NóżTekst

Autor:Jo Nesbø
Z serii: Seria Harry Hole #12
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nóż
Nóż
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,40  57,92 
Nóż
Nóż
Nóż
E-book
34,50 
Szczegóły
Nóż
Nóż
Nóż
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

13

Altocumulusy rozpostarły się na niebie nad kościołem Voksen jak szydełkowy obrus.

– Moje kondolencje – powiedział Mikael Bellman pełnym przejęcia głosem i z wyćwiczoną miną. Dawniej młody komendant okręgowy policji, a obecnie dość młody minister sprawiedliwości uścisnął dłoń Harry’ego prawą ręką, dokładając jeszcze lewą, jakby chciał przypieczętować uścisk. Podkreślić, że naprawdę współczuje. Albo upewnić się, że Harry nie cofnie ręki, zanim fotoreporterzy – którym nie pozwolono na robienie zdjęć w kościele – dostaną swoje. Po sesji zatytułowanej „Minister-sprawiedliwości-poświęca-czas-na-uczestniczenie-w-pogrzebach-żon-dawnych-kolegów-z-policji” Bellman odszedł do czekającego SUV-a. Przypuszczalnie wcześniej sprawdził, czy Hole jest poza wszelkimi podejrzeniami.

Harry i Oleg dalej ściskali dłonie i kiwali głowami przesuwającym się przed nimi twarzom, w większości kolegom z pracy i przyjaciołom Rakel. Kilkorgu sąsiadom. Oprócz Olega Rakel nie miała żadnych bliskich krewnych, a mimo to wielki kościół zapełnił się bardziej niż w połowie. Pracownik zakładu pogrzebowego stwierdził, że gdyby wstrzymali się z uroczystościami do następnego tygodnia, to jeszcze więcej osób zdołałoby przeorganizować swoje kalendarze. Harry cieszył się, że Oleg poprosił o nieurządzanie dużej imprezy po pogrzebie. Żaden z nich nie znał zbyt dobrze kolegów Rakel z pracy ani nie miał ochoty rozmawiać z sąsiadami. To, co należało powiedzieć o Rakel, Oleg, Harry i dwie przyjaciółki z dzieciństwa powiedzieli już w kościele i tyle musiało wystarczyć. Nawet pastor pojął, że ma się ograniczyć do psalmów, modlitwy i czynności nakazywanych przez ceremoniał.

– Cholera. – Øystein Eikeland, jeden z dwóch przyjaciół Harry’ego z dzieciństwa, z mokrymi od łez oczami ciężko położył dłonie na ramionach Harry’ego i dmuchnął mu w twarz świeżym alkoholowym oddechem. Może nie tylko wygląd kazał Harry’emu myśleć o Øysteinie za każdym razem, kiedy ktoś rzucił dowcip o Keicie Richardsie. Z każdym wypalonym papierosem Bóg odbiera ci godzinę życia… i przekazuje ją Keithowi Richardsowi. Harry zobaczył, że kumpel wyjątkowo się skupia, zanim wreszcie otworzył usta z brązowymi pieńkami zębów i powtórzył, tylko z większą intensywnością: – Cholera.

– Dzięki – powiedział Harry.

– Drewniak nie mógł przyjść – dodał Øystein, nie puszczając Harry’ego. – On przecież wpada w panikę, kiedy znajdzie się w większej grupie… większej niż dwuosobowa. Ale pozdrawia cię i mówi – Øystein zmrużył jedno oko od popołudniowego słońca – „cholera”.

– Zbieramy się w kilka osób U Schrødera.

– Darmowe piwo?

– Maksymalnie trzy.

– Okej.

– Roar Bohr, byłem przełożonym Rakel. – Harry spojrzał w szare jak łupek oczy mężczyzny o piętnaście centymetrów niższego, a jednak sprawiającego wrażenie dość wysokiego. Było coś w jego sylwetce, co w połączeniu z nieco archaicznym określeniem „przełożony” skojarzyło się Harry’emu z oficerem wojska. Uścisk dłoni miał mocny, a spojrzenie zdecydowane i bezpośrednie, ale tkwiła w nim również wrażliwość, a może nawet delikatność. Zapewne ze względu na sytuację. – Rakel była moją najlepszą współpracownicą, fantastyczną osobą. To wielka strata dla Narodowego Instytutu Praw Człowieka i dla nas wszystkich, którzy tam pracujemy, w szczególności dla mnie, ponieważ tak blisko współdziałaliśmy.

– Dziękuję. – Harry mu wierzył. Ale może wiarę tę wzbudziła po prostu ciepła dłoń osoby zajmującej się prawami człowieka. Harry odprowadził Roara Bohra wzrokiem, kiedy ten podchodził do dwóch kobiet na trawniku. Zwrócił przy tym uwagę, że Bohr patrzy, gdzie stawia stopy. Jak ktoś, kto odruchowo wypatruje min przeciwpiechotnych. Zauważył też coś znajomego w jednej z tych kobiet, chociaż stała tyłem. Bohr coś powiedział, najwyraźniej po cichu, bo kobieta musiała się do niego pochylić, a on wtedy lekko dotknął ręką jej pleców.

