WybawicielTekst

Autor:Jo Nesbø
Z serii: Seria Harry Hole #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wybawiciel
Wybawiciel
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,92  47,94 
Wybawiciel
Tekst
Wybawiciel
E-book
27,92  20,10 
Szczegóły
Wybawiciel
Audio
Wybawiciel
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
32  23,36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ty! – krzyknął komendant, wskazując na innego z mężczyzn w pierwszym szeregu. – Kolej na ciebie! Podejdź tutaj!

W tej samej chwili przybiegł młody serbski żołnierz, ten, który zabił porucznika.

– Strzelają koło szpitala – oznajmił.

Komendant zaklął i skinął na kierowcę. Moment później silnik zawył z rykiem i dżip zniknął w zmierzchu. A przecież Serbowie nie mieli o co się niepokoić. W szpitalu nie było żadnego Chorwata, który mógłby strzelać. Nie mieli broni.

Zostawili Boba leżącego z twarzą w czarnym błocie. Ale kiedy zrobiło się tak ciemno, że Serbowie w namiocie nie mogli ich już widzieć, on wystąpił z szeregu, nachylił się nad martwym kapitanem, rozwiązał węzeł i ściągnął mu z szyi jedwabną apaszkę.

8 ŚRODA, 16 GRUDNIA. POSIŁEK

Dochodziła ósma rano, a dzień, który w Oslo miał być najzimniejszym szesnastym grudnia od dwudziestu czterech lat, wciąż jeszcze był ciemny jak noc. Harry opuścił Budynek Policji, pokwitowawszy u Gerd zabranie klucza do mieszkania Toma Waalera. Szedł z postawionym kołnierzem płaszcza, a kiedy kasłał, miał wrażenie, że dźwięk znika w wacie, jak gdyby mróz zagęścił powietrze.

W godzinach porannego szczytu ludzie gnali po chodnikach, jakby nie mogli się doczekać, kiedy wreszcie znajdą się pod dachem. Ale Harry stawiał uważne, długie kroki, lekko uginając nogi w kolanach na wypadek, gdyby gumowe podeszwy martensów nie sprawdziły się na gładkim lodzie.

Kiedy otwierał drzwi do położonej w centrum kawalerki Toma Waalera, niebo nad wzgórzem Ekeberg ledwie zaczęło blednąć. Po śmierci Waalera mieszkanie pozostawało zamknięte przez długie tygodnie, ale śledztwo nie przyniosło żadnych dowodów demaskujących ewentualnych współwinnych z gangu przemytników broni. Tak przynajmniej powiedział naczelnik Biura Kryminalnego, gdy informował, że ta sprawa przestaje mieć priorytet z uwagi na „inne pilne zadania śledcze”.

Harry zapalił światło w salonie i stwierdził, że w mieszkaniu nieżyjącego człowieka panuje dziwna, charakterystyczna cisza. Na ścianie przed meblami z lśniącej czarnej skóry wisiał olbrzymi telewizor plazmowy z metrowej wysokości kolumnami głośników po obu stronach, najwyraźniej będącymi elementami systemu surround w mieszkaniu. Wisiało też kilka obrazów z sześcianowatymi wzorami w błękitach, z rodzaju tych, które Rakel nazywała sztuką linijki i cyrkla.

Wszedł do sypialni. Przez okno sączyło się szare światło. W pokoju panował porządek. Na biurku stał monitor, samego komputera jednak nigdzie nie było widać. Pewnie zabrano go do przeszukania. Ale nie zauważył go wśród materiału dowodowego w Budynku Policji. Zabroniono mu wszelkiej styczności ze sprawą. Oficjalnym powodem było objęcie go prowadzonym przez SEFO, Wydział Kontroli Wewnętrznej, śledztwem w związku ze śmiercią Waalera. Harry nie potrafił jednak pozbyć się myśli, że jest wśród nich ktoś, kto nie życzy sobie odwrócenia wszystkich kamieni domina.

Miał wyjść z sypialni, kiedy to usłyszał.

W masie spadkowej nie panowała już zupełna cisza.

Jakiś dźwięk, odległe cykanie, przyprawił go o gęsią skórkę, a delikatnym włoskom na rękach kazał się podnieść. Dźwięk dochodził z szafy ubraniowej. Harry się zawahał. W końcu ją otworzył. Tuż za drzwiami stało kartonowe pudło. Natychmiast rozpoznał kurtkę, którą Waaler miał na sobie tamtej nocy na Kampen. Na samym wierzchu na kurtce leżał zegarek i cykał. Cykał tak samo jak wtedy, gdy Tom Waaler wcisnął rękę w okienko w drzwiach windy, która ruszyła i mu ją odcięła. Potem siedzieli w tej windzie, a ręka leżała między nimi. Woskowa i martwa, jak urwana część manekina. Z tą jedną różnicą, że na tej ręce był zegarek. Zegarek, który cykał, który nie chciał stanąć, tylko żył. Jak w tym opowiadaniu czytanym Harry’emu przez ojca w dzieciństwie, tym o sercu zabitej ofiary, które nie chciało przestać bić i w końcu doprowadziło zabójcę do szaleństwa.

