że nie jestem w nastroju do…

– Nie musimy nic robić. Może obojgu nam potrzeba kogoś, do kogo moglibyśmy się na chwilę przytulić. Pamiętasz, gdzie mieszkam?

Harry zamknął oczy. Odkąd tama runęła, były jakieś łóżka, kamienice i podwórza, ale alkohol przesłonił woalem twarze, nazwiska i adresy. Poza tym akurat w tej chwili obraz Valentina Gjertsena zatarł wszystko inne, co Harry ewentualnie zapamiętał.

– Do diabła, Harry! Byłeś pijany, ale nie mógłbyś przynajmniej udawać, że pamiętasz?

– Grünerløkka – rzucił Harry. – Seilduksgata.

– Grzeczny chłopiec. Za godzinę?

Kiedy Harry się rozłączył i dzwonił do Kai Solness, coś sobie uświadomił. Że zapamiętał Seilduksgata, ponieważ zawsze, bez względu na to, jak bardzo był pijany, zawsze coś zapamiętywał, nigdy nie miał w głowie kompletnej pustki. Może to wcale nie długotrwałe działanie alkoholu sprawiło, że nie pamiętał nic z tamtego wieczoru w Jealousy? Może chodziło o coś, czego nie chciał pamiętać?

„Cześć, tu poczta głosowa Kai…”

– Znalazłem ten motyw, o który pytałaś – powiedział Harry, kiedy rozległo się piknięcie. – Ten motyw nazywa się Valentin Gjertsen i okazuje się synem Sveina Finne. Valentin Gjertsen nie żyje. To ja go zabiłem.

16

Alexandra Sturdza wydała z siebie głęboki pomruk, wyciągając ręce nad głowę tak, że palcami i nagimi stopami dotknęła mosiężnych słupków po dwóch stronach łóżka. Potem obróciła się na bok, wcisnęła kołdrę między uda, a jedną z dużych białych poduszek wsunęła sobie pod głowę. Uśmiechnęła się tak szeroko, że jej ciemne oczy prawie zniknęły w ostrej twarzy.

– Tak miło, że przyszedłeś – powiedziała, kładąc rękę na piersi Harry’ego.

– Mhm. – Harry leżał na plecach, wpatrzony w ostre światło lampy na suficie. Alexandra otworzyła mu ubrana w długi jedwabny szlafrok, wzięła go za rękę i zaprowadziła prosto do sypialni.

– Masz wyrzuty sumienia? – spytała.

– Zawsze – odparł Harry.

– Z powodu tego, że tu jesteś.

– Niespecjalnie. To wpasowuje się jedynie w szereg przesłanek.

– Przesłanek czego?

– Tego, że jestem złym człowiekiem.

– Skoro już i tak masz wyrzuty sumienia, to chyba możesz się rozebrać?

– Więc nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że Valentin Gjertsen jest synem Finnego?

Harry założył ręce za głowę.

– Nie ma.

– To, do jasnej cholery, jakaś absurdalna sztafeta. Pomyśl o tym. Valentin Gjertsen prawdopodobnie jest owocem gwałtu.

– A kto nim nie jest?

 

Otarła się podbrzuszem o jego udo.

– Słyszałaś, że Valentin Gjertsen zgwałcił więzienną dentystkę w jej gabinecie? Potem naciągnął jej na głowę nylonową pończochę i podpalił.

– Zamknij się, Harry. Mam na ciebie ochotę. W szufladzie komody są prezerwatywy.

– Nie, dziękuję.

– Nie? Chyba nie masz ochoty znów zostać ojcem?

– Nie miałem na myśli prezerwatywy. – Harry nakrył ręką jej dłonie, które już zaczęły rozpinać mu pasek.

– Do cholery, po co tu jesteś, jeżeli nie chcesz się pieprzyć?

– Dobre pytanie.

– A dlaczego nie chcesz?

– Przypuszczam, że z uwagi na niską produkcję testosteronu.

Alexandra z gniewnym prychnięciem obróciła się na plecy.

– Nie tylko się rozstaliście, Harry, ona nie żyje. Kiedy się z tym pogodzisz?

– Uważasz, że pięć dni celibatu to przesada?

Spojrzała na niego.

– Zabawne. Ale ty wcale nie przyjmujesz tego tak spokojnie, jak udajesz, prawda?

– Udawanie to połowa sukcesu. – Harry uniósł biodra i wyjął z kieszeni papierosy. – Badania naukowe wykazują, że od napinania mięśni uruchamianych przy uśmiechu człowiekowi poprawia się humor. Jeśli jesteś bliska płaczu, śmiej się. Ja postanowiłem spać. Jaka polityka dotycząca palenia obowiązuje u ciebie w sypialni?

