NóżTekst

Autor:Jo Nesbø
Z serii: Seria Harry Hole #12
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nóż
Nóż
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,40  57,92 
Nóż
Nóż
Nóż
E-book
34,50 
Szczegóły
Nóż
Nóż
Nóż
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– O czym ty mówisz? – zdziwił się Harry. – Przecież to ja ją przesłuchiwałem.

Mózg Harry’ego zaczął szukać i doszedł do wniosku, że prokurator, do którego Harry zadzwonił zaraz po przesłuchaniu, aby porozmawiać o zwolnieniu z aresztu ojca Sary, musiał natychmiast poinformować Katrine. Tylko co tu robił komendant?

– Mówiłem tej dziewczynie, żeby przyszła z adwokatem, ale zrezygnowała – ciągnął Harry. – Powtórzyłem to przed rozpoczęciem przesłuchania i znów odmówiła. Mamy to na taśmie. To znaczy na twardym dysku.

Żadne się nie uśmiechnęło. A do Harry’ego zaczynało docierać, że coś się stało, i to coś złego. Bardzo złego.

– Chodzi o tego ojca? – spytał Harry. – Czy on… coś sobie zrobił?

– Nie, Harry – odparła Katrine. – Nie chodzi o jej ojca.

Mózg Harry’ego podświadomie rejestrował szczegóły. Hagen pozwolił, aby inicjatywę przejęła Katrine, koleżanka nieco bliższa Harry’emu. A Katrine zupełnie niepotrzebnie użyła jego imienia. Niczym poduszki powietrznej. Zapadła cisza, a Harry znów poczuł szpon w piersi. I chociaż nie wierzył przesadnie w telepatię i jasnowidzenie, miał wrażenie, że szpon i te przebłyski cały czas usiłowały mu przekazać właśnie to.

– Chodzi o Rakel – powiedziała Katrine.

6

Harry wstrzymał oddech. Czytał gdzieś, że możliwe jest wstrzymywanie oddechu tak długo, aż się umrze. Wtedy jednak nie umiera się z braku tlenu, lecz z nadmiaru dwutlenku węgla. I że ludzie zwykle nie potrafią wstrzymać oddechu dłużej niż pół minuty, minutę, ale pewien Duńczyk uprawiający swobodne nurkowanie wstrzymywał oddech przez ponad dwadzieścia dwie minuty.

Harry był kiedyś szczęśliwy. Lecz szczęście jest jak heroina. Jeśli już raz się go posmakuje, jeśli się doświadczy jego istnienia, człowiek nigdy nie będzie mógł się pogodzić ze zwykłym, pozbawionym szczęścia życiem. Bo szczęście to coś zupełnie innego niż satysfakcja. Szczęście nie jest stanem naturalnym. Szczęście to rozedrgany stan wyjątkowy. To sekundy, minuty, dni, o których się wie, że nie mogą trwać wiecznie. A tęsknota za szczęściem nie pojawia się później, tylko jednocześnie z nim. Bo wraz ze szczęściem przychodzi bolesna wiedza o tym, że już nic nie będzie takie samo, i człowiekowi natychmiast zaczyna brakować tego, co ma, boi się odstawienia, żalu wynikającego ze straty i przeklina swoją wiedzę o tym, co jest w stanie poczuć.

Rakel miała zwyczaj czytania w łóżku. Czasami czytała na głos, jeśli coś mu się spodobało. Na przykład opowiadania Kjella Askildsena. Czuł się wtedy szczęśliwy. Przeczytane przez nią pewnego wieczoru zdanie utkwiło w nim na dobre. O młodej dziewczynie, która całe życie spędziła z rodzicami w latarni morskiej, aż do czasu gdy pojawił się tam żonaty mężczyzna, Krafft. Zakochała się w nim i w duchu zadawała sobie pytanie: „Dlaczego musiałeś przybyć i uczynić mnie tak samotną?”.

Katrine odchrząknęła, ale głos i tak ją zawiódł.

– Znaleźli Rakel, Harry.

Miał ochotę spytać, jak można znaleźć kogoś, kto nie zginął. Ale po to, by mówić, musiał oddychać. Odetchnął.

– I… to oznacza…?

Katrine z całych sił starała się zapanować nad twarzą, musiała jednak się poddać. Zasłoniła ręką usta wykrzywione w grymasie.

– Najgorsze, Harry – odezwał się Gunnar Hagen.

– Nie. – Harry usłyszał własny głos. Najpierw wściekły. Potem błagalny: – Nie!

– Ona…

– Zaczekaj! – Harry uniósł ręce w geście obrony. – Nie mów tego, Gunnar. Jeszcze nie. Daj mi… chwilę.