Wreszcie kolejka składających kondolencje się skończyła. Samochód zakładu pogrzebowego odjechał z trumną. Niektórzy już wyruszyli w drogę powrotną na zebrania i do normalnej codzienności. Harry zobaczył, że Truls Berntsen odchodzi sam, aby autobusem wrócić do komendy, przypuszczalnie po to, żeby dalej układać pasjanse. Inne osoby rozmawiały w grupkach. Komendant Gunnar Hagen i Anders Wyller, młody policjant, od którego Harry wynajmował mieszkanie, stali razem z Katrine i Bjørnem. Ci ostatni przyszli z dzieckiem. Dla niektórych odgłos płaczu niemowlęcia na pogrzebie stanowił zapewne pociechę, przypomnienie, że życie toczy się dalej. To znaczy dla ludzi pragnących, aby toczyło się dalej.

Tym, którzy zostali, Harry ogłosił, że będzie spotkanie U Schrødera. Podeszła do niego Sio, przyjechała aż z Kristiansand razem ze swoim narzeczonym. Długo i mocno ściskała Harry’ego i Olega, a potem oświadczyła, że muszą już ruszać z powrotem. Harry pokiwał głową i powiedział, że szkoda, ale rozumie. W głębi ducha poczuł jednak ulgę. Sio była oprócz Olega jedyną osobą, która mogłaby go skłonić do płakania publicznie.

Helga pojechała z Harrym i Olegiem do Schrødera. Nina przygotowała dla nich długi stół.

Pojawił się mniej więcej tuzin osób. Harry siedział pochylony nad kawą, słuchając rozmów, kiedy nagle ktoś położył mu rękę na plecach. Bjørn.

– Normalnie na pogrzebach nie wręcza się prezentów. – Podał Harry’emu płaski kwadratowy przedmiot, opakowany w ozdobny papier. – Ale mnie pomagało to w ciężkich chwilach.

– Dzięki, Bjørn. – Harry obrócił paczkę w palcach. Nietrudno było się domyślić, co jest w środku. – Przy okazji chciałem cię o coś spytać.

– Tak?

– Sung-min Larsen na przesłuchaniu nie zadał mi żadnego pytania o kamerę leśną. To znaczy, że nie wspomniałeś o niej w swoim zeznaniu.

– Bo nie pytał. Uznałem, że od ciebie zależy, czy o tym powiesz, jeśli będziesz uważał to za istotne.

– Czyli nie mówiłeś?

– Skoro i ty nic nie powiedziałeś, wychodzi mi, że to nie jest istotne.

– Nie mówiłeś nic, bo zrozumiałeś, że planuję ścigać Finnego, nie mieszając w to KRIPOS ani nikogo innego?

– Tego tutaj nie słyszałem. A nawet gdybym słyszał, to i tak bym nie zrozumiał, o czym gadasz.

– Dzięki, Bjørn. I jeszcze jedno. Co wiesz o Roarze Bohrze?

– O Bohrze? Tylko tyle, że jest szefem tej instytucji, w której pracowała Rakel. To coś z prawami człowieka, prawda?

– Narodowy Instytut Praw Człowieka.

– No właśnie. To Bohr zgłosił dyżurowi policyjnemu, że się niepokoją, bo Rakel nie przyszła do pracy.

– Mhm. – Harry spojrzał na otwierające się właśnie drzwi wejściowe i wszystkie ewentualne dodatkowe pytania, jakie miałby do Bjørna, natychmiast wyleciały mu z głowy.

To była ona, ta kobieta, która stojąc tyłem, rozmawiała z Bohrem. Teraz zatrzymała się i rozglądała ostrożnie. Niewiele się zmieniła. Twarz z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, kruczoczarne, wyraźnie zaznaczone brwi nad niemal po dziecinnemu wielkimi zielonymi oczami. Miodowozłote włosy, pełne wargi, dość szerokie usta.

Jej spojrzenie wreszcie odnalazło Harry’ego i widać było, jak cała się rozpromienia.

– Kaja! – zawołał w tej samej chwili Gunnar Hagen. – Chodź, siadaj!

Komendant już wysuwał krzesło.

Kobieta przy drzwiach uśmiechnęła się do niego i pokazała, że najpierw musi przywitać się z Harrym.

Skóra jej dłoni była tak miękka, jak ją zapamiętał.

– Moje kondolencje. Współczuję ci, Harry.

Głos także.

– Dziękuję. To jest Oleg. I jego dziewczyna, Helga. A to Kaja Solness, dawna koleżanka po fachu.

Uściski dłoni.

– A więc wróciłaś – stwierdził Harry.

