WybawicielTekst

Autor:Jo Nesbø
Z serii: Seria Harry Hole #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wybawiciel
Wybawiciel
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,92  47,94 
Wybawiciel
Tekst
Wybawiciel
E-book
27,92  20,10 
Szczegóły
Wybawiciel
Audio
Wybawiciel
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
32  23,36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Komórka zaczęła wibrować.

– Coś się stało? – spytała Thea.

– Nie, ja... Przepraszam. Za moment wrócę.

W toalecie wyjął telefon i popatrzył na wyświetlacz. Westchnął i wcisnął przycisk „OK”.

– Cześć, słodziaku, jak tam? – Głos brzmiał wesoło, jakby właśnie usłyszała coś zabawnego, coś, co przypomniało jej o nim i kazało zadzwonić, najzupełniej impulsywnie. Ale na wyświetlaczu była informacja o sześciu nieudanych próbach połączenia.

– Cześć, Ragnhild.

– Jaki dziwny dźwięk! Jesteś...

– Stoję w toalecie. W restauracji. Wyszliśmy z Theą coś zjeść. Zdzwońmy się innym razem.

– Kiedy?

– Kiedy indziej.

Milczenie.

– Ach, tak.

– Sam miałem do ciebie dzwonić, Ragnhild. Muszę ci coś powiedzieć. Na pewno wiesz, o co mi chodzi. – Nabrał powietrza. – Ty i ja... my nie możemy...

– Jon? Prawie nie słychać, co mówisz.

Wątpił, by to była prawda.

– Nie mogłabym wpaść do ciebie jutro wieczorem? – spytała Ragnhild. – Żebyś mógł mi to wyjaśnić?

– Jutro wieczorem nie będę sam. Raczej kiedy in...

– No to spotkaj się ze mną w Grandzie na lunchu. Wyślę ci SMS-em numer pokoju.

– Ragnhild, nie...

– Nie słyszę, co mówisz. Zadzwoń do mnie jutro, Jon. A zresztą przez cały dzień będę na spotkaniach, więc sama do ciebie zadzwonię. Nie wyłączaj telefonu. Baw się dobrze, słodziaku!

– Ragnhild? – Jon spojrzał na wyświetlacz. Już się rozłączyła. Mógł wyjść z toalety i zadzwonić do niej. Mieć to już za sobą. Skoro już raz zaczął. To byłaby jedyna słuszna decyzja. Jedyne mądre posunięcie. Zadanie śmiertelnego pchnięcia, oczyszczenie drogi.

Stali teraz naprzeciwko siebie, ale dla człowieka w mundurze Armii Zbawienia pozostawał jakby niewidzialny. Oddychał równo, palec spokojnie spoczywał na spuście, powoli go naciskając. W końcu ich spojrzenia się spotkały. Pomyślał, że ten żołnierz nie okazuje żadnego zaskoczenia, żadnego szoku ani strachu, przeciwnie, można było odnieść wrażenie, że twarz rozjaśnił mu blask objawienia, jak gdyby widok pistoletu przyniósł mu odpowiedź na pytanie, nad którym się zastanawiał. Potem rozległ się huk.

Gdyby strzał padł jednocześnie z uderzeniem w werbel, muzyka być może zdołałaby go całkiem zagłuszyć, tymczasem jednak na huk wystrzału wielu ludzi obróciło się i spojrzało na mężczyznę w kurtce przeciwdeszczowej. Na jego pistolet. I na żołnierza Armii Zbawienia, u którego w otoku mundurowej czapki tuż pod literą B pojawiła się dziura, a który teraz osuwał się do tyłu, machając rękami jak lalka.

Harry drgnął w fotelu. Zasnął. W pokoju panowała cisza. Co go obudziło? Nasłuchiwał, z zewnątrz dochodziło tylko ciche, jednostajne burczenie miasta. Ale towarzyszył mu jeszcze inny odgłos. Harry nastawił uszu. Tak, to to. Ledwie słyszał ten dźwięk, lecz gdy już raz go zidentyfikował, dźwięk wypłynął na powierzchnię wszystkich innych dźwięków i stał się wyraźniejszy. Ciche cykanie.

Harry dalej siedział w fotelu z zamkniętymi oczami.

Nagle wezbrała w nim złość i bez zastanowienia pomaszerował do sypialni, wysunął szufladę nocnego stolika, chwycił zegarek Møllera i po otworzeniu okna z całej siły cisnął nim w ciemność. Usłyszał, że zegarek najpierw trafił w mur sąsiedniej kamienicy, a potem uderzył w oblodzony asfalt. Harry zatrzasnął okno, założył haczyki, wrócił do pokoju i podkręcił głośność. Tak mocno, że membrany głośników zaczęły mu się rozpływać przed oczami, dyszkant wokalisty cudownie zakłuł w błonę bębenkową, a basy wypełniły usta.

