WybawicielTekst

Autor:Jo Nesbø
Z serii: Seria Harry Hole #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wybawiciel
Wybawiciel
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,92  47,94 
Wybawiciel
Tekst
Wybawiciel
E-book
27,92  20,10 
Szczegóły
Wybawiciel
Audio
Wybawiciel
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
32  23,36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– ...od śmierci. – Birger Holmen podpierał głowę dłońmi, ale głos miał wyraźny. – Chce pan powiedzieć, że mój syn został zabity? Dlaczego?

– Odpowiedź miałem nadzieję uzyskać od pana.

Birger Holmen nic nie powiedział.

– Dlatego, że jej groził? Dlatego, żeby żona miała wreszcie spokój?

Holmen podniósł głowę.

– O czym pan mówi?

– Przypuszczam, że kręcił się pan po Plata i czekał. A kiedy on się zjawił i kupił działkę, poszedł pan za nim. Zabrał go pan do portu kontenerowego, bo czasami Per tam chodził, kiedy nie miał już żadnego innego miejsca, w którym mógłby się schronić.

– A co ja mogę o tym wiedzieć? To niesłychane, żeby...

– Oczywiście, że pan o tym wiedział. Pokazałem to zdjęcie kierownikowi portu. Rozpoznał osobę, o którą pytałem.

– Pera?

– Nie, pana. Był pan tam latem i prosił, by pozwolono panu poszukać syna w pustych kontenerach.

Holmen wpatrywał się w Harry’ego.

– Zaplanował pan to bardzo dokładnie. Obcęgi, żeby dostać się do środka. Pusty kontener, odpowiednie miejsce na to, by narkoman zakończył w nim życie, a poza tym nikt nie mógł usłyszeć ani zobaczyć, jak pan do niego strzela. Z pistoletu należącego do Pera, co mogła, jak pan wiedział, potwierdzić jego matka.

Halvorsen obserwował Birgera Holmena, czekając w pogotowiu, ale Holmen nawet nie próbował nic robić. Ciężko oddychał przez nos i tylko drapał się w przedramię, patrząc przed siebie pustym wzrokiem.

– Nic pan nie zdoła udowodnić.

Powiedział to zrezygnowanym tonem, jak gdyby za coś przepraszał.

Harry machnął ręką. W ciszy, która zapadła, usłyszeli wesołe pobrzękiwanie dzwonków, dobiegające z ulicy.

– To swędzenie nie chce ustąpić, prawda? – spytał nagle Harry.

Holmen natychmiast przestał się drapać.

– Możemy zobaczyć, co tak swędzi?

– Nic.

– Możemy to zrobić tu albo na komendzie. Wybór należy do pana.

Dzwonki dzwoniły coraz intensywniej. Sanie w środku miasta? Halvorsen miał wrażenie, że coś zaraz wybuchnie.

– Dobrze – szepnął Holmen, rozpiął guzik przy mankiecie i podsunął rękaw do góry.

Na białym owłosionym przedramieniu widniały dwie małe zasklepione ranki. Skóra wokół nich się zaogniła.

– Proszę odwrócić rękę – nakazał Harry.

Na spodniej stronie przedramienia Holmen miał identyczną rankę.

– Takie ugryzienie cholernie swędzi, prawda? Szczególnie po mniej więcej dwóch tygodniach, kiedy wreszcie zaczyna się goić. Lekarz w pogotowiu mi powiedział, że muszę się starać tego nie drapać. Pan też nie powinien, panie Holmen.

Birger Holmen pustym wzrokiem wpatrywał się w swoje ranki.

– Nie powinienem?

– Trzy otwory w skórze. Mając model szczęki, możemy udowodnić, że ugryzł pana konkretny pies z portu kontenerowego. Mam nadzieję, że jakoś mu się pan odpłacił.

Holmen pokręcił głową.

– Nie chciałem... Pragnąłem ją tylko uwolnić.

Dzwonki na ulicy nagle ucichły.

– Przyzna się pan? – spytał Harry, dając sygnał Halvorsenowi, który natychmiast sięgnął do wewnętrznej kieszonki, ale nie znalazł ani długopisu, ani kartki. Harry przewrócił oczami i położył przed nim własny notatnik.

– Mówił, że jest taki zmęczony. Że nie ma już więcej siły. Że naprawdę chce z tym zerwać. Znalazłem dla niego miejsce w Schronisku, tym ośrodku Armii Zbawienia. Łóżko i trzy posiłki dziennie za tysiąc dwieście koron miesięcznie. Obiecali też, że włączą go do tego projektu z metadonem. Mowa była tylko o paru miesiącach czekania. Ale potem nie miałem od niego żadnej wiadomości, więc zadzwoniłem do Schroniska. Powiedzieli, że zniknął, nie płacąc czynszu i... i znów się tu pojawił. Z pistoletem.