To było bardzo charakterystyczne cykanie, energiczne i intensywne. Takie, które się zapamiętuje. Rolex. Ciężki i na pewno horrendalnie drogi.

Harry mocno zatrzasnął drzwi szafy. Ruszył w stronę drzwi wejściowych, ciężko tupiąc, aż wśród ścian poniosło się echo. Zamykając, głośno zabrzęczał kluczami i gorączkowo nucił, dopóki nie znalazł się na ulicy, gdzie błogosławiony hałas zagłuszał wszystko.

O trzeciej po południu na placu Komandora T.I. Øgrima numer 4 cienie już bardzo się wydłużyły, a w oknach Kwatery Głównej Armii Zbawienia zaczęły zapalać się światła. O piątej było całkiem ciemno, a słupek rtęci spadł poniżej piętnastu stopni. Kilka samotnych zbłąkanych płatków śniegu upadło na dach komicznego samochodziku, w którym czekała Martine Eckhoff.

– Przyjdź wreszcie, tato! – mruknęła, z lękiem zerkając na wskaźnik akumulatora. Nie była pewna, jak to elektryczne autko – podarunek dla Armii od króla – zachowa się na mrozie. Przed zamknięciem biura nie zapomniała o niczym. Zostawiła w sieci informację o nowych i odwołanych spotkaniach, zaktualizowała listy dyżurów w autobusie rozwożącym zupę i przy kociołku-skarbonce na Egertorget, przeczytała korektę odpowiedzi na pismo z Kancelarii Premiera, dotyczące dorocznego koncertu gwiazdkowego w Sali Koncertowej.

Drzwiczki się otworzyły i do środka wtargnęło zimno wraz z mężczyzną o gęstych siwych włosach pod mundurową czapką i najjaśniejszych niebieskich oczach, jakie Martine kiedykolwiek widziała. W każdym razie u kogoś, kto już przekroczył sześćdziesiątkę. Komandor z pewnym wysiłkiem wcisnął nogi w wąską przestrzeń między siedzeniem a deską rozdzielczą.

– No, to jedziemy – rzucił, strzepując śnieg z dystynkcji komandorskich, świadczących o tym, że jest najwyższym dowódcą Armii Zbawienia w Norwegii. Powiedział to z wesołością i niewymuszonym autorytetem, naturalnym dla ludzi przywykłych do tego, że ich polecenia są wypełniane.

– Spóźniłeś się.

– A ty jesteś aniołkiem. – Pogładził ją po policzku wierzchem dłoni, a błękitne oczy rozjaśniły energia i rozbawienie. – Pospieszmy się teraz!

– Tato...

– Chwileczkę. – Komandor opuścił szybę samochodu. – Rikardzie!

Przed wejściem do Świątyni, mieszczącej się obok i pod tym samym dachem co Kwatera Główna, stał młody człowiek. Drgnął, słysząc wołanie, ale zaraz podbiegł do samochodu, szeroko rozstawiając nogi, a ręce przyciskając do ciała. Poślizgnął się, o mało nie przewrócił, ale zdołał odzyskać równowagę. Kiedy stanął przy aucie, już był zdyszany.

– Słucham, komandorze?

– Mów do mnie David, jak wszyscy inni, Rikardzie!

– Dobrze, Davidzie.

– Tylko nie w każdym zdaniu.

Spojrzenie Rikarda przeskoczyło z komandora Davida Eckhoffa na jego córkę Martine i z powrotem. Przeciągnął dwoma palcami nad spoconą górną wargą. Martine często się zastanawiała, jak to możliwe, że ten człowiek poci się intensywnie w jednym konkretnym miejscu na ciele, bez względu na pogodę i temperaturę, a szczególnie wtedy, gdy siadał obok niej podczas nabożeństwa lub gdzie indziej i szeptał coś, co w zamierzeniu miało być zabawne, i co właściwie mogło takie być, gdyby nie marnie skrywana nerwowość i nieco zbyt intensywna bliskość. No i pot nad górną wargą. Czasami, kiedy Rikard siedział blisko, a wokół panowała cisza, słyszała szorstki odgłos, kiedy przeciągał po wardze palcami. Bo oprócz potu Rikard Nilsen wytwarzał też zarost, strasznie dużo zarostu. Bywało, że przychodził rano do Kwatery Głównej świeżo ogolony, z twarzą gładką jak pupa niemowlęcia, a już po lunchu jego skóra nabierała niebieskawego odcienia. Często przed wieczornymi zebraniami golił się po raz drugi.

