Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożyła z norweskiego

Iwona Zimnicka

Ilustracje

Per Dybvig


WROCŁAW 2018

Tytuł oryginału

Kan Doktor Proktor redde jula?

Projekt okładki

MAGDALENA ZAWADZKA

Koordynacja projektu

NATALIA TWARDY, NATALIA STECKA

Redakcja

IWONA GAWRYŚ

Korekta

JOANNA RODKIEWICZ

Skład

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright © Jo Nesbø 2016.

Illustrations copyright © Per Dybvig 2016

Polish edition © Publicat S.A. MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Published by agreement with Salomonsson Agency

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-245-8356-0


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


S p i s t r e ś c i

ROZDZIAŁ 1. Pięć dni przed Wigilią

ROZDZIAŁ 2. Wciąż pięć dni do Wigilii

ROZDZIAŁ 3. Cztery dni do... owszem: do Wigilii

ROZDZIAŁ 4. Wtorek. Teraz do Wigilii zostały już trzy dni

ROZDZIAŁ 5. Wtorkowy wieczór w dość strasznym miejscu. Ale czy na pewno?

ROZDZIAŁ 6. Stanisław opowiada dość długą (chociaż całkiem prawdziwą) historię

ROZDZIAŁ 7. Pora kładzenia się spać – ziew! – we wtorek

ROZDZIAŁ 8. Następnego dnia rano, a teraz do Wigilii zostały już tylko DWA dni!

ROZDZIAŁ 9. Wieczorem na dzień przed dniem przed Wigilią

ROZDZIAŁ 10. Dwadzieścia osiem godzin plus kilka minut do Wigilii

ROZDZIAŁ 11. Ciągle jeszcze zostało dwadzieścia osiem godzin, ale szczerze mówiąc, naprawdę trzeba się spieszyć, żeby w ogóle były jakieś święta

ROZDZIAŁ 12. Bardzo dokładnie jedna doba do Wigilii. Dla tych nielicznych, którzy będą mogli ją obchodzić

ROZDZIAŁ 13. Zostało już nieco mniej niż doba

ROZDZIAŁ 14. Zrobiliśmy w tym miejscu króciutką przerwę na złapanie oddechu, kiedy zrozumieliśmy, że pan Thrane wisi uczepiony rakiety, która ściga Bulka. Złapaliście oddech? Okej, no to jedziemy dalej...

ROZDZIAŁ 15. Nie, nie i jeszcze raz nie

ROZDZIAŁ 16. Wieczór przed Wigilią. Ci, których nie stać na prezenty świąteczne, muszą go nazywać po prostu „wieczorem” czy jakoś tak

ROZDZIAŁ 17. Osiem godzin do Wigilii. No cóż, świąt nie dało się uratować, dlatego trzeba o nich zapomnieć i próbować się cieszyć innymi dniami, na przykład wieczorem świętojańskim albo drugim dniem Zielonych Świątek

ROZDZIAŁ 18. A teraz jest już tuż-tuż...

ROZDZIAŁ 19. Minęła północ, więc jest 24 grudnia i Wigilia właśnie się zaczęła


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes



Ta historia zaczyna się o zmierzchu, późnym popołudniem w ostatnią niedzielę adwentu.

Śnieg grubą warstwą pokrył Norwegię, szczególnie Oslo, szczególnie, szczególnie ulicę Armatnią, a szczególnie, szczególnie, s z c z e g ó l n i e dziwaczny krzywy niebieski domek na samym końcu ulicy. Ktoś z jego mieszkańców powinien wkrótce wziąć się do roboty i odśnieżyć ścieżkę biegnącą obok przysypanej śniegiem gruszy od schodów do furtki. Czy nikt tam nie mieszkał? Ależ tak, między furtką a schodami widać było ślady stóp, zarówno małych, jak i dużych, za zamarzniętymi szybami paliły się świeczki, a z komina unosił się dym.

No a w kuchni przy stole siedziała Lisa, dziewczynka z sąsiedztwa. Rozmarzona, wpatrywała się przed siebie i słuchała Juliette, uśmiechniętej pani, która mieszając coś w garnku, opowiadała romantyczną historię o parze kochanków: najpierw się związali, potem się pogubili, ale odnaleźli się w Wigilię.


– Uwieeelbiam romantyczne historie, które są smutne pośrodku! – westchnęła Lisa. – Zwłaszcza gdy są też trochę straszne.

Juliette Margarin roześmiała się i dolała jeszcze nieco mleka do garnka.

– To dlatego, mademoiselle Liso, że siedzisz tu, w przytulnym cieple, i nie musisz przebywać wśród okropnych, strasznych, niewidzialnych stworów, które przed świętami krążą po świecie.