– I wtedy podjął pan decyzję?

– On był stracony. Ja już straciłem syna. Nie mogłem pozwolić, żeby i ją pociągnął za sobą.

– Jak go pan znalazł?

– Wcale nie na Plata. Znalazłem go koło Eika i powiedziałem, że chcę od niego kupić ten pistolet. Miał go przy sobie. Pokazał mi. Chciał pieniądze od razu. Ale ja oświadczyłem, że tyle nie mam i żeby się ze mną spotkał następnego dnia wieczorem przy bramie na tyłach portu kontenerowego. Wiecie, właściwie cieszę się, że wy... ja...

– Ile? – przerwał mu Harry.

– Co?

– Ile pan miał zapłacić?

– Piętnaście tysięcy koron.

– I...

– Przyszedł. Okazało się, że nie ma nabojów do tej broni. Twierdził, że nigdy ich nie miał.

– Ale pan zapewne to przewidział, to przecież standardowy kaliber, więc je pan wcześniej załatwił?

– Tak.

– Zapłacił mu pan najpierw?

– Co?

– Nic ważnego.

– Zrozumcie, nie tylko Pernille i ja cierpieliśmy. Dla Pera każdy dzień był jedynie przedłużeniem cierpienia. Mój syn był martwym człowiekiem, który czekał wyłącznie na to... na to, żeby ktoś zatrzymał to jego serce, które nie chciało przestać bić. Na... na...

– Na wybawiciela?

– No właśnie, na wybawiciela.

– Ale to nie pana sprawa, Holmen.

– Nie. To sprawa dla Boga. – Holmen spuścił głowę, mrucząc coś.

– Słucham? – spytał Harry.

Holmen uniósł głowę, ale na nic nie patrzył, kiedy mówił:

– Ale kiedy Bóg nie robi swojej roboty, musi się nią zająć ktoś inny.

Na ulicy brunatny zmrok otoczył żółte światła. Kiedy spadł śnieg, w Oslo nawet w środku nocy nie było nigdy całkiem ciemno. Dźwięki wydawały się owinięte w watę, a skrzypienie śniegu pod butami brzmiało jak odległe fajerwerki.

– Dlaczego od razu go nie zabierzemy? – spytał Halvorsen.

– On się nigdzie nie wybiera. Musi najpierw powiedzieć coś żonie. Przyślemy samochód za jakieś dwie godziny.

– Niezły z niego aktor.

– Co?

– A czy nie wypłakiwał wnętrzności, kiedy przyniosłeś mu wiadomość o śmierci syna?

Harry z rezygnacją pokręcił głową.

– Wiele się jeszcze musisz nauczyć, junior.

Halvorsen z irytacją kopnął w śnieg.

– No to oświeć mnie, mędrcze!

– Popełnienie zabójstwa jest działaniem tak ekstremalnym, że wiele osób wypiera je ze świadomości. Mogą z tym żyć jak z czymś w rodzaju na poły zapomnianego koszmaru. Już nieraz to widziałem. Dopiero kiedy ktoś inny powie o tym głośno, uświadamiają sobie, że to się wydarzyło naprawdę, a nie tylko istnieje w ich głowie.

– Aha. W każdym razie to zimna ryba.

– Nie widziałeś, że ten człowiek był załamany? Pernille Holmen przypuszczalnie miała rację, mówiąc, że z nich dwojga to Birger ma więcej serca.

– Serca? Zabójca? – Głos Halvorsena aż się zaostrzył z oburzenia.

Harry położył rękę na ramieniu sierżanta.

– Zastanów się. Czy to nie jest ostateczny akt miłości, jaki można ofiarować jedynemu synowi?

– Ale...

– Wiem, co myślisz, Halvorsen. Ale musisz się przyzwyczaić, że właśnie tego rodzaju paradoksy moralne będą wypełniać ci dni.

Halvorsen szarpnął za niezamknięte na klucz drzwiczki, ale przymarzły. Ogarnięty nagłą wściekłością szarpał za nie, dopóki z ostrym chrzęstem nie odkleiły się od gumy na karoserii.

Wsiedli. Harry przyglądał się Halvorsenowi, który obracał kluczyk, drugą ręką pstrykając sobie w czoło. Silnik zaskoczył z wyciem.

– Halvorsen... – zaczął Harry.

– Tak czy owak, sprawa jest rozwiązana i nowy nadkomisarz na pewno się ucieszy – powiedział Halvorsen głośno i zjechał na ulicę tuż przed nosem trąbiącej ciężarówki. Podniósł do lusterka wyprostowany środkowy palec. – Więc uczcijmy to z uśmiechem. – Opuścił rękę i dalej pstrykał się w czoło.

– Halvorsen...

– O co chodzi? – warknął.

– Zjedź na bok.

– Co?

– Zjedź.