Gunnar Hagen czekał. Katrine zakryła twarz rękami. Szlochała bezgłośnie, ale zdradziły ją drżące ramiona. Wzrok Harry’ego odnalazł okno. Na brunatnym morzu, którym był park otaczający więzienie i Budynek Policji, wciąż dawało się dostrzec szarobiałe wysepki i małe śniegowe kontynenty. Ale na drzewach w lipowej alei, biegnącej w stronę więzienia, w ostatnich dniach zaczęły pojawiać się pączki. Za miesiąc, półtora nagle wypuszczą liście, a Harry obudzi się i zobaczy, że w ciągu nocy wiosna znów przypuściła błyskawiczny szturm na Oslo. I będzie to kompletnie bez sensu. Większość życia przeżył sam. Dobrze sobie z tym radził. Teraz nie radził sobie ani trochę. Nie oddychał. Wypełnił go dwutlenek węgla. Harry miał nadzieję, że to potrwa krócej niż dwadzieścia dwie minuty.

– No dobrze, powiedz to.

– Ona nie żyje, Harry.

7

Harry zważył komórkę w ręku. Dystans ośmiu przyciśnięć klawiszy. O cztery mniej niż wtedy, kiedy mieszkał w Chungking Mansion w Hongkongu, czterech szarych budynkach stanowiących osobną społeczność, ze schroniskami dla imigranckich pracowników z Afryki i Filipin, z restauracjami, pokojami modlitw, pracowniami krawieckimi, kantorami wymiany walut, izbą porodową i zakładem pogrzebowym. Pokój Harry’ego mieścił się na piętrze w bloku C. Cztery metry kwadratowe nagiego betonu z miejscem na brudny materac i popielniczkę, gdzie sekundy odliczało kapanie z klimatyzacji, a on sam stracił rachubę dni i tygodni, to zanurzając się, to wypływając z zamroczenia opium, które decydowało o tym, kiedy stamtąd wychodził i kiedy wracał. W końcu pojawiła się Kaja Solness z Wydziału Zabójstw i zabrała go do domu. Ale wcześniej znalazł swój rytm. I codziennie po zjedzeniu porcji szklistego makaronu u Li Yuana albo po wyjściu na Nathan Road i Melden Row oraz kupieniu grudki opium w butelce ze smoczkiem wracał, stawał przy windzie w Chungking Mansion i patrzył na automat telefoniczny wiszący obok na ścianie.

Uciekł wtedy od wszystkiego. Od pracy śledczego specjalizującego się w sprawach zabójstw, ponieważ niszczyła jego duszę. Od siebie samego, ponieważ stał się destrukcyjną siłą zabijającą wszystko dookoła. Ale przede wszystkim od Rakel i Olega, ponieważ nie chciał ich skrzywdzić. Nie bardziej, niż już to zrobił.

Mimo wszystko codziennie, czekając na windę, wpatrywał się w automat telefoniczny. Dotykał drobnych, które miał w kieszeni.

Dwanaście przyciśnięć guzików, aby usłyszeć jej głos. Upewnić się, czy ona i Oleg dobrze się czują.

Ale dopóki nie zadzwonił, nie mógł tego wiedzieć.

W ich życiu panował chaos i po jego wyjeździe wszystko było możliwe. Rakel i Oleg mogli dać się wciągnąć w wiodący ku otchłani wir, jaki powstał po sprawie Bałwana. Rakel była silna, lecz Harry przy okazji innych zabójstw widział, jak również ci, którym udało się przeżyć, stają się ofiarami.

Dopóki jednak nie dzwonił, oni tam byli. W jego głowie, w automacie telefonicznym, gdzieś na świecie. Dopóki nie wiedział, ciągle mógł sobie wyobrażać, jak w październiku spacerują ścieżkami po lasach Nordmarka. Tam gdzie wcześniej chodzili we troje. Chłopiec biegł przed nimi, radosny, próbując łapać spadające liście. Sucha, ciepła dłoń Rakel w ręce Harry’ego. Jej roześmiany głos pytający, dlaczego Harry się uśmiecha, on kręcący głową, kiedy zrozumiał, że rzeczywiście tak jest. Dlatego nigdy nie tknął tego telefonu. Dopóki powstrzymywał się przed naciśnięciem tych dwunastu klawiszy, ciągle był w stanie sobie wyobrażać, że to może wydarzyć się znowu.

Teraz wcisnął ostatni z ośmiu.

Telefon zadzwonił trzy razy, zanim po drugiej stronie ktoś odebrał.