– Żartuję, Rikardzie – uśmiechnął się David Eckhoff.

Martine wiedziała, że ojciec pogrywając tak z ludźmi, nie ma złych intencji, ale czasami miała wrażenie, że komandor nie zdaje sobie sprawy, że nimi pomiata.

– No tak. – Rikard zdobył się na śmiech. Nachylił się i powiedział: – Cześć, Martine.

– Cześć – odparła, udając, że bardzo ją interesuje kontrolka akumulatora.

– Zastanawiałem się, Rikardzie, czy mógłbym cię prosić o przysługę – powiedział komandor. – Strasznie dużo lodu na drogach ostatnio, a w moim samochodzie są zwykłe zimowe opony, bez kolców. Powinienem je zmienić, ale jadę do Latarni Morskiej...

– Wiem – odparł Rikard z ożywieniem. – Na obiad z ministrem spraw społecznych. Mamy nadzieję, że przyjdzie dużo prasy. Rozmawiałem z szefem do spraw informacji.

David Eckhoff uśmiechnął się wyrozumiale.

– Dobrze, że śledzisz wydarzenia na bieżąco, Rikardzie. Rzecz w tym, że mój samochód stoi w garażu tutaj, a chętnie bym go widział z założonymi oponami z kolcami. Rozumiesz?

– Te z kolcami leżą w bagażniku?

– Tak. Ale wyłącznie pod warunkiem, że nie masz nic ważniejszego do roboty. Akurat dzwoniłem do Jona, powiedział, że może...

– Nie, nie – Rikard zdecydowanie pokręcił głową. – Ja to załatwię od razu. Możesz mi ufać, eee... Davidzie.

– Na pewno?

Rikard zaskoczony spojrzał na komandora.

– Że możesz mi ufać?

– Że nie masz nic ważniejszego do załatwienia.

– Oczywiście, zrobię to z przyjemnością. Lubię grzebać przy samochodach i... i...

– Zmieniać opony?

Rikard przełknął ślinę i w odpowiedzi na szeroki uśmiech komandora kiwnął głową.

Kiedy szyba podsunęła się wreszcie do góry, a oni wyjechali z placu, Martine oświadczyła, że, jej zdaniem, ojciec nieładnie postąpił, wykorzystując uczynność Rikarda.

– Masz chyba na myśli służalczość – odpowiedział. – Spokojnie, to tylko test.

– Test? Na ofiarność czy na lęk przed autorytetami?

– Na to ostatnie – roześmiał się komandor. – Rozmawiałem z Theą, siostrą Rikarda. Powiedziała mimochodem, że Rikard bardzo się stara skończyć projekt budżetu na jutrzejszy termin. Powinien więc raczej zająć się tym, a opony zostawić Jonowi.

 

– I co z tego? Może Rikard jest po prostu miły.

– Owszem, jest miły i zdolny. Pracowity i poważny. Chcę mieć po prostu pewność, że ma kręgosłup i odwagę, jakiej wymaga ważne stanowisko kierownicze.

– Wszyscy mówią, że to Jon dostanie tę pracę.

David Eckhoff popatrzył na swoje dłonie i prawie niezauważalnie się uśmiechnął.

– Naprawdę? Bardzo zresztą cenię sobie, że stajesz w obronie Rikarda.

Martine nie odrywała oczu od drogi, ale czuła na sobie spojrzenie ojca, gdy ciągnął:

– Nasze rodziny przyjaźnią się od wielu lat, przecież wiesz. To dobrzy ludzie, mocno zakotwiczeni w Armii.

Martine zaczęła oddychać głęboko, próbując zwalczyć irytację.

Robota wymagała tylko jednej kuli.

Mimo to umieścił w magazynku wszystkie naboje. Po pierwsze dlatego, że broń była w idealnej równowadze tylko z pełnym magazynkiem. I dlatego, że to minimalizowało ryzyko błędu technicznego. Sześć w magazynku plus jeden w komorze.

Potem włożył kaburę pod pachę. Kupił ją używaną. Była miękka, pachniała solą i goryczą skóry, smarem i potem. Pistolet tkwił w niej jak należy. Stanął przed lustrem, włożył marynarkę. Pistoletu nie było widać. Większa broń gwarantowała lepszą precyzję, ale on nie zamierzał się zajmować strzelaniem precyzyjnym. Włożył kurtkę od deszczu. Na nią płaszcz. Czapkę wepchnął do kieszeni i sprawdził, czy w wewnętrznej kieszonce leży czerwona apaszka.