Publiczność odwróciła się od zespołu i wpatrywała w człowieka rozciągniętego na śniegu. Czapka mundurowa spadła mu z głowy, potoczyła się na bok i ułożyła koło statywu mikrofonu wokalisty, który jeszcze się nie zorientował, co się stało, i dalej śpiewał.

Dwie dziewczyny, stojące najbliżej leżącego mężczyzny, cofnęły się, jedna zaczęła krzyczeć.

Wokalista, który do tej pory występował z zamkniętymi oczami, teraz je otworzył i spostrzegł, że nie skupia się już na nim uwaga publiczności. Odwrócił się i zobaczył leżącego człowieka. Spojrzeniem zaczął szukać strażnika, organizatora, opiekuna tournée, kogoś, kto zająłby się tą sytuacją, ale to był tylko zwyczajny koncert uliczny, każdy czekał, aż ktoś inny coś zrobi, a akompaniament nie milknął.

Nagle w tłumie zrobił się jakiś ruch i ludzie się odsunęli, przepuszczając kobietę przeciskającą się do przodu.

– Robert! – Głos miała zachrypnięty i szorstki. Była blada, ubrana w cienką czarną skórzaną kurtkę z dziurą na łokciu. Zachwiała się przy leżącym bez życia mężczyźnie, osunęła przy nim na kolana.

– Robert? – Przyłożyła wychudzoną dłoń do jego szyi. Potem drżącym palcem wskazała na zespół. – Zamknijcie się, do cholery!

Członkowie zespołu kolejno przestawali grać.

– Chłopak umiera, sprowadźcie lekarza, szybko!

Znów przyłożyła mu rękę do szyi. Wciąż nie mogła znaleźć pulsu. Widziała to już wiele razy wcześniej. Czasami kończyło się dobrze. Na ogół źle. Poczuła się zdezorientowana. To nie mogło być przedawkowanie. Chłopak z Armii nie mógł przecież nic brać? Zaczął padać śnieg, płatki topniały mu na policzkach, na zamkniętych oczach, na rozchylonych ustach. Taki piękny chłopak! Pomyślała, że teraz, taki rozluźniony, przypomina jej śpiącego syna. Moment później dostrzegła jednak czerwoną strużkę sączącą się z dziury w głowie, ukosem spływającą przez czoło do skroni i dalej do ucha.

Ktoś złapał ją pod pachy i podniósł, a nad chłopakiem pochylił się mężczyzna. Po raz ostatni mignęła jej przed oczami jego twarz z dziurą w czole i nagle ogarnęła ją bolesna pewność, że taki sam los czeka również jej syna.

Szedł szybko. Nie za szybko, bo nie uciekał. Spoglądał na plecy, które miał przed sobą. Wypatrzył kogoś, kto lekko biegł, i do tej osoby się przyłączył. Nikt nie próbował go zatrzymywać. Oczywiście, że nie. Huk wystrzału każe ludziom się cofnąć. Widok prowokuje do ucieczki. A w tym wypadku większość nawet się nie zorientowała, co się stało.

Ostatnia robota.

Słyszał, że zespół jeszcze gra.

Zaczął padać śnieg. To dobrze. Ludzie będą patrzeć w dół, żeby chronić oczy.

Kilkaset metrów dalej, na krańcu ulicy, widział żółty budynek dworca. Ogarnęło go uczucie, które czasami go nachodziło, wrażenie, że wszystko jest płynne, że nic złego nie może go spotkać, że serbski czołg T-55 to jedynie niezdarny kolos z żelaza, ślepy i głuchy, a jego miasto będzie stało, kiedy wróci do domu.

Ktoś zajął upatrzone miejsce.

Ubranie tego człowieka wyglądało na nowe i modne, z wyjątkiem niebieskich adidasów. Ale twarz miał pociętą i osmaloną jak kowal. Mężczyzna czy chłopak, wszystko jedno, najwyraźniej zamierzał zostać w tym miejscu jeszcze przez jakiś czas, w każdym razie całą prawą rękę miał wsuniętą w otwór zielonego kosza na śmieci.

Spojrzał na zegarek, nie zatrzymując się. Dwie minuty temu oddał strzał i do odejścia pociągu pozostawało ich jeszcze jedenaście. A on wciąż miał broń przy sobie. Minął kosz na śmieci, kierując się w stronę restauracji.

Jakiś mężczyzna nadchodzący z przeciwnej strony gapił się na niego, ale nie odwrócił głowy, kiedy się mijali.

Podbiegł do drzwi restauracji, pchnął je.