W tej samej chwili jęknęły zawiasy drzwi w sieni i do kuchni wpadł zimny powiew. Lisa i Juliette wymieniły spojrzenia. Do środka wszedł właśnie ktoś albo coś. Na drewnianej podłodze zaskrzypiały kroki.

– Kto... kto tam? – spytała Juliette drżącym głosem.

Odpowiedzi nie było.

– Kto... – zaczęła Juliette jeszcze raz i przerażona zasłoniła usta ręką.

W drzwiach do przedpokoju ukazał się straszny widok.

Stos drewna. Stos krótkich brzozowych polan unoszący się dwadzieścia centymetrów nad podłogą.

– O nie! Fruwający stos drewna! – pisnęła Juliette. – Czego chcesz od nas, niewinnych, bezbronnych kobiet?

– Jeść! – odpowiedział stos drewna.

– Mon Dieu! – westchnęła Juliette, bo jest Francuzką, a Mon Dieu! oznacza „Mój Boże!”. – Chcesz zjeść nas obie czy wystarczy ci ta mała? Zjesz cały dom czy...

– Jeść leguminę ryżową – odparł stos drewna.

– No to siadaj tu, przy piecu. – Juliette z powrotem odwróciła się do garnka.

Stos drewna przesunął się w powietrzu w stronę trzaskającego pieca, z hałasem wpadł do kosza na opał, a w miejscu, w którym zdawał się unosić nad ziemią, ukazał się niezwykle malutki chłopaczek. Miał jeszcze mniejszy zadarty nos i najmniejsze piegi, jakie kiedykolwiek widzieliście. Strzepnął śnieg ze swetra, a potem zaczął wyciągać brzozowe drzazgi z ogniście rudych włosów i z maleńkich uszu.

– Jesteś głodny, Bulku? – spytała Lisa.

– Głodny? – powtórzył malusieńki chłopczyk i wytarł nos rękawem swetra. – Pozwólcie, że wyjaśnię...

– O nie! – mruknęła Lisa.

– Kiedy wyruszałem na tę ekspedycję polarną, zdawałem sobie sprawę, że ryzykuję życie, i myślałem tylko o jednym – chłopczyk uniósł niewiarygodnie krótki palec wskazujący – o ratowaniu kobiet i dzieci... No cóż, przede wszystkim kobiet... od chłodu i głodu. Mając do dyspozycji wyłącznie proste narzędzia, bez jakichkolwiek urządzeń służących do komunikacji czy nawigacji, musiałem w pojedynkę przedzierać się przez śnieżne piekło, które cały czas groziło, że mnie pochłonie. Ale się nie poddawałem. Bo jestem Bulek, a Bulek nigdy się nie poddaje, Bulek...

 

– Bulek poszedł do garażu i przyniósł drewno – powiedziała Lisa, wskazując za kuchenne okno, gdzie księżyc oświetlał rozchwianą drewnianą szopkę przy furtce.

– Otóż to – potwierdził chłopiec. – Dlatego wychłodzony i wychudzony Bulek jest teraz odrobinę rozczarowany tym, że te kobiety i dzieci – głównie kobiety – dla których ryzykował swoje młode życie, nie posunęły się choć t r o c h ę dalej w przygotowaniu... – Bulek przewrócił oczami i osunął się na podłogę – ...leguminy ryżowej.

– Bulku, przecież nie było cię przez pięć minut!

– I za pięć minut będziemy już jeść – roześmiała się Juliette. – Zwłaszcza jeśli się podniesiesz i nakryjesz do stołu, Bulku.

Bulek się poderwał, wskoczył na kuchenny blat, otworzył szafkę i wyjął z niej talerze.

Nagle spod desek podłogi dobiegł huk.

– Co to było?! – zawołała Lisa.

– Och, to pewnie Viktor coś wynalazł.

Usłyszeli pospieszne człapanie po schodach do piwnicy i chwilę później w kuchni pojawił się niezwykle wysoki i chudy mężczyzna. Miał długie rozwichrzone włosy, nastroszoną brodę wokół szerokiego uśmiechu, niebieski fartuch wynalazcy i okulary, które po bliższym zbadaniu okazywały się okularkami pływackimi.

– Ukochana! – Z głośnym cmoknięciem wycisnął pocałunek na policzku Juliette. – Przyjaciele! Eureka!

– To znaczy „odkryłem” – szepnęła Lisa do Bulka, który wdrapał się obok niej na drewnianą ławę.

– Bulek to wie, kochaniutka – odparł Bulek. – Co pan wynalazł, doktorze Proktorze?

– Posłuchajcie mnie, przyjaciele! Ulepszyłem mydło czasu Raszpli, dzięki czemu do podróży w czasie i przestrzeni niepotrzebna już będzie specjalna wanna. – Profesor podniósł malutką buteleczkę po szamponie z malinowoczerwoną płynną zawartością. – Wlewa się mydło do jakiejkolwiek wanny, wiadra czy basenu i miesza, aż powstanie piana. Potem wystarczy się zanurzyć, pomyśleć o jakimś miejscu gdzieś daleko i o jakiejś dacie z przeszłości, a kiedy się wstanie, to pstryk! – i już się tam jest!

