Doktor Proktor i koniec swiata. Być możeTekst

Autor:Jo Nesbø
Z serii: Doktor Proktor #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Doktor Proktor i koniec swiata. Być może
Doktor Proktor
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Doktor Proktor i koniec swiata. Być może
Doktor Proktor i koniec swiata. Być może
Doktor Proktor i koniec swiata. Być może
E-book
31,90  26,16 
Szczegóły
Doktor Proktor
Doktor Proktor
Doktor Proktor
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
29,90  25,71 
Szczegóły
Doktor Proktor i wanna czasu
Doktor Proktor i proszek pierdzioszek
Doktor Proktor i proszek pierdzioszek
E-book
27,90  22,88 
Szczegóły
Doktor Proktor i wanna czasu
Doktor Proktor i wanna czasu
E-book
29,50  24,19 
Szczegóły
Doktor Proktor i niemal ostatnie święta
Doktor Proktor i niemal ostatnie święta
E-book
29,50  24,19 
Szczegóły
Doktor Proktor i wielki napad na bank
Doktor Proktor i wielki napad na bank
E-book
30  24,60 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Nasze książki kupisz na:

PUBLICAT.PL

Tytuł oryginału

Doktor Proktor og verdens undergang. Kanskje

Projekt okładki

MAGDALENA ZAWADZKA

Koordynacja projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

GRAŻYNA MASTALERZ

Korekta

IWONA GAWRYŚ

Skład

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright © Jo Nesbø 2010

Illustrations copyright © Per Dybvig 2010

Polish edition © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Published by agreement with Salomonsson Agency

ISBN 978-83-245-8385-0

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział 1. Wojna śiatowa i czkawka

Rozdział 2. Buty Równowagi i kameleony księżycowe

Rozdział 3. Siedmionogie pająki

Rozdział 4. Chór i orkiestra

Rozdział 5. Lodowe śnieżki i wysysanie mózgu

Rozdział 6. Bocianojad, kajmanoszczur i kamieniożer

Rozdział 7. Koniec świata

Rozdział 8. Hipnoza i Unia Norweska

Rozdział 9. Rekord skoczni i wsteczny bieg

Rozdział 10. Szpiegowanie pierwszego stopnia

Rozdział 11. Włamanie i list miłosny

Rozdział 12. Densin Kłin i żaba

Rozdział 13. Straszny. Naprawdę złe wieści

Rozdział 14. Jak hipnotyzuje się ludzi. I dwie zbite szyby

Rozdział 15. Superprzynęta i jazda na saneczkach

Rozdział 16. Ścieki i śiśle tajna broń

Rozdział 17. Rozdział prawie najkrótszy

Rozdział 18. Przyczepka i spotkanie z przewodnikiem

Rozdział 19. Taniec na linie i Trøndelagczyk o imieniu Petter

Rozdział 20. Start o smaku waniliowym

Rozdział 21. Audiencja i alfabet Morse’a

Rozdział 22. Zwyciężalni pokrojeni w kostkę. Być może

Rozdział 23. Czkawka i twarde lądowania

Rozdział 24. Plan B jak Bulek

Rozdział 25. Hotel i Wielka Próba Ucieczki

Rozdział 26. Jazda po poręczy i kupa wielbłąda

Rozdział 27. Król to król

Rozdział 28. Ciasto na gofry i śpiew wędrownego ptaka

Rozdział 29. Stary przebój ratuje świat. Być może

Rozdział 30. Zwierzę, którego istnienia byś sobie nie życzył. Z wyjątkiem tej chwili

Rozdział 31. Dziewczyny, pudding karmelowy i śpiew

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Nocą w Oslo padał śnieg. Wielkie, pozornie niewinne płatki śniegu leciały z nieba i lądowały na miejskich dachach, ulicach i parkach. Pogodynka z pewnością powiedziałaby wam, że płatki śniegu to tylko zamarznięty deszcz sypiący się z chmur, ale faktem jest, że nikt tego nie wie z całą pewnością. Te płatki mogły na przykład pochodzić z Księżyca, który od czasu do czasu wyglądał przez rozdarcie w chmurach i zalewał uśpione miasto czarodziejskim światłem. Śnieżynki spadające na asfalt przed ratuszem natychmiast topniały i już w postaci wody spływały do najbliższej studzienki, a potem przez otwór w pokrywie kapały do rury, która natychmiast wiodła je w głąb sieci kanałów biegnących wzdłuż i w poprzek głęboko pod ulicami Oslo.