W szatni matka pochylała się nad małym chłopczykiem, usiłując zapiąć mu kurtkę na suwak. Żadne nie podniosło głowy i nie spojrzało na niego. Brązowy płaszcz z wielbłądziej wełny wisiał na swoim miejscu. Pod nim stała walizka. Zabrał obie te rzeczy do męskiej toalety. Zamknął się w kabinie, zdjął kurtkę przeciwdeszczową, czapkę schował do kieszeni i włożył płaszcz. Chociaż w pomieszczeniu nie było okien, i tak słyszał syreny. Wiele syren. Rozejrzał się. Musi się pozbyć pistoletu. Nie miał zbyt wielu miejsc do wyboru. Stanął na klozecie, podciągnął się do otworu wentylacyjnego na ścianie i tam próbował wcisnąć pistolet, ale przeszkadzała mu krata.

Zeskoczył na ziemię. Oddychał teraz ciężko, poczuł też, że oblewa go gorąco. Osiem minut do odjazdu pociągu. Naturalnie mógł pojechać późniejszym, to jeszcze nie kryzys. Ale minęło pięć minut, on wciąż nie pozbył się broni, a ona zawsze powtarzała, że wszystko, co przekracza cztery minuty, jest ryzykiem nie do zaakceptowania. To był kryzys.

Oczywiście mógł rzucić pistolet na podłogę, ale jedna z zasad, według których pracowali, mówiła, że nie wolno dopuścić do znalezienia broni, dopóki on sam nie znajdzie się w bezpiecznym miejscu.

Opuścił kabinę i podszedł do umywalki. Myjąc ręce, spojrzeniem przeszukiwał puste pomieszczenie. Upomoć! Wzrok zatrzymał się na pojemniku z mydłem do rąk przy umywalce.

Jon i Thea wyszli z restauracji przy Torggata mocno objęci.

Thea krzyknęła głośno, gdy poślizgnęła się na lodzie ukrytym pod zdradzieckim świeżym śniegiem. Mało brakowało, a pociągnęłaby za sobą Jona, ale w ostatniej chwili ocalił oboje. Jej śmiech tak cudownie brzmiał w jego uszach.

– Powiedziałaś „tak”! – zawołał do nieba, czując, jak płatki śniegu topnieją mu na twarzy. – Powiedziałaś „tak”!

Noc rozcięła syrena. Kilka syren. Dźwięk dochodził od strony Karl Johans gate.

– Pójdziemy zobaczyć, co się dzieje? – spytał Jon, biorąc ją za rękę.

– Nie, Jon! – Na czole Thei ukazała się zmarszczka.

– Chodźmy!

Thea zaparła się stopami, ale gładkie podeszwy nie stawiały żadnego oporu.

– Nie, Jon!

On tylko się roześmiał i dalej ciągnął ją za sobą jak sanki.

– Mówię, że nie chcę!

Ton jej głosu natychmiast kazał mu ją puścić. Spojrzał zdziwiony.

Thea westchnęła.

– Nie mam ochoty akurat w tej chwili oglądać jakiegoś pożaru. Chcę się położyć. Razem z tobą.

 

Jon długo na nią patrzył.

– Taki jestem szczęśliwy, Theo. To ty dałaś mi tyle szczęścia!

Nie usłyszał jej odpowiedzi, bo ukryła twarz w jego kurtce.

Część druga

WYBAWICIEL

9 ŚRODA, 16 GRUDNIA. ŚNIEG

Śnieg padający na Egertorget barwiły na żółto reflektory grupy pracującej na miejscu zdarzenia.

Harry z Halvorsenem stali przed pubem 3 Bracia, obserwując gapiów i dziennikarzy napierających na taśmy policyjne. Harry wyjął papierosa z ust i zaniósł się głębokim mokrym kaszlem.

– Dużo prasy – stwierdził.

– Szybko zwąchali – odparł Halvorsen. – To przecież rzut kamieniem od ich redakcji.

– Niezła sensacja dla gazet. Zabójstwo w samym środku okresu przedświątecznego na najsłynniejszej ulicy Norwegii. Na dodatek ofiarę widzieli wszyscy, bo to facet, który czuwa przy kociołku Armii Zbawienia. A w tle gra słynny zespół. Czego więcej można chcieć?

– Wywiadu z gwiazdą policji, Harrym Holem?

– Na razie zostaniemy tutaj – zdecydował Harry. – Znasz czas zabójstwa?

– Parę minut po siódmej.

Harry spojrzał na zegarek.

– Prawie godzinę temu. Dlaczego nikt wcześniej do mnie nie zadzwonił?

– Nie wiem. Miałem telefon od nadkomisarza ciut przed pół do ósmej. Myślałem, że kiedy przyjdę, już cię tu zastanę.

– To znaczy, że zadzwoniłeś do mnie z własnej inicjatywy?

– No, jesteś jakby komisarzem.