– Harry? – Pierwsza z dwóch wypowiedzianych sylab zawierała zaskoczenie i radość, ta druga wciąż zaskoczenie, ale pomieszane z lekkim niepokojem. Harry i Oleg rzadko do siebie dzwonili i zawsze kontaktowali się wieczorem, a nie w środku dnia pracy. Na ogół po to, by omówić jakieś sprawy praktyczne. Oczywiście czasami były one jedynie wymówką, lecz ani Oleg, ani Harry nie bardzo lubili rozmawiać przez telefon, więc nawet wtedy, gdy dzwonili właściwie po to, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku, zazwyczaj się streszczali. Nie zmieniło się to, kiedy Oleg wraz ze swoją dziewczyną Helgą przenieśli się na północ do Lakselv w regionie Finnmark, gdzie Olega skierowano na roczną praktykę przed ukończeniem studiów w Wyższej Szkole Policyjnej.

– Oleg – odezwał się Harry. Zdawał sobie sprawę, że mówi innym, niższym głosem. Za moment obleje Olega wrzątkiem, a blizny po oparzeniu pozostaną chłopakowi do końca życia. Harry wiedział o tym, bo sam miał wiele takich blizn.

– Coś się stało? – spytał Oleg.

– Chodzi o twoją matkę. – Harry urwał, bo po prostu nie był w stanie mówić dalej.

– Znów będziecie razem mieszkać? – W głosie Olega zadźwięczała nadzieja.

Harry zamknął oczy.

Oleg był wściekły, kiedy się dowiedział, że matka rozstała się z Harrym. A ponieważ oszczędzono mu uzasadnienia, jego złość odbiła się na Rakel, nie na Harrym, chociaż Harry nie potrafił zrozumieć, jak to możliwe, że stał się ojcem, który zasłużył na to, by trzymać jego stronę. Na początku, gdy Harry wszedł w ich życie, starał się nie wtrącać, ani jako wychowawca, ani pocieszyciel, bo wyraźnie było widać, że chłopiec nie potrzebuje żadnego zastępczego ojca. A on zdecydowanie nie potrzebował syna. Ale problem – jeśli tak się na to spojrzało – polegał na tym, że Harry zwyczajnie polubił tego poważnego, milkliwego chłopca. Z wzajemnością. Rakel zarzucała im, że są do siebie podobni – i chyba rzeczywiście coś w tym było. Po pewnym czasie – kiedy chłopiec był wyjątkowo zmęczony lub zdekoncentrowany – zdarzało się, że wyrywało mu się „tato” zamiast „Harry”, chociaż ustalili, że będzie się do niego zwracać po imieniu.

– Nie – odparł Harry. – Nie będziemy razem mieszkać, Oleg. Mam złą wiadomość.

Cisza. Harry zrozumiał, że Oleg wstrzymał oddech. Harry chlusnął wrzątkiem.

– Poinformowano mnie, że ona nie żyje, Oleg.

Minęły dwie sekundy.

– Możesz powtórzyć? – powiedział Oleg.

Harry nie wiedział, czy da radę. Dał.

– Jak to nie żyje? – W głosie Olega już można było wychwycić metaliczną desperację.

– Dziś rano została znaleziona w domu. To wygląda na zabójstwo.

– Wygląda?

– Sam się o tym dowiedziałem przed chwilą. Na miejscu są ludzie z dyżuru kryminalistycznego. Zaraz tam jadę.

– Jak…?

 

– Jeszcze nie wiem.

– Ale… – Oleg nie dodał nic więcej, a Harry wiedział, że to wszystko znaczące „ale” nie ma dalszego ciągu. To było tylko instynktowne zastrzeżenie. Samonarzucający się protest, zaprzeczenie odpychające możliwość, aby było tak, jak jest. Echo jego własnego „ale” w gabinecie Katrine Bratt dwadzieścia pięć minut temu.

Harry zaczekał, aż Oleg zwalczy płacz. Na następnych pięć pytań chłopaka odpowiedział tak samo: „Nie wiem, Oleg”. Usłyszał jego szloch i pomyślał, że dopóki Oleg płacze, on nie będzie płakał.

W końcu Oleg nie miał już łez. Zapadła cisza.

– Będę miał telefon włączony i zadzwonię, kiedy tylko dowiem się czegoś więcej – obiecał Harry. – Jest jakiś samolot…?

– Tak, przez Tromsø, o pierwszej. – Ciężki, z trudem łapany oddech Olega aż zatrzeszczał w mikrofonie.

– Dobrze.

– Zadzwoń najszybciej, jak tylko będziesz mógł, okej?

– Tak.

– I, tato…

– Słucham.