Nikt nie wie z całą pewnością, jak jest w świecie kanałów, ale gdybyście się okazali na tyle głupi i zuchwali, żeby się tam zapuścić w tę grudniową noc, gdybyście byli bardzo cicho i wstrzymali oddech, usłyszelibyście niejedną dziwną rzecz. Kapiącą wodę, pluskające ścieki, szeleszczące szczury, skrzeczącą żabę. A gdyby szczęście naprawdę wam nie sprzyjało, to również ogromne szczęki otwierające się ze zgrzytem i układające w paszczę wielkości nadmuchiwanego kółka do pływania, plusk spływającej śliny anakondy, a potem ogłuszający huk zatrzaskującej się paszczy. Później, moi nieszczęśliwi przyjaciele, zapadłaby niesłychana cisza. Ale załóżmy, że mielibyście więcej szczęścia. Wtedy usłyszelibyście tej nocy inne dźwięki. Takie, które by was zdumiały. Odgłos zamykającej się gofrownicy, skwierczenie masła, przyciszone głosy i otwieranie gofrownicy. A potem przeżuwanie w milczeniu.

Ale po jakimś czasie śnieg przestał padać, przeżuwanie ucichło, nadszedł nowy dzień i mieszkańcy Oslo zaczęli się budzić, by po ciemku ruszyć po śniegowym błocie do pracy i do szkoły. A w chwili gdy pani Strobe zaczęła opowiadać swoim uczniom o drugiej wojnie światowej, zza wzgórza ostrożnie wyjrzało blade zimowe słońce, które znów zaspało.


*

Lisa siedziała w ławce i patrzyła na tablicę, na której pani Strobe napisała: WOJNA ŚIATOWA. Zapomniała o W. Miało być WOJNA ŚWIATOWA. Lisie, która lubiła, żeby wszystko było napisane poprawnie, przeszkadzało to tak bardzo, że nie była w stanie skupić się na tym, co pani Strobe mówiła o Niemcach, którzy napadli na Norwegię w 1940 roku, i o tym, jak kilku bohaterów rozprawiło się z najeźdźcą, dzięki czemu Norwegowie wygrali wojnę i mogli zaśpiewać Nasi górą.

– A co robili inni?

– Podnosimy rękę, kiedy chcemy o coś spytać, Bulku – oświadczyła pani Strobe surowo.

– Wy rzeczywiście tak robicie – powiedział Bulek. – Ale nie wydaje mi się, żebyście dzięki temu dostawali lepsze odpowiedzi. Moja metoda, pani Strobe, to po prostu zabierać głos... – Malusieńki rudowłosy i bardzo piegowaty chłopczyk o imieniu Bulek uniósł malusieńką rączkę, jakby zbierał niewidzialne jabłka. – ...O tak. Zabieram głos, zatrzymuję go, mam go w swojej mocy, dodaję słowom skrzydeł i pozwalam, by leciały ku pani...

Pani Strobe pochyliła głowę i spojrzała wyłupiastymi oczami znad okularów, które zsunęły się z jej długiego nosa jeszcze o centymetr. Lisa z przerażeniem patrzyła, jak pani Strobe unosi rękę, szykując się do swojego słynnego uderzenia o katedrę. Huk wywołany walnięciem płaskiej dłoni pani Strobe o sosnowe deski był przerażający. Powiadano, że zmuszał dorosłych mężczyzn do płaczu, a mamy do wzywania swoich mam. Chociaż kiedy Lisa głębiej się nad tym zastanowiła, przypomniała sobie, że to Bulek tak powiedział, więc nie mogła mieć stuprocentowej pewności, że to stuprocentowa prawda.

 

– Co robili ci, którzy nie byli bohaterami? – powtórzył Bulek. – Proszę mi odpowiedzieć, kochana pani nauczycielko, której urodę przewyższa tylko mądrość. Proszę odpowiedzieć, abyśmy mogli się napić z kielicha wiedzy.

Pani Strobe opuściła rękę i westchnęła. Lisie wydało się, że przez jej surowość przebiło lekkie drgnienie kącików ust. Pani Strobe nie przesadzała z uśmiechami i innymi radosnymi minami.

– Ci Norwegowie, którzy nie byli podczas wojny bohaterami... – zaczęła. – Oni... hm... kibicowali.

– Kibicowali?

– Kibicowali bohaterom. I królowi, który uciekł do Londynu.

– Znaczy, że nic nie robili – stwierdził Bulek.

– To nie jest takie proste – oświadczyła pani Strobe. – Nie wszyscy mogą być bohaterami.

– Dlaczego?

– Co dlaczego?

– Dlaczego nie wszyscy mogą być bohaterami? – spytał Bulek, odgarniając rudą grzywkę, ledwie widoczną nad brzegiem ławki.

