NóżTekst

Autor:Jo Nesbø
Z serii: Seria Harry Hole #12
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nóż
Nóż
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,40  57,92 
Nóż
Nóż
Nóż
E-book
34,50 
Szczegóły
Nóż
Nóż
Nóż
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Chwileczkę. Czy ty się nie wyprowadziłeś w święta?

– Poniekąd.

– I wchodziłeś później na teren posiadłości, do tego lasu? Rakel o tym wiedziała?

– Nie, ale możesz być spokojny, nie zmieniłem się w stalkera. Rakel i bez tego się bała, więc chciałem po prostu sprawdzić, czy wszystko jest okej. No i nie było.

– Więc nie wiedziała też o tej kamerze leśnej?

Harry wzruszył ramionami.

– Jesteś całkiem pewien, że ta kamera była przeznaczona do obserwacji Finnego?

– Sugerujesz, że chciałem wiedzieć, czy moją byłą ukochaną odwiedzają kochankowie?

– A chciałeś?

– Nie – odparł Harry zdecydowanie. – Jeśli Rakel nie chce mnie, to może sobie mieć innych.

– Wierzysz w to?

Harry westchnął.

– Okej – powiedział Aune. – Czyli mignął ci przed oczami obraz, na którym ktoś przypominający Finnego siedzi zamknięty?

– Nie, to ty tak powiedziałeś. To nie był Finne.

– Nie?

– Nie. To… to byłem ja.

Ståle Aune przeczesał palcami rzadkie włosy.

– A teraz chcesz diagnozę?

– Dalej, Ståle. Lęk?

– Wydaje mi się, że twój mózg szuka powodów, dla których Rakel miałaby cię potrzebować. Na przykład do ochrony przed zewnętrznymi wrogami. Ale ty nie jesteś nigdzie zamknięty, Harry. Jesteś odcięty. Zaakceptuj to i żyj dalej.

– Oprócz tej rady możesz mi przepisać jakieś leki?

– Sen. Trening. I może spróbowałbyś pospotykać się z kimś, kto chociaż na chwilę zdoła cię uwolnić od myśli o Rakel.

Harry wsunął papierosa w kącik ust i podniósł zaciśniętą pięść z uniesionym kciukiem.

– Sen. Upijam się do nieprzytomności co wieczór. Check. – Teraz w górę podskoczył palec wskazujący – Trening. Boksuję się z ludźmi w barach, których byłem właścicielem. Check. – Szary palec z tytanu. – Spotykanie się z kimś. Posuwam kobiety, brzydkie i ładne, a potem z niektórymi odbywam sensowne rozmowy. Check.

Aune spojrzał na niego, potem ciężko westchnął, podniósł się i zapiął tweedową marynarkę.

– No to wszystko powinno być w porządku.

***

Po wyjściu Aunego Harry dalej siedział, wyglądając przez okno. Potem wstał i przeszedł przez pokoje. W sypialni małżonków panował porządek, było czysto, łóżko zaścielone. Zajrzał do szafy. Garderoba żony zajmowała cztery segmenty i było tam sporo wolnego miejsca, natomiast ubrania mężczyzny ściśnięto w jednym. Troskliwy mąż. Na tapecie w pokoju córki widać było prostokątne obszary intensywniejszego koloru. Harry domyślał się, że wcześniej wisiały tam typowe dla nastolatki plakaty, które zdjęła, gdy osiągnęła wiek dziewiętnastu lat. Zostało tylko nieduże zdjęcie chłopaka z elektryczną gitarą Rickenbacker.

Harry przejrzał niewielki zbiór płyt na półce z lustrem.

Propagandhi, Into It. Over It, My Heart To Joy, Panic! at the Disco. Historie w stylu emo.

Dlatego poczuł zaskoczenie, kiedy puścił winylową płytę leżącą na gramofonie i usłyszał tęskne, miękkie tony czegoś, co brzmiało jak wcześni Byrdsi. Ale mimo kojarzącej się z Rogerem McGuinnem dwunastostrunowej gitary szybko zrozumiał, że produkcja jest świeższej daty. Nie miało znaczenia, ilu wzmacniaczy lampowych i starych mikrofonów Neumann używali – retroprodukcja nigdy nikogo nie oszukała. Poza tym wokalista śpiewał z wyraźnym norweskim akcentem i brzmiał tak, jakby słuchał więcej Thoma Yorke’a i Radiohead anno 1995 aniżeli Gene’a Clarka i Davida Crosby’ego anno 1965. Harry rzucił okiem na okładkę płyty leżącą obok gramofonu spodem do góry i stwierdził, że nazwiska rzeczywiście brzmią z norweska. Jego spojrzenie powędrowało dalej i zatrzymało się na parze adidasów stojącej przy szafie. Był to ten sam model co jego własne. Ten, którego drugą parę próbował kupić dwa lata temu, ale okazało się, że już je wycofano z produkcji. Z protokołów przesłuchań przypomniał sobie, że i córka, i ojciec podali, iż dziewczyna opuściła mieszkanie o godzinie dwudziestej piętnaście i wróciła czterdzieści minut później po przebieżce przez park rzeźb na wzgórzu Ekeberg na sam szczyt, a z powrotem koło tamtejszej restauracji. Jej strój treningowy leżał na łóżku. Wyobraził sobie, jak policja wpuszcza nieszczęsną dziewczynę i pod nadzorem pozwala jej się przebrać, a także spakować torbę z rzeczami. Harry przykucnął, podniósł adidasy. Wierzch był miękki, podeszwy czyste i gładkie – te buty nie zdążyły jeszcze się zużyć. Dziewiętnaście lat. Nieużywane życie. Jego własne buty pękły. Oczywiście mógł sobie kupić nowe, inny model. Ale nie chciał. Znalazł taki, który chciał nosić do końca życia. Do końca życia. Może dałoby się je jakoś naprawić?