Popatrzył na zegarek.

– Kręgosłup – powiedział Gunnar Hagen. – I odwaga. Te dwie cechy uważam za najważniejsze u moich komisarzy.

Harry nie odpowiedział. Pomyślał, że to może wcale nie było pytanie, rozejrzał się więc po gabinecie, w którym często siedział tak jak teraz. Ale oprócz sceny zatytułowanej „Nadkomisarz mówi podwładnemu, co się z czym naprawdę wiąże”, wszystko się zmieniło. Zniknęły stosy papierów Bjarnego Møllera, wydania zbiorowe komiksów Kaczor Donald i spółka, wciśnięte na półkę między podręcznikami prawa a instrukcjami policyjnymi, duże zdjęcie rodziny i jeszcze większe golden retrievera, którego dostały dzieci i o którym dawno już zapomniały, bo nie żył od dziewięciu lat, a Bjarne Møller wciąż go opłakiwał.

Został czysty blat biurka, jedynie z monitorem komputera i klawiaturą, małym srebrnym cokolikiem z kawałeczkiem białej jak kreda kości, no i z łokciami Gunnara Hagena, na których w tej chwili się opierał, wbijając w Harry’ego wzrok spod okapów gęstych brwi.

– Ale jest pewna trzecia cecha, którą uważam za jeszcze ważniejszą, Hole. Domyślasz się, co to może być?

– Nie – odparł Harry płaskim głosem.

– Dyscyplina. Dys-cy-pli-na.

Taki podział na sylaby sprawił, że Harry właściwie zaczął się już spodziewać lingwistycznego wykładu na temat pochodzenia tego słowa. Tymczasem Hagen wstał i zaczął przechadzać się po gabinecie w jedną i w drugą stronę z rękami założonymi na plecy, co było formą zaznaczania rewiru, którą Harry zawsze uważał za odrobinę komiczną.

– Odbywam takie spotkania ze wszystkimi z oddziału, żeby podczas rozmowy twarzą w twarz powiedzieć jasno, czego oczekuję.

– Z wydziału.

– Słucham?

– U nas to się nie nazywa oddział, tylko wydział. Tak tylko powiedziałem, dla informacji.

– Dziękuję, orientuję się w tym, komisarzu. O czym to ja mówiłem?

– O dys-cy-pli-nie.

Hagen spiorunował go wzrokiem, ale ponieważ Harry zachował kamienną twarz, nadkomisarz kontynuował swój marsz.

– Przez ostatnich dziesięć lat wykładałem w Akademii Wojskowej. Moją specjalnością była wojna w Birmie. Przypuszczam, że zaskoczy cię, kiedy powiem, że to miało bardzo istotne znaczenie dla mojej pracy tutaj, Hole.

– No cóż. – Harry podrapał się w łydkę. – Czyta pan we mnie jak w otwartej księdze, szefie.

Hagen przeciągnął palcem wskazującym po parapecie i z niechęcią przyjrzał się opuszce.

– W czterdziestym drugim niespełna sto tysięcy japońskich żołnierzy podbiło Birmę. Birma była dwa razy większa od Japonii i w tym czasie opanowana przez oddziały brytyjskie przewyższające Japończyków zarówno pod względem liczby ludzi, jak i broni. – Hagen podniósł do góry ubrudzony palec. – Ale była jedna dziedzina, w której Japończycy górowali i która umożliwiła im przegnanie Brytyjczyków i najemnych żołnierzy indyjskich. Dyscyplina. Kiedy Japończycy maszerowali na Rangun, szli przez czterdzieści pięć minut i spali przez piętnaście. Kładli się wprost na drodze z plecakami, stopami ułożeni w stronę kierunku marszu, żeby po przebudzeniu nie wejść do rowu ani nie ruszyć w przeciwnym kierunku. Kierunek jest bardzo ważny. Rozumiesz, Hole?

Harry domyślał się, co teraz usłyszy.

– Rozumiem, że w końcu doszli do Rangunu, szefie.

– Owszem, doszli wszyscy. Ponieważ wykonywali polecenia. Właśnie się dowiedziałem, że podpisałeś odbiór kluczy do mieszkania Toma Waalera. Czy moja wiedza jest prawdziwa?

– Chciałem tam tylko zajrzeć, szefie. Z przyczyn czysto terapeutycznych.