W ciszy, która zapadła, Lisa usłyszała krzyki i czkanie dobiegające z sąsiedniej klasy. Wiedziała, że to nowy nauczyciel plastyki i robót ręcznych Gregor Galvanius, zwany przez wszystkich po prostu panem Czkawką, ponieważ kiedy się denerwował, dostawał czkawki.

– Truls! – piszczał Gregor Galvanius rozpaczliwym falsetem. – Yk! Trym! Yk!

Do uszu Lisy dotarł złośliwy śmiech Trulsa i co najmniej równie złośliwy śmiech jego brata bliźniaka Tryma, odgłos kroków i otwierających się drzwi.

– Nie wszyscy potrafią być bohaterami – powiedziała pani Strobe. – Większość ludzi chce mieć święty spokój, zajmować się swoimi sprawami, i nie życzy sobie, by inni za bardzo im przeszkadzali.

Nagle prawie wszyscy w klasie przestali jej słuchać i wyjrzeli przez okna. Bo przez pokryte śniegiem podwórze biegli Truls i Trym Thrane. Nie był to zbyt piękny widok, bo Truls i Trym byli naprawdę grubi i kiedy biegli, ich uda ocierały się o siebie. Ale ten, kto ich ścigał, wcale nie wyglądał bardziej elegancko. Pan Czkawka, zgięty wpół, gnał w kapciach na wykrzywionych nogach niczym niezdarny łoś oślepiony przedpołudniowym słońcem. Miał wykrzywione nogi i był zgięty wpół z powodu obrotowego krzesła, które jakby mu przyrosło do pośladków.

Pani Strobe też wyjrzała przez okno i westchnęła ciężko.

– Bulku, obawiam się, że niektórzy są po prostu bardzo zwyczajnymi ludźmi i nie mają w sobie ani odrobiny bohaterstwa.

– Co jest z tym krzesłem? – spytał Bulek cicho.

– Wygląda na przyszyte do jego spodni – powiedziała Lisa i ziewnęła. – Spójrz, zaraz dobiegnie do zamarzniętej kałuży...

Kapcie Gregora Galvaniusa alias pana Czkawki wpadły w poślizg i pan Czkawka upadł. Wprost na pupę. To znaczy, ponieważ pupa była przytwierdzona do krzesła, krzesło miało kółka, rzecz jasna dobrze naoliwione, a szkolne podwórze leżało na łagodnie opadającym zboczu, które kończyło się Potokiem Armatnim, pan Czkawka został nagle przymusowym pasażerem biurowego krzesła pędzącego w dół z coraz większą prędkością.


– Dobry Boże! – zawołała przerażona pani Strobe, kiedy zauważyła, że jej kolega błyskawicznie sunie na koniec świata, a przynajmniej na koniec szkolnego podwórza.

Na kilka sekund zapadła taka cisza, że słychać było jedynie turkot kółek na lodzie, tarcie śliskich kapci, które rozpaczliwie usiłowały wyhamować, i histeryczne czkanie. Wreszcie krzesło z nauczycielem plastyki i robót ręcznych dojechało do zaspy usypanej na końcu podwórza. Zaspa eksplodowała z głośnym pufnięciem, powietrze wypełniły przypominające proszek drobinki śniegu. Krzesło i Gregor Galvanius zniknęli.

– Człowiek za burtą! – wrzasnął Bulek. Poderwał się i przeskakując z ławki na ławkę, ruszył do drzwi.

Inne dzieciaki rzuciły się za nim. Nawet pani Strobe się do nich przyłączyła. Wybiegli z klasy – wszyscy z wyjątkiem Lisy. Lisa stanęła przy tablicy, wzięła do ręki kredę i między Ś a I dopisała W. WOJNA ŚWIATOWA. Właśnie tak. Potem i ona wybiegła.

Pani Strobe i jeszcze jeden nauczyciel wyciągali ze śniegu Gregora Galvaniusa, który wciąż nie mógł się oderwać od krzesła.

– Nic ci się nie stało, Gregorze? – spytała pani Strobe.

– Yk! – odparł Gregor. – Oślepłem!

– Ależ skąd! – Pani Strobe wygrzebała palcem śnieg spod jego okularów. – Już...

Zdezorientowany Galvanius zamrugał. A kiedy ją zobaczył, zaczerwienił się jak burak.

– O, pani Strobe! Yk!

– Niezłe zamieszanie – szepnęła Lisa do Bulka, który na miejscu zdarzenia zjawił się jako pierwszy. Tak wcześnie, że cały był pokryty białym puszystym śniegiem, który poderwał się w górę, kiedy Galvanius wpadał w zaspę. Bulek nie odpowiedział. Wpatrywał się w Potok Armatni. – Coś nie tak? – spytała Lisa.