– Mon amour, jesteś geniuszem! – Juliette uściskała doktora Proktora tak mocno, że aż się trochę zarumienił.

– Dostanie pan Brodę Nobla! – Bulek stanął na ławie. – Będzie pan sprzedawał mydło czasu całemu światu! I będzie pan bogaty!

– Niestety, raczej mi to nie grozi. – Doktor Proktor się uśmiechnął. – To są bowiem ostatnie krople mydła czasu Raszpli, a teraz, kiedy jej nie ma, nikt nie zna odpowiedniej receptury, więc nie można wyprodukować go więcej.


– Za to my możemy wyprodukować więcej leguminy ryżowej! – Juliette postawiła garnek na środku stołu. – Zaczynajcie! Zobaczymy, czy uda nam się go opróżnić!

Natychmiast rzucili się na tradycyjną świąteczną leguminę przyrządzoną przez Juliette. Istnieje bowiem tylko jedna rzecz, którą Lisa i Bulek lubią bardziej niż leguminę ryżową Juliette, a mianowicie pudding karmelowy doktora Proktora. Bulek lubił zresztą wszystko, co miało karmelowy smak, dlatego stale nosił w kieszeni butelkę sosu karmelowego. Jego matka nie była mistrzynią gotowania, więc kiedy Bulek razem z siostrą jadł obiad, nauczył się odwracać uwagę mamy (na przykład wołając: „Spójrz, siedmionogi pająk!”) i błyskawicznie polewać danie odrobiną sosu karmelowego. Chociaż trzeba przyznać, że paluszki rybne z sosem karmelowym smakują dość dziwnie, a grochówka z sosem karmelowym – jeszcze dziwniej.

Ale teraz siedzieli w kuchni Juliette i doktora Proktora. Pochłaniali leguminę, pomrukując: „mniam, mniam”, a Juliette Margarin opowiadała im, jak się obchodziło święta w jej bogatej rodzinie we Francji, w wielkim zimnym zamku. Na wieczerzę jedli tam kaczkę, a obsługiwało ich mnóstwo służby, nie było jednak żadnych przyjaciół czy krewnych.

– U nas odwrotnie. – Doktor Proktor wstał, żeby włączyć radio. – Moi rodzice mieli malutki, przytulny domek, bez żadnej służby, za to z mnóstwem krewnych na wigilii. Było nas tak dużo, że dom pękał w szwach, dosłownie wystawaliśmy przez okna i drzwi. – Znalazł stację nadającą koncert życzeń, audycję, w której znajomi, ukochani, kuzyni, kumple, koleżanki z klasy i koledzy z pracy przesyłali sobie świąteczne życzenia i ulubione melodie. – Wszyscy moi krewni byli wynalazcami i jeden przez drugiego opowiadali o swoich najnowszych wynalazkach – ciągnął doktor Proktor. – Jedliśmy nowe wynalazki mamy i babci, wynalazkami obdarowywaliśmy się też nawzajem.

– Na przykład jakimi? – spytał Bulek między jedną a drugą łyżką leguminy.

– O, to mogły być na przykład umięśnione rękawice, w których da się przerzucić bez najmniejszego zmęczenia tony śniegu. Albo narty, na których nie można się przewrócić. Na ogół jednak były to po prostu rzeczy eksplodujące w zabawny sposób. A jednego roku ciocia Inga wynalazła bombonierkę, w której wszystkie czekoladki po otwarciu pudełka zaczynały gadać. Przekrzykiwały się, jakie są pyszne, aż w końcu wszystkie chórem wołały: „Spróbuj mnie! Spróbuj mnie!”.

– Ho, ho! – krzyknął Bulek. – I mieliście mikołaja?

Doktor Proktor przez chwilę błądził gdzieś wzrokiem, zanim odpowiedział:

– Ojciec zwykle wychodził, tłumacząc, że musi pomóc mikołajowi. A po chwili w drzwiach stawał mikołaj z prezentami, mówił, że ma mnóstwo spraw do załatwienia, i znikał równie szybko, jak się pojawił.

– To samo robi tata u nas – stwierdziła Lisa. – Ale ja po butach poznaję, że to tylko on się przebrał.

– A jak było z tobą, Viktorze? – spytała Juliette. – Ty też wiedziałeś, że to twój ojciec, kiedy wracał zaraz po wyjściu mikołaja?


– Nie. – Doktor Proktor zapatrzył się w coś za oknem. – Ojciec zawsze wracał do domu bardzo późno. Pomaganie mikołajowi to ciężka i ważna praca.