– Mam nadzieję. Ta sprawa jest już pogrzebana. Węszenie w mieszkaniu Waalera to nie tylko strata czasu, lecz również niepodporządkowanie się poleceniu, które wcześniej otrzymałeś od naczelnika Biura Kryminalnego, a teraz otrzymujesz ode mnie. Myślę, że nie muszę się rozwodzić o konsekwencjach nieusłuchania rozkazu. Wspomnę tylko, że japońscy oficerowie strzelali do swoich żołnierzy za picie wody poza czasem wyznaczonym na zaspokojenie pragnienia. Nie z sadyzmu, tylko dlatego, że dyscyplina to natychmiastowe wycinanie narośli rakowych. Wyrażam się jasno, Hole?

– Jasno jak... Hm. Jak coś, co jest bardzo jasne, szefie.

– To wszystko na teraz, Hole. – Hagen usiadł na krześle, wyjął z szuflady jakiś papier i zaczął go czytać z takim zaangażowaniem, jakby Harry już opuścił gabinet. W oczach miał zdumienie, kiedy podniósł głowę i zobaczył, że Harry wciąż przed nim stoi.

– Coś jeszcze, Hole?

– Mhm. Zastanawiałem się nad jedną rzeczą. Czy to się nie skończyło tak, że Japończycy przegrali tę wojnę?

Po wyjściu Harry’ego Gunnar Hagen jeszcze długo wpatrywał się w kartkę.

Restauracja była zapełniona w połowie. Dokładnie tak jak poprzedniego dnia. W drzwiach przywitał go młody przystojny kelner z niebieskimi oczami i jasnymi kręconymi włosami. Był tak podobny do Giorgiego, że przez chwilę tylko stał i mu się przyglądał. Zrozumiał, że jego zainteresowanie zostało zauważone, bo na ustach kelnera pojawił się uśmiech. Kiedy odwieszał płaszcz i kurtkę przeciwdeszczową w szatni, czuł na sobie jego wzrok.

– Your name? – spytał kelner, a on wymamrotał odpowiedź.

Kelner zaczął przesuwać długim szczupłym palcem po karcie w książce rezerwacji i w końcu się zatrzymał.

– I got my finger on you now – powiedział, a niebieskie oczy przytrzymały go wzrokiem tak długo, że w końcu się zaczerwienił.

Restauracja nie wyglądała na szczególnie ekskluzywną, lecz jeśli nie zawiodła go zdolność liczenia w pamięci, ceny w menu przekraczały wszelką zdolność pojmowania rozumu. Zamówił spaghetti i szklankę wody. Był głodny. Ale serce biło mu równo i spokojnie. Inni ludzie w restauracji rozmawiali, uśmiechali się i śmiali, jak gdyby nic złego nie mogło ich spotkać. Zawsze go dziwiło, że to nie jest widoczne, że nie otacza go czarna aureola, że nie bije od niego chłód ani odór zgnilizny.

A raczej, że inni tego nie wyczuwają.

Na zewnątrz zegar na wieży ratusza wybił swoje trzy tony sześć razy.

– Przyjemne miejsce – stwierdziła Thea, rozglądając się dokoła. Restauracja nie była zatłoczona, a ich stolik miał widok na deptak. Z ukrytych głośników sączyła się ledwie słyszalna medytacyjna muzyka w stylu New Age.

– Starałem się, żeby to było coś szczególnego – powiedział Jon i spojrzał w kartę. – Co byś chciała zjeść?

Wzrok Thei chaotycznie skakał po karcie dań.

– Najpierw muszę się napić wody.

Thea piła dużo wody. Jon wiedział, że ma to związek z cukrzycą i nerkami.

– Naprawdę niełatwo się zdecydować – powiedziała. – Wszystko wygląda na bardzo smaczne.

– Ale nie można zjeść wszystkiego, co jest w karcie.

– No tak...

Jon przełknął ślinę. Te słowa same mu się wyrwały. Lekko uniósł wzrok. Thea najwyraźniej niczego nie zauważyła. Nagle jednak uniosła głowę.

– Co właściwie chciałeś przez to powiedzieć?

– Przez co? – spytał lekko.

– Przez to „wszystko, co jest w karcie”. Próbowałeś coś powiedzieć. Znam cię, Jon. O co chodzi?

Wzruszył ramionami.

– Ustaliliśmy, że zanim się zaręczymy, powiemy sobie o wszystkim, prawda?

– Tak. I co?

– Jesteś pewna, że opowiedziałaś mi... wszystko?

Westchnęła z rezygnacją.

– Jestem pewna, Jon. Nie byłam z nikim. Nie w ten... sposób.

Ale on dostrzegł coś w jej spojrzeniu, w jej twarzy, czego wcześniej tam nie widział. Ściągnięty mięsień przy ustach, może coś czarnego w oczach, jakby zamykającą się przesłonę migawki. I nie zdołał się powstrzymać od pytania:

– Z Robertem też nie?

– Co?

– Z Robertem. Pamiętam przecież, że flirtowaliście ze sobą w tamto pierwsze lato na Østgård.

