WybawicielTekst

Autor:Jo Nesbø
Z serii: Seria Harry Hole #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wybawiciel
Wybawiciel
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,92  47,94 
Wybawiciel
Tekst
Wybawiciel
E-book
27,92  20,10 
Szczegóły
Wybawiciel
Audio
Wybawiciel
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
32  23,36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A może żaden z was go nie dostanie? Tata mówi, że jeszcze nigdy szefem administracji w Armii nie został ktoś, kto nie ma trzydziestu pięciu lat.

– Wiem – westchnął Jon. – Nie mów o tym nikomu, ale właściwie ulżyłoby mi, gdyby to Rikard dostał tę pracę.

– Ulżyło? – zdziwiła się Thea. – Przecież od ponad roku jesteś odpowiedzialny za wszystkie nasze nieruchomości pod wynajem w całym Oslo.

– No tak, ale szef administracji ma pod sobą całą Norwegię, Islandię i Wyspy Owcze. Wiesz, że w samej Norwegii Armia jest właścicielem ponad dwustu pięćdziesięciu nieruchomości z trzystoma budynkami? – Jon lekko klepnął się po brzuchu i zapatrzył w sufit ze swoją zwykłą zatroskaną miną. – Zobaczyłem się dzisiaj w szybie wystawowej i zdziwiło mnie, że jestem taki mały.

Thea jakby tego nie słyszała.

– Ktoś powiedział Rikardowi, że ten z was, który dostanie to stanowisko, zostanie następnym wodzem.

– Następnym komandorem? – roześmiał się głośno Jon. – W takim razie w ogóle nie chcę tej pracy.

– Nie wygłupiaj się, Jon!

– Wcale się nie wygłupiam. Ty i ja jesteśmy dla mnie o wiele ważniejsi. Powiem, że nie będę się ubiegał o stanowisko szefa administracji, i ogłosimy zaręczyny. Mogę się zająć inną ważną pracą. Korpusy też potrzebują ekonomistów.

– Nie, Jon! – przeraziła się Thea. – Nie mamy nikogo lepszego od ciebie. Musisz pracować tam, gdzie jesteś najbardziej potrzebny. Rikard to mój brat, ale on... nie ma twojej mądrości. Możemy wstrzymać się z ogłoszeniem zaręczyn do czasu, aż zostaniesz zatrudniony.

Jon wzruszył ramionami.

Thea spojrzała na zegarek.

– Musisz dziś wyjść przed dwunastą. Wczoraj w windzie Emma powiedziała, że się o mnie niepokoi, bo słyszała, że u mnie otwierają się drzwi w środku nocy.

Jon spuścił nogi na podłogę.

– Właściwie nie rozumiem, dlaczego chcemy tu mieszkać.

Thea skarciła go spojrzeniem.

– Tu przynajmniej dbamy o siebie nawzajem.

– Tak, tak – westchnął. – Dbamy. Wobec tego dobranoc.

Przybliżyła się do niego i wsunęła mu rękę pod koszulę, a on ze zdziwieniem poczuł, że jej dłoń jest mokra od potu, jakby była zamknięta, jakby coś w niej zaciskała. Thea wtuliła się w niego, zaczęła oddychać ciężej.

– Thea – powiedział. – Nie możemy...

Zesztywniała. W końcu westchnęła i przyciągnęła rękę do siebie.

Jon był zaskoczony. Dotychczas Thea nie wychodziła z inicjatywą zbliżenia, przeciwnie, sprawiała wrażenie osoby bojącej się fizycznego kontaktu. A on tę wstrzemięźliwość cenił. I wydawała się raczej uspokojona, kiedy po ich pierwszej randce przypomniał, że w statucie zostało zapisane, iż Armia Zbawienia uważa czystość przedmałżeńską za wzór dla każdego chrześcijanina. I chociaż zdaniem niektórych istniała różnica między „wzorem” a „zakazem”, do którego w statucie odwoływano się w związku z tytoniem i alkoholem, to jednak on nie widział powodu, by łamać obietnicę daną Bogu z powodu tego rodzaju niuansów.