Wrócił do salonu. Zebrał popiół z podłogi. Sprawdził telefon. Żadnych wiadomości. Wsunął rękę do kieszeni. Dwie stówy.

4

– Ostatnie zamówienia, bo zamykamy.

Harry wpatrywał się w drinka. Udało mu się go wydłużyć. Zwykle wlewał w siebie drinki, ponieważ lubił nie ich smak, ale działanie. Poza tym „lubił” nie było właściwym słowem. Potrzebował. Nie, „potrzebował” też nie. Musiał. Bez nich nie mógł żyć. Były sztucznym oddychaniem, kiedy połówka serca przestała bić.

Te adidasy musi się jakoś dać naprawić.

Znów wyjął telefon. Na liście kontaktów miał jedynie siedem osób, a ponieważ imię każdej z nich zaczynało się na inną literę, imiona i nazwiska zastąpił pojedynczymi literami. Wcisnął R i spojrzał na jej zdjęcie profilowe. Łagodne piwne spojrzenie, proszące o odpowiedź. Ciepła smagła skóra, prosząca, by jej dotknąć. Czerwone wargi, proszące o pocałunek. Czy będąc z kobietami, które rozbierał i z którymi sypiał w ostatnich miesiącach, bodaj przez jedną sekundę nie myślał o Rakel, nie wyobrażał sobie, że to ona? Czy rozumiały, a może nawet sam im o tym mówił, że śpiąc z nimi, zdradza je z własną żoną? Czy był aż tak bezwzględny? Na pewno. Bo odkąd powrócił z tymczasowego życia w roli prawdziwego człowieka, połówka jego serca z każdym dniem biła coraz słabiej.

Wpatrywał się w wyświetlacz.

I myślał o tym samym, o czym przed laty myślał codziennie, mijając tamten automat telefoniczny w Hongkongu. Że ona tam jest. Ona i Oleg. W automacie. Oddalona o dwanaście przyciśnięć klawiszy.

Ale to i tak było długo po ich pierwszym spotkaniu.

Pierwszy raz spotkali się piętnaście lat temu. Harry podjechał stromą krętą drogą do jej drewnianej willi na Holmenkollen. Samochód po dotarciu na miejsce zdechł, a wtedy z domu wyszła kobieta. Harry spytał o Sindrego Fauke, ona w tym czasie zamykała drzwi wejściowe i dopiero gdy się odwróciła i podeszła bliżej, zobaczył, jaka jest piękna. Czarne włosy, wyraźne, wręcz dziko rosnące brwi nad piwnymi oczami, mocno zaznaczone arystokratyczne kości policzkowe. Ocenił ją na mniej więcej trzydzieści lat. Była ubrana w prosty elegancki płaszcz. Głosem głębszym, niż zapowiadał to jej wygląd, poinformowała go, że Sindre Fauke to jej ojciec, ale już tu nie mieszka. Rakel Fauke mówiła ze swobodą i pewnością siebie, z przesadną, niemal teatralną dykcją, patrząc mu prosto w oczy. A kiedy ruszyła dalej, wydawało się, jakby szła po linie. Jak baletnica. Zatrzymał ją. Poprosił o pomoc w popchnięciu samochodu. Później odwiózł ją tam, dokąd się wybierała. Zgadali się, że studiowali prawo w tym samym czasie. Że byli na tym samym koncercie Raga Rockersów. Spodobał mu się dźwięk jej śmiechu, który nie był tak głęboki jak głos, tylko lekki i jasny niczym plusk strumienia. Jechała na Majorstua.