Halvorsen podjechał pod krawężnik, puścił kierownicę, ale dalej wpatrywał się przed siebie. Podczas ich pobytu u Holmena lodowe róże zdążyły obrosnąć szybę od środka niczym błyskawicznie atakujący grzyb. Halvorsen oddychał ciężko, pierś wyraźnie mu się podnosiła i opadała.

– Bywają dni, kiedy ta praca to prawdziwe babranie się w gównie – powiedział Harry. – Nie daj się temu złamać.

– Nie dam.

– Ty to ty, a oni to oni.

– Wiem.

Harry położył Halvorsenowi rękę na plecach i czekał. Po chwili poczuł, że kolega się uspokaja.

– Twardziel – stwierdził Harry.

Żaden już więcej się nie odezwał, gdy samochód z wysiłkiem przedzierał się przez popołudniowe korki, sunąc w stronę Grønland.

7 WTOREK, 15 GRUDNIA. ANONIMOWOŚĆ

Stał w najwyższym punkcie najbardziej ruchliwego ze wszystkich deptaków w Oslo, ulicy nazwanej imieniem szwedzko-norweskiego króla Karla Johana. Nauczył się na pamięć planu miasta, który dostał w hotelu, i wiedział, że budynek na zachodzie to Zamek Królewski, a na wschodnim krańcu ulicy znajduje się Dworzec Centralny Oslo.

Zadrżał z zimna.

Wysoko na ścianie kamienicy stopnie mrozu świeciły czerwonym neonowym blaskiem, a każde najmniejsze drgnienie powietrza wydawało się epoką lodowcową, wdzierającą się pod płaszcz z wielbłądziej wełny, z którego do tej pory był bardzo zadowolony, szczególnie że kupił go w Londynie za wyjątkowo niską cenę.

Zegar obok stopni mrozu wskazywał tysiąc dziewięćset. Ruszył na wschód. Wyglądało to nieźle. Ciemno, dużo ludzi, a jedyne kamery, jakie zauważył, umieszczone były na dwóch bankach i skierowane na należące do nich bankomaty. Kolejkę podziemną już wykluczył jako możliwość odwrotu z uwagi na kombinację dużej liczby kamer monitoringu i niewielkiej liczby ludzi. Oslo okazało się mniejsze, niż przypuszczał.

Wszedł do sklepu z odzieżą. Znalazł niebieską czapkę za czterdzieści dziewięć koron i wełniany sweter za dwieście, ale zmienił zdanie na widok cienkiej kurtki przeciwdeszczowej za sto dwadzieścia. Kiedy ją wkładał w przymierzalni, odkrył, że w kieszeni marynarki wciąż leżą odświeżające tabletki do pisuaru, jeszcze z Paryża, teraz w stanie sproszkowanym i częściowo wtartym w materiał.

 

Restauracja znajdowała się sto metrów dalej na tym deptaku, po lewej stronie. Przede wszystkim, stwierdził, jest w niej samoobsługowa szatnia. Świetnie, to wiele upraszczało. Wszedł do restauracji. Pustawo. I przejrzyście, z miejsca, w którym stał, widział wszystkie stoliki. Kiedy podszedł do niego kelner, zamówił stolik przy oknie na szóstą na następny dzień.

Przed opuszczeniem restauracji sprawdził jeszcze toaletę. Nie miała okien. Jedyne inne wyjście prowadziło więc przez kuchnię. No i dobrze. Nie ma miejsc idealnych. Zresztą bardzo mało prawdopodobne, by potrzebował alternatywnej drogi ucieczki.

Po wyjściu na ulicę spojrzał na zegarek i ruszył w stronę dworca. Ludzie patrzyli w dół i w bok. Nieduże miasto, ale pełne chłodnego dystansu metropolii. Świetnie.

Ponownie spojrzał na zegarek, stanąwszy na peronie szybkiej kolei na lotnisko. Sześć minut piechotą od restauracji. Pociąg odjeżdżał co dziesięć minut i jechał dziewiętnaście. Mógł więc być w pociągu o dziewiętnastej dwadzieścia, a na lotnisku o dziewiętnastej czterdzieści. Bezpośredni samolot do Zagrzebia odlatywał o dwudziestej pierwszej dziesięć, a bilet miał w kieszeni. W promocyjnej cenie SAS-u.