– Kiedy tu przybiegłem, zobaczyłem coś tam, w dole. Śnieg się do tego przyczepił.

– Do czego?

– Właśnie nie wiem. Kiedy śnieg się roztopił, to coś zniknęło.

Lisa westchnęła.

– Musimy w końcu coś zrobić z tą twoją wybujałą wyobraźnią, Bulku. Może doktor Proktor mógłby wynaleźć środek hamujący fantazję?

Bulek zamrugał, żeby otrzepać śnieg z rzęs, i złapał Lisę za rękę.

– Chodź!

– Bulku...

– Chodź! – powtórzył Bulek i zaciągnął suwak puchowej kurtki.

– Przecież jest środek lekcji!

Ale tego Bulek nie usłyszał, bo już rzucił się na główkę w głęboki śnieg i zjeżdżał na brzuchu po stromym zboczu w kierunku zamarzniętego strumienia.

– Bulku! – Lisa, przedzierając się przez śnieg, ruszyła za nim. – Nie wolno nam schodzić do potoku!

Bulek, który już zdążył stanąć na nogi, triumfalnym gestem wskazał coś na śniegu.

– Co to jest? – spytała Lisa i podeszła bliżej.

– Ślady – wyjaśnił Bulek. – Ślady stóp.

Lisa popatrzyła na to coś. Rzeczywiście były to głębokie ślady stóp. Ciągnęły się aż na lód, pokryty jedynie cienką warstewką śniegu.


– Ktoś przeszedł przez potok – stwierdziła Lisa. – I co z tego?

– Przyjrzyj się tym śladom. To nie było zwierzę. Zgodzisz się ze mną?

Lisa pomyślała o wszystkich tropach zwierząt, które oglądali na lekcji przyrody. O łapach, szponach, wronich łapkach. Te ślady nie były podobne do niczego. Pokiwała więc głową, zgadzając się z Bulkiem.

– Nie były to też buty ani kalosze – orzekł Bulek. – Tajemnicze...

Zaczął dreptać wzdłuż śladów i w końcu wszedł na lód.

– Zaczekaj! – zawołała Lisa. – A jeśli lód nie...

Ale Bulek jej nie słuchał. Odwrócił się dopiero, gdy bezpiecznie dotarł na drugi brzeg.

– Idziesz czy nie?

– Lód utrzymał ciebie, ale dla mnie może się okazać za cienki – szepnęła Lisa w obawie, że pani Strobe zobaczy ich ze szkolnego podwórza.

– Hę?! – zawołał Bulek.

Lisa wskazała na lód.

Bulek popukał się w głowę.

– Użyj tego swojego kurzego móżdżku! Przyjrzyj się tym śladom! To coś, co tędy szło, było większe od ciebie i mnie razem wziętych!

Lisa nie znosiła, kiedy Bulek udawał mądrzejszego od niej. Ze złością tupnęła dwa razy w śnieg. Pomyślała o tym, co powie jej tatuś komendant lub, co gorsza, mama komendantowa, kiedy ona przyniesie do domu uwagę wpisaną do dzienniczka przez panią Strobe. Czuła, że wcale nie ma ochoty na reprymendę.

A potem weszła na lód. Bo tak to już jest, kiedy się ma to nieszczęście, że przypadkiem zostało się najlepszą przyjaciółką kogoś takiego jak Bulek.

Ślady zataczały koło w Lasku Leszczynowym, który właściwie był tylko skromną kępą ładnych drzew, i przez Mostek Leszczynowy prowadziły z powrotem na szkolne podwórze i dalej na schody, do sali gimnastycznej. Bulek i Lisa otworzyli drzwi i weszli.

– Spójrz! – Bulek wskazał mokre plamy na podłodze.

Ale kiedy szli przez korytarz i szatnię, ślady stawały się coraz mniej wyraźne. Wreszcie znaleźli się w pustej sali gimnastycznej. Wpatrywali się w resztki śladów, dopóki całkiem nie zniknęły.

– Temu czemuś wyschły nogi – stwierdził Bulek i zaczął węszyć.

– Jakiemu czemuś? – spytała Lisa, patrząc na sztandar Szkolnej Orkiestry Dętej oparty o ścianę za materacami do gimnastyki i starym koniem z łękami. Właśnie tutaj ćwiczyła orkiestra, w której grali oboje z Bulkiem. Sztandar był niebieski, a nazwę orkiestry wyhaftowano niebieskimi i żółtymi literami: SKOLNA ORKIESTRA DĘTA.