– Ha, ha – powiedział Bulek ironicznie.

– W każdym razie taka wigilia wygląda na trochę zabawniejszą niż u mnie w domu – odezwała się Lisa. – W naszej rodzinie dajemy sobie tylko rozsądne upominki: nowy tornister albo pieniądze na wpisowe do orkiestry dętej. Tata pilnuje, żebyśmy tańczyli wokół choinki we właściwą stronę, a po rozpakowaniu prezentów mama zbiera papier i prasuje go, żeby był na następny rok. Zbiera też bileciki i zapisuje na nich, ile jej zdaniem kosztowały podarki, tak żebyśmy w następnym roku mogli dać tym, od których je dostaliśmy, prezent mniej więcej w tej samej cenie.

– Bardzo staranna mama – orzekł doktor Proktor.

Lisa się roześmiała.

– W zeszłym roku dostałam malutki prezent owinięty w zwykły papier, w dodatku zapisany. Na bileciku było tylko: OD MIKOŁAJA, a w środku śniegowa kula, wiecie, taka szklana, w której po potrząśnięciu pada śnieg.

– Oczywiście, że wiem, jaka to kula – powiedział z uśmiechem doktor Proktor. – Te szklane kule wynalazł mój prapradziadek.

– Mama ogromnie się zirytowała, bo teraz nie wie, komu mamy dać podobny prezent w tym roku! A ja nie chciałam jej mówić, że oczywiście znamy tylko jedną osobę, której mogło przyjść do głowy zapakowanie prezentu w taki sposób!

Juliette i Lisa zerknęły na małego rudzielca, który na pozór nie słuchał, tylko udawał, że gra na trąbce, gwiżdżąc do wtóru trąbkowemu solo w płynącej z radia kolędzie Cicha noc.

– Czy on się przyznał, że to od niego? – spytał doktor Proktor.

Lisa pokręciła głową.

Profesor podrapał się w brodę.

– Wobec tego nie możesz wykluczyć, że śnieżną kulę dostałaś od mikołaja.

– No nie! – jęknęła Lisa. – Od mikołaja? Przecież ja nie mam dwóch lat!

– To znaczy, że nie wierzysz w mikołaja?

– Nie! A pan?

– Nieee. – Doktor Proktor przeciągnął to słowo. – Ja nie wierzę w mikołaja. Ja w i e m...

Juliette głośno chrząknęła.

– Co pan wie? – dopytywała się Lisa.

– Ja... hm... wiem... – Doktor Proktor zerknął na Juliette, która posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. – Pozwólcie, że powiem tak – zaczął wreszcie. – W i e m, że w ostatnich latach coraz mniej ludzi wierzy w mikołaja, bo w tym szaleństwie kupowania prezentów, które uprawiamy, mikołaj poszedł w zapomnienie. Ludzie bardziej wierzą teraz w świąteczne promocje w domu towarowym pana Thrane niż w mikołaja. Z każdymi świętami pan Thrane coraz bardziej się bogaci, a biednego mikołaja i jego skromnych prostych prezentów nikt już nie potrzebuje.

– Mówi pan tak, jakby mikołaj istniał naprawdę! – roześmiała się Lisa.

– Ja... – zaczął Proktor, ale Juliette przerwała mu zdecydowanym chrząknięciem.

– Bulku, opowiedz nam raczej, jak wy obchodzicie święta.

Bulek wydał kilka przedziwnych, jakby podziemnych odgłosów, zanim w końcu udało mu się przełknąć dość leguminy ryżowej, żeby w ogóle mógł mówić.

– To zawsze zależało od tego, czy mama miała akurat jakiegoś narzeczonego. Jeśli miała, to ja i moja siostra jeździliśmy do dziadka, dopóki żył. A on nam wtedy czytał.

– Bożonarodzeniową Ewangelię?

– Nie. – Bulek dołożył sobie leguminy. – Zwierzęta, Których Istnienia Byś Sobie Nie Życzył.

– Hm. To chyba było miłe.

– Bardzo. – Bulek dalej opychał się leguminą. – Wiedzieliście na przykład, dlaczego w Nowym Jorku zaczęto budować wieżowce ze sklepami na parterze, a mieszkaniami wyżej?

Wszyscy tylko na niego patrzyli.

– Z powodu wampirożyraf – wyjaśnił Bulek.

– Nieee. – Juliette pochyliła się nad stołem. – Opowiadaj!

– Niewiele jest do opowiadania – stwierdził Bulek. – Tylko to, że wampirożyrafy mają paskudne wampirze zęby, którymi gryzą, a potem wysysają krew i piwo, o tak... – Rozległo się siorbnięcie, kiedy Bulek wciągnął do buzi porcję leguminy, którą miał na łyżce.

– Fuj! – Lisa się wzdrygnęła.