Uściskał Theę, wstał i wyszedł do toalety. Zamknął drzwi za sobą i odkręcił kran. Pozwolił, by woda lała mu się na ręce, podczas gdy on wpatrywał się w gładką powierzchnię stopionego piasku i odbijające się w niej rysy twarzy osoby, która według wszelkich znaków na niebie i ziemi powinna być szczęśliwa. Musi zadzwonić do Ragnhild. Zakończyć to. Odetchnął głęboko. Przecież był szczęśliwy. Niektóre dni bywały po prostu trudniejsze od innych.

Wytarł twarz i wrócił do Thei.

Poczekalnię pogotowia ratunkowego w Oslo na Storgata czterdzieści zalewało ostre białe światło. O tej porze doby znajdowała się tu zwykła ludzka menażeria. Roztrzęsiony narkoman wstał i wyszedł po dwudziestu minutach od przyjścia Harry’ego. Tacy jak on zwykle nie byli w stanie usiedzieć nawet przez dziesięć minut. Harry dobrze go rozumiał. Wciąż miał w ustach smak alkoholu, który przebudził ze snu dawnych nieprzyjaciół, ciągnęli teraz i szarpali za łańcuchy w brzuchu. Łydka bolała jak cholera, a wyprawa do portu kontenerowego okazała się, jak dziewięćdziesiąt procent wszystkich czynności policyjnych, bezskuteczna. Przyrzekł sobie, że następnym razem dotrzyma umowy z Bette Davis.

– Harry Hole?

Harry popatrzył na mężczyznę w białym kitlu, który zatrzymał się przed nim.

– Tak?

– Proszę za mną.

– Dziękuję, ale wydaje mi się, że teraz jej kolej. – Harry ruchem głowy wskazał na dziewczynę siedzącą z głową w rękach na krześle w rzędzie naprzeciwko.

Mężczyzna pochylił się nad nim.

– Ona już tylko dzisiaj jest tu drugi raz. Da sobie radę.

Harry, kulejąc, poszedł za białym fartuchem w głąb korytarza i dalej do ciasnego gabinetu, gdzie stało biurko i prosta półka na książki. Nie dostrzegł tu żadnych rzeczy osobistych.

– Sądziłem, że policjanci mają własnych lekarzy – powiedział Biały Fartuch.

– Niestety. Zwykle nie przyjmują nas nawet poza kolejką. Skąd pan wie, że jestem policjantem?

– Przepraszam. Jestem Mathias. Po prostu cię zobaczyłem, przechodząc przez poczekalnię. – Lekarz z uśmiechem wyciągnął rękę. Harry zauważył, że ma równe zęby. Tak równe, że można by go podejrzewać o sztuczną szczękę, gdyby nie to, że i cała reszta twarzy była równie symetryczna, czysta i regularna. Oczy niebieskie, okolone drobnymi zmarszczkami od uśmiechu, a uścisk dłoni mocny i suchy. Jak żywcem wyjęty z serialu o lekarzach, pomyślał. Lekarz o ciepłych dłoniach.

– Mathias Lund-Helgesen – dodał mężczyzna, uważnie patrząc na Harry’ego.

– Rozumiem, że powinienem wiedzieć, kim jesteś – mruknął Harry.

– Mieliśmy okazję się poznać. Latem zeszłego roku. Na przyjęciu ogrodowym u Rakel.

Harry zdrętwiał na dźwięk jej imienia w ustach tego drugiego.

– Ach tak?

– To byłem ja – powiedział Mathias Lund-Helgesen szybko i cicho.

– Mhm. – Harry wolno kiwnął głową. – Krwawię.

– Świetnie to rozumiem. – Lund-Helgesen zrobił poważną, współczującą minę.

Harry podciągnął nogawkę.

– Tutaj.

– Aha, o to chodzi? – Mathias Lund-Helgesen uśmiechnął się lekko zdezorientowany. – Co to za rana?