– Miałam wtedy czternaście lat!

– I co z tego?

W pierwszej chwili wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. Potem jakby zapatrzyła się w siebie, gasnąc i oddalając się. Jon obiema dłońmi złapał ją za rękę, nachylił się i szepnął:

– Przepraszam. Przepraszam, Theo. Nie wiem, co mnie naszło. Ja... Możemy zapomnieć o tym pytaniu?

– Już się państwo zdecydowali?

Oboje popatrzyli na kelnera.

– Świeże szparagi na przystawkę. – Thea podała mu menu. – A jako danie główne chateaubriand z borowikami.

– Świetny wybór. Czy mogę polecić wyborne i niezbyt drogie czerwone wino, które akurat dostaliśmy?

– Może pan, ale nam wystarczy woda – odpowiedziała z promiennym uśmiechem. – Dużo wody.

Jon patrzył na nią. Podziwiał jej zdolność skrywania uczuć.

Kiedy kelner odszedł, Thea wbiła oczy w Jona.

– Jeśli już skończyłeś mnie przesłuchiwać, to powiedz, co z tobą.

Jon uśmiechnął się niepewnie.

– Ty nigdy nie miałeś dziewczyny. Nawet na Østgård.

– A wiesz dlaczego? – Jon nakrył jej dłoń swoją.

Pokręciła głową.

– Bo tamtego lata się zakochałem. – Jon odnalazł jej oczy. – Miała zaledwie czternaście lat, ale od tamtej pory się w niej kocham. – Uśmiechnął się i ona też się uśmiechnęła. Zobaczył, że wychodzi ze swojej kryjówki i dołącza do niego.

– Pyszna zupa – powiedział minister spraw społecznych, zwracając się do komandora Davida Eckhoffa, na tyle jednak głośno, by usłyszeli to zebrani przedstawiciele prasy.

– Nasz własny przepis – odparł komandor. – Parę lat temu wydaliśmy książkę kucharską i pomyśleliśmy, że może panu ministrowi...

Na sygnał ojca do stolika podeszła Martine i położyła książkę obok talerza ministra.

– ...mogłaby się przydać, gdyby miał pan ochotę na smaczny i pożywny posiłek w swoim służbowym mieszkaniu.

Nieliczni dziennikarze i fotografowie, którzy stawili się w Latarni Morskiej, zaśmiali się głośno. W lokalu było pustawo, siedziało tylko dwóch starszych mężczyzn ze Schroniska, zapłakana kobieta w płaszczu i ranny narkoman, któremu krew leciała z czoła i który trząsł się jak liść osiki, bo tak się bał iść do „Lazaretu”, czyli gabinetu lekarskiego na piętrze. Nic dziwnego, że ludzi było tak mało. O tej porze Latarnię Morską zwykle już zamykano. Ale, niestety, wizyta przed południem nie pasowała do kalendarza ministra, nie mógł więc zobaczyć, jak pełno tu bywa zazwyczaj. Wszystko to wyjaśniał komandor. Mówił, jak efektywnie prowadzony jest ośrodek i ile to kosztuje. Minister tylko kiwał głową, z obowiązku podnosząc do ust jeszcze jedną łyżkę zupy.

Martine popatrzyła na zegarek. Za piętnaście siódma. Sekretarz ministra zapowiedział: dziewiętnasta zero zero. O tej godzinie będą musieli wyjść.

– Bardzo dziękuję za posiłek – powiedział minister. – Zdążymy porozmawiać z którymś z gości?

Sekretarz stanu kiwnął głową.

To kokieteria, pomyślała Martine. Oczywiście, że zdążą, przecież w tym celu tu przyszli. Nie po to, żeby przyznać pieniądze, bo to można było załatwić przez telefon, tylko po to, żeby zaprosić prasę i pokazać, jak minister spraw społecznych porusza się między potrzebującymi, jak je zupę, podaje rękę narkomanom i jak ich słucha z empatią i zaangażowaniem.

 

Rzeczniczka prasowa dała sygnał fotografom, że mogą robić zdjęcia, a raczej, że właśnie tego by chciała.

Minister wstał, zapiął marynarkę i rozejrzał się po lokalu. Martine domyślała się, że rozważa trzy możliwości: dwaj starsi faceci wyglądali na zwykłych mieszkańców domu starców i nie służyliby celowi „minister tak wita się z narkomani, a tak z prostytutkami”. Ranny ćpun sprawiał wrażenie nieobliczalnego, to mogła być przesada. Za to kobieta... Wyglądała na zwykłą obywatelkę, taką, z którą wszyscy mogli się zidentyfikować i której chętnie by pomogli, a już na pewno po wysłuchaniu jej rozdzierającej serce historii.