– Na szczęście wychodzą tylko w nocy – kontynuował Bulek. – Wędrują na długich cienkich nogach w ciemności po ulicach miasta. Są takie wysokie i mają takie cienkie nogi, że samochody po prostu pod nimi przejeżdżają, a większość kierowców w ogóle ich nie zauważa. Wampirożyrafa ani trochę nie interesuje się samochodami, bo cały czas poluje na piwo i na krew. Właśnie dlatego dobrze się składa, że ma taką długą żyrafią szyję. Dobrze się składa dla niej, nie dla nas. Bo z takimi nogami i z taką szyją sięga co najmniej do drugiego piętra. Więc jeśli ktoś lubi spać przy otwartym oknie... – Bulek zamachał łyżką tak, że legumina rozprysnęła się na wszystkie strony – ...to nie powinien mieć sypialni czy lodówki niżej niż na trzecim piętrze.

– Mon Dieu! – szepnęła Juliette. Ale siedzący obok niej doktor Proktor serdecznie się roześmiał.

– Jeszcze gorzej mają mieszkańcy Terrortorturium Północnego w Australii. – Bulek szeroko otworzył oczy. – W najbardziej odludnym, najstraszniejszym miejscu na naszej planecie...

– Bulek! – krzyknęła Lisa.

Juliette spojrzała na nią i lekko uniosła brew.

– Przecież on zmyśla! – jęknęła Lisa.

– I co z tego? – Juliette wzruszyła ramionami. – Mów dalej, mon ami.

– Tam żyją latające psy. Ogrrromne – Bulek szeroko rozłożył ramiona – psiska ze skrzydłami nietoperza. O zachodzie słońca wylatują ze swoich jam stadami tak wielkimi, że przesłaniają całe niebo. Sto lat temu zaczęły się przenosić bliżej osad i miast. Według mojego dziadka stały się najgorszą plagą od czasów, gdy na kontynencie afrykańskim grasowały słonie tse-tse.

Juliette przerażona zasłoniła usta ręką.

– Mais non! I te latające psy wysysały ludziom krew?


– Krew? – zdziwił się Bulek, marszcząc czoło. – Dlaczego, u licha, miałyby wysysać krew? Mówimy o p s a c h. One fajdały!

– Hm... Fajdały? – powtórzyła Juliette. Odwróciła się do doktora Proktora. – Jak to będzie po francusku, Viktorze?

– Wyjaśnię ci później, moja kochana.

– Ich kupy spadały na ziemię. – Bulek położył sobie na głowie obie ręce. – Spadały ludziom na włosy, na kapelusze, na łyse czaszki, do ogrodów i na dachy, na tarasy i do basenów. A te psy nie miały swoich właścicieli, którzy chodzą z małymi plastikowymi woreczkami i po nich sprzątają. W niektórych miejscach zwały kup sięgały na wysokość metra. Ludzie ślizgali się na tej brązowej, rzadkiej, ohydnej brei, brodzili w niej, a czasami nawet się topili. I co za smród! Ktoś ma jeszcze ochotę na leguminę?

 

– Nie, dziękuję – odpowiedziała chórem pozostała trójka, patrząc, jak Bulek przekłada resztę białej oślizgłej brei na swój talerz.

– Wyznaczono więc nagrodę dla tego, kto zestrzeli najwięcej latających psów – ciągnął Bulek. – Zrobiło się ich po prostu za dużo. A że Australijczycy lubią grillować w ogrodzie, to o zachodzie słońca rozpalali grill, strzelali w niebo i bum! – na grillu leżał świeżutki befsztyk z psiny. Zjadali je chętnie z chlebem, musztardą i keczupem. Według dziadka właśnie stąd wzięła się nazwa hot dog. À propos keczupu... – Bulek wyjął z kieszeni butelkę z sosem karmelowym i przyjrzał się leguminie na talerzu.

– Zły pomysł – ostrzegła go Lisa.

– Zgadzam się. – Bulek schował sos karmelowy z powrotem do kieszeni. – W każdym razie dziadek pojechał do Australii, żeby napisać o latających psach do ZKIBSNŻ.

– ZKIBSNŻ? – zdziwiła się Juliette.

– Do książki Zwierzęta, Których Istnienia Byś Sobie Nie Życzył – wyjaśnili chórem Lisa i doktor Proktor.

– Ale któregoś wieczoru, kiedy dziadka zaproszono na grill, z nieba spadło coś innego – perorował dalej Bulek. – Zestrzelili latającego kozła jakiegoś gatunku, z rogami i w ogóle!

Lisa popukała się w czoło.

– Bulku, kłamiesz!

– Wcale nie! – oburzył się Bulek.

– No dobrze. – Lisa ujęła się pod boki. – Możesz wobec tego pójść do domu i przynieść tę książkę swojego dziadka, żeby mi pokazać latającego kozła?