„Pytanie tylko, czy ten samochód tyle wytrzyma”, stwierdził wtedy. A ona przyznała mu rację. Jakby już wówczas domyślali się, że to, co jeszcze się nie zaczęło, nie zdoła przetrwać. Gdy miała wysiąść, musiał pchnąć zepsute drzwiczki od strony pasażera i wtedy zaciągnął się jej zapachem. Od momentu gdy się poznali, upłynęło trzydzieści minut, a on był oszołomiony tym, co się z nim działo. Pragnął jedynie ją pocałować.

„Może się jeszcze zobaczymy”, powiedziała.

„Może”, odparł i patrzył, jak Rakel krokiem baletnicy odchodzi w głąb Sporveisgata.

Następnym razem spotkali się na imprezie w Budynku Policji. Okazało się, że Rakel Fauke pracowała w dziale zagranicznym POT, Policyjnych Służb Bezpieczeństwa. Była w czerwonej sukience. Stali razem, rozmawiali, śmiali się. Potem rozmawiali jeszcze więcej. On opowiadał o swoim dzieciństwie, o siostrze zwanej Sio, która, jak sama mówiła, ma malutkiego downa, o matce, która umarła, gdy Harry był dzieckiem, i o tym, że musiał zająć się ojcem. Rakel opowiedziała o kursie rosyjskiego w wojsku, o pracy w ambasadzie norweskiej w Moskwie, o rosyjskim mężu, który został ojcem jej syna Olega, i o tym, że opuszczając Moskwę, opuściła również męża z problemem alkoholowym. Harry wyznał jej, że sam jest alkoholikiem, czego być może zdążyła się już domyślić, ponieważ na służbowej imprezie pił colę. Nie wyznał jej natomiast, że jego alkoholem był tego wieczoru jej śmiech, taki szczery, bezpośredni, jasny, i że Harry był gotów odkryć się przed nią w najbardziej idiotyczny sposób, byle tylko mógł go słuchać. A potem, pod koniec wieczoru, tańczyli razem. Harry tańczył. Do rozwlekłej, granej na fletni Pana wersji Let It Be. To był już ostateczny dowód na to, że się zakochał.

Kilka dni później poszedł z Rakel i Olegiem na niedzielny spacer. W pewnym momencie wziął ją za rękę, ponieważ było to naturalne. Minęła dość długa chwila, zanim oswobodziła dłoń. A kiedy Oleg grał w Tetris z nowym znajomym mamy, Harry czuł na sobie ciemne spojrzenie Rakel i wiedział, co ona myśli. Że alkoholik, zapewne podobny do tego, którego porzuciła, siedzi teraz u niej w domu z jej synem. Harry zrozumiał wtedy, że będzie musiał wiele udowodnić, aby uzyskać tu wstęp.

Udało mu się. Bogowie jedni wiedzą, jak było, ale może to Rakel i Oleg ocalili go przed zachlaniem się na śmierć. Oczywiście życie nie zmieniło się od tej chwili w nieprzerwany triumfalny pochód. Harry’emu od czasu do czasu zdarzało się polecieć na mordę. Były przerwy i rozstania, ale zawsze do siebie wracali. Bo znaleźli u siebie nawzajem skarb. Miłość. Miłość przez duże M. Tę, która jest tak wyjątkowa, że człowiek musi się cieszyć, jeśli będzie miał okazję ją przeżyć – i to odwzajemnioną – jeden jedyny raz w życiu. A przez ostatnie lata codziennie rano budzili się w harmonii i szczęściu tak mocnym i tak kruchym zarazem, że doprowadzało to Harry’ego do szaleństwa ze strachu. Kazało mu się skradać, jakby stąpał po cienkim lodzie. Więc właściwie dlaczego to się rozpadło? Oczywiście dlatego, że był taki, jaki był. Harry Fucking Hole. A raczej the demolition man, jak nazywał go Øystein.

 

Czy dałoby się przebyć tę drogę jeszcze raz? Podjechać do Rakel stromą krętą ścieżką, przedstawić się ponownie? Być mężczyzną, którego nigdy wcześniej nie spotkała? Oczywiście mógł próbować. Tak, mógł. A teraz pora na to była równie dobra jak każda inna. Wręcz idealna. Pozostawały tylko dwa problemy. Po pierwsze, nie miał pieniędzy na taksówkę. Ale to by się dało jakoś załatwić. Przejście do domu, gdzie parkował zasypany śniegiem ford escort, jego już trzeci samochód tej marki, zajęłoby mu nie więcej niż dziesięć minut.

Po drugie, ten głos, który mówił, że to nędzny pomysł.

Ale ten głos można uciszyć. Harry dopił drinka. Właśnie tak. Wstał i ruszył do drzwi.

– Do zobaczenia, kolego! – zawołał za nim barman.