Bulek ruszył do wyjścia, a Lisa pospieszyła za nim. Bo chociaż była mądrą, dzielną dziewczynką i ani trochę nie wierzyła w duchy, potwory i inne podobne rzeczy (Ha! Która dziesięciolatka mogłaby wierzyć w coś takiego, pomyślała), to nie chciała zostać sama. Wyczuwała tutaj coś, od czego włoski zaczęły jej się jeżyć na karku. Coś się w tym wszystkim nie zgadzało i przez to miała wrażenie, jakby to był sen.

Na szkolnym podwórzu przy zaspie stała pani dyrektor. Głośno pytała, kto przyszył spodnie pana Galvaniusa do krzesła. Bulek i Lisa zatrzymali się na samym szczycie schodów prowadzących do sali gimnastycznej i widzieli, jak dzieciaki rzucają przerażone spojrzenia. Najpierw na panią dyrektor, a potem na Trulsa i Tryma, którzy stali ramię przy ramieniu z założonymi rękami i patrzyli ostrzegawczo na innych uczniów.


– Nikt nigdy się nie odważy naskarżyć na Trulsa i Tryma – powiedziała Lisa.

– Pani Strobe chyba ma rację – stwierdził Bulek. – Większość ludzi chce mieć święty spokój i zajmować się swoimi sprawami. Nie życzą sobie, żeby inni za bardzo im przeszkadzali.

W tej samej chwili zadzwonił dzwonek na lekcję. Albo na przerwę. W każdym razie zdaniem Lisy ten dzień robił się bardzo dziwny.

Jeszcze dziwniejszy stał się w połowie ostatniej lekcji. Dopiero wtedy Lisa zrozumiała, co się nie zgadza. Ta myśl uderzyła ją w głowę jak śnieżka Trulsa i Tryma. Sztandar szkolnej orkiestry! Sztandar z nazwą wyhaftowaną żółtą i niebieską nitką, który widziała setki razy. SZKOLNA ORKIESTRA DĘTA. Tylko że teraz na sztandarze widniał napis SKOLNA ORKIESTRA DĘTA. Zniknęło Z. Lisa poczuła, że wokół robi się lodowato. Jak to możliwe?

Po dzwonku obwieszczającym koniec lekcji Lisa jeszcze raz zaciągnęła Bulka do pustej sali gimnastycznej. Patrzyli na stary sztandar. Bulek z wysiłkiem czytał literkę po literce:

– S-Z-K-O-L-N-A O-R-K-I-E-S-T-R-A D-Ę-T-A.

– Ale przedtem brakowało Z! – Lisa była zrozpaczona. – Naprawdę!

Bulek złączył dłonie koniuszkami palców i odwrócił się do niej.

– Może doktor Proktor mógłby wynaleźć dla ciebie coś hamującego fantazję, moja droga.

– Ja wcale nie fantazjuję! – zawołała przejęta Lisa.

Bulek po przyjacielsku poklepał ją po plecach.

– Żartowałem. Wiesz, czym my dwoje się od siebie różnimy, Liso?

– Nie. A właściwie wiem. Prawie wszystkim.

– Różnica między tobą a mną polega na tym, że ja jako twój przyjaciel zawsze ślepo wierzę w to, co mówisz.

– To dlatego – powiedziała Lisa – że różnica między tobą a mną polega na tym, że ja zawsze mówię prawdę.

Bulek w zamyśleniu spojrzał na sztandar.

– Wydaje mi się, że chyba przyszła pora, żebyśmy zasięgnęli rady przyjaciół.

– My nie mamy przyjaciół, Bulku. Oprócz siebie mamy tylko jednego przyjaciela!

– Mnie to wystarczy za całą gromadę – oświadczył Bulek i na próbę zagwizdał pierwszy głos Starego marsza myśliwskiego, a wtedy Lisa, nie mogąc się powstrzymać, przyłączyła się do niego: gwizdała głos klarnetu.

Przy dźwiękach Starego marsza myśliwskiego wymaszerowali ze szkoły, wyszli na ulicę Armatnią i minęli czerwony dom, w którym mieszkała Lisa, oraz żółty naprzeciwko, w którym mieszkał Bulek, a potem skierowali się do dziwnego niebieskiego krzywego domku, który stał na samym końcu ulicy, niemal całkiem przysypany śniegiem, i w którym mieszkał ich jedyny przyjaciel. Brnąc przez śnieg, minęli bezlistną gruszę i zapukali do drzwi, ponieważ dzwonek wciąż nie działał.

 

– Doktorze Proktorze! – zawołał Bulek. – Niech pan otworzy!


Nikt jednak nie wyszedł, nikt nie otworzył drzwi domu doktora Proktora.