– Oczywiście, że nie.

– Ha! Dlatego, że k ł a m i e s z!

– Spokojnie, spokojnie, dzieci! – próbował łagodzić doktor Proktor, ale Bulek już wskoczył na stół.

– Nie znajdziesz go w książce, bo kozioł, który ma takie miękkie mięso, nie jest zwierzęciem, którego istnienia byś sobie nie życzyła! – krzyknął Bulek. – Przeciwnie, to zwierzę, z którego istnienia się cieszysz, bo z niego jest najlepsza niedzielna pieczeń, jaką można sobie wyobrazić!

– Świetnie powiedziane, Bulku – pochwalił go doktor Proktor. – Tak świetnie, że w nagrodę będziesz mógł pozmywać.

– Pozmy... W nagrodę?

– Tak. Ale możesz spytać swoją najlepszą przyjaciółkę, czy pomoże ci przy wycieraniu.

Bulek westchnął, zamknął oczy, zwiesił rudą głowę i opuścił krótkie ręce. Głowę jednak zaraz podniósł. Otworzył jedno oko. Odszukało Lisę.

– Liiiso... Posłuuuchaj...

– Dobrze! – Lisa zirytowana zerwała serwetkę z szyi. – Pomogę ci. – Zaczęła zbierać talerze.

Bulek zeskoczył ze stołu, wylądował przy niej i mocno objął swoją najlepszą przyjaciółkę.

– Jesteś taka kochana, Liso!

– Tak, a ty zawsze potrafisz to wykorzystać. – Lisa trzepnęła go w głowę, ale nie mocno, i chyba też leciutko się uśmiechnęła. Bo jeśli Lisa miała być szczera – szczera była prawie zawsze – to jednak parę rzeczy lubiła bardziej niż pudding karmelowy, a jedną z nich był Bulek.

Bulek i Lisa zmywali, a Juliette i doktor Proktor pili w tym czasie kawę przy kuchennym stole i nucili, słuchając w radiu koncertu życzeń. Lisa powiedziała, że na Gwiazdkę chciałaby dostać lepszy świat, na którym biednym dzieciom żyłoby się trochę lepiej. Nie widziała, że stojący za nią Bulek zaczął stroić miny i ziewać najgłośniej, jak potrafił. Sam zaś stwierdził, że chciałby dostać odrobinę mydła czasu, wtedy wybrałby się do Paryża w roku 1922, do kabaretu Moulin Rouge, żeby zobaczyć, jak piękne dziewczyny tańczą na scenie kankana.

– Uwieeelbiam te dziewczyny i kankana! – oświadczył z zamkniętymi oczami, dlatego nie spostrzegł, że za jego plecami Lisa krzywi się i przykłada mu do głowy różki z palców. Nagle jednak wszyscy czworo ucichli, ponieważ głos w radiu wymienił nazwisko doktora Proktora.

– ...Viktor Proktor pragnie podarować tę piosenkę swojej najdroższej Juliette Margarin i życzyć wszystkim mieszkańcom ulicy Armatniej, również Lisie i Bulkowi, wesołych i radosnych świąt!

Potem rozległy się dźwięki dwurzędowej harmonii i jakaś pani zaczęła śpiewać po francusku.

– Edith Piaf! – zaśmiała się Juliette.

– O czym ona śpiewa? – spytała Lisa.

– O czymś bardzo romantycznym, a pośrodku trochę smutnym – wyjaśniła Juliette. – Ale posłuchaj, teraz będzie wesoło!

Doktor Proktor porwał Juliette do tańca, więc Lisa zapytała Bulka, czy on też by nie zatańczył. Odparł, że bardzo chętnie, pod warunkiem że będą tańczyć kankana. Ustawili się obok siebie, objęli się w pasie i zaczęli wyrzucać nogi w powietrze najwyżej, jak mogli, wołając głośno: „Kan-kan!”.

– WYJĄTKOWE WYDANIE WIADOMOŚCI! KRÓL SPRZEDAŁ DZIŚ ŚWIĘTA PANU THRANE!

Głos w radiu rozległ się tak nagle, a następne zdanie było tak wstrząsające, że doktor Proktor i Juliette poślizgnęli się w piruecie, a Bulek i Lisa z wysoko uniesionymi nogami przewrócili się na plecy.

– PAN THRANE INFORMUJE, ŻE OD TEJ CHWILI ZAKAZ OBCHODZENIA ŚWIĄT OBOWIĄZUJE WSZYSTKICH, KTÓRZY NIE KUPIĄ W JEDNYM Z DOMÓW TOWAROWYCH PANA THRANE PREZENTÓW ZA CO NAJMNIEJ DZIESIĘĆ TYSIĘCY KORON.