Dziesięć minut później Harry stał na tylnym podwórzu przy Sofies gate i w zamyśleniu przyglądał się samochodowi zaparkowanemu przy okienkach piwnicznych w krainie wiecznego cienia między zaspami zlodowaciałego śniegu. Auto nie było wcale aż tak zaśnieżone, jak Harry przypuszczał, więc wystarczyłoby po prostu wsiąść, włożyć kluczyk, przekręcić, wcisnąć gaz. Piętnaście minut później byłby u niej. Otworzyłby drzwi prowadzące do wielkiej otwartej przestrzeni, będącej połączeniem przedpokoju, salonu i kuchni, zajmującej niemal cały parter. Zobaczyłby Rakel przy blacie koło okna wychodzącego na podwórze. Uśmiechnęłaby się lekko, ruchem głowy wskazała na elektryczny czajnik i spytała, czy Harry ciągle woli kawę rozpuszczalną od espresso. Aż jęknął, kiedy pojawił się ten przebłysk. I szpon w piersi.

Harry biegł. W Oslo niedziela po północy oznacza, że ma się ulice dla siebie. Popękane adidasy przytrzymywała nad kostką taśma Gaffa. Podążał tą samą drogą, którą biegła córka małżeństwa z Borggata, tak jak podała podczas przesłuchania – oświetlonymi ścieżkami i żwirowymi alejkami przez utworzony na zboczu wzgórza park rzeźb, dar ofiarowany miastu przez zajmującego się nieruchomościami biznesmena Christiana Ringnesa, a zarazem jego hołd złożony kobietom. Panowała całkowita cisza. Słychać było jedynie oddech Harry’ego i chrzęst żwiru pod podeszwami. Harry zbliżył się do miejsca, gdzie park wypłaszczał się ku błoniom Ekebergsletta, potem zaczął zbiegać w dół. Zatrzymał się przy The Anatomy of an Angel Damiena Hirsta, rzeźbie z białego marmuru – kararyjskiego, jak wyjaśniła mu Rakel. Pełna wdzięku postać siedzącej kobiety skojarzyła mu się z kopenhaską syrenką, ale Rakel, która jak zwykle poczytała coś na temat tego, co mieli obejrzeć, powiedziała, że punktem wyjścia dla tej rzeźby była L’Hirondelle Alfreda Bouchera z 1920 roku. Możliwe, ale różnica polegała na tym, że anioł Hirsta został tak ponacinany nożem i skalpelem, iż widać było trzewia, mięśnie, kości i mózg. Czy artysta chciał pokazać, że anioły od wewnątrz są ludźmi? Czy też że niektórzy ludzie są tak naprawdę aniołami? Harry przechylił głowę. Z tym ostatnim był gotów się zgodzić. Nawet po tylu latach i po wszystkim, co on i Rakel razem przeszli, nawet po rozłożeniu jej na czynniki pierwsze w takim samym stopniu, w jakim ona zrobiła to z nim, znalazł tylko anioła. Na wskroś anioła i człowieka zarazem. Jej zdolność wybaczania, która oczywiście stanowiła warunek związania się z kimś takim jak Harry, prawie nie miała granic. Prawie. Ale on, rzecz jasna, zdołał znaleźć tę granicę. I ją przekroczyć.

Spojrzał na zegarek i ruszył dalej. Zwiększył tempo. Poczuł, że serce pracuje mocniej. Jeszcze trochę przyspieszył. W mięśniach pojawił się kwas mlekowy. I jeszcze ciut szybciej. Czuł, jak krew krąży w ciele, porywa ze sobą produkty odpadu, wykreśla minione złe dni, wypłukuje szajs. Dlaczego wmawiał sobie, że bieganie jest przeciwieństwem picia, że stanowi odtrutkę? Przecież to tylko inny rodzaj odurzenia. No cóż, przynajmniej lepszy rodzaj. Wybiegł z lasu przed restauracją Ekeberg, niegdyś rozpadającą się ruiną w stylu funkcjonalizmu, gdzie we trzech – Harry, Øystein i Drewniak – wypijali w młodości swoje pierwsze piwa i gdzie siedemnastoletni Harry dał się poderwać kobiecie, która w jego pamięci zapisała się jako stara jak świat, choć z pewnością nie mogła mieć więcej niż trzydziestkę z hakiem. W każdym razie załatwiła mu nieskomplikowany debiut seksualny – zapewne nie tylko on poddał się jej zręcznej reżyserii. Od czasu do czasu zastanawiał się nawet, czy inwestor, który odnowił restaurację, nie był właśnie jednym z tych chłopaków, przekonanych o swoim długu wdzięczności wobec tego miejsca. Nie potrafił już sobie przypomnieć, jak wyglądała tamta kobieta, tylko w uszach ciągle miał jej gruchający szept: „Nie najgorzej, chłopcze. Przekonasz się, uszczęśliwisz niejedną i niejedną unieszczęśliwisz”.

A jedną i uszczęśliwił, i unieszczęśliwił.