Zadowolony zszedł po schodach z nowego terminalu pod szklany dach, będący najwyraźniej starą halą odjazdów, teraz pełną sklepów, i wyszedł na otwarty plac. Jernbanetorget. Plac Dworcowy. Tak było napisane na planie miasta. Na środku placu, między szynami tramwajowymi, samochodami i ludźmi, skamieniał w pół kroku dwa razy większy od normalnego tygrys. Nigdzie jednak nie było widać automatów telefonicznych, o których mówiła recepcjonistka. Na końcu placu przy jakiejś wiacie stała grupka ludzi. Podszedł bliżej. Nachylali do siebie głowy w kapturach, o czymś rozmawiając. Może wszyscy przyjechali z tego samego miejsca, może byli sąsiadami i czekali na ten sam autobus? Ale przypominali mu o czymś innym. Zauważył, że jakieś przedmioty przechodzą z rąk do rąk, po czym chudzi mężczyźni odchodzą zgięci wpół dla ochrony przed lodowatym wiatrem. Zrozumiał wtedy, co to jest. Widział, jak się sprzedaje heroinę, i w Zagrzebiu, i w innych miastach Europy. Ale nigdzie tak otwarcie jak tutaj. W końcu uświadomił sobie, co przypomina mu ten widok. Grupki ludzi, w których sam stał po odejściu Serbów. Uchodźców.

Autobus jednak przyjechał. Był biały i zatrzymał się w pewnej odległości od wiaty. Drzwi się otworzyły, ale nikt nie wsiadł. Wysiadła natomiast dziewczyna w mundurze, który od razu rozpoznał. Armia Zbawienia. Zwolnił kroku.

Dziewczyna podeszła do jednej z kobiet i pomogła jej wsiąść do autobusu. Za nią poszło dwóch mężczyzn.

Zatrzymał się i patrzył. Przypadek, pomyślał. Nic więcej. Odwrócił się. I nagle na ścianie wieżyczki z dzwonkami ujrzał trzy automaty telefoniczne.

Pięć minut później dzwonił już do Zagrzebia i mówił jej, że wszystko wydaje się w porządku.

– Ostatnia robota – powtórzyła.

A Fred powiedział, że na stadionie Maksimir prowadzą jego niebieskie lwy, Dynamo Zagrzeb, jeden zero z Rijeką do przerwy.

Rozmowa kosztowała pięć koron. Zegar na wieży wskazywał dziewiętnastą dwadzieścia pięć. Odliczanie już się zaczęło.

Grupa spotykała się w domu parafialnym przy kościele Vestre Aker.

Żwirową drogę prowadzącą do niewielkiego murowanego domku na zboczu obok cmentarza obramowywały z obu stron wysokie zaspy odrzuconego śniegu. W nieprzytulnej sali, w której pod ścianami ustawiono słupy plastikowych krzeseł, przy długim stole na środku siedziało czternaście osób. Ktoś, kto trafiłby tu przypadkiem, uznałby może, że to zebranie członków spółdzielni mieszkaniowej, ale tak naprawdę nic w twarzach, wieku, płci czy ubraniu nie zdradzało, co to za rodzaj wspólnoty. Ostre światło odbijało się w szybach i w pokrywającym podłogę linoleum. Pomrukiwano pod nosem i obracano w palcach tekturowe kubki. Gdzieś syknęła otwierana butelka wody mineralnej.

Dokładnie o dziewiętnastej na końcu stołu uniosła się ręka i zadzwoniła małym dzwoneczkiem, a wszystkie rozmowy ucichły. Oczy zebranych skierowały się na mniej więcej trzydziestopięcioletnią kobietę. Odpowiedziała bezpośrednim, śmiałym spojrzeniem. Miała wąskie, surowe wargi, którym nieco łagodności dodała szminka, długie, gęste, jasne włosy, spięte prostą spinką i duże dłonie spoczywające teraz spokojnie i pewnie na blacie. Kobieta była, jak to się mówi, przystojna, co oznacza piękne rysy, ale bez wdzięku kwalifikującego do określenia „słodka”. Mowa jej ciała świadczyła o opanowaniu i sile, podkreślonych jeszcze przez mocny głos, który moment później wypełnił zimne pomieszczenie:

– Cześć, mam na imię Astrid i jestem alkoholiczką.

– Cześć, Astrid – odpowiedzieli zebrani chórem.

Astrid nachyliła się nad rozłożoną książką i zaczęła czytać:

– „Jedynym warunkiem uczestnictwa we wspólnocie jest chęć zaprzestania picia” – podjęła, a wokół stołu poruszyły się wargi tych, którzy Dwanaście Tradycji Anonimowych Alkoholików znali na pamięć. W przerwach na nabranie oddechu słychać było śpiew chóru parafialnego ćwiczącego piętro wyżej.

– Tematem dzisiejszego mityngu jest Krok Pierwszy – powiedziała Astrid – który brzmi następująco: „Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem”. Mogę zacząć, ale będę mówić krótko, bo uważam, że już się uporałam z Krokiem Pierwszym.

Odetchnęła, uśmiechając się krzywo.