– Jakby – mruknął Harry, rzucając papierosa na ziemię. Niedopałek wtopił się w puszysty śnieg i zniknął.

– Wszystkie ślady techniczne zaraz zginą pod półmetrową warstwą śniegu – stwierdził Halvorsen. – Typowe.

– Nie będzie żadnych śladów technicznych – orzekł Harry.

Podeszła do nich Beate, miała śnieg w jasnych włosach. W palcach trzymała malutką plastikową torebkę z łuską.

– Pomyłka. – Halvorsen triumfalnie uśmiechnął się do Harry’ego.

– Dziewięć milimetrów – powiedziała, krzywiąc się, Beate. – Najpowszechniejszy kaliber. To wszystko, co mamy.

– Zapomnijcie o tym, co mamy, a czego nie mamy – nakazał Harry. – Jakie było twoje pierwsze wrażenie? Nie zastanawiaj się, mów!

Beate się uśmiechnęła. Już go znała. Najpierw intuicja, potem fakty. Ponieważ intuicja to również fakty. To wszystkie te informacje, które przekazuje miejsce zbrodni, ale mózg chwilowo nie potrafi ich nazwać.

– Nie mam za dużo do powiedzenia. Egertorget to najbardziej uczęszczane metry kwadratowe w Oslo, w związku z tym miejsce było bardzo zanieczyszczone, chociaż przyjechaliśmy zaledwie dwadzieścia minut po zabójstwie. Wygląda mi to na profesjonalistę. Lekarz bada teraz ofiarę. Ale została chyba trafiona tylko jednym strzałem. Prosto w czoło. Profesjonalista. Tak, właśnie takie mam uczucie.

– Tu się pracuje na bazie uczuć, komisarzu?

Wszyscy troje odwrócili się w stronę głosu, który rozległ się za ich plecami. To był Gunnar Hagen, ubrany w zieloną wojskową kurtkę i wełnianą czapkę. Uśmiech ledwie się czaił w kącikach ust.

– Próbujemy wszystkiego, co działa, szefie – odparł Harry. – A co szefa tu sprowadza?

– A czy to nie tu wszystko się dzieje?

– W pewnym sensie.

– Słyszałem, że Bjarne Møller wolał gabinet. Osobiście jestem zdania, że miejsce dowódcy jest na polu walki. Oddano więcej niż jeden strzał, Halvorsen?

Halvorsen drgnął.

– Świadkowie, z którymi rozmawialiśmy, twierdzą, że nie.

Hagen poruszył palcami w rękawiczkach.

– Rysopis?

– Mężczyzna. – Halvorsen przenosił spojrzenie z nadkomisarza na Harry’ego. – Na razie wiemy tylko tyle. Ludzie wpatrywali się w muzyków, a to wszystko wydarzyło się bardzo szybko.

Hagen prychnął.

– W takim tłumie ktoś chyba musiał przyjrzeć się uważniej osobie, która strzelała.

– Przypuszczam, że tak – odparł Halvorsen. – Ale na razie jeszcze nie wiemy dokładnie, gdzie w tłumie stał zabójca.

– Rozumiem. – Znów ten cień uśmiechu.

– Stał dokładnie naprzeciwko ofiary – oświadczył Harry. – Odległość maksimum dwa metry.

– Tak?

Hagen, Beate i Halvorsen, wszyscy jak na komendę odwrócili głowy w jego stronę.

– Zabójca wiedział, że jeśli chce się zabić człowieka bronią małego kalibru, to trzeba celować w głowę – powiedział Harry. – Skoro oddał tylko ten jeden strzał, musiał być pewien rezultatu. Z tego wynika, że musiał stać tak blisko, by widzieć dziurę w czole i mieć pewność, że nie spudłował. Badając ubranie ofiary, powinniście trafić na ślady potwierdzające to, co mówię. Maksimum dwa metry.

– Półtora – oświadczyła Beate. – Większość pistoletów wyrzuca łuskę na prawo, ale niezbyt daleko. Tę znaleźliśmy wdeptaną w śnieg w odległości stu czterdziestu sześciu centymetrów od ciała. A ofiara miała na płaszczu spalone wełniane nitki.

Harry spojrzał na Beate. Najbardziej cenił w niej wcale nie wrodzoną zdolność rozpoznawania twarzy, tylko inteligencję, dokładność i to idiotyczne przekonanie, które wspólnie podzielali: że praca, którą wykonują, jest ważna.

Hagen tupnął na śniegu.

– Dobrze, Lønn. Ale kto, w imię niebios, strzela do oficera Armii Zbawienia?

– On nie był oficerem – sprostował Halvorsen. – Był zwykłym żołnierzem. Oficerowie są zatrudnieni na stałe, żołnierze to wolontariusze albo pracują na kontraktach. – Otworzył swój notes. – Robert Karlsen. Dwadzieścia dziewięć lat. Kawaler, bezdzietny.