– Nie pozwól, żeby…

– Nie bój się – odparł Harry. Nie wiedział, skąd wie, co Oleg miał na myśli. To nie była żadna racjonalna myśl, po prostu się pojawiła. Odchrząknął. – Obiecuję, że nikt nie będzie jej oglądał bardziej, niż musi, żeby zrobić swoją robotę. Okej?

– Okej.

– Okej.

Cisza.

Harry szukał słów pociechy, ale nie znalazł żadnego, które nie brzmiałoby bezsensownie.

– Zadzwonię – powtórzył.

– Dobrze.

Rozłączyli się.

8

Harry powoli szedł pod górę w stronę czarnej willi z bali, oświetlanej niebieskimi błyskami lamp radiowozów parkujących na podwórzu. Pomarańczowo-białe taśmy policyjne zaczynały się już przy bramie. Koledzy, którzy nie wiedzieli, co powiedzieć czy zrobić, tylko na niego patrzyli. Miał wrażenie, że porusza się pod wodą. Jak we śnie, z którego pragnie wkrótce się obudzić. A może raczej właśnie się nie budzić, bo w tym śnie panowało odrętwienie, dziwny brak uczuć i dźwięków, było jedynie rozmyte światło i przytłumiony odgłos własnych kroków. Jakby dostał jakiś zastrzyk.

Wszedł po trzech stopniach i stanął w otwartych drzwiach do domu, w którym mieszkał kiedyś z Rakel i Olegiem. Ze środka usłyszał trzaski policyjnego radia i krótkie komendy Bjørna Holma wydawane innym technikom. Harry z drżeniem nabrał powietrza.

Wreszcie przekroczył próg, odruchowo omijając białe chorągiewki rozstawione przez techników.

Śledztwo, pomyślał. To jest śledztwo. Śni mi się, ale śledztwo mogę prowadzić nawet przez sen. Trzeba tylko robić wszystko jak należy – niech się toczy, wówczas się nie obudzę. A dopóki się nie obudzę, to nie jest rzeczywistość.

Zrobił więc to, co powinien, nie skierował oczu na słońce, czyli na ciało, które, jak wiedział, leżało na podłodze pośrodku między częścią kuchenną a salonem. Słońce – nawet gdyby to nie była Rakel – oślepiłoby go, gdyby popatrzył na nie wprost. Widok zwłok wpływał na zmysły nawet najbardziej doświadczonych śledczych, przytłaczał ich w większym lub mniejszym stopniu, wywoływał odrętwienie, przez co nie byli tak otwarci na odbiór mniej gwałtownych wrażeń, wszystkich drobnych szczegółów w miejscu zdarzenia, które mogą coś powiedzieć. Stworzyć powiązaną logicznie historię. Albo przeciwnie – zazgrzytać, pokazać, że coś tu nie pasuje.

Przesunął wzrokiem po ścianach. Na haczyku pod półką na kapelusze wisiał samotny czerwony płaszcz. Tam gdzie zwykle odwieszała wierzchnie okrycie, które nosiła ostatnio, chyba że od razu wiedziała, że następnym razem już go nie włoży – wtedy wieszała je w szafie razem z innymi kurtkami. Harry musiał mocno wziąć się w garść, żeby nie chwycić tego płaszcza, nie przycisnąć go do twarzy, aby poczuć jej zapach. Zapach lasu. Bo bez względu na to, jakich perfum używała, jej symfonia zapachów zawsze miała podstawowy ton rozgrzanego w słońcu norweskiego lasu mieszanego. Nie dostrzegł nigdzie czerwonej jedwabnej apaszki, którą zwykle nosiła do tego płaszcza, ale czarne kozaki stały na półce tuż pod nim. Pomieszczenie wyglądało dokładnie tak, jak wtedy, gdy stąd wyszedł dwa miesiące, piętnaście dni i dwadzieścia godzin temu. Żaden obraz nie wisiał krzywo, żaden mebel nie został przesunięty, żaden chodnik się nie zawinął. Spojrzenie omiotło kuchnię. Tam. W stojącym na kuchennym blacie drewnianym bloku o kształcie piramidy brakowało jednego noża.

Spojrzenie krążyło coraz bliżej ciała.

Poczuł czyjąś dłoń na ramieniu.

– Cześć, Bjørn. – Harry nawet się nie odwrócił, nie przerywając systematycznego fotografowania oczami.

– Harry – odezwał się Bjørn. – Nie wiem, co powiedzieć.

– Powinieneś mnie poinformować, że nie mogę tu przebywać – odparł Harry. – Powinieneś powiedzieć, że nie jestem bezstronny, że to nie moje śledztwo i że jak wszyscy inni muszę zaczekać, żeby ją zobaczyć, dopóki nie zostanę wezwany na ewentualną identyfikację.