– Żyję w trzeźwości od siedmiu lat, ale codziennie zaraz po przebudzeniu mówię sobie, że jestem alkoholiczką. Moje dzieci o niczym nie wiedzą. Sądzą jedynie, że mama bardzo łatwo się upijała, a przestała pić dlatego, że po wypiciu wpadała w złość. W moim życiu dla utrzymania równowagi potrzebna jest odpowiednia dawka prawdy i odpowiednia dawka kłamstwa. Może się okazać, że wszystkie moje wysiłki zdadzą się psu na budę, ale staram się przeżywać każdy dzień z osobna, unikam pierwszego kieliszka i obecnie pracuję nad Krokiem Jedenastym.

– Dziękujemy, Astrid – padło od zgromadzonych, po czym nastąpiły oklaski. Na piętrze chór chwalił Pana.

Astrid skinęła głową wysokiemu mężczyźnie o jasnych, krótko obciętych włosach, siedzącemu na lewo od niej.

– Cześć, mam na imię Harry – powiedział mężczyzna trochę niewyraźnie. Delikatna siateczka czerwonych żyłek na dużym nosie świadczyła o długim życiu poza szeregami trzeźwych. – Jestem alkoholikiem.

– Cześć, Harry.

– Jestem tu świeży. To mój szósty mityng. Albo siódmy. I jeszcze się nie uporałem z Krokiem Pierwszym. To znaczy wiem, że jestem alkoholikiem, ale wydaje mi się, że potrafię nad tym zapanować. Jest więc pewna sprzeczność w tym, że teraz tu siedzę. Ale przyszedłem tu, ponieważ dałem słowo pewnemu psychologowi, przyjacielowi, który mi dobrze życzy. Twierdził, że jeśli tylko uda mi się wytrzymać gadanie o Bogu i duchowości w pierwszych tygodniach, to odkryję, że to działa. No cóż, nie wiem, czy anonimowi alkoholicy mogą sami sobie pomóc, ale jestem skłonny spróbować. Dlaczego nie?

Odwrócił się w lewo, sygnalizując, że skończył. Zanim jednak oklaski na dobre się rozległy, przerwała je Astrid.

– Chyba pierwszy raz się odezwałeś na naszych mityngach, Harry. To miłe. Ale może opowiesz nam coś więcej, skoro już zacząłeś?

Harry popatrzył na nią zdumiony. Pozostali również, ponieważ wywieranie nacisku na kogokolwiek w grupie było oczywistym złamaniem zasad.

Astrid wytrzymała jego spojrzenie. Czuł je na sobie podczas wcześniejszych spotkań, lecz odpowiedział tylko raz. W zamian zmierzył ją wtedy wzrokiem od stóp do głów i w drugą stronę. Nawet spodobało mu się to, co zobaczył, ale najbardziej był zadowolony, kiedy wrócił do głów i spostrzegł, że jej twarz jest wyraźnie czerwona. A na następnym spotkaniu zachowywała się, jakby był powietrzem.

– Nie, dziękuję.

Nieśmiały aplauz.

Gdy głos zabrała kolejna osoba, Harry obserwował Astrid kątem oka.

Po spotkaniu spytała go, gdzie mieszka, i zaproponowała, że podrzuci go do domu samochodem. Harry wahał się, słuchając chóru uporczywie wielbiącego Pana piętro wyżej.

Półtorej godziny później w milczeniu palili papierosy, patrząc, jak dym barwi sypialnię na niebiesko. Wilgotne prześcieradło w wąskim łóżku Harry’ego wciąż było ciepłe, ale panujący w pokoju chłód skłonił Astrid do podciągnięcia cienkiej białej kołdry aż pod brodę.

– Było cudownie – powiedziała.

Harry nie odpowiedział. Uznał, że to może nie jest pytanie.

– Doszłam. I to za naszym pierwszym razem. To nie jest...

– A więc twój mąż jest lekarzem? – przerwał jej Harry.

– Pytasz już drugi raz, a odpowiedź ciągle brzmi: tak.

Pokiwał głową.

– Słyszysz ten dźwięk?

– Jaki dźwięk?

– Cykanie. To twój zegarek?

– Ja nie mam zegarka, to musi być twój.

– Mam elektroniczny, on nie cyka.

Położyła mu dłoń na biodrze. Harry wysunął się z łóżka. Lodowate linoleum aż zapiekło w podeszwy stóp.

– Chcesz szklankę wody?

– Mhm.

Poszedł do łazienki i kiedy woda popłynęła z kranu, przejrzał się w lustrze. Co ona takiego powiedziała? Że widzi samotność w jego spojrzeniu? Nachylił się, ale nie zobaczył nic oprócz niebieskich tęczówek wokół maleńkich źrenic i delty naczyń krwionośnych na białkach. Kiedy Halvorsen pojął, że z Rakel wszystko skończone, powiedział, że Harry powinien się pocieszyć innymi kobietami, czy jak poetycznie się wyraził, wybzykać z siebie melancholię. Ale Harry nie miał na to ani sił, ani ochoty. Wiedział, że każda kobieta, którą tknie, zmieni się w Rakel. A on potrzebował zapomnienia. Pozbycia się jej z krwi, a nie kuracji metadonem miłości.