– Pies mnie ugryzł. Możesz coś z tym zrobić?

– Nie bardzo jest co. Krwawienie samo ustanie. Oczyszczę ranę i coś przyłożę. – Nachylił się. – Widzę ślady trzech zębów. No i dostaniesz zastrzyk przeciwtężcowy.

– Ugryzł mnie aż do kości.

– Tak, często ma się takie uczucie.

– Nie, on mnie naprawdę ugryzł... – Harry urwał i wypuścił powietrze przez nos. Uświadomił sobie, że Mathias Lund-Helgesen uważa, że on jest pijany. Dlaczego zresztą miałoby być inaczej? Policjant w podartym płaszczu, pogryziony przez psa, owiany złą sławą i cuchnący świeżym alkoholem. Czy tak właśnie go opisze, gdy będzie opowiadał Rakel, że jej były facet znów pękł?

– ...mocno – zakończył Harry.

4 PONIEDZIAŁEK, 14 GRUDNIA. POŻEGNANIE

Drrr!

Poderwał się i usiadł w łóżku, słysząc echo własnego głosu wśród białych nagich ścian hotelu. Dzwonił telefon na nocnym stoliku. Podniósł słuchawkę.

– This is your wake-up call...

– Hvala – podziękował, chociaż wiedział, że to tylko głos z taśmy.

Był w Zagrzebiu. Dziś miał jechać do Oslo. Na najważniejszą robotę. Ostatnią.

Zamknął oczy. Znów mu się śniło. Nie Paryż, nie inne zadania, one nie śniły mu się nigdy. Zawsze śnił mu się Vukovar. Zawsze ta jesień. Oblężenie.

Dziś w nocy śniło mu się, że biegnie. Jak zawsze biegł w deszczu i jak zawsze był to ten sam wieczór, kiedy na oddziale dla noworodków ojcu obcięli rękę. Cztery godziny później ojciec nagle umarł, chociaż lekarze twierdzili, że operacja się udała. Powiedzieli, że serce po prostu przestało mu bić. On uciekł wtedy od matki, wybiegł w ciemność i w deszcz nad rzekę, z pistoletem ojca w dłoni, w stronę stanowisk Serbów, posłali w niebo rakietnice, strzelali do niego, a on był obojętny, słuchał miękkich plaśnięć kul o ziemię, która nagle gdzieś zniknęła, bo wpadł w wielki lej po bombie. Woda go pochłonęła, połknęła wszystkie dźwięki, zrobiło się cicho, a on dalej biegł pod wodą, ale nie mógł nigdzie dotrzeć. W końcu czując, jak członki mu sztywnieją, a senność znieczula, ujrzał coś czerwonego, co poruszało się w całej tej czerni jak ptak bijący skrzydłami na zwolnionym filmie. A kiedy doszedł do siebie, leżał owinięty w wełniany koc, nad nim huśtała się naga żarówka, artyleria Serbów wciąż grała, a jemu do oczu i ust sypały się drobiny ziemi i tynku. Splunął, wtedy ktoś się nad nim pochylił i powiedział, że z wypełnionego wodą leja po bombie uratował go Bobo, sam kapitan, mówiący wskazał przy tym na łysego mężczyznę stojącego przy schodach do wyjścia z bunkra. Ten człowiek był w mundurze, a na szyi miał zawiązaną czerwoną apaszkę.

Otworzył oczy i spojrzał na termometr, który położył na nocnym stoliku. Temperatura w pokoju od listopada nie przekraczała szesnastu stopni, chociaż w recepcji hotelu twierdzono, że ogrzewanie jest włączone na maksimum. Wstał. Musiał się pospieszyć. Autobus na lotnisko będzie przed hotelem za pół godziny.

Popatrzył w lustro nad umywalką i spróbował sobie wyobrazić twarz Boba. Była jednak niczym zorza polarna, niezauważalnie zniknęła, gdy na nią patrzył. Telefon zadzwonił jeszcze raz.

– Da, majka.