– Tu wszystko wolno. Ale kiedy ktoś pali w mojej obecności, to moją polityką jest cytowanie tego, co napisano na opakowaniu. Palenie zabija, przyjacielu.

– Mhm. To z przyjacielem jest dosyć wyrafinowane.

– Dlatego, żebyś zrozumiał, że robisz to nie tylko sobie, ale też wszystkim innym, którzy cię kochają.

– Zrozumiałem. Więc ryzykując i raka, i jeszcze większe wyrzuty sumienia, niniejszym zapalam.

Zaciągnął się i wydmuchnął dym w stronę lampy na suficie.

– Lubisz światło – stwierdził.

– Wychowałam się w Timişoarze.

– Tak?

– Pierwszym mieście w Europie, w którym pojawiły się elektryczne latarnie na ulicach. Wyprzedził nas tylko Nowy Jork.

– I dlatego lubisz światło?

– Nie. Ale ty lubisz fun facts.

– Naprawdę?

– Tak. Takie jak to, że Finne miał syna gwałciciela.

– To trochę więcej niż fun fact.

– Dlaczego?

Harry zaciągnął się dymem, ale papieros nie miał żadnego smaku.

– Dlatego że syn może stanowić dla Finnego dostatecznie silny motyw do zemsty. Ścigałem tego syna w związku z wieloma zabójstwami. I w końcu go zastrzeliłem.

– Ty…?

– Valentin Gjertsen był nieuzbrojony, ale sprowokował mnie do strzału, bo udał, że sięga po broń. Niestety, byłem tego jedynym świadkiem, a specjalna jednostka do spraw wewnętrznych uznała za problematyczne to, że oddałem trzy strzały. Ale zostałem uniewinniony. Stwierdzono, że nie można udowodnić, że nie działałem w samoobronie.

– I Finne się o tym dowiedział? A teraz uważasz, że to dlatego zabił twoją żonę?

Harry kiwnął głową.

– Oko za oko, ząb za ząb.

– Logiczniejsze byłoby chyba, gdyby zabił Olega.

Harry uniósł brew.

– Wiesz, jak mu na imię?

– Dużo mówisz po pijaku, Harry. I zdecydowanie za dużo o żonie i o synu.

– Oleg nie jest moim synem. To syn Rakel z pierwszego małżeństwa.

– O tym też mówiłeś. Ale czy to nie jest wyłącznie kwestia biologii?

Harry pokręcił głową.

– Nie dla Sveina Finne. On nie kochał Valentina Gjertsena jako osoby. Prawie go nie znał. Kochał go wyłącznie dlatego, że Valentin niósł dalej jego geny. Siłą napędową Finnego jest rozsiewanie własnego nasienia. Płodzenie jak największej liczby dzieci. Dla niego biologia jest wszystkim, to ona ma mu zapewnić życie wieczne.

– To chore.

– Tak sądzisz? – Harry spojrzał na papierosa. Zastanawiał się, które miejsce w kolejce rzeczy czekających, żeby go zabić, zajmuje rak płuc. – Może biologia determinuje nas bardziej, niż chcemy w to wierzyć. Może jeśli chodzi o więzy krwi, wszyscy jesteśmy urodzonymi szowinistami, rasistami i nacjonalistami, żywiącymi instynktowne pragnienie, by nasz ród objął władzę nad światem. Dopiero z czasem się tego oduczamy, w większym i mniejszym stopniu. Przynajmniej spora część z nas.

– W każdym razie bardzo chcemy wiedzieć, skąd pochodzimy, pod względem czysto biologicznym. Wiesz, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat mamy w Instytucie Medycyny Sądowej zwiększenie o trzysta procent liczby wniosków o zbadanie DNA od ludzi, którzy chcą wiedzieć, kim jest ich ojciec albo czy ich dziecko rzeczywiście jest ich dzieckiem?

– Fun fact?

– To trochę mówi o powiązaniu naszej tożsamości z materiałem genetycznym.

– Tak sądzisz?

– Tak. – Sięgnęła po kieliszek z winem stojący na nocnym stoliku. – Inaczej by mnie tu nie było.

– W łóżku ze mną?

– W Norwegii. Przyjechałam tu odnaleźć ojca. Moja matka nigdy nie chciała o nim mówić. Wiedziałam jedynie, że pochodził stąd. Po jej śmierci kupiłam bilet i wyprawiłam się go szukać. W pierwszym roku pracowałam w trzech miejscach. O ojcu wiedziałam jedynie to, że prawdopodobnie musiał być inteligentny, bo matka była średnio bystra, a ja w Rumunii miałam świetne stopnie i tutaj też potrzebowałam zaledwie pół roku, żeby nauczyć się płynnie mówić po norwesku. Ale ojca nie znalazłam. Potem dostałam stypendium, zaczęłam studiować chemię na politechnice i znalazłam pracę w Instytucie Medycyny Sądowej w wydziale badań DNA.