– Dobrze wiesz, że tak nie powiem.

– Jeśli nie ty, to ktoś inny. – Harry wpatrywał się w krew, która obryzgała dół regału z książkami, grzbiet dzieł zebranych Hamsuna i starego leksykonu, który Oleg lubił przeglądać, podczas gdy Harry tłumaczył mu, co się zmieniło na świecie od czasu wydrukowania tego kompendium i dlaczego. – A wolałbym, żebyś to zrobił ty. – Dopiero w tej chwili Harry spojrzał na Bjørna. Oczy kolegi były wilgotne i jeszcze bardziej wyłupiaste niż zwykle. Bladą twarz okalały rude bokobrody à la Elvis w latach siedemdziesiątych, kępki zarostu na brodzie i nowa czapka z daszkiem, która zastąpiła tę rastafariańską.

– Jeśli chcesz, to powiem, Harry.

Spojrzenie Harry’ego zbliżyło się do słońca. Padło na brzeg kałuży krwi rozlanej na drewnianej podłodze. Jej kształt ujawniał, że jest duża. Powiedział do Olega: „Poinformowano mnie, że nie żyje”. Jakby nie uwierzył w to do końca, dopóki nie przekona się na własne oczy. Chrząknął.

– Powiedz mi najpierw, co macie.

– To był nóż – oznajmił Bjørn. – Ci z medycyny sądowej już jadą, ale wygląda mi to na trzy ciosy, nie więcej. Jeden w kark, tuż pod czaszką. To oznacza, że umarła…

– Szybko i bezboleśnie – dokończył Harry. – Dzięki za troskę, Bjørn.

Bjørn lekko skinął głową, a Harry uświadomił sobie, że technik kryminalistyczny powiedział to w równym stopniu ze względu na siebie, co na niego.

Spojrzenie znów powędrowało do drewnianego bloku na kuchennym blacie. Przywiezione przez niego z Hongkongu hiperostre noże marki Tojiro w tradycyjnym stylu santoku miały drewnianą rękojeść, ale te dodatkowo ozdobiono inkrustacją z białego rogu bawołu indyjskiego. Rakel je uwielbiała. Wyglądało na to, że w stojaku brakuje najmniejszego, uniwersalnego noża z ostrzem o długości dziesięciu–piętnastu centymetrów.

– Nie ma żadnych oznak wykorzystania seksualnego – powiedział Bjørn. – Jest kompletnie ubrana, a odzież jest cała.

Spojrzenie Harry’ego dotarło do słońca. Oby się nigdy nie obudził. Rakel leżała w pozycji płodu, zwrócona do niego plecami, a twarzą w kierunku kuchni. Bardziej skulona niż podczas snu. Na plecach nie miała żadnych widocznych śladów od uderzenia nożem, a długie czarne włosy zasłaniały kark. Głosy ryczące w głowie Harry’ego usiłowały się nawzajem zagłuszać. Jeden krzyczał, że Rakel jest w tradycyjnym islandzkim swetrze, który kupił jej podczas wyjazdu do Rejkiawiku. Drugi mówił, że to nie ona. Że to nie może być ona. Trzeci, że jeśli jest tak, jak wyglądało na pierwszy rzut oka, a mianowicie że najpierw została zaatakowana od przodu, a zabójca stał między nią a drzwiami wejściowymi, to nie podjęła żadnej próby ucieczki. Czwarty, że Rakel w każdej chwili może wstać, ze śmiechem podejść do niego i wskazać na ukrytą kamerę.

Ukryta kamera.

Odwrócił się, słysząc czyjeś chrząknięcie.

Mężczyzna, który stał w drzwiach, był wielki i prostokątny, a jego głowa wyglądała jak wyrzeźbiona w granicie, w dodatku od linijki. Bezwłosa czaszka z kwadratowym podbródkiem, proste usta, prosty nos i proste wąskie oczy pod parą prostych brwi. Dżinsy, marynarka i koszula bez krawata. Szare oczy niczego nie wyrażały, ale głos i sposób przeciągania słów – jakby ten człowiek się tym napawał, jakby tylko czekał, aby móc je wypowiedzieć – wyrażały wszystko to, co ukrywały oczy.

– Sorry, przykro mi z powodu twojej straty, Hole, ale muszę cię prosić o opuszczenie miejsca zdarzenia.

Harry wytrzymał spojrzenie Olego Wintera, notując sobie w pamięci, że nadkomisarz z KRIPOS uciekł się do anglicyzmu, jakby nawet współczucie nie miało adekwatnego norweskiego wyrażenia. Oraz że po anglicyzmie nie poświęcił czasu na kropkę, tylko wyrzucił Harry’ego już po szybkim przecinku. Harry nie odpowiedział. Odwrócił się i znów popatrzył na Rakel.