– Ale najwyraźniej nie bez wrogów – stwierdził Hagen. – Co ty na to, Lønn?

Beate, odpowiadając, nie patrzyła na Hagena, tylko na Harry’ego.

– Może strzał nie był skierowany przeciwko tej konkretnej osobie?

– Ach, tak? – uśmiechnął się Hagen. – A przeciwko komu?

– Może przeciwko Armii Zbawienia.

– Co cię skłania, żeby tak myśleć?

Beate wzruszyła ramionami.

– Kontrowersyjne poglądy – wyjaśnił Halvorsen. – Na homoseksualizm. Kobiety-pastorów. Aborcję. Może jakiś fanatyk...

– Teoria odnotowana – powiedział Hagen. – Pokażcie mi zwłoki.

Beate i Halvorsen popatrzyli na Harry’ego. Skinął głową na Beate.

– Rany! – jęknął Halvorsen, kiedy Hagen z Beate odeszli. – Czyżby nadkomisarz miał zamiar przejąć śledztwo?

Harry w zamyśleniu potarł brodę, patrząc na teren ogrodzony taśmami, rozjaśniany błyskami fleszy dziennikarzy.

– Profesjonalista – powiedział.

– Co?

– Beate uważa, że sprawca to profesjonalista. Zacznijmy więc od tego. Co robi profesjonalista zaraz po dokonaniu zabójstwa?

– Ucieka?

– Niekoniecznie. Ale w każdym razie pozbywa się wszystkiego, co może go powiązać z zabójstwem.

– Broni.

– Słusznie. Chcę, żebyś sprawdził wszystkie studzienki, kontenery, kosze na śmieci i podwórza w promieniu pięciu kwartałów wokół Egertorget. I to teraz. Jeśli potrzebna ci będzie pomoc, weź ludzi z pogotowia policji.

– Dobra.

– I zdobądź kasety wideo ze wszystkich kamer monitoringu w sklepach z całej okolicy z okresu tuż przed i tuż po dziewiętnastej zero zero.

– Powiem, żeby Skarre się tym zajął.

– I jeszcze jedno. „Dagbladet” współorganizuje te uliczne koncerty. Potem przygotowują z tego materiał. Sprawdź, czy ich fotograf nie robił zdjęć publiczności.

– Oczywiście. O tym nie pomyślałem.

– Prześlij te zdjęcia Beate. Niech rzuci na nie okiem. I chcę, żeby wszyscy śledczy zebrali się w sali konferencyjnej w czerwonej strefie jutro rano o dziesiątej. Obdzwonisz wszystkich?

– Yes.

– A gdzie Li i Li?

– Przesłuchują świadków w Budynku Policji. Dwie dziewczyny stały tuż obok zabójcy.

– Okej. Poproś Olę, żeby zrobił listę krewnych i przyjaciół ofiary. Zaczniemy od sprawdzenia, czy tam nie ma jakichś oczywistych motywów.

– Wydawało mi się, że przed chwilą powiedziałeś, że to profesjonalista?

– Musimy mieć w głowie kilka różnych pomysłów równocześnie, Halvorsen. I zacząć szukać od miejsca, gdzie jest jasno. Rodziny i przyjaciół zazwyczaj łatwo znaleźć. A w ośmiu na dziesięć przypadków...

– ...sprawca zna ofiarę – westchnął Halvorsen.

Przerwało im wołanie. Głośno padło nazwisko Harry’ego. Odwrócili się w porę, by zobaczyć dziennikarzy, tłumnie rzucających się w ich stronę wśród zadymki.

– No, zaczęło się przedstawienie – powiedział Harry. – Odeślij ich do Hagena. Ja wracam do firmy.

Walizka już została odprawiona w okienku linii lotniczych, mógł więc przejść do kontroli bezpieczeństwa. Czuł radość. Zakończył ostatnią robotę. Miał tak dobry humor, że postanowił przeprowadzić test biletowy. Kobieta ochroniarz z Securitas pokręciła głową, kiedy z wewnętrznej kieszeni wyjął niebieską kopertę, żeby pokazać jej bilet.

– Telefon komórkowy? – spytała po norwesku.

– No.

Położył kopertę z biletem na stoliku między aparatem rentgenowskim a bramką dla personelu, żeby zdjąć płaszcz z wielbłądziej wełny. Zorientował się, że wciąż ma na szyi czerwoną apaszkę, rozwiązał ją więc i schował do kieszeni. Płaszcz włożył do kosza przygotowanego przez ochronę i przeszedł przez bramkę, czując na sobie spojrzenia jeszcze dwojga ludzi w mundurach. Wraz z tym strażnikiem, który nieustannie wgapiał się w ekran maszyny prześwietlającej płaszcz, i tym na końcu taśmy naliczył pięcioro ludzi, których jedyne zadanie polegało na pilnowaniu, żeby nie miał przy sobie nic, co na pokładzie samolotu mogłoby posłużyć jako broń.