– Na razie.

– Mhm. – Szukał czegoś do powiedzenia. Nie znalazł.

Dłonią lekką jak piórko dotknęła jego ramienia.

– Zajmij się najbliższymi. A ja pogadam chwilę z Gunnarem i resztą.

Harry kiwnął głową i patrzył, jak na długich nogach miękko przemyka między krzesłami na drugi koniec stołu.

Oleg nachylił się do niego.

– Kto to jest? Oprócz tego, że koleżanka?

– To długa historia.

– Zauważyłem. A skrócona wersja?

Harry wypił łyk kawy.

– Kiedyś zostawiłem ją dla twojej matki.

Była już trzecia i jako przedprzedostatni gość na stypie wstał Øystein. Błędnie zacytował Boba Dylana na pożegnanie i wyszedł.

Jedna z dwóch pozostałych osób przemieściła się na krzesło obok Harry’ego.

– Nie masz dziś pracy, do której musisz wracać? – spytała Kaja.

– Jutro też nie. Zawieszony do odwołania. A ty?

– Jestem na stand by w Czerwonym Krzyżu. To znaczy, że pobieram pensję, ale akurat teraz siedzę w domu i czekam, aż gdzieś w jakimś miejscu na świecie huknie.

– I tak się stanie?

– Na pewno. Pod tym względem przypomina to trochę pracę w Wydziale Zabójstw. Siedzisz i czekasz, w pewnym sensie z nadzieją, że stanie się coś okropnego.

– Mhm. Czerwony Krzyż. Niezły odskok od Wydziału Zabójstw.

– I tak, i nie. Jestem odpowiedzialna za bezpieczeństwo. Ostatni kontrakt to były dwa lata w Afganistanie.

– A wcześniej?

– Również dwa lata. W Afganistanie. – Uśmiechnęła się, odsłaniając małe ostre zęby, przez które jej twarz stawała się niedoskonała i jeszcze bardziej interesująca.

– A co takiego fajnego jest w Afganistanie?

Wzruszyła ramionami.

– Początkowo pewnie tylko to, że widzi się tam problemy tak wielkie, że twoje własne, prywatne, natychmiast maleją. I to, że naprawdę jest się tam potrzebnym. No i zaczynasz lubić ludzi, których poznajesz i z którymi pracujesz.

– Takich jak Roar Bohr?

– Tak. Mówił ci, że był w Afganistanie?

– Nie, ale zachowuje się jak żołnierz, który nie chce wejść na minę. Był w siłach specjalnych?

Kaja spojrzała na niego z uwagą. Źrenice otoczone zielonymi tęczówkami miała powiększone. U Schrødera nie marnowano światła.

– Tajne? – spytał Harry.

Wzruszyła ramionami.

 

– Bohr rzeczywiście był podpułkownikiem w siłach specjalnych. I jednym z tych wysłanych do Kabulu z listą poszukiwanych terrorystów talibskich, których ISAF chciały się pozbyć.

– Mhm. Generał zabiurkowy czy osobiście strzelał do dżihadystów?

– Spotykaliśmy się w ambasadzie norweskiej na zebraniach dotyczących bezpieczeństwa, ale nigdy nie poznałam szczegółów. Wiem tylko, że i Roar, i jego siostra mieli mistrzostwo w strzelaniu w regionie Vest-Agder.

– I uporał się z tą listą?

– Przypuszczam, że tak. Jesteście do siebie dość podobni, Bohr i ty. Nie poddacie się, dopóki nie dopadniecie tego, kogo macie dopaść.

– Skoro Bohr był taki świetny w tej robocie, to z jakiego powodu ją rzucił i zajął się prawami człowieka?

Kaja uniosła brew, jakby chciała spytać, dlaczego Harry tak się interesuje Bohrem. Najwyraźniej doszła jednak do wniosku, że Harry po prostu potrzebuje rozmowy o czymś innym, o czymkolwiek, byle nie o Rakel, o sobie i obecnej sytuacji.

– ISAF zostały zastąpione przez Resolute Support, a wówczas nastąpiło przejście od tak zwanej misji stabilizacyjnej do szkoleniowej. Nie mogli już strzelać. Poza tym żona chciała, żeby wreszcie wrócił do domu. Nie miała siły dłużej siedzieć sama. Norweski oficer z ambicjami generalskimi musi w praktyce spędzić przynajmniej jedną zmianę w Afganistanie, więc Roar, ubiegając się o zwolnienie, miał świadomość, że rezygnuje z kariery. Wtedy pobyt tam przestał go bawić. A poza tym ludzie z takim doświadczeniem w dowodzeniu są poszukiwani w innych branżach.

– Ale od strzelania do ludzi do praw człowieka?

– A myślisz, że o co walczył w Afganistanie?

– Mhm. Czyli idealista i przykładny mąż.