Ogolił się, wytarł i szybko ubrał. Wyjął i otworzył jedno z dwóch przechowywanych w sejfie czarnych metalowych pudełek. Llama minimax sub compact, w którym mieściło się siedem naboi, sześć w magazynku plus jeden w komorze. Rozłożył broń, a części rozdzielił do czterech niewielkich, specjalnie przygotowanych komór pod narożnymi wzmocnieniami walizki. Gdyby go zatrzymano na cle, a walizkę prześwietlono, metal we wzmocnieniach zasłoniłby części pistoletu. Przed wyjściem sprawdził jeszcze, czy ma paszport i kopertę z biletem lotniczym, którą dostał od niej, zdjęcie obiektu i niezbędne informacje o tym, kiedy i gdzie. To się miało stać jutro wieczorem o siódmej w miejscu publicznym. Powiedziała, że ta robota jest bardziej ryzykowna od poprzedniej. Mimo to się nie bał. Od czasu do czasu myślał, że stracił tę zdolność, że mu ją amputowano tamtego wieczoru razem z ręką ojca. Bobo twierdził, że ktoś, kto się nie boi, nie jest w stanie długo przeżyć.

 

Na zewnątrz Zagrzeb ledwie się budził. Bezśnieżny, szary od mgły i ze ściągniętym smutkiem obliczem. Stanął przed wejściem do hotelu i pomyślał, że za kilka dni pojadą nad Adriatyk, do maleńkiej miejscowości, gdzie będzie maleńki hotel z niższymi cenami poza sezonem i odrobiną słońca. I będą rozmawiać o nowym domu.

Autobus na lotnisko powinien już tu być. Zaczął wpatrywać się w mgłę. Gapił się tak jak tamtej jesieni, skulony obok Boba, na próżno próbując cokolwiek dostrzec przez biały dym. Jego robota polegała na przenoszeniu wiadomości, które bali się przekazywać przez radio, ponieważ Serbowie mieli nasłuch na każdą częstotliwość i wyłapywali wszystko. A on, ponieważ był taki mały, mógł biegać pędem przez okopy, bo nie musiał się schylać. Bobowi powiedział, że chce zabijać czołgi.

Bobo pokręcił głową.

– Jesteś łącznikiem. Te wiadomości są ważne, synu. Do czołgów mam mężczyzn.

– Ale oni się boją, a ja nie.

Bobo uniósł brew.

– Jesteś zaledwie chłopcem.

– Nie zrobię się starszy od tego, że kule dosięgną mnie tu, zamiast tam. A ty sam powiedziałeś, że jeśli nie uda nam się powstrzymać czołgów, zdobędą miasto.

Bobo długo na niego patrzył.

– Daj mi się zastanowić – stwierdził w końcu.

Siedzieli w milczeniu, wpatrując się w biel, nie widząc, co jest jesienną mgłą, a co dymem wznoszącym się z ruin płonącego miasta. W końcu Bobo chrząknął.

– Dziś w nocy posłałem Franja i Mirka do wyrwy w wale, którą przejeżdżają czołgi. Mieli za zadanie się ukryć i przyczepiać miny do czołgów, które się nad nimi przetaczały. Wiesz, jak to się skończyło?

Znów kiwnął głową. Widział trupy Franja i Mirka przez lornetkę.

– Gdyby byli mniejsi, może zdołaliby się ukryć w zagłębieniu w ziemi – stwierdził Bobo.

Chłopiec otarł ręką zasmarkany nos.

– A jak się przyczepia miny do czołgów?

O świcie następnego dnia przyczołgał się z powrotem na własne pozycje, trzęsąc się z zimna, cały ubłocony. Za nim na polanie stały dwa zniszczone serbskie czołgi, z otwartych włazów walił dym. Bobo zaciągnął go do okopu, wołając triumfalnie:

– Oto narodził się nam Mały Wybawiciel!