Ale to może on się pomylił, a Halvorsen miał rację. Bo to było przyjemne. Naprawdę było cudownie. I zamiast pustego uczucia, że próbował uciszyć pożądanie, zaspokajając kogoś innego, czuł się naładowany. A jednocześnie odprężony. Ona się nim poczęstowała. A jemu spodobał się sposób, w jaki to zrobiła. Może to rzeczywiście mogło być tak proste również w jego wypadku?

Zrobił krok w tył i obejrzał w lustrze swoje ciało. Schudł w ciągu ostatniego roku. Miał mniej tłuszczu, ale też i mniej mięśni. Zaczynał przypominać swego ojca. Chyba nic dziwnego.

Wrócił do łóżka z dużą półlitrową szklanką wody, z której pili wspólnie. Później Astrid przytuliła się do niego. Początkowo skórę miała lepką i zimną, ale po chwili zaczęła go ogrzewać.

– Teraz możesz mi opowiedzieć.

– O czym? – Harry obserwował dym układający się w kształt litery.

– Jak ona miała na imię? No bo jest jakaś ona, prawda?

Litera się rozwiała.

– To właśnie z jej powodu do nas przyszedłeś.

– Może i tak. – Harry patrzył, jak żar powoli zjada papierosa, podczas gdy on opowiadał. Najpierw trochę. Kobieta obok niego była obca, panowała ciemność, słowa wznosiły się i rozwiewały, a on myślał, że tak musi być przy konfesjonale. Wyrzucanie z siebie. Albo dzielenie się, jak nazywali to w AA. Opowiadał zatem więcej. Opowiadał o Rakel, która przed rokiem wyrzuciła go z domu, bo uznała, że myśl o dopadnięciu kreta działającego w policji, Księcia, dosłownie go opętała. I o Olegu, jej synu, który został porwany z pokoju dziecinnego i wykorzystany jako zakładnik, kiedy Harry wreszcie znalazł się w odległości strzału od Księcia. Oleg sobie z tym poradził, zważywszy na okoliczności porwania i to, że był świadkiem uśmiercenia porywacza przez Harry’ego w windzie na Kampen. Gorzej było z Rakel. Dwa tygodnie po porwaniu, kiedy poznała wszystkie szczegóły, oświadczyła, że dla Harry’ego nie ma już miejsca w jej życiu, a raczej w życiu Olega.

Astrid pokiwała głową.

– Odeszła z powodu ran, które im zadałeś?

Harry pokręcił głową.

– Z powodu ran, których im nie zadałem. Jeszcze.

– Jak to?

– Powiedziałem, że sprawa jest zakończona, ale ona stwierdziła, że jestem opętany. Że to się nigdy nie skończy, dopóki oni wciąż istnieją. – Harry zgasił papierosa w popielniczce na nocnym stoliku. – A jeśli nie oni, to znajdę sobie kogoś nowego. Jakichś innych, którzy będą mogli skrzywdzić ją i jej syna. Powiedziała, że nie jest w stanie udźwignąć takiej odpowiedzialności.

– Brzmi to tak, jakby to ona była opętana.

– Nie – uśmiechnął się Harry. – Ona ma rację.

– Tak? Zechcesz to jakoś rozwinąć?

 

Harry wzruszył ramionami.

– Okręt podwodny – zaczął, ale przerwał mu gwałtowny atak kaszlu.

– Co powiedziałeś o okręcie podwodnym?

– To ona powiedziała. Że ja jestem okrętem podwodnym. Schodzę tam, gdzie jest ciemno, zimno i nie można oddychać. A na powierzchnię wynurzam się raz na dwa miesiące. Nie chciała mi towarzyszyć na dnie. To zrozumiałe.

– Wciąż ją kochasz?

Harry nie był pewien, czy podoba mu się obrót, jaki przybiera ta rozmowa. Odetchnął głęboko. W głowie miał dalszy ciąg ostatniej wymiany zdań z Rakel. Jego własny głos, taki jego ton, jaki zwykle przybierał, kiedy był zły albo się bał: „Okręt podwodny, tak?”.

Głos Rakel: „Wiem, że to złe porównanie, ale rozumiesz...”.

Harry podnosi ręce do góry.

„Ależ nie, to świetne porównanie. A kim jest ten... ten lekarz? Lotniskowcem?”

„On nie ma z tym nic wspólnego, Harry – jęczy Rakel. – Tu chodzi o ciebie i o mnie. I o Olega”.

„Nie zasłaniaj się Olegiem”.

„Ja się nie zasłaniam...”

„Wykorzystujesz go jako zakładnika, Rakel...”

„Ja go wykorzystuję jako zakładnika? To ja porwałam Olega i przystawiłam mu pistolet do skroni, żebyś ty zaspokoił swoją żądzę zemsty?”