– Już, Hole.

– Mhm. Z tego, co wiem, zadaniem KRIPOS jest wspomaganie Komendy Okręgowej Policji w Oslo, a nie odkomende…

– Akurat w tej chwili KRIPOS pomaga utrzymać męża ofiary z dala od miejsca zdarzenia. Możesz pokazać, że jesteś profesjonalistą, i się ze mną zgodzić albo poproszę mundurowych, żeby pomogli ci wyjść.

Harry wiedział, że Ole Winter nie miałby nic przeciwko temu, aby dwaj umundurowani funkcjonariusze wyprowadzili Harry’ego do radiowozu na oczach kolegów, sąsiadów i sępów z mediów, które już czaiły się na drodze i fotografowały wszystko, co tylko się dało. Ole Winter był o parę lat starszy od Harry’ego; obaj już od dwudziestu pięciu lat pracowali jako śledczy zajmujący się zabójstwami, tyle że w dwóch różnych, niezbyt lubiących się instytucjach: Harry w Komendzie Okręgowej Policji w Oslo, Winter w ogólnokrajowej wyspecjalizowanej jednostce KRIPOS, która wspomagała lokalne wydziały policji w poważnych sprawach kryminalnych, takich jak zabójstwa, a od czasu do czasu ze względu na nadmiar środków i kompetencji w pełni przejmowała śledztwa. Harry domyślał się, że to Gunnar Hagen, jego własny komendant, podjął decyzję i zatelefonował do KRIPOS. Decyzję całkiem słuszną, jako że mąż ofiary pracował w Wydziale Zabójstw stołecznej komendy. Ale jednocześnie było to dość przykre, ponieważ te dwa największe w kraju środowiska specjalistów od zabójstw konkurowały ze sobą, chociaż nie mówiło się o tym głośno. Mówiło się natomiast, że zdaniem Olego Wintera Harry Hole jest przeceniany, a jego status legendy wynika raczej ze spektakularności spraw, którymi się zajmował, niż z fachowości i trzymania się najwyższych standardów policyjnej roboty. Oraz że sam Ole Winter – chociaż niezaprzeczalnie gwiazda KRIPOS – jest niedoceniany, przynajmniej na zewnątrz. Z tego właśnie powodu jego triumfy nigdy nie doczekały się takich nagłówków jak sprawy Holego, ponieważ media rzadko interesują się poważną pracą policyjną, w przeciwieństwie do zapijaczonego śledczego, któremu raz na jakiś czas coś zaświta w głowie.

Harry wyjął z kieszeni paczkę cameli, włożył do ust papierosa i sięgnął po zapalniczkę.

– Już sobie idę, Winter.

Wyminął go, zszedł po schodach na żwir i dopiero tam się zatoczył. Stanął. Chciał zapalić, ale łzy tak go oślepiły, że nie widział ani papierosa, ani ognia.

– Masz.

Harry usłyszał głos Bjørna, parę razy mrugnął i zassał płomień zapalniczki, którą podsunął mu technik. Głęboko się zaciągnął. Zakasłał i zaciągnął się jeszcze raz.

– Dzięki. Ciebie też wywalili?

– Nie. Ja mogę pracować i dla KRIPOS, i dla komendy.

– A nie jesteś na urlopie tacierzyńskim?

– Katrine do mnie zadzwoniła. Mały pewnie siedzi teraz na kolanach mamy w fotelu naczelnika i dowodzi Wydziałem Zabójstw. – Krzywy uśmiech Bjørna Holma zniknął równie szybko, jak się pojawił. – Przepraszam, Harry, plotę, co mi ślina na język przyniesie.

– Mhm. – Wiatr porwał dym wydmuchany przez Harry’ego. – Na podwórzu już skończyliście?

Pozostać w trybie śledztwa, utrzymać się w narkozie.

– Tak – potwierdził Bjørn. – W nocy z soboty na niedzielę był mróz, więc żwir zbił się jeszcze bardziej. Ani po samochodach, ani po ludziach nie zostało za dużo śladów, nawet jeśli ktoś tu był.

– W nocy z soboty na niedzielę? Chcesz powiedzieć, że to się stało wtedy?

– Jest zimna. A kiedy zgiąłem jej rękę, wyglądało na to, że stężenie pośmiertne zaczyna ustępować.

– Czyli co najmniej dwadzieścia cztery godziny.

– Tak. Lekarz sądowy powinien już tu być. Dobrze się czujesz, Harry?