Tego samego dnia Bobo, dyktując meldunek do głównej kwatery w centrum, nadał mu pseudonim, który miał mu towarzyszyć aż do chwili, gdy Serbowie zajęli jego rodzinne miasto, zamienili je w kupę gruzów, zabili Boba, zmasakrowali lekarzy i pacjentów w szpitalu, uwięzili i torturowali tych, którzy stawiali opór. W tym pseudonimie zawierał się gorzki paradoks. Nadał go jeden z tych wszystkich, których nie zdołał ocalić. Mali Spasitelj. Mały Wybawiciel.

Z morza mgły wyłonił się czerwony autobus.

Z sali konferencyjnej w czerwonej strefie na szóstym piętrze dobiegał szum ściszonych rozmów i tłumionego śmiechu, kiedy zjawił się Harry, stwierdzając, że odpowiednio wyliczył czas. Spóźnił się na wstępne pogawędki, jedzenie ciastek i wymianę koleżeńskich złośliwości i żarcików, do których często uciekają się mężczyźni, kiedy mają się pożegnać z kimś, kogo cenią. Przybył w porę na wręczanie prezentów i przemowy zawierające, jego zdaniem, zbyt wiele napuszonych słów, jakich mężczyźni ośmielają się używać, kiedy stoją przed publicznością, a nie rozmawiają w cztery oczy.

Harry omiótł wzrokiem duże pomieszczenie i odnalazł jedyne trzy naprawdę życzliwe twarze. Swojego odchodzącego szefa, Bjarnego Møllera. Sierżanta Halvorsena. I Beate Lønn, młodej szefowej Wydziału Techniki Kryminalistycznej. Nie napotkał żadnych innych spojrzeń i nikt inny nie napotkał jego spojrzenia. Harry zdawał sobie sprawę, że nie jest osobą uwielbianą w Wydziale Zabójstw. Møller powiedział kiedyś, że jest tylko jedna rzecz, której ludzie nie lubią bardziej niż humorzastego alkoholika, a mianowicie potężnego humorzastego alkoholika. Harry był humorzastym alkoholikiem o wzroście metr dziewięćdziesiąt trzy, a to, że był na dodatek znakomitym śledczym, stanowiło jedynie okoliczność lekko łagodzącą. Wszyscy wiedzieli, że gdyby nie chroniąca dłoń Bjarnego Møllera, Harry’ego już dawno usunięto by z szeregów policji. A skoro Møller odchodził, to wszyscy zdawali sobie sprawę również z tego, że szefostwo tylko czeka na pierwszy błąd Harry’ego. To, co go teraz chroniło, paradoksalnie naznaczyło go również na zawsze piętnem outsidera: to on rozpracował jednego z nich. Księcia. Toma Waalera, komisarza z Wydziału Zabójstw, który stał za potężnym przemytem broni do Oslo w ciągu ostatnich ośmiu lat. Tom Waaler dokonał żywota w kałuży krwi w piwnicy akademika na wzgórzu Kampen, a trzy tygodnie później podczas krótkiej uroczystości w kantynie naczelnik Biura Kryminalnego z zaciśniętymi zębami udzielił Harry’emu pochwały za posprzątanie w ich własnych szeregach. Harry za tę pochwałę podziękował.

„Dziękuję”, powiedział, rozglądając się po zebranych tylko po to, żeby sprawdzić, czy ktokolwiek spojrzy mu w oczy. Właściwie zamierzał ograniczyć swoją przemowę do tego jednego słowa, ale widok odwróconych twarzy podbił w nim gniew, dlatego dodał: „Pewnie teraz trudniej będzie mnie wywalić. Prasa mogłaby jeszcze pomyśleć, że ten, kto to robi, boi się, że zasadzam się również na niego”.

Wtedy wreszcie na niego spojrzeli. Z niedowierzaniem. Równie dobrze więc mógł ciągnąć:

„Nie ma powodu, żeby tak się gapić, moi drodzy. Tom Waaler był komisarzem u nas, w Wydziale Zabójstw, uzależnionym od swojej pozycji, by móc realizować swoje zamierzenia. Nazwał się Księciem, a jak wiecie... – Tu Harry zrobił pauzę, przenosząc spojrzenie z twarzy na twarz i wreszcie zatrzymując się na szefie Biura Kryminalnego. – Tam, gdzie jest książę, tam z reguły bywa i król”.