– Czy ceni pani sobie możliwość przychodzenia tutaj? – spytał minister, wyciągając do niej rękę.

Kobieta popatrzyła na niego, minister się przedstawił.

– Pernille... – zaczęła, ale on jej przerwał.

– Imię wystarczy. Wie pani, tu jest prasa. Chcieliby zrobić nam zdjęcie, zgadza się pani?

– ...Holmen – Kobieta zaszlochała w chusteczkę. – Jestem Pernille Holmen. – Wskazała na stolik, na którym przed jednym ze zdjęć paliła się świeca. – Przyszłam tu powspominać syna. Czy możecie zostawić mnie w spokoju?

Martine została przy kobiecie, gdy minister ze swoim orszakiem szybko się wycofał. Zauważyła, że zdecydował się jednak na dwóch staruszków.

– Przykro mi z powodu tego, co się stało z Perem – powiedziała Martine cicho.

Kobieta podniosła twarz spuchniętą od płaczu. I od tabletek, pomyślała Martine.

– Znałaś Pera? – spytała szeptem.

Martine wolała prawdę. Również wtedy, gdy drogo kosztowała. Nie dlatego, że tak została wychowana, po prostu przekonała się, że na dłuższą metę prawda ułatwia życie. Ale w tym zduszonym od płaczu głosie wychwyciła prośbę. Błaganie, żeby ktoś powiedział, że jej syn nie był jedynie nafaszerowanym narkotykami robotem, ciężarem, którego społeczeństwo wreszcie się pozbyło, tylko człowiekiem, o którym ktoś mógł powiedzieć, że go znał, że się z nim przyjaźnił, że może nawet go lubił.

– Tak, pani Holmen – Martine przełknęła ślinę. – Znałam go. To był fajny chłopak.

Pernille Holmen mrugnęła dwa razy, próbowała się uśmiechnąć, ale próby skończyły się na grymasie. Ledwie zdołała wyszeptać „dziękuję”, zanim łzy popłynęły jej po policzkach.

Martine zobaczyła, że komandor przywołuje ją do siebie, ale usiadła.

– Oni... oni zabrali też mojego męża – wyszlochała Pernille Holmen.

– Kto?

– Policja. Mówią, że to on zrobił.

Martine, odchodząc od Pernille Holmen, myślała o wysokim jasnowłosym policjancie. Wydawał się taki szczery, kiedy mówił, że się przejmuje. Poczuła gniew. Ale również zakłopotanie. Nie bardzo rozumiała, dlaczego miałaby być taka zła na kogoś, o kim nic nie wiedziała. Popatrzyła na zegarek. Za pięć siódma.

Harry ugotował zupę rybną. Z torebki firmy Findus, do której dolał mleka i uzupełnił kawałeczkami puddingu rybnego. Do tego bagietka. Wszystko kupione u Niaziego, w kolonialnym sklepiku na dole, który prowadził mieszkający pod nim sąsiad Ali razem z bratem. Obok talerza z zupą na stoliku w salonie stanęła jeszcze półlitrowa szklanka z wodą.

Włożył płytę CD do odtwarzacza i podkręcił głośność. Opróżnił głowę z myśli, koncentrując się na muzyce i zupie. Na dźwięku i smaku. Tylko na tym.

W połowie talerza i trzeciego utworu zadzwonił telefon. Harry zamierzał pozwolić mu dzwonić, ale przy ósmym dzwonku wstał i ściszył muzykę.

– Harry.

To była Astrid.

– Co robisz? – mówiła cicho, lecz mimo to jej głos rozbrzmiewał echem. Harry podejrzewał, że zamknęła się w łazience.

– Jem i słucham muzyki.

– Idę się przejść. W pobliżu ciebie. Masz jakieś plany na resztę wieczoru?

– Tak.

– A jakie?

– Jeszcze posłuchać muzyki.

– Powiedziałeś to tak, jakbyś nie miał ochoty na towarzystwo.

– No cóż.

Milczenie. Astrid westchnęła.

– Daj znać, gdybyś zmienił zdanie.

– Astrid?

– Tak?

– Nie chodzi o ciebie. Tylko o mnie.

– Nie musisz się tłumaczyć, Harry. Mówię to na wypadek, gdybyś miał tkwić w błędnym przekonaniu, że to życiowa sprawa dla któregokolwiek z nas. Pomyślałam tylko, że mogłoby nam być przyjemnie.

– Może kiedy indziej.

– Na przykład kiedy?

– Na przykład kiedy indziej.

– Zupełnie kiedy indziej?

– Mniej więcej.

– Okej. Ale ja cię lubię, Harry. Nie zapominaj o tym.