Stanął na schodach zamkniętej, ciemnej restauracji.

Dłonie na kolanach, głowa spuszczona. Odruch wymiotny załaskotał go głęboko w gardle, usłyszał własny chrapliwy oddech. Policzył do dwudziestu, szeptem wypowiadając jej imię. Rakel, Rakel. W końcu się wyprostował i spojrzał w dół na rozpościerające się pod nim miasto. Oslo, miasto jesieni. Teraz, wiosną, przypominało rozkapryszoną o poranku kobietę, która obudziła się niechętnie w swoim łóżku i miała rację, mówiąc, że potrzebuje makijażu. Ale Harry’ego nie obchodziło to, co leżało w kotle centrum; patrzył dalej, na drugą stronę miasta, ku tamtym wzgórzom, ku jej willi na innym zboczu tego, co mimo wszystkich tych świateł i gorączkowej ludzkiej aktywności było jedynie martwym kraterem wulkanu, zimnym kamieniem i zakrzepłą gliną. Jeszcze raz zerknął na stoper w zegarku i znów zaczął biec.

Zatrzymał się dopiero, gdy dotarł z powrotem na Borggata.

Tam wyłączył stoper i uważnie przeanalizował liczby.

Resztę drogi do domu przebył lekkim truchtem. Wchodząc do mieszkania, usłyszał szorstki odgłos żwiru trącego o drewno pod butami i przypomniał sobie, co Katrine powiedziała o podnoszeniu nóg.

Uruchomił swoją playlistę w serwisie Spotify. Dźwięki The Hellacopters buchnęły z soundbaru marki Sonos, który dostał od Olega na urodziny. W ciągu jednej nocy urządzenie sprawiło, że kolekcja płyt stojąca na półce za kanapą stała się niepotrzebna. Zmieniła się w martwy pomnik pieczołowicie gromadzonej przez trzydzieści lat kolekcji, z której to, co nie wytrzymywało zęba czasu, było nieubłaganie wyrywane jak chwast i trafiało do kosza na śmieci. Przy wtórze chaotycznego gitarowo-perkusyjnego intro w Carry Me Home, wprawiającego głośniki w pulsowanie, Harry zabrał się do wydłubywania z podeszew żwiru przyniesionego z parku rzeźb. Jednocześnie rozmyślał o tym, że dziewiętnastolatka tak chętnie cofnęła się w przeszłość płyt winylowych, podczas gdy on sam niechętnie przesunął się w przyszłość. Odłożył buty i zaczął szukać The Byrds, których nie było na żadnej z jego playlist. Muzyka lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych stanowiła raczej domenę Bjørna Holma, a podjęte przez niego próby zbawienia Harry’ego Glenem Campbellem okazały się daremne. Znalazł Turn! Turn! Turn! i sekundę później w pokoju rozbrzmiały dźwięki gitary Rickenbacker Rogera McGuinna. Ale ta dziewczyna pozwoliła się zbawić. Zakochała się, chociaż to nie była jej muzyka. Gitary coś robiły z dziewczynami. Wystarczały cztery struny, a ten gość miał ich aż dwanaście. Harry pomyślał, że oczywiście może się mylić. Ale jego włoski na karku rzadko się myliły, a podniosły się, kiedy rozpoznał z protokołów przesłuchań jedno z nazwisk na okładce płyty. I powiązał je ze zdjęciem chłopaka z rickenbackerem. Zapalił papierosa i zasłuchał się w podwójne gitarowe solo pod koniec Rainy Days Revisited. Ciekaw był, ile czasu minie, zanim zaśnie. Jak długo da radę nie brać do ręki telefonu, żeby sprawdzić, czy Rakel nie odpowiedziała.

5

– Saro, wiemy, że już odpowiadałaś na te pytania – powiedział Harry, patrząc na dziewiętnastoletnią dziewczynę, która siedziała naprzeciwko niego w ciasnym, przypominającym domek dla lalek pokoju przesłuchań. W sąsiednim pomieszczeniu kontrolnym Truls Berntsen ziewał z rękami założonymi na piersi. Była już druga, rozmawiali od godziny i gdy jeszcze raz rekonstruowali przebieg zdarzeń, Sara zaczęła wykazywać oznaki zniecierpliwienia, ale żadnych innych emocji. Nawet kiedy Harry odczytywał na głos z raportu opis obrażeń, jakich doznała jej matka w wyniku trzynastu ciosów nożem. – Ale, jak już ci mówiłem, przejęliśmy z sierżantem Berntsenem śledztwo i chcemy uzyskać możliwie najpełniejszą jasność. A więc tak: czy twój ojciec pomagał w gotowaniu? Pytam, bo prawdopodobnie umiał szybko znaleźć najostrzejszy z kuchennych noży, wiedział, w której szufladzie i w którym miejscu go szukać.