– Gdzie on może być? – mruknął Bulek i zajrzał do środka przez otwór na listy.

– Tam – powiedziała Lisa.

– Gdzie? – zdziwił się Bulek.

– Tam, wysoko.

Bulek się odwrócił i spojrzał w stronę wskazaną przez palec Lisy.

I rzeczywiście, na górze, na dachu, balansował na kalenicy wysoki chudy mężczyzna w profesorskim fartuchu i różowych nausznikach. Szedł małymi kroczkami, z rękami wyciągniętymi przed siebie.

– Doktorze Proktorze! – krzyknął Bulek najgłośniej, jak umiał.

– On cię nie słyszy – stwierdziła Lisa. – Włożył podwójną głuchotę.

Podwójna głuchota – a raczej Słuchawki Podwójnej Głuchoty Doktora Proktora – była wynalazkiem profesora mającym chronić słuch przed hukiem innego jego wynalazku: Proszku Prykonautów Doktora Proktora.

Lisa ulepiła śnieżkę i mocno nią rzuciła. Kula wylądowała na dachu tuż przed profesorem. Doktor Proktor przestraszył się, drgnął i zaczął wykonywać przedziwny taniec. Jego ręce zaczęły machać jak łopaty. Przesunęły różowe nauszniki tak, że jeden zakrył mu oko.

– Co pan robi?! – krzyknął Bulek.

– Ja... macham rękami! – odkrzyknął profesor i zamachał jeszcze mocniej. – I wyginam górną połowę ciała... – jęknął, wyginając swoje długie chude ciało w różne strony. – I tracę równowagę! – wrzasnął. I nagle zniknął.

Lisa i Bulek popatrzyli na siebie przerażeni i puścili się biegiem za dom.


– Halo! – zawołała Lisa.

– Halo! – zawołał Bulek.

– Halo, tutaj! – rozległ się cierpki głos z jamy w śniegu. Wystawały z niej dwie ręce. – Jeśli już skończyliśmy z tym halowaniem, to chyba mogę liczyć na jakąś pomoc?

Lisa i Bulek złapali każde za jedną rękę i już po raz drugi tego dziwnego dnia dorosły mężczyzna został wyciągnięty ze śniegu. Chociaż... czy rzeczywiście dorosły? Wynalazki doktora Proktora przeważnie były bardzo dziecinne, okropnie zabawne i niestety niezbyt przydatne w świecie dorosłych. Ale co z tego, skoro miał ogród, w którym rosła grusza, i dwoje dobrych przyjaciół, a na dodatek był zaręczony z najcudowniejszą na świecie i – na tyle, na ile sam mógł ocenić przez przyciemniane okularki pływackie, których nigdy nie zdejmował – najładniejszą dziewczyną w Oslo, Juliette Margarin.

– Dlaczego włożył pan nauszniki? – spytała Lisa, kiedy już pomogli doktorowi Proktorowi stanąć na nogi.

– Okropnie mi zmarzły uszy, a nie mogłem znaleźć czapki – wyjaśnił profesor. – A co się wyprawia?

Lisa opowiedziała, co się stało na szkolnym podwórzu.

– Gregor Galvanius, no tak. – Doktor Proktor otrzepał śnieg z rozwichrzonych włosów. – Niezłe stworzenie!

– Pan zna pana Czkawkę? – spytał Bulek. – Truls i Trym przyszyli mu spodnie do krzesła. Paskudnym ściegiem krzyżykowym. Plastyka i roboty ręczne to naprawdę wstrętny przedmiot. Jestem zresztą ciekaw, jak im się udało to zrobić całkiem niepostrzeżenie.

Doktor Proktor westchnął.

– Biedny Gregor pewnie zasnął.

– Żaden nauczyciel nie zasypia w środku lekcji – zauważyła Lisa.

– Owszem, zasypia, jeśli jest stworzeniem, które właściwie powinno zapaść w sen zimowy – odparł Proktor.

– A to co? – zainteresował się Bulek, wskazując na stopy doktora.

– To – zaczął profesor, patrząc na czerwonopomarańczowe buty z niebieskimi sznurówkami – to mój nowy wynalazek: Buty Równowagi Doktora Proktora. Spójrzcie! – Podniósł nogę i pokazał podeszwę. – To stare buty bokserskie, w których umieściłem namagnesowane szyny. Dzięki nim można utrzymać równowagę na wszystkim. Trzeba tylko odpowiednio ustawić przełącznik.

W okolicach kostki miał zwyczajne pokrętło, takie jak przy kuchenkach elektrycznych. Lisa na głos odczytała napisy:

NAPIĘTA LINA

LUŹNA LINA

PŁOT

WANTY MOSTOWE

KALENICA


– Super! – zawołał Bulek. – Mogę spróbować?