Kiedy się rozłączyli, Harry dalej stał, wcale się nie wsłuchując w nagłą ciszę. Był zdumiony. Kiedy zadzwoniła Astrid, stanęła mu przed oczami twarz. Jego zdumienie nie wynikało stąd, że widział twarz, lecz z faktu, że nie była to twarz Rakel. Ani Astrid. Ciężko usiadł w fotelu, postanawiając od razu, że nie będzie się nad tym dłużej zastanawiać. Bo jeżeli to oznaczało, że lecznicza kuracja czasu skutkowała i Rakel powoli opuszczała jego organizm, to już były dostatecznie dobre wiadomości. Na tyle dobre, że nie chciał komplikować tego procesu. Nastawił głośniej muzykę i opróżnił głowę z myśli.

Zapłacił rachunek. Odłożył wykałaczkę do popielniczki i spojrzał na zegarek. Za trzy siódma. Kabura lekko uwierała w mięsień na piersi. Z wewnętrznej kieszeni wyjął zdjęcie, zerknął na nie po raz ostatni. Czas już się zbliżał.

Nikt z innych gości w restauracji – również para przy sąsiednim stoliku – nie zwrócił na niego uwagi, kiedy wstawał i wychodził do toalety. Zamknął się w jednej z kabin, odczekał minutę i zdołał oprzeć się chęci sprawdzenia, czy pistolet jest naładowany. Od Boba nauczył się, że kiedy człowiek przyzwyczaja się do luksusu, jakim jest możliwość sprawdzenia wszystkiego dwa razy, popada w otępienie.

Minuta minęła. Wyszedł do szatni, włożył kurtkę od deszczu, zawiązał na szyi czerwoną apaszkę i naciągnął czapkę na uszy. Otworzył drzwi i znalazł się na Karl Johans gate.

Szybkim krokiem ruszył pod górę ku najwyższemu punktowi ulicy. Nie spieszyło mu się, ale takie tempo zaobserwował u większości tutejszych ludzi. Tempo, dzięki któremu się nie wyróżniał. Minął kosz na śmieci przy słupie latarni, upatrzony poprzedniego dnia jako ten, do którego wyrzuci pistolet w powrotnej drodze. Na samym środku tłumnego deptaka. Policja go znajdzie, ale to nic nie szkodzi. Najważniejsze, żeby nie znalazła go przy nim.

Muzykę słyszał już z daleka.

Przed muzykami, którzy właśnie kończyli piosenkę, kiedy wysuwał się naprzód, zebrało się w półkolu ze dwieście osób. Bicie dzwonów rozlegające się podczas oklasków powiedziało mu, że jest punktualny. Przed zespołem, nieco z boku, na drewnianym statywie wisiał czarny kociołek-skarbonka, a przy nim stał mężczyzna ze zdjęcia. Wprawdzie oświetlały go jedynie latarnia i dwie pochodnie, ale nie było najmniejszych wątpliwości. Zwłaszcza że ten człowiek miał na sobie mundurową czapkę i płaszcz Armii Zbawienia.

Wokalista zawołał coś do mikrofonu, ludzie zaczęli się śmiać i klaskać. Błysnął flesz. Grali głośno. Perkusista wysoko unosił prawą rękę za każdym razem, gdy miał uderzyć w werbel.

Przeciskał się przez tłum, dopóki nie znalazł się w odległości trzech metrów od mężczyzny z Armii Zbawienia. Sprawdził, czy ma wolną drogę odwrotu. Przed nim stały dwie nastolatki, wypuszczając na mroźne powietrze oddechy pachnące gumą do żucia. Były niższe od niego. Nie myślał o niczym szczególnym, nie spieszył się, robił tylko to, po co przyszedł, bez zbędnych ceremonii: wyjął pistolet i przytrzymał go w wyciągniętej ręce. To zmniejszyło odległość do niespełna dwóch metrów. Wycelował. Mężczyzna przy kociołku rozpłynął się w dwóch mężczyzn. Przestał celować i dwie postacie znów stopiły się w jedną.

– Zdrowie! – powiedział Jon.

Z głośników płynęła muzyka gęsta jak nadzienie do ciasta.

– Na zdrowie! – Thea posłusznie uniosła szklankę.

Wypili. Popatrzyli na siebie, a on samymi wargami szepnął: „Kocham cię”.

Zażenowana spuściła wzrok, ale się uśmiechnęła.

– Mam dla ciebie upominek – oznajmił.

– Tak? – Ton miała lekki, kokieteryjny.

Wsunął rękę do kieszeni marynarki. Pod telefonem komórkowym wymacał twardy plastik pudełeczka od jubilera. Serce zabiło mu szybciej. Boże, jak on się cieszył i jak się bał tego wieczoru. Tej chwili.