– Roar to mężczyzna, który wierzy w różne rzeczy. I jest gotów coś poświęcić dla tych, których kocha. Tak jak ty. – Skrzywiła się. To był przelotny, bolesny uśmiech. Zapięła płaszcz. – To godne szacunku, Harry.

– Mhm. Uważasz, że coś wtedy poświęciłem?

– Wszyscy uważamy się za działających racjonalnie, ale podporządkowujemy się temu, co nam dyktuje serce, prawda? – Sięgnęła do torebki i wyjęła z niej wizytówkę, którą położyła na stole. – Mieszkam tam, gdzie wtedy. Gdybyś potrzebował rozmowy, to wiem co nieco o stracie i tęsknocie.

Słońce skryło się za pasmem wzgórz, barwiąc niebo nad nim na pomarańczowo, kiedy Harry otwierał kluczem drzwi do domu z ciemnych bali. Oleg był już w drodze do Lakselv i oddał mu klucze, żeby Harry mógł w przyszłym tygodniu wpuścić agenta nieruchomości. Harry prosił Olega, by się zastanowił, czy naprawdę chce sprzedać dom, czy nie chciałby do niego wrócić po zakończeniu roku praktyki. Może byłby odpowiednim miejscem dla niego i dla Helgi. Oleg obiecał, że się zastanowi, ale wyglądało na to, że już podjął decyzję.

Technicy uporali się ze swoją robotą i posprzątali po sobie, to znaczy usunęli krew, ale zostawili klasyczny rysunek kredą pokazujący ułożenie ciała ofiary. Harry wyobraził już sobie, jak agent nieruchomości, przejęty i rozpaczliwie taktowny, sugeruje usunięcie kredowych linii przed pokazywaniem domu ewentualnym nabywcom.

Harry stanął przy kuchennym oknie i patrzył, jak niebo blaknie, jak znika żar. Zastępowała go ciemność. Był trzeźwy od dwudziestu ośmiu godzin, a Rakel nie żyła od co najmniej stu czterdziestu jeden.

Wyszedł na środek, stanął nad rysunkiem. Klęknął. Powiódł palcem po szorstkiej drewnianej podłodze. Położył się, wczołgał w obrys, skulił w pozycji płodu, próbując się zmieścić w obrębie białych kresek.

I wreszcie wezbrał w nim płacz. Jeśli to w ogóle był płacz, bo nie popłynęły żadne łzy, a jedynie ochrypły krzyk, który zaczynał się w piersi, narastał i musiał wydostać się przez zbyt ściśnięte gardło, nim wreszcie wypełnił pomieszczenie, brzmiący jak krzyk człowieka, który walczy ze śmiercią. Kiedy Harry przestał krzyczeć, odwrócił się na plecy, żeby oddychać. Dopiero wtedy przyszły łzy. A przez łzy zobaczył tuż nad sobą rozmyty jak we śnie kryształowy żyrandol. Kryształki układały się w kształt litery S.

14

Na Lyder Sagens gate ptaki śpiewały ze szczęścia.

Może dlatego, że była dziewiąta rano i nic jeszcze nie zdążyło zepsuć tego dnia. Może dlatego, że świeciło słońce, zapowiadając idealny początek weekendu, na który prognozowano ładną pogodę. A może dlatego, że na Lyder Sagens gate nawet ptaki były szczęśliwsze niż gdzie indziej na świecie. Bo nawet w kraju, który regularnie trafiał na szczyt listy najszczęśliwszych krajów na świecie, ta niezbyt imponująca ulica, której nadano imię pewnego nauczyciela z Bergen, stanowiła wyjątkowy szczyt szczęścia. Czterysta siedemdziesiąt metrów szczęścia uwolnionego nie tylko od trosk finansowych, lecz również od wyścigu nieposkromionego materializmu, ze starymi, niezbyt wyrafinowanymi, pozbawionymi ekstrawaganckich ozdób willami i wielkimi, nieprzesadnie zadbanymi ogrodami, w których dziecięce zabawki leżały rozrzucone w odpowiednio czarujący sposób, aby nikt nie miał wątpliwości co do priorytetów mieszkających tu rodzin. W stylu bohemy, ale z nowym audi, chociaż nie takim, które za bardzo rzuca się w oczy, w garażu pełnym starych, ciężkich i cudownie niepraktycznych mebli ogrodowych z bejcowanego drewna. Lyder Sagens gate była prawdopodobnie jedną z najdroższych ulic w kraju, lecz tutaj za ideał uchodził artysta, który odziedziczył dom po babci, w każdym razie mieszkańcy na ogół prezentowali się jako dobrzy socjaldemokraci, wierzący w zrównoważony rozwój i wartości równie solidne jak przesadnej wielkości drewniane belki, które tu i ówdzie wystawały z willi w stylu szwajcarskim.