Lisa i Bulek wyskoczyli z niebieskiego domku na końcu ulicy Armatniej i wybiegli za furtkę. Na schodach jednego z domów stał dziecięcy chór, śpiewając Pójdźmy wszyscy do stajenki, a pani Madsen dyrygowała, jak co roku w każde święta. W ogrodzie otaczającym inny dom jakiś pan stał na drabinie i stroił jabłonkę bombkami, migającymi światełkami i cylindrem na czubku.

– Ceść, Bulek, ceść, Lisa – odezwała się mała dziewczynka w mikołajowej czapce. Siedziała na sankach na środku drogi, zadzierając głowę, żeby ich widzieć. – Cy mikołaj psyjdzie jus niedługo?

– Za sto dwie godziny – odpowiedział Bulek. – Po prostu trzeba zacząć liczyć.

– Las, dwa, tsy, ctely...

Lisa i Bulek zatrzymali się przy furtkach domów z adresami: ulica Armatnia 14 i ulica Armatnia 15.

– Myślisz, Bulku, że naprawdę może nie być Gwiazdki?

– Bzdury! – odparł Bulek. – Rozejrzyj się! Przecież wszystko wygląda tak jak przed każdą Gwiazdką.

– Ale... ale...

– Pójdziemy teraz spać, Liso. A jutro, kiedy się obudzimy, zrozumiemy, że to był tylko sen.

– O k r o p n y sen.

– Gorszy niż koszmar „potwór-cię-goni-a-ty-uciekasz-na-bagna”.

– Przyrzekasz, że się obudzimy?

– Możesz mi zaufać, Liso. Śniły mi się o wiele gorsze rzeczy niż to, co się nam śni w tej chwili. Dziś wieczorem zagram ci Wśród nocnej ciszy.

– Okej.

Pobiegli do swoich domów – Lisa do czerwonego, a Bulek do żółtego.

– Czy to nie szokujące? – spytała mama Lisy, która siedziała w fotelu i robiła na drutach, kiedy córka weszła do pokoju.

– Okropne! – burknął komendant. Prawie leżał na swoim fotelu z mocno odchylonym oparciem. Podkręcił dźwięk w telewizorze, bo reporterka, patrząc prosto w kamerę, mówiła:

– SPÓŁKA PANA THRANE JEST WIĘC TERAZ WŁAŚCICIELEM PRAW DO WSZYSTKIEGO, CO MA ZWIĄZEK ZE ŚWIĘTAMI. OZNACZA TO, ŻE BEZ ZEZWOLENIA PANA THRANE NIKT NIE MOŻE OBCHODZIĆ ŚWIĄT. SUROWO WZBRONIONE JEST ŚPIEWANIE KOLĘD I ŚWIĄTECZNYCH PIOSENEK, JEDZENIE ŚWIĄTECZNYCH PRZYSMAKÓW, PRZYJMOWANIE ŚWIĄTECZNYCH WIZYT, ORGANIZOWANIE ŚWIĄTECZNYCH PRZYJĘĆ, ODPRAWIANIE ŚWIĄTECZNYCH NABOŻEŃSTW, A NAWET MÓWIENIE „WESOŁYCH ŚWIĄT” BEZ AKCEPTACJI PANA THRANE. W KOMUNIKACIE PRASOWYM PAN THRANE OŚWIADCZA, ŻE TAKIE ZEZWOLENIE UDZIELANE BĘDZIE JEDYNIE OSOBOM, KTÓRE ZAREJESTRUJĄ SIĘ JAKO UCZESTNICY ŚWIĄT, A WARUNKIEM REJESTRACJI JEST WYDANIE DO WIGILII CO NAJMNIEJ DZIESIĘCIU TYSIĘCY KORON NA PREZENTY ŚWIĄTECZNE W JEDNYM Z DOMÓW TOWAROWYCH PANA THRANE. TAK POWIEDZIAŁ PAN THRANE PODCZAS WCZEŚNIEJSZEJ KONFERENCJI PRASOWEJ...

– Ojej, ojej, ojej! – westchnęła mama Lisy, kiedy na ekranie pojawiła się tłusta twarz ich dawnego sąsiada z ulicy Armatniej. Pod mokrymi, cmokającymi ustami trzęsło się kilka podbródków. Usta się otworzyły i zaczęły mówić:

– JA, PAN THRANE, OSTRZEGAM WSZYSTKICH, KTÓRZY SPRÓBUJĄ JAKICHKOLWIEK MATACTW. MOJA FIRMA, THRANE INC., ZATRUDNIŁA SPECJALNĄ POLICJĘ ŚWIĄTECZNĄ, KTÓRA BĘDZIE PILNOWAŁA STOSOWANIA SIĘ DO WYZNACZONYCH REGUŁ. ŚWIĄTECZNI POLICJANCI WYCHODZĄ NA PATROLE JUŻ W TEJ CHWILI!