Przeszedłszy przez bramkę, włożył płaszcz, potem zawrócił i zabrał bilet ze stolika. Nikt go nie zatrzymał, wyminął więc Securitas. A więc tak łatwo byłoby przemycić ostrze noża w kopercie z biletem.

Wyszedł do wielkiej hali odlotów. Pierwszą rzeczą, która go tam uderzyła, był widok z olbrzymiego panoramicznego okna. A raczej jego brak. Śnieg zaciągnął białą zasłonę, skrywając cały krajobraz.

Martine nachylała się ku wycieraczkom zbierającym śnieg.

– Minister był bardzo pozytywnie nastawiony – powiedział zadowolony David Eckhoff. – Bardzo pozytywnie.

– Przecież o tym wiedziałeś z góry. Tacy ludzie nie przychodzą na zupę i nie zawiadamiają prasy, jeśli mają zamiar czegoś odmówić. Przecież chcą, żeby ich wybrano.

– Tak – westchnął Eckhoff. – Chcą, żeby ich wybrano. – Wyjrzał przez okno. – Rikard to miły chłopak, prawda?

– Powtarzasz się, tato.

– Potrzebuje tylko trochę wskazówek, a mógłby stać się dla nas bardzo odpowiednim człowiekiem.

Martine skręciła w stronę garażu pod Kwaterą Główną, wcisnęła guzik pilota i stalowe drzwi zagrzechotały. Wtoczyli się do środka. Opony z kolcami zachrzęściły na betonowej posadzce pustego parkingu.

Pod lampą obok niebieskiego volvo komandora stał Rikard w kombinezonie i rękawicach. Ale Martine nie patrzyła na niego, tylko na wysokiego jasnowłosego mężczyznę, którego od razu poznała.

Zaparkowała obok volvo, ale nie ruszała się z miejsca, szukając czegoś w torebce. Ojciec wysiadł, drzwiczki zostawił otwarte, usłyszała więc głos policjanta:

– Pan Eckhoff? – Dźwięk odbił się od gołych ścian.

– Owszem. Mogę ci w czymś pomóc, młody człowieku?

Martine dobrze znała ton, którego użył ojciec. Życzliwy, ale władczy ton komandora.

– Nazywam się Harry Hole i jestem komisarzem w Komendzie Okręgowej Policji w Oslo. Przyszedłem w związku z jednym z pańskich pracowników. Robertem...

Martine, wysiadając z auta, poczuła na sobie wzrok policjanta.

– ...Karlsenem – dokończył Hole, znów zwracając się do komandora.

– To brat – powiedział David Eckhoff.

– Słucham?

– Traktujemy naszych kolegów jak członków rodziny.

– Rozumiem. W takim razie muszę poinformować o śmierci w rodzinie, panie Eckhoff.

Martine poczuła, że pierś jej się zaciska. Policjant zaczekał, aż jego słowa do nich dotrą, ale zaraz podjął:

– Dziś wieczorem, o siódmej, Robert Karlsen został zastrzelony na Egertorget.

– Dobry Boże! – zawołał Eckhoff. – Jak to?

– Nie wiemy nic poza tym, że nieznany mężczyzna z tłumu zastrzelił go i uciekł.

Komandor z niedowierzaniem kręcił głową.

– Ale... ale o siódmej, tak pan mówi? Dlaczego... dlaczego wcześniej mnie o tym nie poinformowano?

– Ponieważ zwykłą procedurą w podobnych sprawach jest przede wszystkim informowanie krewnych. Niestety, tym razem nie udało nam się ich odszukać.

Martine z rzeczowego, cierpliwego tonu policjanta zrozumiała, że jest przyzwyczajony do podobnych nieistotnych pytań w reakcji na wiadomość o zgonie.

 

– Rozumiem. – Eckhoff nadął policzki i wypuścił powietrze przez usta. – Rodzice Roberta nie mieszkają już w Norwegii. Ale powinien pan znaleźć jego brata, Jona.

– Nie ma go w domu, a komórka nie odpowiada. Ktoś mi podpowiedział, że może jest tu, w Kwaterze Głównej, i pracuje do późna. Ale tutaj zastałem tylko tego młodego człowieka. – Ruchem głowy wskazał na Rikarda, który stał niczym smutny goryl o szklanym spojrzeniu, z rękami w wielkich roboczych rękawicach zwieszonymi wzdłuż boków i z sinoczarną górną wargą błyszczącą od potu.

– Ma pan jakiś pomysł, gdzie znajdę tego brata? – spytał policjant.