– Na razie nie, drogi Bulku. Ten wynalazek trzeba jeszcze doprowadzić do perfekcji, żeby był... hm... perfekcyjny.

– No to dlaczego pan wszedł w tych butach na dach? – spytał trochę obrażony Bulek. Bo kiedy Bulek testował wynalazki doktora Proktora, najbardziej lubił testować właśnie te, które nie były jeszcze całkiem perfekcyjne.

– Chciałem wyregulować antenę. – Doktor Proktor wskazał na dach. Wielka antena telewizyjna rysowała proste czarne kreski na tle bladego zimowego nieba. – Nie odbieram już właściwie żadnego kanału.

Lisa jęknęła.

– Ależ drogi profesorze! Nie słyszał pan, że sygnał telewizyjny jest teraz cyfrowy? Żadna stara antena już nie działa.

Doktor Proktor uniósł brew i popatrzył na Lisę. Potem na antenę na dachu. A potem na zegarek.

– Rzeczywiście, czas płynie. No to co się wyprawia?

– Słucham? – zdziwiła się Lisa.

– Co-się-dzie-je?

– Zobaczyłem coś, co zniknęło, kiedy śnieg stopniał – oznajmił Bulek.

– Śnieg na ogół znika, kiedy topnieje. – Doktor Proktor ziewnął. – I co jeszcze?

– Na szkolnym sztandarze brakuje Z – uzupełniła Lisa.

– Brzmi to tak, jakby się zbliżał koniec świata – podsumował cierpko doktor Proktor i zaczął brnąć przez śnieg w stronę drzwi domu.

– Podpowie nam pan, co robić? – spytała Lisa.

– Oczywiście – odparł doktor Proktor.

– Więc co zrobimy?

– To samo co zawsze. Przyrządzimy pudding karmelowy.


– A więc... – zaczął doktor Proktor, kiedy przy stole w jego kuchni już pochłonęli we troje półtora metra puddingu karmelowego.

Na blacie stał model helikoptera, którego profesor używał do ubijania śmietany, toster, w którym błyskawicznie suszył rękawiczki i skarpety, a także rondel do zupy rybnej, w którego dnie zrobił wielką dziurę, ponieważ nie znosił zupy rybnej.

– Ty coś widziałeś – powiedział Proktor.

– No właśnie – odparł Bulek i głośno beknął. – Przepraszam.

– Na zdrowie! A co takiego zobaczyłeś?

– Trudno powiedzieć. To coś było jakby oblepione śniegiem, który się podniósł po wypadku Gregora Galvaniusa. Widziałem tylko zarys tego czegoś. Ale potem śnieg stopniał i to, co było pod nim, stało się jakby niewidzialne.

– Człowiek czy zwierzę?

– Nie wiem. W każdym razie ślady, które to coś zostawiło, nie były tropami żadnego znanego mi zwierzęcia. Nie był to też odcisk bosej ludzkiej stopy, buta ani kalosza. – Bulek zmrużył jedno oko i zrobił taką minę, jakby bardzo starał się wymyślić, co też to coś mogło mieć na sobie.

– Hm... – mruknął Proktor. – A na sztandarze nie było Z w słowie szkolna. Ale kiedy wróciliście, Z już było.

Lisa kiwnęła głową.

Doktor Proktor potarł brodę.

– Skarpetki! – krzyknął Bulek.

Lisa i doktor Proktor natychmiast na niego spojrzeli.

– To były ślady skarpetek – wyjaśnił Bulek. – Wiecie, takie, jakie się zostawia, kiedy się wejdzie w kałużę, wróci do domu, zdejmie buty i chodzi po podłodze w mokrych skarpetkach.

– Kradziej skarpetek – szepnął Proktor jakby do siebie. – Błędy wymowy. Kamele... – Nagle się zorientował, że Bulek i Lisa wciąż siedzą obok niego, i gwałtownie urwał.

– Kradziej skarpetek? – powtórzyli Lisa i Bulek chórem.

– Błędy wymowy! – powiedział doktor Proktor. – To znaczy... źle się wyraziłem. Ojej! – Wskazał na okno. – Spójrzcie, śnieg zaczął padać!

Wyjrzeli. I rzeczywiście, od czasu do czasu z nieba sfruwał malutki płatek śniegu.

Lisa popatrzyła na profesora.

– Kto to jest kradziej skar...

– Pracuję zresztą nad nowym wynalazkiem. – Doktor Proktor nie pozwolił jej dokończyć. – To zmutowana krzyżówka choinki ze zwykłym świerkiem, na której mogą wyrastać bombki, papierowe aniołki i świeczki. Wystarczy ściąć i już ubrane drzewko wstawić do pokoju. Co wy na to?