Żyły na jej szyi wychodzą i krzyczy tak, że aż głos jej brzydnie, staje się głosem jakiejś innej osoby, jej struny głosowe nie są w stanie znieść takiej wściekłości. Harry wychodzi i miękko, prawie bezszelestnie zamyka za sobą drzwi.

Odwrócił się do kobiety leżącej w jego łóżku.

– Tak. Kocham ją. A ty kochasz swojego męża lekarza?

– Tak.

– Więc dlaczego to?

– On mnie nie kocha.

– Mhm. To znaczy, że się mścisz?

Popatrzyła na niego zdziwiona.

– Nie. Jestem po prostu samotna. No i mam ochotę na ciebie. Przypuszczam, że twoje powody są takie same. Chciałbyś, żeby to było bardziej skomplikowane?

– Nie – roześmiał się Harry. – Nie, tak jest dobrze.

– Dlaczego go zabiłeś?

– Kogo?

– A było ich więcej? Tego porywacza.

– To nie jest ważne.

– Może i nie, ale chciałabym usłyszeć, jak opowiadasz... – Wsunęła mu ręce między nogi, przytuliła się do niego i szepnęła mu do ucha. – ...szczegóły.

– Chyba raczej nie.

– Mylisz się.

– No dobrze, ale ja nie lubię...

– Och, przestań! – syknęła zirytowana, mocno ściskając go za członek. W ciemności oczy błysnęły jej twardo. Czym prędzej się uśmiechnęła i dodała głosem słodkim jak cukier: – Zrób to dla mnie.

Za oknem sypialni temperatura nadal spadała, aż dachy na Bislett trzeszczały i śpiewały, gdy Harry opowiadał jej o szczegółach, czując, jak najpierw zesztywniała, potem przyciągnęła rękę do siebie, a wreszcie szepnęła, że wystarczy.

Kiedy wyszła, Harry stanął w sypialni, nasłuchując. Trzeszczenia. I cykania.

W końcu pochylił się nad kurtką, którą rzucił na podłogę razem z resztą ubrania podczas biegu od drzwi wejściowych do sypialni. W kieszeni znalazł źródło dźwięku. Pożegnalny podarunek od Bjarnego Møllera. Błysnęło szkiełko zegarka.

Schował go do szuflady nocnego stolika, ale cykanie towarzyszyło mu przez całą drogę do krainy snów.

Starł nadmiar smaru z elementów broni białym hotelowym ręcznikiem.

Ruch uliczny z zewnątrz docierał do niego pod postacią monotonnego huku, zagłuszającego ustawiony w kącie pokoju mały telewizor, który odbierał tylko trzy kanały z ziarnistym obrazem w języku będącym, jak przypuszczał, norweskim. Dziewczyna z recepcji przyjęła jego marynarkę, obiecując, że będzie wyprana na rano. Układał części broni obok siebie na gazecie. Po oczyszczeniu wszystkich złożył pistolet, wycelował nim w lustro i nacisnął spust. Rozległo się gładkie kliknięcie. Czuł, jak ruch metalu przenosi się na dłoń i ramię. Suchy strzał. Fałszywa egzekucja.

Właśnie tak próbowali złamać Boba.

W listopadzie 1991 roku po trzech miesiącach nieprzerwanego oblężenia i bombardowań Vukovar wreszcie skapitulował. Z nieba lał się deszcz, gdy Serbowie wmaszerowali do miasta. Wraz z niedobitkami oddziału Boba, liczącymi około osiemdziesięciu śmiertelnie zmęczonych i wygłodzonych chorwackich jeńców wojennych, rozkazano mu stanąć w szeregu na baczność przed ruinami tego, co było kiedyś główną ulicą miasta. Serbowie zapowiedzieli, że nie wolno im nawet drgnąć, a sami schowali się w ogrzewanych namiotach. Deszcz lał z taką siłą, że błoto zaczęło się pienić. Po dwóch godzinach pierwsi zaczęli się przewracać. Kiedy porucznik Boba wystąpił z szeregu, żeby pomóc jednemu z tych, którzy upadli w błoto, z namiotu wyskoczył młody serbski szeregowy, ledwie chłopiec, i strzelił porucznikowi w brzuch. Od tej pory żaden się nie ruszył. Wpatrywali się tylko w deszcz, przesłaniający okoliczne wzgórza, z nadzieją, że porucznik przestanie wreszcie krzyczeć. On sam zaczął płakać, ale usłyszał za plecami głos Boba: „Nie płacz”. I przestał.