– Gdzie mogłaś dalej szukać.

– Tak.

– I?

– Znalazłam.

– Naprawdę? No to musiałaś mieć szczęście, bo z tego, co wiem, w sprawach o ojcostwo niszczycie profile DNA już po roku.

– Rzeczywiście w sprawach o ojcostwo tak jest.

Harry’emu rozjaśniło się w głowie.

– Znalazłaś ojca w policyjnej bazie danych. Był przestępcą?

– Tak.

– Za co został ska…

Komórka w kieszeni spodni zawibrowała. Spojrzał na numer. Odebrał.

– Cześć, Kaju. Dostałaś moją wiadomość?

– Tak. – Jej głos zabrzmiał miękko przy jego uchu.

– I?

– Zgadzam się, że chyba znalazłeś motyw Finnego.

– Mhm. Czy to znaczy, że mi pomożesz?

– Nie wiem.

Zapadła cisza. Słyszał w niej oddech Kai w jednym uchu, a Alexandry w drugim.

– Mówisz tak, jakbyś leżał, Harry. Jesteś w domu?

– Nie, jest u Alexandry. – Głos Alexandry zastąpił jej oddech.

– Kto to był? – spytała Kaja.

– To… to była Alexandra – powiedział Harry.

– Wobec tego nie będę przeszkadzać. Dobranoc.

– Nie przeszkadz…

Ale Kaja już się rozłączyła.

Harry spojrzał na telefon. Schował go z powrotem do kieszeni. Zgasił papierosa w świecy na nocnym stoliku i spuścił nogi z łóżka.

– Hej, a ty dokąd?

– Do domu. – Harry nachylił się i pocałował ją w czoło.

Szybkim krokiem maszerował na zachód, a mózg nieustająco międlił myśli.

W końcu Harry wyjął telefon i wybrał numer Bjørna.

– Harry?

– To był Finne.

– Obudzimy małego, Harry – szepnął Bjørn Holm. – Możemy porozmawiać o tym jutro?

– Svein Finne to ojciec Valentina Gjertsena.

– O cholera.

– Motywem jest rodowa zemsta krwi. Jestem tego pewien. Musicie wszcząć poszukiwania Finnego, a jak już będziecie mieli adres, to załatwcie nakaz przeszukania. Znajdziecie nóż i mamy case closed

– Słyszę, co mówisz, Harry, ale Gert nareszcie zasnął, więc i ja muszę spać. I nie jestem wcale pewien, czy dostaniemy nakaz przeszukania na takiej podstawie. Raczej będziemy potrzebować czegoś konkretniejszego.

– Ale tu chodzi o zemstę krwi, Bjørn. To leży w naszej naturze. Czy nie zemściłbyś się z radością, gdyby ktoś zabił Gerta?

– Cholerne pytanie.

– Zastanów się.

– No nie wiem, Harry.

– Nie wiesz?

– Jutro. Okej?

– Dobra. – Harry zacisnął powieki i zaklął w duchu. – Przepraszam, że zachowuję się jak dureń, Bjørn, ale nie mam siły, tylko…

– W porządku, Harry. Zajmiemy się tym jutro. A dopóki jesteś zawieszony, dobrze by było, żebyś nikomu nie mówił o tym, że rozmawiamy o sprawie.

– Jasne. Śpij, kolego.

Harry otworzył oczy i wrzucił telefon do kieszeni. Sobotni wieczór. Przed nim na chodniku pijana zapłakana dziewczyna opierała się czołem o ścianę domu. Stojący za nią z pochyloną głową chłopak położył jej pocieszającym gestem rękę na plecach.

– On posuwa inne! – krzyknęła dziewczyna. – Mną się nie przejmuje. Mną nikt się nie przejmuje!

– Ja się przejmuję – powiedział cicho chłopak.

– Ty, no tak! – prychnęła z pogardą i znów zaszlochała.

Harry, mijając ich, zawadził spojrzeniem o oczy chłopaka.

Sobotni wieczór. Sto metrów dalej po tej stronie ulicy był bar. Może powinien przejść na drugą stronę, żeby go uniknąć? Ruch uliczny był niewielki, jeździły tylko taksówki. Ale dużo taksówek. Czarne karoserie tworzyły mur uniemożliwiający przedostanie się na drugą stronę. Niech to szlag.