Bulek pokręcił głową.

– Kiepski pomysł. Ubieranie choinki to połowa przyjemności ze świąt.

– Naprawdę? – zdziwił się doktor Proktor.

– Jasne. – Bulek wyskrobał talerz. – Nie mógłby pan wynaleźć czegoś, co by sprawiło, żeby naszej Szkolnej Orkiestry Dętej dało się słuchać?

– To raczej niemożliwe – stwierdził doktor Proktor. – A co powiecie na wigilijnego śledzia o smaku puddingu karmelowego?

– TO JEST NIEZŁY POMYSŁ! – zawołał Bulek, patrząc na kawałeczek puddingu wciąż leżący na półmisku. – Jeśli nikt nie ma ochoty na więcej, to może ja...

– Doktorze Proktorze – nie poddawała się Lisa. – Co pan miał na myśli, mówiąc o kradzieju skarpetek?

– Nigdy o czymś takim nie słyszałem – odparł Proktor. – Wy zresztą też.

Lisa zerknęła na Bulka. Jego policzki wydęły się jak dwa balony. Półmisek z puddingiem karmelowym był pusty.

– No, no. Spójrzcie na zegarek! – Doktor Proktor ziewnął demonstracyjnie.

– Nie uważasz, że doktor Proktor był dzisiaj trochę dziwny? – spytała Lisa, kiedy stali na schodach przed domem profesora.

– Nie – odparł Bulek. Beknął głośno i uśmiechnął się z zadowoleniem.

– No właśnie. – Lisa przewróciła oczami.

Wróciła do domu, zjadła kolację, odrobiła lekcje i poćwiczyła granie na klarnecie. Mama krzyknęła z dołu, że jej zdaniem najwyższy czas, żeby szła spać. Lisa w zasadzie też tak myślała. Umyła zęby i zeszła do salonu, żeby powiedzieć dobranoc. Rodzice oglądali telewizję: gromada mężczyzn i kobiet śpiewała na całe gardło, kiwając się w przód i w tył. Ich długie białe peleryny powiewały jak firanki na letnim wietrzyku. Lisa uświadomiła sobie, że bardzo tęskni za wiosną.

– Co to jest? – zainteresowała się.

– To? – spytał tata komendant. – To jest Kon--CHÓR-rencja. Chór, który wygra, dostanie sto tysięcy koron i pięćdziesiąt øre. Plus własny program w telewizji. Plus podróż i pobyt na kempingu w Danii.

– Plus bezpłatne wizyty u fryzjera w Moss i Voss przez pół roku – dodała mama. – Plus...

– A kto śpiewa teraz? – zapytała Lisa.

– Chór Hallvarda Tenoresena – mruknął tatuś.

– A kto to jest Hallvard Tenoresen?

– Kto to jest Hallvard Tenoresen? – powtórzyła mama zdziwiona. – Doprawdy, Liso, powinnaś częściej czytać kolorową prasę. Hallvard Tenoresen to śpiewający kręgarz z Jönköping, ze Szwecji. Najprzystojniejszy dyrygent chóru na południe od Nordbotn. Spójrz tylko, jaki przystojny! Dziwne, że nie jest żonaty.

– Raczej nic dziwnego, że nie jest żonaty – zaśmiał się tata komendant.

Lisa przez chwilę patrzyła na członków chóru: szeroko otwierali usta i śpiewali uśmiechnięci. A potem sobie poszła.

Kiedy już położyła się do łóżka, zgasiła lampkę do czytania, a później włączyła latarkę i poświeciła nią w okno żółtego domu stojącego po drugiej stronie ulicy. Jak zwykle zapaliło się tam światło i zaczęło się przedstawienie teatru cieni w wykonaniu malusieńkich paluszków. Tym razem pokazywały czkającego mężczyznę: pędził na czymś i z czymś się zderzał. Potem pojawiła się pani z długim nosem, która pomogła mu wstać. Mężczyzna próbował ją pocałować, ale go odpędziła. Lisa głośno się roześmiała. I zupełnie zapomniała, że zapomniała o tym, o czym zapomniała. Kiedy więc przedstawienie dobiegło końca, zasnęła jak zwykle spokojnie i niezwykle szybko. Nie zauważyła, że śnieg przestał padać ani że spod pokrywy studzienki kanalizacyjnej na ulicy Armatniej zaczęło dochodzić przedziwne mamrotanie. Wznosiło się do księżyca, który sennie mrugał nad Oslo, nucąc jakąś piosenkę.