– Nie, on nie pomagał. – Niechęć w głosie Sary dała się słyszeć wyraźniej. – On gotował. A jedyną osobą, która pomagała, byłam ja. Mama wychodziła.

– Wychodziła?

– Spotykała się z koleżankami. Trenowała. Przynajmniej tak mówiła.

– Widziałem jej zdjęcia, sprawiała wrażenie wysportowanej. Młodo wyglądała.

– Whatever. Młodo umarła.

Harry czekał. Pozwolił, by odpowiedź zawisła w powietrzu. Zobaczył, że Sara się krzywi. Już przy innych sprawach widział, jak najbliżsi ofiar walczą z żałobą niczym z wrogiem, traktując ją jak irytującą dokuczliwość, którą trzeba oszukać. A jednym ze sposobów na to było obniżanie oceny tego, co przepadło, dyskredytowanie osoby zmarłej. Przypuszczał jednak, że w tym wypadku jest inaczej. Kiedy Harry zaproponował, aby Sara przyszła z adwokatem, dziewczyna odmówiła. Powiedziała, że chce to jak najszybciej zakończyć, bo ma swoje plany. To było zrozumiałe, miała dziewiętnaście lat i dobrą zdolność dostosowania się, no a życie toczyło się dalej. Poza tym sprawa została wyjaśniona, pewnie dlatego Sara tak się rozluźniła. Pokazywała swoje prawdziwe uczucia. A raczej ich brak.

– Nie ćwiczysz tak dużo jak twoja matka – zauważył Harry. – Przynajmniej nie biegasz.

– Nie? – odparła z lekkim uśmiechem, patrząc na Harry’ego. To był pewny siebie uśmiech młodej osoby z pokolenia, w którym człowiek wyróżnia się jako szczupły, jeśli ma ciało, które za czasów Harry’ego uchodziło za normalnej budowy.

– Oglądałem twoje buty do biegania – wyjaśnił Harry. – Są prawie nieużywane. I nie dlatego, że są nowe, bo ten model przestano produkować dwa lata temu. Noszę taki sam.

Sara wzruszyła ramionami.

– Teraz mam więcej czasu na bieganie.

– Rzeczywiście, twój ojciec spędzi w więzieniu dwanaście lat, więc nie będziesz musiała mu pomagać w gotowaniu obiadów.

Harry spojrzał na nią i dostrzegł, że uwaga była celna. Usta dziewczyny pozostały otwarte, a mocno umalowane na czarno rzęsy poruszały się w górę i w dół w wyniku intensywnego mrugania.

– Dlaczego skłamałaś? – spytał.

– Co… co?

– Powiedziałaś, że przebiegłaś z domu na samą górę parku rzeźb, potem w dół do restauracji Ekeberg i z powrotem do domu w ciągu trzydziestu minut. Dziś w nocy pokonałem ten sam dystans. Zajęło mi to prawie czterdzieści pięć minut, a biegam całkiem nieźle. Rozmawiałem też z policjantem, który cię zatrzymał, kiedy wróciłaś. Mówił, że nie byłaś ani spocona, ani szczególnie zdyszana.

Sara wyprostowała się na krześle po drugiej stronie malutkiego stolika i mimowolnie zapatrzyła się w czerwone światełko nad mikrofonami, świadczące o tym, że nagrywanie jest włączone.

– Okej. Nie wbiegłam na samą górę.

– A jak daleko?

– Do pomnika Marilyn Monroe.

– Wobec tego biegłaś żwirową ścieżką, tak samo jak ja. Po powrocie do domu musiałem wydłubywać z podeszwy kamyki, Saro. Osiem sztuk. A twoje podeszwy były zupełnie czyste.

Harry nie miał pojęcia, czy tych kamyków było osiem, czy trzy, ale im więcej szczegółów przytaczał, tym trudniej będzie podważyć jego rozumowanie. A po reakcji Sary widział, że to na nią działa.

– Ty w ogóle nie biegałaś, Saro. Wyszłaś z mieszkania o godzinie, którą podałaś w zeznaniu. O dwudziestej piętnaście. W tym czasie twój ojciec zadzwonił na policję i zgłosił, że zabił twoją matkę. Może zrobiłaś rundkę po najbliższej okolicy, na tyle długą, żeby radiowóz zdążył przyjechać. Tak jak kazał ci ojciec, prawda?

Sara nie odpowiedziała. Dalej tylko mrugała. Harry zauważył, że rozszerzyły się jej źrenice.

 

– Rozmawiałem z kochankiem twojej matki, z Andreasem. Pseudonim artystyczny Bom-Bom. Śpiewa nieco gorzej, niż gra na tej dwunastostrunowej gitarze.

– Andreas śpiewa… – Urwała. Gniew z jej oczu zniknął.