Harry pchnął furtkę, której jęk zabrzmiał niczym echo z przeszłości. Wszystko było jak dawniej. Trzeszczenie drewnianych schodów prowadzących do drzwi, dzwonek bez tabliczki z nazwiskiem. Męskie buty w rozmiarze czterdzieści sześć, które Kaja Solness wystawiała na zewnątrz, aby zniechęcić włamywaczy i innych nieproszonych gości.

Otworzyła i odgarnęła z twarzy wybielone słońcem pasemko włosów.

Nawet okrywający skrzyżowane na piersi ręce za duży wełniany sweter i dziurawe filcowe kapcie były te same.

– Harry – odezwała się.

– Ponieważ mieszkasz w odległości spaceru od mojego mieszkania, pomyślałem, że zajrzę, zamiast dzwonić.

– Co? – Przechyliła głowę.

– Tak powiedziałem, kiedy pierwszy raz dzwoniłem do tych drzwi.

– Jak możesz to pamiętać?

Ponieważ długo się zastanawiałem nad tymi słowami i długo je ćwiczyłem, pomyślał Harry, a z uśmiechem powiedział:

– Mam mózg, do którego wszystko się przykleja. Mogę wejść?

Dostrzegł w jej oczach trwające zaledwie moment wahanie i uświadomił sobie, że nawet nie przyszło mu do głowy, że ona może kogoś mieć. Partnera. Kochanka. Albo jakiś inny powód, aby zatrzymać go po właściwej stronie progu.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

– Nie, nie, tylko… tylko że to tak nagle.

– Mogę wrócić trochę później.

– Nie. Boże, przecież mówiłam, że możesz przyjść. – Otworzyła drzwi i odsunęła się na bok.

Kaja postawiła na stole przed Harrym kubek parującej herbaty, a sama usiadła na kanapie, podwijając długie nogi pod siebie. Harry zawiesił wzrok na książce leżącej grzbietem do góry. Dziwne losy Jane Eyre Charlotte Brontë. Przypominał sobie coś o młodej kobiecie, która zakochuje się w ponurym rozwiedzionym samotniku, po czym okazuje się, że facet ciągle przetrzymuje żonę w zamknięciu.

– Nie pozwalają mi prowadzić śledztwa w sprawie tego zabójstwa – powiedział. – Chociaż wyeliminowali mnie z kręgu podejrzanych.

– To chyba zwykła procedura w takich wypadkach.

– Nie wiem, czy są jakieś procedury obowiązujące śledczych, których żony zostały zabite. A ja wiem, kto to zrobił.

– Wiesz?

– Jestem całkiem pewny.

– Jakieś dowody?

– Intuicja.

– Jak wszyscy inni, z którymi współpracowałeś, mam wielki szacunek dla twojej intuicji, Harry, ale czy jesteś pewien, że można jej ufać, kiedy chodzi o twoją żonę?

– To nie tylko kwestia intuicji. Wykluczyłem wszystkie inne ewentualności.

– Wszystkie? – Kaja obejmowała dłońmi kubek, ale nie piła, jakby zrobiła sobie herbatę głównie po to, by ogrzać ręce. – Chyba przypominam sobie, że miałam mentora o imieniu Harry, który mówił, że zawsze istnieją inne ewentualności, a wnioski oparte na dedukcji cieszą się niezasłużenie dobrą sławą.

– Rakel nie miała innych wrogów oprócz tego jednego. Który nie był też jej wrogiem, ale moim. Nazywa się Svein Finne. A znany jest również jako Narzeczony.

– Kto to jest?

– Gwałciciel i zabójca. Mówi się o nim Narzeczony, ponieważ zapładnia swoje ofiary i zabija je, jeśli nie donoszą jego potomstwa. Byłem młodym śledczym, pracowałem dzień i noc, żeby go złapać. To mój pierwszy. I śmiałem się z radości, kiedy zatrzaskiwałem mu kajdanki na rękach. – Harry spojrzał na własne dłonie. – To był prawdopodobnie ostatni raz, kiedy przy aresztowaniu czułem taką radość.

– Tak? Dlaczego?

Spojrzenie Harry’ego powędrowało po ślicznej starej tapecie w kwiatowy wzór.

– Zapewne z wielu powodów, a moja wiedza o samym sobie jest przecież ograniczona. Ale jedną z przyczyn może być zapewne to, że gdy tylko Finne odsiedział wyrok, zgwałcił dziewiętnastoletnią dziewczynę i zagroził, że ją zabije, jeśli podda się aborcji. Zrobiła to mimo wszystko. Tydzień później znaleziono ją leżącą na brzuchu w zagajniku w Linnerud. Dookoła była krew, więc wszyscy byli pewni, że już nie żyje. Ale kiedy ją odwrócili, usłyszeli jakiś dźwięk, dziecinny głos mówiący: „Mama”. Zabrano ją do szpitala, przeżyła. Okazało się jednak, że ten głosik nie był wcale głosem dziewczyny. Finne rozciął jej brzuch, wepchnął do niego mówiącą lalkę na baterie i zaszył.