***

Truls Berntsen obejrzał siódmy, ostatni sezon Świata gliniarzy. Zastanawiał się, czy nie zajrzeć na Pornhub. Zrezygnował jednak z tego pomysłu, bo ktoś w dziale IT na pewno rejestruje, po jakich stronach surfują pracownicy. Czy ciągle mówiło się „surfować”? Truls znów zerknął na zegarek. Noc w domu dłużyła się jeszcze bardziej, ale i tak pora wracać. Włożył kurtkę, zaciągnął suwak. Coś jednak nie dawało mu spokoju. Nie bardzo wiedział, o co może chodzić, bo przecież miał za sobą odfajkowany na liście płac dzień, podczas którego nic w ogóle nie musiał robić. Dzień, po którym mógł się spokojnie położyć z przekonaniem, że rachunek kolejny raz wyszedł na jego korzyść.

Truls Berntsen spojrzał na telefon.

To idiotyczne, ale jeśli dzięki temu coś przestanie go gryźć, to niech tak będzie.

– Słucham, dyżur policyjny.

– Tu Truls Berntsen. Ta kobieta, którą do mnie przysłaliście… Złożyła po zejściu do was zawiadomienie na Sveina Finne?

– Nigdy do nas nie wróciła.

– Poszła sobie?

– Na to wygląda.

Truls odłożył słuchawkę. Zastanowił się przez chwilę. Znów wybrał numer.

– Słucham, Harry.

Truls ledwie usłyszał głos kolegi, przebijający przez muzykę i wycie w tle.

– Jesteś na imprezie?

– W barze.

– Puszczają Motörhead – stwierdził Truls.

– To jedyna pozytywna rzecz, jaką da się powiedzieć o tym miejscu. Czego chcesz?

– Svein Finne. Próbowałeś mieć go na oku.

– I?

Truls opowiedział o rozmowie z kobietą.

– Mhm. Masz jej nazwisko i numer telefonu?

– Nazywa się Dagny coś tam. Chyba Jensen. Możesz spytać na dyżurze policyjnym, czy spisali jej dane, ale szczerze w to wątpię.

– Dlaczego?

– Ona się chyba boi, że Finne się dowie, że u nas była.

– Okej. Nie mogę zadzwonić na dyżur policyjny, bo jestem zawieszony. Zrobisz to dla mnie?

– Zamierzałem iść do domu.

Truls wsłuchał się w milczenie Harry’ego. Lemmy śpiewał Killed by Death.

– W porządku – warknął Truls.

– I jeszcze jedno. Mój identyfikator jest zdezaktywowany, więc nie dostanę się do pokoju. Możesz zabrać mój służbowy pistolet z dolnej szuflady i spotkać się ze mną koło Olympen za dwadzieścia minut?

– Pistolet? Po co ci pistolet?

– Muszę się bronić przed złem tego świata.

– Twoja szuflada jest zamknięta na klucz.

– Ale ty sobie załatwiłeś zapasowy.

– Co? Dlaczego tak uważasz?

– Bo widziałem, że poprzesuwałeś tam rzeczy. A raz przechowywałeś grudkę haszyszu zatrzymaną przez tych z antynarkotykowego, sądząc po torebce. Żeby nie znaleźli jej w twojej szufladzie, gdyby zaczęli szukać.

Truls nie odpowiedział.

– I co?

– Za piętnaście – burknął. – Punkt. Nie mam zamiaru sterczeć i marznąć.

Kaja Solness stała z rękami założonymi na piersi i wyglądała przez okno w salonie. Zmarzła. Zawsze było jej zimno. W Kabulu, gdzie temperatura skakała od minus pięciu do ponad trzydziestu, nocne dreszcze pojawiały się u niej zarówno w grudniu, jak i w lipcu – niewiele mogła wtedy zrobić oprócz czekania na poranek i pustynne słońce, które ją rozmrozi. Jej brat też tak odczuwał. Raz spytała, czy jego zdaniem urodzili się zmiennocieplni, niebędący w stanie regulować własnej temperatury ciała, jak gady uzależnieni od zewnętrznego ciepła, żeby całkiem nie zdrętwieć i nie zamarznąć na śmierć. Długo uważała, że tak właśnie jest. Że sama nie ma nad tym kontroli. Że jest bezradnie zdana na otoczenie. Zdana na innych. Zapatrzyła się w ciemność. Powiodła wzrokiem wzdłuż płotu otaczającego ogród.

Czy on gdzieś tam stał?

Niemożliwe do odgadnięcia. Czerń była nieprzenikniona, a ktoś taki jak on i tak zna wszystkie sposoby na ukrywanie się.

Zadrżała, ale się nie bała. Bo wiedziała już, że nie jest zależna od otoczenia. Że nie potrzebuje innych. Że może sama kształtować swój los.

Pomyślała o głosie tamtej drugiej kobiety.

 

Nie, jest u Alexandry.

Swój los. I innych.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?