Martine i jej ojciec popatrzyli na siebie i pokręcili głowami.

– A jakiś pomysł na to, kto mógł chcieć zabić Roberta Karlsena?

Znów zaprzeczyli.

– No cóż, w każdym razie już o tym wiecie. Spieszy nam się, ale chcielibyśmy wrócić tu jutro i zadać więcej pytań.

– Oczywiście, komisarzu – odparł komandor, prostując się. – Ale zanim pan odejdzie, poproszę o więcej szczegółów.

– Proszę spróbować w telegazecie. Ja już muszę biec.

Martine widziała, jak kolor twarzy jej ojca się zmienia. Spojrzała na policjanta.

– Przykro mi – powiedział Hole. – Czas to bardzo ważny czynnik w tej fazie śledztwa.

– Może... może pan próbować u mojej siostry, Thei Nilsen.

Wszyscy troje jak na komendę odwrócili się do Rikarda, a on przełknął ślinę.

– Thea mieszka na Gøteborggata, w kamienicy należącej do Armii.

Policjant pokiwał głową. Już miał odejść, ale jeszcze odwrócił się do Eckhoffa.

– Dlaczego rodzice Roberta Karlsena nie mieszkają już w Norwegii?

– To długa historia. Odpadli.

– Odpadli?

– Stracili wiarę. Ludzie, którzy wyrośli w Armii, po wybraniu innej drogi często napotykają trudności.

Martine przyglądała się ojcu, lecz nawet ona, jego córka, nie potrafiła wyśledzić kłamstwa w tej twarzy wykutej z granitu. Policjant odwrócił się tyłem, a ona poczuła pierwsze łzy napływające do oczu. Kiedy odgłos oddalających się kroków zamarł, Rikard chrząknął.

– Schowałem zimowe opony do bagażnika.

Wiadomość, która rozległa się z głośników w Porcie Lotniczym Oslo, ani trochę go nie zaskoczyła:

– Due to weather conditions, the airport has been temporarily closed.

Nie ma dramatu, powiedział sobie, tak jak mówił, kiedy godzinę wcześniej podano pierwszy komunikat mówiący o przesunięciu lotu z powodu opadów śniegu.

Czekali, a śnieg okładał stojące na zewnątrz samoloty miękkimi kocami.

Odruchowo rozglądał się za ludźmi w mundurach. Wyobrażał sobie, że na lotnisku muszą być umundurowani. I kiedy kobieta za kontuarem przy wyjściu czterdzieści dwa podniosła mikrofon, poznał to po jej mimice. Już wiedział, że lot do Zagrzebia odwołano. Przepraszała. Powiedziała, że został przeniesiony na jutro, na dziesiątą czterdzieści. Rozległ się jednogłośny, ale stłumiony jęk pasażerów. Stewardesa zaćwierkała, że pasażerom podróżującym tranzytem lub posiadającym bilet powrotny linie lotnicze zapewnią powrót do Oslo i miejsce w hotelu SAS-u.

Nie ma dramatu, powtórzył, gdy pociąg mknął przez spowity nocnym mrokiem pejzaż. Zatrzymał się tylko w jednym miejscu przed Oslo, przy skupisku domów na białym polu. Na peronie pod ławką trząsł się pies, a w snopach światła padał śnieg. Pies był podobny do Tinta, wesołego bezpańskiego kundla, który wałęsał się po okolicy w Vukovarze, kiedy był jeszcze dzieckiem. Giorgi i paru innych starszych chłopców założyło mu obrożę z napisem: „Imię: Tinto. Właściciel: Svi”. Wszyscy. Nikt nie chciał wyrządzić Tintowi żadnej krzywdy. Nikt. Ale czasami to za mało.

Pociąg jęknął przeciągle i znów ruszyli w śnieżycę.

Jon przemieścił się w ten kraniec pokoju, którego nie było widać od drzwi do mieszkania Thei, kiedy ona poszła otworzyć. Rozległ się głos Emmy, sąsiadki:

– Bardzo cię przepraszam, Theo, ale ten człowiek twierdzi, że bardzo mu zależy na znalezieniu Jona Karlsena.

– Jona?

Męski głos:

– Tak. Uzyskałem informację, że być może zastanę go u osoby, która nazywa się Thea Nilsen, pod tym adresem. Przy domofonie nie było żadnych nazwisk, ale ta pani zechciała mi pomóc.

– Jon tutaj? Nie wiem, w jaki sposób...

– Jestem z policji. Nazywam się Harry Hole. Chodzi o brata Jona.

– Roberta?

Jon stanął w drzwiach. Z klatki patrzył na niego mężczyzna o jasnych niebieskich oczach, dorównujący mu wzrostem.

– Robert zrobił coś złego? – spytał, starając się zignorować sąsiadkę, która wspięła się na palce, żeby móc zajrzeć do środka ponad ramieniem policjanta.