Kaja jęknęła.

– Przepraszam – powiedziała. – Trochę wyszłam z wprawy.

Harry kiwnął głową.

– Więc znów go złapałem. Wykorzystałem przynętę. I złapałem go ze spuszczonymi spodniami. Dosłownie. Jest zdjęcie z tej akcji. Mocny flesz, trochę przeeksponowane. Oprócz tego upokorzenia osobiście zadbałem o to, aby Svein „Narzeczony” Finne spędził dwadzieścia ze swoich dobrze ponad siedemdziesięciu lat za kratami. Między innymi za zabójstwo, którego, jak twierdzi, nie popełnił. Masz więc motyw. Masz intuicję. Możemy wyjść na taras zapalić?

Poszli po kurtki i usiedli na dużym zadaszonym tarasie wychodzącym na ogród z nagimi jabłoniami. Harry spojrzał w okna na piętrze domu po drugiej stronie Lyder Sagens gate. Wszystkie pozamykane i zasłonięte.

– Twój sąsiad. – Harry wyjął papierosy. – Już cię nie pilnuje?

– Greger parę lat temu przekroczył dziewięćdziesiątkę, ale w zeszłym roku umarł.

– Więc teraz musisz pilnować się sama?

Wzruszyła ramionami. W tym ruchu był jakiś rytm, niczym w tańcu.

– Mam wrażenie, że stale ktoś się mną opiekuje.

– Zrobiłaś się religijna?

– Nie. Poczęstujesz mnie papierosem?

Harry spojrzał na nią. Wsunęła ręce pod uda, pamiętał, że miała taki zwyczaj, bo dłonie szybko jej marzły.

– Wiesz, że siedzieliśmy właśnie tutaj i robiliśmy dokładnie to samo całe lata temu? Ile? Siedem? Osiem lat temu?

– Tak – odparła. – Pamiętam. – Wyswobodziła jedną rękę. Przytrzymała mocno papierosa między palcem wskazującym a środkowym, pozwalając, by Harry jej przypalił. Zaciągnęła się i wydmuchnęła chmurę szarego dymu. Radziła sobie z papierosem równie niezgrabnie jak wtedy. Harry poczuł słodkawy smak wspomnień. Rozmawiali wówczas o paleniu w filmie Now, Voyager, o monizmie materialistycznym, wolnej woli, Johnie Fantem i radości, jaką sprawia kradzież drobiazgów. Nagle, jakby w ramach kary za te bezbolesne sekundy, aż drgnął, gdy padło jej imię i nóż znów obrócono w ranie.

– Mówisz z taką pewnością, że Rakel nie miała innych wrogów oprócz tego Finnego, Harry, ale na jakiej podstawie uważasz, że wiesz o wszystkich szczegółach jej życia? Ludzie mogą mieszkać razem, spać w jednym łóżku, ale to wcale nie oznacza, że muszą znać wszystkie swoje tajemnice.

Harry chrząknął.

– Znałem ją, Kaju. Ona znała mnie. Znaliśmy się nawzajem. Nie mieliśmy żadnych taje…

Usłyszał drżenie we własnym głosie i urwał.

– W porządku, Harry. Ale nie wiem, kim mam dla ciebie być. Pocieszycielką czy zawodowcem?

– Zawodowcem.

– Okej. – Kaja odłożyła papierosa na brzeg drewnianego stołu. – Wobec tego przedstawię ci inną możliwość, tylko jako przykład. Rakel mogła nawiązać relację z jakimś mężczyzną. Ty może nie potrafisz sobie wyobrazić, że była w stanie cię oszukać, ale uwierz mi, kobiety są lepsze w ukrywaniu takich rzeczy niż mężczyźni, zwłaszcza gdy uważają, że mają dobry powód, a mężczyźni są gorsi w odkrywaniu zdrad niż kobiety.

Harry zamknął oczy.

– To brzmi jak grube…

– …uogólnienie. Oczywiście. I zaraz będzie następne. Kobiety zdradzają z innych powodów niż mężczyźni. Może Rakel wiedziała, że musi odejść od ciebie, ale potrzebowała katalizatora, odskoczni? Na przykład przypadkowego skoku w bok. A kiedy relacja spełniła już swoją funkcję i Rakel uwolniła się od ciebie, zerwała także z tym drugim mężczyzną. Pstryk i masz głęboko zakochanego i głęboko urażonego mężczyznę z motywem zbrodni.

 

– Okej – powiedział Harry. – Ale czy ty sama w to wierzysz?

– Nie. Ale to pokazuje, że mogą istnieć inne ewentualności. W każdym razie nie wierzę w motyw, który przypisujesz Finnemu.

– Nie?