Minęło popołudnie i zapadł zmierzch, kiedy przyjechał otwarty dżip. Serbowie wybiegli z namiotu i zaczęli salutować. Zrozumiał, że mężczyzna na siedzeniu pasażera to komendant, „Kamień o miękkim głosie”, jak go nazywano. Z tyłu siedział cywil z pochyloną głową. Dżip zaparkował tuż przed oddziałem, a ponieważ on stał w pierwszym rzędzie, słyszał, jak komendant każe cywilowi przyjrzeć się jeńcom. Kiedy mężczyzna podniósł głowę, on od razu go rozpoznał. To był jeden z mieszkańców Vukovaru, ojciec chłopaka, który chodził do ich szkoły. Spojrzenie tego człowieka przesuwało się wzdłuż rzędów, natrafiło na niego, ale nie dostrzegł żadnej reakcji, nie został rozpoznany, spojrzenie powędrowało dalej. Komendant westchnął, wstał w samochodzie i wcale nie miękkim głosem przekrzyczał deszcz:

– Który z was nosi pseudonim „Mały Wybawiciel”?

Żaden z oddziału się nie ruszył.

– Mali Spasitelj, boisz się ujawnić? Ty, który wysadziłeś dwanaście naszych czołgów, odebrałeś naszym kobietom mężów, a serbskie dzieci pozbawiłeś ojców?

Czekał.

– Jak nie, to nie. Który z was jest Bobo?

Teraz też żaden się nie ruszył.

Komendant spojrzał na cywila, a ten drżącym palcem wskazał Boba w drugim szeregu.

– Wystąp! – krzyknął Serb.

Bobo podszedł kilka kroków do dżipa i kierowcy, który wysiadł i stał obok pojazdu. Kiedy Bobo stanął na baczność i zasalutował, kierowca strącił mu z głowy czapkę. Wpadła w błoto.

– Po meldunkach radiowych zorientowaliśmy się, że Mały Wybawiciel jest pod twoim dowództwem – powiedział komendant. – Wskaż go!

– Nigdy nie słyszałem o żadnym Wybawicielu – odparł Bobo.

Komendant podniósł pistolet i uderzył. Z nosa Boba popłynęła strużka krwi.

– Szybko, bo nie chcę moknąć, a poza tym obiad czeka.

– Jestem Bobo. Kapitan chorwackiej arm...

Komendant skinieniem głowy dał znak kierowcy, który pociągnął Boba za włosy, odwracając jego twarz w górę, a wtedy deszcz spłukał krew spływającą z nosa i ust, wsiąkającą w czerwoną apaszkę.

– Dureń! – warknął komendant. – Nie ma żadnej armii chorwackiej, sami zdrajcy! Możesz wybrać, czy chcesz zginąć tu i teraz, czy wolisz oszczędzić nam czasu. I tak go znajdziemy.

– A ty i tak nas rozstrzelasz – jęknął Bobo.

– Oczywiście.

– Dlaczego?

Komendant przeładował pistolet. Z rękojeści spadły krople deszczu. Przyłożył lufę do skroni Boba.

– Dlatego, że jestem serbskim oficerem. A mężczyzna musi szanować swoją pracę. Jesteś gotowy na śmierć?

Bobo zacisnął oczy, na rzęsach wisiały mu krople deszczu.

– Gdzie jest Mały Wybawiciel? Liczę do trzech, potem strzelam. Raz...

– Jestem Bobo...

– Dwa!

– ...kapitan armii chorwackiej, ja...

– Trzy!

Nawet wśród ulewnego deszczu suche kliknięcie zabrzmiało jak wybuch.

– O, przepraszam, zapomniałem załadować broń – powiedział komendant.

Kierowca podał mu magazynek. Komendant wsunął go w rękojeść, przeładował i znów podniósł pistolet.

– Ostatnia szansa. Raz!

– Ja... Mój... oddział... jest...

– Dwa!

– ...pierwszy batalion piechoty w... w...

– Trzy.

Kolejny suchy trzask. Z ust cywila na tylnym siedzeniu wydarł się szloch.

– Ho, ho, pusty magazynek! Spróbujemy takiego z błyszczącymi nabojami?

Wymienił magazynek na nowy i przeładował.

– Gdzie jest Mały Wybawiciel? Raz!

Mamrotanie Boba:

– Oče naš...

– Dwa!

Niebiosa się otworzyły, deszcz runął z rykiem, jak gdyby podejmował rozpaczliwą próbę powstrzymania ludzi, a widok Boba sprawił, że on sam nie był w stanie dłużej tego wytrzymać. Już otworzył usta, żeby krzyknąć, że to on, to on jest Małym Wybawicielem, to o niego im chodzi, a nie o Boba, o niego, mogą dostać jego krew. Ale w tym momencie spojrzenie Boba prześlizgnęło się po nim i ujrzał w nim oszalałą, błagalną prośbę. Zobaczył, że Bobo kręci głową. I zaraz postacią dowódcy szarpnęło, gdy kula przecięła połączenie ciała z duszą. Spojrzenie zgasło, kiedy z oczu uszło życie.