– Tego nie wiemy – odparł policjant. – Czy mogę wejść?

– Proszę – powiedziała Thea.

Wszedł i zamknął drzwi przed nosem wyraźnie rozczarowanej sąsiadki.

– Obawiam się, że przynoszę złe wiadomości. Może powinniście usiąść.

Wszyscy troje zajęli miejsca wokół niskiego stołu w salonie. Kiedy policjant powiedział, co się stało, Jon miał wrażenie, że otrzymał cios w brzuch, i odruchowo zgiął się wpół.

– Nie żyje? – usłyszał szept Thei. – Robert nie żyje?

Policjant odchrząknął i mówił dalej. Do Jona słowa docierały pod postacią mrocznych, tajemniczych, wręcz niezrozumiałych dźwięków. Słuchając, jak policjant wyjaśnia okoliczności, przez cały czas wzrok miał utkwiony w jeden punkt. W półotwarte usta Thei. W jej wargi, lekko błyszczące, wilgotne i czerwone. Oddech miała krótki, urywany. Jon nie zorientował się, że policjant przestał mówić, dopóki nie usłyszał głosu Thei:

– Jon! On cię o coś spytał.

– Przepraszam. Ja... O co pytałeś?

– Wiem, że to trudny moment, ale zastanawiałem się, czy nie wiesz o kimś, komu mogło zależeć na śmierci twojego brata.

– Roberta? – Jon miał wrażenie, że wszystko dzieje się na zwolnionym filmie. Nawet jego własne kręcenie głową.

– No tak. – Policjant nic nie zapisał w wyjętym przed chwilą notatniku. – A czy coś w jego życiu zawodowym lub prywatnym mogło przysporzyć mu wrogów?

Jon usłyszał swój śmiech, bardzo nie na miejscu.

– Robert jest w Armii Zbawienia. Naszym wrogiem jest ubóstwo. Materialne i duchowe. Rzadko ktoś nam odbiera życie z tego powodu.

– Tyle o pracy, a jeśli chodzi o życie prywatne?

– To dotyczyło również życia prywatnego.

Policjant czekał.

– Robert był dobry. – Jon poczuł, że głos zaczyna mu się załamywać. – Lojalny. Wszyscy lubili Roberta. – Głos nie wytrzymał.

Policjant omiótł wzrokiem pokój. Nie wyglądał na zadowolonego z sytuacji, ale czekał. I czekał.

A Jon przełykał i przełykał ślinę.

– Czasami potrafił być trochę szalony. Trochę... impulsywny. No i niektórzy mogli go uważać za cynika. Ale to był po prostu sposób bycia. W głębi ducha Robert był łagodnym chłopakiem.

Policjant odwrócił się do Thei i zajrzał do notatnika.

– Ty jesteś Thea Nilsen, siostra Rikarda Nilsena, o ile dobrze rozumiem. Czy ta opinia zgadza się z twoim odbiorem Roberta Karlsena?

Thea wzruszyła ramionami.

– Ja nie znałam Roberta aż tak dobrze. On... – Założyła ręce na piersi, unikając spojrzenia Jona. – Z tego co wiem, nigdy nikogo nie skrzywdził.

– Czy Robert wspominał coś, co mogło wskazywać, że wszedł z kimś w konflikt?

Jon mocno pokręcił głową, jakby próbował się czegoś pozbyć. Robert nie żył. Nie żył.

– Czy Robert był winien komuś pieniądze?

– Nie. To znaczy tak. Mnie. Trochę.

– Na pewno nie był nic winien nikomu innemu?

– O co chodzi?

– Czy Robert zażywał narkotyki?

Jon spojrzał na policjanta z niedowierzaniem, zanim odpowiedział:

– Absolutnie nie.

– Skąd taka pewność? Nie zawsze...

– My pracujemy z narkomanami. Znamy objawy. Robert nie zażywał narkotyków. W porządku?

Policjant pokiwał głową i coś zapisał.

– Przepraszam, ale musimy zadawać takie pytania. Oczywiście nie możemy wykluczyć, że ten, kto strzelał, jest po prostu niezrównoważony psychicznie, a Robert był przypadkowo wybraną ofiarą. Albo że jako żołnierz Armii Zbawienia, dyżurujący przy świątecznym kociołku-skarbonce na Egertorget, stał się niemalże symbolem, a zabójstwo było skierowane przeciwko waszej organizacji. Czy wiecie o czymś, co mogłoby poprzeć tę teorię?

Młodzi, jak zsynchronizowani, oboje pokręcili głowami.

– Dziękuję za pomoc. – Policjant schował notatnik do kieszeni płaszcza i wstał. – Nie mamy żadnego numeru telefonu ani adresu waszych rodziców...

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?