– Miałby zabić Rakel tylko dlatego, że ty jako policjant wykonałeś pracę, która do ciebie należała? To, że cię nienawidzi, że ci groził, okej. Ale ludźmi takimi jak Finne kieruje popęd seksualny, a nie żądza zemsty. Przynajmniej nie bardziej niż innymi przestępcami. Nigdy nie czułam zagrożenia ze strony tych, których posłałam za kratki, bez względu na to, jak mocni byli w gębie. Od wyrzucenia z siebie taniej pogróżki do poniesienia ryzyka i kosztów zabójstwa jest daleka droga. Wydaje mi się, że Finne potrzebowałby o wiele silniejszego motywu, aby ryzykować spędzenie w pudle dwunastu lat, może już ostatnich w życiu.

Harry ze złością mocno zaciągał się dymem. Ze złością, ponieważ czuł, że wszystko w nim protestuje przeciwko temu, co powiedziała Kaja. Ze złością, ponieważ wiedział, że ona ma rację.

– A jaki motyw zemsty uważałabyś za dostatecznie silny?

Znów to roztańczone, niemal dziecinne wzruszenie ramion.

– Nie wiem. Coś osobistego. Coś współmiernego z tym, co spotkało ciebie.

– Przecież właśnie tak było. Odebrałem mu wolność, takie życie, jakie kochał. Więc on w rewanżu odebrał mi to, co kochałem najbardziej.

– Rakel. – Kaja wysunęła dolną wargę i kiwnęła głową. – Żebyś dalej musiał żyć z bólem.

– No właśnie. – Harry zorientował się, że z papierosa został już tylko filtr. – Ty wiele rozumiesz, Kaju. Właśnie dlatego tu przyszedłem.

– To znaczy?

– Wiesz, że nie mogę działać. – Harry próbował się uśmiechnąć. – Stałem się swoim własnym najgorszym przykładem kierującego się uczuciami śledczego, który zaczyna od wniosku, a dopiero potem szuka pytań, żeby odpowiedź na nie potwierdziła konkluzję. Właśnie dlatego cię potrzebuję, Kaju.

– Nie nadążam.

– Jestem zawieszony i nie wolno mi pracować z innymi z wydziału. Będąc śledczymi, potrzebujemy kogoś, z kim moglibyśmy poprzerzucać się piłką. Potrzebujemy oporu. Nowych pomysłów. A ty jesteś byłą śledczą i nie masz czym zapełnić sobie dni.

– Nie, nie, Harry.

– Posłuchaj mnie. – Harry się pochylił. – Wiem, że nic mi nie jesteś winna. Wiem, że cię wtedy zostawiłem. To, że pękło mi serce, to wytłumaczenie, ale nie usprawiedliwienie złamania twojego serca. Wiedziałem, co robię, i zrobiłbym to samo jeszcze raz. Ponieważ musiałem. Ponieważ kochałem Rakel. Wiem, że to, o co cię proszę, to zbyt wiele. Ale proszę i tak. Popadam w obłęd, Kaju. Muszę coś robić. A jedyne, co potrafię, to ścigać zabójców. I pić. Mogę się zapić na śmierć, jeśli będę musiał.

Zobaczył, że Kaja drgnęła.

– Mówię, jak jest. Nie musisz odpowiadać. Proszę cię tylko, żebyś się nad tym zastanowiła. Mój numer znasz. A teraz zostawię cię w spokoju.

Wstał.

Włożył buty, wyszedł za bramę i ruszył w stronę Suhms gate, w dół Norabakken, minął kościół Fagerborg, udało mu się przejść obok dwóch otwartych knajp, pełnych stałych wyznawców tłoczących się przy barach, zobaczył wejście na stadion Bislett, który niegdyś też miał swoich wiernych wyznawców, ale teraz przypominał raczej więzienie, spojrzał w bezsensownie pogodne niebo i przechodząc na drugą stronę ulicy, w momencie oślepienia dostrzegł w pulsującym słońcu drżące S. A kiedy zawyły hamulce tramwaju, zabrzmiało to jak echo jego własnego krzyku, gdy podnosił się z jakiejś podłogi, a jego but poślizgnął się we krwi.

Truls Berntsen siedział przed komputerem i oglądał trzeci odcinek pierwszego sezonu Świata gliniarzy. Obejrzał już całą serię dwa razy, a teraz znów zaczął od początku. Z serialami telewizyjnymi było bowiem tak jak z pornosami: te stare, pierwotne, pozostawały najlepsze. Poza tym Truls był Vikiem Mackeyem. No dobrze, nie w pełni, ale Vic w każdym razie był taki, jaki Truls Berntsen miał ochotę być: na wskroś skorumpowany, ale trzymający się zasad moralnych, które sprawiały, że nie dało się temu nic zarzucić. Właśnie to było świetne. Że można być takim bad, ale mimo wszystko w porządku, ponieważ ocena zależy tylko od tego, jak się na to patrzy. Z jakiego punktu widzenia. Naziści i komuniści też robili filmy wojenne i przekonywali ludzi do kibicowania świniom. Nic nie było do końca prawdą i nic nie było czystym kłamstwem. Punkt widzenia. Tylko to się liczy. Punkt widzenia.