Harry’emu chciało się wymiotować, ale kiwnął głową i przełknął piekącą żółć. Da radę. Da radę. Wciąż śpi.

– Te rany od noża. Masz jakieś przypuszczenia, co to był za nóż?

– Obstawiam, że ostrze było małe, najwyżej średnie. Nie ma żadnych zasinień z boku rany, więc albo nie wbił go głęboko, albo też nóż nie ma gardy.

– Tyle krwi. Wbił głęboko.

– Tak.

Harry rozpaczliwie zaciągnął się dymem, żar zbliżał się już do papierosowego filtra. Podjazdem w ich stronę nadchodził wysoki młody człowiek w płaszczu Burberry i garniturze.

– Katrine mówiła, że to ktoś z pracy Rakel zawiadomił policję. Wiesz coś więcej?

 

– Tylko tyle, że zadzwonił jej szef – odparł Bjørn. – Rakel nie pojawiła się na jakimś ważnym spotkaniu i nie zdołali się z nią skontaktować. Uznał, że mogło się stać coś złego.

– Mhm. Ale czy to takie zwyczajne dzwonić na policję tylko dlatego, że ktoś z pracowników nie pojawia się na zebraniu?

– Nie wiem, Harry. Powiedział, że to niepodobne do Rakel nie przyjść, a w każdym razie o tym nie powiadomić. No i wiedzieli przecież, że mieszka sama.

Harry wolno kiwnął głową. Wiedzieli jeszcze więcej. Wiedzieli, że właśnie wyrzuciła z domu męża. Męża, który miał opinię niestabilnego. Rzucił papierosa na ziemię i usłyszał jęk żwiru, gdy przydeptywał niedopałek obcasem.

Młody człowiek podszedł do nich. Trzydziestokilkulatek był szczupły, trzymał się prosto i miał azjatyckie rysy twarzy. Garnitur wyglądał na szyty u krawca, koszula była śnieżnobiała i odprasowana, a węzeł krawata mocno zaciśnięty. Fryzura – krótko ostrzyżone gęste czarne włosy – mogłaby uchodzić za dyskretną, gdyby nie sprawiała wrażenia wystudiowanie klasycznej. Śledczy z KRIPOS Sung-min Larsen lekko pachniał czymś drogim, jak domyślał się Harry. Podobno w KRIPOS nazywano go Indeksem Nikkei, chociaż imię Sung-min, na które Harry wielokrotnie natykał się swego czasu w Hongkongu, było koreańskie, nie japońskie. Ukończył Wyższą Szkołę Policyjną w roku, w którym Harry rozpoczął tam pracę, ale Harry i tak zapamiętał go z wykładów na temat prowadzenia śledztwa – głównie z powodu białych koszul, milczenia i krzywych uśmiechów posyłanych początkującemu, niezbyt pewnemu siebie wykładowcy, a także ze względu na wyniki egzaminu, podobno najlepsze, jakie kiedykolwiek ktokolwiek osiągnął w Wyższej Szkole Policyjnej.

– Moje kondolencje, Harry – odezwał się Sung-min Larsen. – Wyrazy najgłębszego współczucia. – Wzrostem niemal dorównywał Harry’emu.

– Dzięki, Larsen. – Harry ruchem głowy wskazał notatnik, który śledczy z KRIPOS trzymał w ręku. – Obszedłeś sąsiadów?

– Zgadza się.

– Coś ciekawego? – Harry się rozejrzał. Między willami na modnym Holmenkollen było mnóstwo przestrzeni. Wysokie żywopłoty i rosnące rzędami świerki.

Sung-min Larsen przez chwilę miał taką minę, jakby oceniał, czy powinien dzielić się informacjami z Komendą Okręgową Policji w Oslo. A może jednak problem stanowił Harry – jako mąż denatki?

– Twoja sąsiadka, Wenche Angondora Syvertsen, mówi, że w sobotę wieczorem nie słyszała ani nie widziała niczego niezwykłego. Spytałem, czy sypia przy otwartym oknie. Potwierdziła. Ale powiedziała też, że może spać przy otwartym oknie, bo nie budzą jej znajome dźwięki, na przykład samochód męża czy sąsiada, albo śmieciarka. I podkreśliła, że dom Rakel Fauke ma grube ściany.

Relacjonował, nie zerkając w notatki, a Harry odniósł wrażenie, że Larsen przedstawia te mało treściwe informacje jako test. Chce sprawdzić, czy wzbudzą jakąś reakcję.

– Mhm. – Harry wydał z siebie coś w rodzaju burknięcia, oznaczającego, że dotarło do niego, co tamten powiedział.