– Przyznał, że spotkał się z tobą kilka razy i właśnie w ten sposób poznał twoją matkę. – Harry zerknął w notatnik. Nie dlatego, że nie wiedział, co w nim jest, bo nie było tam nic, ale po to, by nieco zniwelować intensywność tego przesłuchania, dać dziewczynie chwilę na złapanie oddechu.

– Andreas i ja byliśmy parą. – Głos Sary lekko drżał.

– On ma odmienne zdanie. Stwierdził, że owszem, parę razy… – Harry nieco odchylił głowę, jakby po to, by lepiej odczytać to, czego nie było w zapiskach. – …przespał się z tobą, trochę jak z groupie.

Sara aż drgnęła.

– Ale ty nie chciałaś zostawić go w spokoju. W każdym razie z jego doświadczenia wynikało, że droga od bycia groupie do stalkingu jest krótka. Łatwiej było z dojrzałą, zamężną kobietą, która niczego sobie nie wyobrażała. Potrzebowała odrobiny emocji w codzienności, pikantnej przyprawy do klopsików rybnych. Tak właśnie się wyraził. Do klopsików rybnych. – Harry podniósł głowę i spojrzał na dziewczynę. – To ty pożyczyłaś sobie telefon od matki, a nie twój ojciec. I zorientowałaś się, że matka ma romans z Andreasem.

Harry sprawdził, jak reaguje na to jego sumienie. Na taką jazdę bez adwokata po dziewiętnastolatce, chorej z miłości dziewczynie, zdradzonej przez matkę i faceta, który – jak sobie wmówiła – należał do niej.

– Twój ojciec jest nie tylko ofiarny, Saro, ale i bystry. Wie, że najlepsze kłamstwo powinno być najbliższe prawdy. A kłamstwem jest to, że twój ojciec poszedł do pobliskiego sklepu, kupił kilka drobiazgów na obiad, po czym wrócił, pożyczył sobie telefon twojej matki, znalazł SMS-y i ją zabił. Prawda wygląda tak, że podczas kiedy on był w sklepie, ty znalazłaś te SMS-y i od tej chwili mam wrażenie, że jeśli w protokole zamienimy ojca na ciebie, to otrzymamy bardzo dokładny opis przebiegu zdarzeń w kuchni. Pokłóciłyście się, ona odwróciła się tyłem, bo chciała wyjść, ty wiedziałaś, gdzie leży nóż, a reszta wydarzyła się już sama. Kiedy ojciec wrócił do domu i zobaczył, do czego doszło, wspólnie ułożyliście plan.

Harry nie dostrzegł w jej oczach żadnej reakcji. Jedynie wzbierającą czarną nienawiść. I poczuł, że jego sumienie wytrzymuje to całkiem nieźle. Władze wręczają dziewiętnastolatkom karabiny i każą im zabijać. A ta dziewczyna zabiła matkę i pozwoliła, aby niewinny ojciec rzucił się dla niej pod autobus. Sara nie dołączy do tych, którzy nawiedzali Harry’ego w koszmarach.

– Andreas mnie kocha – szepnęła. Zabrzmiało to tak, jakby usta miała pełne piasku. – Ale mama wybiła mu tę miłość z głowy. Uwiodła go tylko po to, żeby mi go odebrać. Nienawidzę jej. – Była bliska płaczu. Harry wstrzymał oddech. Prawie już to osiągnęli. Lawina ruszyła. Potrzebował jeszcze zaledwie paru słów na taśmie, ale płacz by je opóźnił, a w trakcie tego opóźnienia lawina mogła się zatrzymać. Sara jednak podniosła głos. Wściekłość zwyciężyła. – Nienawidzę tej pieprzonej dziwki! Powinnam była dźgać mocniej! Powinnam była jej pociąć tę kurewską twarz, którą się tak cholernie szczyciła!

– Mhm. – Harry odchylił się na krześle. – Żałujesz, że nie zabijałaś jej wolniej? To chcesz powiedzieć?

– Tak!

Potwierdzenie zabójstwa. Touchdown. Harry zerknął przez okienko domku dla lalek, zobaczył, że Truls Berntsen się ocknął i podniósł kciuk. Ale Harry nie czuł radości, przeciwnie – podniecenie, które go ogarnęło na kilka sekund, zniknęło, zastąpiło je smutne zmęczenie i rozczarowanie. Nie było to uczucie mu obce; często pojawiało się po dłuższym pościgu, kiedy zdążyła zrodzić się nadzieja na wyjaśnienie sprawy, na aresztowanie będące punktem kulminacyjnym, po którym poczuje ulgę, przekonanie, że to coś zmieni, że dzięki temu świat stanie się lepszym miejscem. Zamiast tego następowała powyjaśnieniowa depresja. Pęknięcie alkoholowe. I dni albo tygodnie pijaństwa. Harry wmawiał sobie, że to przypomina frustrację seryjnego zabójcy, kiedy zbrodnia nie przynosi głębokiej satysfakcji, a jedynie spadek napięcia, którego wzrost nakazuje znów wypuścić się na łowy. Może właśnie dlatego – ponownie w przebłysku – poczuł gorzką rozpacz, jakby przez moment znalazł się po drugiej stronie stołu. Na jej krześle.