Zadzwonił telefon.

Wywołało to jego niepokój.

To Hagen zdecydował, że Wydział Zabójstw ma być obsadzony również w weekendy. Wprawdzie tylko przez jedną osobę, ale Truls nie miał nic przeciwko temu, brał też sporo dyżurów za innych. Po pierwsze, i tak nie miał nic do roboty, a po drugie, potrzebował i pieniędzy, i dodatkowych wolnych dni na jesienny wyjazd do Pattai. A po trzecie, nie musiał wtedy nic robić, ponieważ odbieraniem zgłoszeń zajmował się dyżur policyjny. Truls w zasadzie wątpił, by ktokolwiek tam wiedział, że w Wydziale Zabójstw dyżuruje ktoś w weekendy, a sam nie miał zamiaru nikogo o tym informować.

Właśnie dlatego ten telefon go zaniepokoił, bo numer na wyświetlaczu świadczył o tym, że jednak dzwonią z dyżuru policyjnego.

Po pięciu dzwonkach Truls zaklął cicho, przyciszył dźwięk Świata gliniarzy, ale filmu nie wyłączył, i podniósł słuchawkę.

– Tak – powiedział, starając się nadać tej jednej pozytywnej sylabie brzmienie świadczące o pełnym odrzuceniu.

– Dyżur policyjny. Mamy tu kobietę, która potrzebuje pomocy. Chce obejrzeć zdjęcia gwałcicieli.

– To działka obyczajówki.

– Wy macie te same zdjęcia, a u nich nie ma dyżuru weekendowego.

– Lepiej, żeby przyszła w poniedziałek.

– Lepiej, żeby zobaczyła te zdjęcia już teraz, dopóki pamięta twarze. Macie dyżur weekendowy czy nie?

– No dobra – warknął Truls Berntsen. – Przyprowadźcie ją tutaj.

– My tu mamy urwanie głowy, więc może sam byś po nią przyszedł.

– Urwanie głowy mam i ja. – Truls zaczekał, ale nie dostał odpowiedzi. – Okej, przyjdę – westchnął.

– Świetnie. I wiesz co, to już od jakiegoś czasu nie nazywa się obyczajówka. Teraz to Wydział Przestępstw na tle Seksualnym.

– Fuck you too – mruknął Truls tak cicho, że raczej nikt tego nie usłyszał. Odłożył słuchawkę i wcisnął pauzę. Świat gliniarzy zatrzymał się akurat przed jedną z jego ulubionych scen: tą, w której Vic likwiduje innego policjanta, Terry’ego, swego kolegę, kulką trafiającą tuż poniżej lewego oka.

– A więc nie była pani narażona na gwałt, tylko uważa pani, że coś takiego widziała? – Truls Berntsen przyciągnął do swojego biurka dodatkowe krzesło. – Jest pani pewna, że to był gwałt?

– Nie – odparła kobieta, która przedstawiła się jako Dagny Jensen. – Ale jeśli rozpoznam któregoś z gwałcicieli z waszego archiwum, to będę tego pewna.

Truls podrapał się po wysuniętym jak u frankensteina czole.

– Nie chce pani złożyć zawiadomienia, dopóki nie rozpozna pani sprawcy?

– Otóż to.

– Zazwyczaj nie tak się to odbywa – stwierdził Truls. – Ale powiedzmy, że zrobię pani dziesięciominutowy pokaz slajdów na komputerze, a całą resztę, zawiadomienie o przestępstwie i zeznania, załatwi pani z dyżurem policyjnym. Jestem sam i mam roboty po uszy, rozumie pani? Umawiamy się tak?

– Dobrze.

– No to zaczynamy. Przypuszczalny wiek gwałciciela?

Już po trzech minutach Dagny Jensen wskazała zdjęcie na ekranie.

– Kto to jest?

Truls wyczuł, że kobieta walczy z drżeniem w głosie.

– To sam Svein Finne – wyjaśnił Truls. – Jego pani widziała?

– Co on zrobił?

– Należałoby raczej spytać, czego nie zrobił. Zaraz zobaczymy. – Truls postukał w klawiaturę, wcisnął Enter i na monitorze pojawił się szczegółowy wyciąg z Rejestru Karnego.

Widział wzrok Dagny Jensen przesuwający się w dół strony i rosnące przerażenie na jej twarzy, w miarę jak z suchego języka policyjnego coraz wyraźniej wyłaniał się potwór.

– On zabijał – szepnęła. – Kobiety, które zaszły z nim w ciążę.

– Uszkodzenie ciała i zabójstwo – poprawił ją Truls. – Odsiedział już wyrok. Ale jeśli jest ktoś, przeciwko komu chętnie przyjmiemy nowe zawiadomienie, to właśnie Finne.