– Czy to zgodne z prawdą? – spytał Larsen. – To jej dom? Nie twój?

– Intercyza – wyjaśnił Harry. – Nalegałem. Nie chciałem, żeby ktoś pomyślał, że żenię się z nią dla pieniędzy.

– Była bogata?

– Nie, to taki żart. – Harry wskazał na dom. – Zanieś zebrane informacje swojemu szefowi, Larsen.

– Winter już jest?

– W każdym razie w środku zrobiło się dziwnie zimno.

Sung-min uprzejmie się uśmiechnął.

– Formalnie śledztwem taktycznym kieruje Winter, ale zapowiada się, że to ja będę w dużej mierze odpowiedzialny za tę sprawę. Nie jestem twojego kalibru, Hole, ale obiecuję zrobić, co w mojej mocy, żeby złapać łotra, który zabił twoją żonę.

– Dziękuję. – Harry odniósł wrażenie, że młody śledczy mówi to, co naprawdę myśli. Oprócz tych słów o kalibrze. Patrzył za Larsenem, dopóki ten nie minął radiowozów, kierując się w stronę domu. – Ukryta kamera.

– Że co? – zdziwił się Bjørn.

– Umocowałem na drzewie fotopułapkę. Tam, na środkowym świerku. – Harry wskazał kępę krzewów i drzew, tworzącą jakby kawałeczek norweskiego lasu przy płocie sąsiedniej posiadłości. – Chyba muszę powiedzieć o tym Winterowi.

– Nie – zaprotestował z naciskiem Bjørn.

Harry spojrzał na niego. Chłopak z Toten rzadko bywał tak zdecydowany. Bjørn wzruszył ramionami.

– Jeśli jest tam nagranie, które pomoże w wyjaśnieniu tej sprawy, to nie uważam, że zaszczyt powinien przypaść Winterowi.

– Aha.

– Z drugiej strony lepiej, żebyś ty też tu nic nie ruszał.

– Ponieważ jestem podejrzany.

Bjørn nie odpowiedział.

– W porządku – powiedział Harry. – Wyrzucony mąż zawsze jest pierwszym podejrzanym.

– Dopóki nie zostanie wyeliminowany ze sprawy. Sam się zajmę nagraniem z tej kamery. Mówisz, że środkowy świerk?

– Trudno ją zobaczyć. Kamera jest w pończosze, w identycznym kolorze jak pień. Umieściłem ją na wysokości dwóch i pół metra od ziemi.

Bjørn obrzucił Harry’ego dziwnym spojrzeniem. Wreszcie pulchny technik ruszył w stronę drzew swoim zaskakująco miękkim i wyjątkowo powolnym krokiem. Zadzwonił telefon Harry’ego. Cztery pierwsze cyfry na wyświetlaczu powiedziały mu, że to ze stacjonarnej linii wewnętrznej tabloidu „VG”. Sępy zwietrzyły padlinę. A ponieważ dzwoniły do niego, najprawdopodobniej już znały nazwisko ofiary i doszukały się związku. Odrzucił połączenie i schował telefon z powrotem do kieszeni.

Bjørn już kucał przy świerkach. Obejrzał się przez ramię i gestem przywołał Harry’ego. Ale za moment nakazał:

– Nie podchodź bliżej. – I znów włożył białe lateksowe rękawiczki. – Ktoś nas uprzedził.

– Co, do jasnej cholery… – szepnął Harry.

Pończocha, zerwana z pnia i podarta, leżała na ziemi obok zniszczonej kamery i obudowy. Ktoś rozdeptał urządzenie. Bjørn podniósł szczątki.

– Nie ma karty pamięci – zauważył.

Harry oddychał przez nos.

– Zobaczenie kamery w tej pończosze kamuflującej to niezły wyczyn – stwierdził Bjørn. – Trzeba właściwie stać tuż przy drzewie, żeby ją dostrzec.

Harry w zamyśleniu skinął głową.

– Albo… – Poczuł, że mózg potrzebuje więcej tlenu, niż on był w stanie mu dostarczyć. – Albo trzeba wiedzieć, że tam jest.

– No tak. Komu o tym mówiłeś?

– Nikomu. – Głos Harry’ego zabrzmiał ochryple, a on sam nie mógł pojąć od razu, czym jest owa narastająca w piersi bolesność, która za wszelką cenę chce się z niej wyrwać. Czyżby się budził? – Absolutnie nikomu. I zakładałem ją w kompletnych ciemnościach w środku nocy, więc nikt mnie nie widział. Przynajmniej żaden człowiek.

Teraz poczuł, co takiego chce się z niego wydostać. Wroni krzyk. Płacz szaleńca. Śmiech.