– Nieźle sobie z tym poradziliśmy – stwierdził Truls Berntsen w windzie wiozącej ich na szóste piętro do Wydziału Zabójstw.

– My? – rzucił cierpko Harry.

– Wcisnąłem guzik nagrywania, no nie?

– Mam przynajmniej taką nadzieję. A sprawdziłeś, czy się nagrywa?

– Czy sprawdziłem? – Truls na moment uniósł brwi. Ale zaraz zachichotał. – Daj spokój.

Harry przeniósł wzrok z wyświetlających się cyfr oznakowania pięter w dół, na Berntsena. Pozazdrościł temu koledze z przodozgryzem, wysuniętym czołem i przypominającym chrumkanie świni śmiechem, co skutkowało nadaniem mu przezwiska Beavis, którego jednak nikt nie miał odwagi wymawiać na głos – pasywno-agresywna aura Trulsa Berntsena przypuszczalnie sprawiała, że nikt nie chciał w krytycznej sytuacji mieć go w martwym polu. Truls był prawdopodobnie nielubiany w Wydziale Zabójstw jeszcze bardziej niż Harry Hole, ale nie tego zazdrościł mu Harry. Zazdrościł Trulsowi Berntsenowi zdolności kompletnego olewania wszystkiego. Nie tego, co myślą o nim koledzy, bo to olewał również Harry, ale całkowitego wyrzekania się wszelkiej odpowiedzialności, zarówno praktycznej, jak i moralnej, związanej z pracą policjanta. Wiele można było powiedzieć o Harrym – a on dobrze wiedział, że wiele się o nim mówiło – ale nikt nie mógł mu zarzucić, że nie jest prawdziwym policjantem. Stanowiło to jedno z jego nielicznych błogosławieństw, a jednocześnie największe przekleństwo. Odkąd Rakel go wyrzuciła, wypadł z torów jako osoba prywatna, ale nawet wtedy policjant w nim nie potrafił odpuścić, nie umiał wykonać tego cudownego skoku w anarchię i nihilizm, który zrobił Truls Berntsen. Nikt za to Harry’emu nie dziękował, ale to w porządku, nie chodziło mu o niczyją wdzięczność, nie szukał też zbawienia poprzez dobre uczynki. Jego nieustanny, graniczący z natręctwem pościg za najgorszymi zbrodniarzami był dla niego do czasu poznania Rakel jedynym powodem, aby wstawać rano. Czuł więc wdzięczność wobec tego genu zwierzęcia stadnego, czy co to było, za tę kotwicę. Ale jakaś jego część tęskniła za totalną niszczącą wolnością, za odcięciem łańcucha kotwicznego i rozbiciem się o skały lub po prostu zniknięciem w wielkim, ciemnym oceanie.

Wysiedli z windy i ruszyli korytarzem z pomalowanymi na czerwono ścianami, które potwierdzały, że znaleźli się na właściwym piętrze. Mijając kolejne pokoje, kierowali się ku otwartej przestrzeni biurowej.

– Hej, Hole! – zawołał Skarre przez otwarte drzwi. Wreszcie awansował na komisarza i przydzielono mu dawny pokój Harry’ego. – Smok cię szuka.

– Twoja żona? – spytał Harry, nie zwalniając, aby usłyszeć przypuszczalnie wściekłą i nieudaną próbę kontry Skarrego.

– Nice – zachrumkał Berntsen. – Skarre to idiota.

Harry nie wiedział, czy miało to być wyciągnięciem ręki, ale i tak nie odpowiedział. Nie zamierzał mieć kolejnych złych kumpli.

Na skrzyżowaniu korytarzy bez słowa pożegnania skręcił w lewo i wszedł w otwarte drzwi gabinetu szefowej wydziału. Nad biurkiem Katrine Bratt nachylał się mężczyzna, odwrócony do Harry’ego tyłem, lecz i tak łatwo było go rozpoznać po lśniącej gładkiej czaszce okolonej jak wieńcem laurowym wianuszkiem czarnych i zaskakująco mocnych włosów.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam, ale podobno mnie szukałaś.

Katrine Bratt podniosła głowę, a komendant okręgowy obrócił się, jakby został przyłapany na gorącym uczynku. Oboje patrzyli na Harry’ego w milczeniu.

Harry uniósł brew.

– O co chodzi? Już słyszeliście?

Katrine i Gunnar Hagen wymienili spojrzenia. Hagen chrząknął.

– A ty już słyszałeś?