Pan Thrane przysunął twarz i usta tak blisko kamery, że szkiełko zaparowało, kiedy szeptał:

– WIĘC TY TAM, WSTRĘTNY CHYTRUSIE, KTÓRY JESZCZE NIE ZROBIŁEŚ ZAKUPÓW ZA DZIESIĘĆ TYSIĘCY KORON, A PALISZ W TEJ CHWILI ADWENTOWĄ ŚWIECĘ, ZDMUCHNIJ JĄ! A JEŚLI POPIJASZ ŚWIĄTECZNY PONCZ, TO GO WYLEJ!

Pan Thrane cofnął się o dwa kroki i wtedy prawie cała jego olbrzymia sylwetka zmieściła się na ekranie. Uśmiechnął się i pociągnął za szelki.

– ALE WESOŁYCH ŚWIĄT ŻYCZĘ TOBIE, DROGI UCZESTNIKU ŚWIĄT, KTÓRY WYWIĄZAŁEŚ SIĘ Z OBOWIĄZKÓW DOBREGO KONSUMENTA. Z RADOŚCIĄ WYDAŁEŚ DZIESIĘĆ TYSIĘCY KORON NA WSPARCIE SPOŁECZEŃSTWA I STANU KUPIECKIEGO, NABYWAJĄC RÓŻNOŚCI, KTÓRE BYĆ MOŻE WCALE NIE SĄ CI POTRZEBNE, ALE DZIĘKI KTÓRYM KOŁA MACHINY RYNKU DALEJ SIĘ TOCZĄ. TAK WIĘC, WSZYSCY DRODZY UCZESTNICY ŚWIĄT, WYJDŹMY RAZEM NA SPOTKANIE TYM SPOKOJNYM ŚWIĄTECZNYM DNIOM. AMEN!


Komendant wcisnął guzik na pilocie i pan Thrane zniknął.

Zapadła cisza. Słychać było dziecięcy chór, który śpiewał Cichą noc. Śpiew jednak się urwał, kiedy zdyszany damski głos zawołał:

– Stop! Przestańcie natychmiast! Nie wolno śpiewać kolęd. Wracajcie do domu!

– Oni chyba nie mogą tak zrobić? – dopytywała się Lisa. – Nie mogą tak po prostu zabronić ludziom obchodzenia Gwiazdki. To przecież najwspanialsze święta, jakie mamy. I one są własnością wszystkich.

– Muszę przyznać, że ja też tak sądziłem – odpowiedział jej komendant. – Przynajmniej do tej pory.

– No to jak będą teraz wyglądały te święta? – zapytała zmartwiona Lisa.

– Trzeba poczekać i zobaczyć, co będzie, moja kochana.

Lisa usłyszała z daleka muzykę i podeszła do okna. Dźwięk dochodził z jednej z dużych oświetlonych willi na szczycie przysypanego śniegiem wzgórza nad ulicą Armatnią. Huczały słowa: I’m dreaming of a white Christmas. Ktoś musiał tam, na górze, zorganizować duże przyjęcie. Może muzyka dobiegała z domu rodziny Thrane? Przecież państwo Thrane przeprowadzili się tam w zeszłym roku. Wszyscy na ulicy Armatniej cieszyli się, że ten pyszałek Thrane i jego okropni synowie, bliźniacy Truls i Trym, wynieśli się z ich sąsiedztwa. Wciąż jednak wszyscy trzej od czasu do czasu przychodzili odwiedzić stare śmieci. Paradowali ulicą Armatnią, witając się z dawnymi sąsiadami, ale ludzie wiedzieli, że pan Thrane przychodzi tu wyłącznie po to, żeby pokazać, jaki jest bogaty i jaką ma władzę.

„I co, dalej pracujesz jako tak zwany komendant tej rozpadającej się prastarej twierdzy?” – spytał tatę Lisy pan Thrane, kiedy ostatnio spacerował po ulicy Armatniej, i niby po przyjacielsku klepnął go w plecy. „Strzelaliście z tych armat w ciągu ostatnich trzystu lat?”

Tatuś Lisy próbował obrócić jego słowa w żart, ale Lisa widziała, że niezbyt mu się to udało. A później, kiedy pan Thrane pomaszerował dalej ulicą Armatnią, Trym i Truls skorzystali z okazji, żeby Lisę przezwać Pelisą, i zapytali: „Ciągle się trzymasz tego nakrapianego karła?”.

Muzyka na wzgórzu zaczęła grać jeszcze głośniej.

– Widzę, że się martwisz, Liso. – Mama stanęła obok Lisy przy oknie. – Dziesięć tysięcy koron to co prawda trochę więcej, niż zamierzaliśmy wydać, ale kupimy to, co trzeba. Obiecuję ci. Zostaniemy Uczestnikami Świąt i będziesz miała Gwiazdkę, więc tak się tym nie przejmuj.