– I co, staruszku? Zamyśliłeś się?

Harry podniósł wzrok. To Halvorsen pytał.

– Tak sobie myślę o królach – mruknął Harry, biorąc z rąk młodego sierżanta filiżankę z kawą.

– Tam masz nowego króla. – Halvorsen pokazał palcem.

Przy stole z prezentami stał mężczyzna w granatowym garniturze, zajęty rozmową z naczelnikiem Biura Kryminalnego i Bjarnem Møllerem.

– To jest Gunnar Hagen? – spytał Harry, upijając łyk kawy. – Nowy NWP?

– To się już nie nazywa NWP, Harry.

– Nie?

– NK. Nadkomisarz. Już cztery miesiące temu zmienili nazwy stopni.

– Naprawdę? Może akurat tego dnia chorowałem. Ty ciągle jesteś sierżantem?

Halvorsen się uśmiechnął.

Nowy nadkomisarz wydawał się dziarski i nie wyglądał na pięćdziesiąt trzy lata, jak podano w okólniku. Bardziej średniego wzrostu niż wysoki, uznał Harry. I chudy. Siatka wyraźnych mięśni na twarzy, wokół szczęki i wzdłuż szyi świadczyła o ascetycznym trybie życia. Usta miał proste i zdecydowane, a wysunięta broda mogła oznaczać wytrwałość albo po prostu krzywy zgryz. Włosy, które mu jeszcze zostały, okalały czaszkę zaledwie czarnym półwianuszkiem, ale za to były tak grube i gęste, że nowy szef wydziału budził podejrzenia o nieco ekscentryczny wybór fryzury. Krzaczaste, diabolicznie uformowane brwi świadczyły w każdym razie o tym, że owłosienie na ciele miało dobre warunki wzrostu.

– Prosto z wojska – powiedział Harry. – Może wprowadzi poranną musztrę.

– Podobno przed zmianą pastwiska był niezłym policjantem.

– Sądząc po tym, co sam o sobie napisał w tym okólniku?

– Miło słyszeć, że jesteś pozytywnie nastawiony, Harry.

– Ja? Ja zawsze jestem gotów dać nowym ludziom szansę.

– Z akcentem na „ę”. – Podeszła do nich Beate. Odgarnęła na bok krótkie jasne włosy. – Harry, jak wchodziłeś, wydawało mi się, że kulejesz.

– Wczoraj wieczorem w porcie kontenerowym natknąłem się na nadpobudliwego kundla.

– A co tam robiłeś?

Harry, zanim odpowiedział, spojrzał na Beate. Stanowisko szefowej na Brynsalléen dobrze jej zrobiło. Zrobiło też dobrze Wydziałowi Techniki Kryminalistycznej. Beate zawsze była dobrym fachowcem, ale Harry musiał przyznać, że nie dostrzegł widocznych cech przywódczych u wręcz chorobliwie nieśmiałej dziewczyny, która po Szkole Policyjnej przyszła do Wydziału Napadów.

– Chciałem tylko obejrzeć ten kontener, w którym znaleziono Pera Holmena. Powiedz, jak on się dostał na teren portu?

– Przeciął kłódkę obcęgami. Leżały przy nim. A jak ty się tam dostałeś?

– Co oprócz tych obcęgów znaleźliście?

– Harry, nic nie wskazuje na to, że...

– Wcale nie mówię, że tak jest. Co jeszcze?

– A jak myślisz? Sprzęt, działkę heroiny i plastikową torebkę z tytoniem. Wiesz, oni wydłubują tytoń z petów, które podnoszą z ziemi. I oczywiście ani korony.

– A beretta?

– Numer seryjny usunięty. Ale ślady szlifowania znajome. Szmuglowana broń z czasów Księcia.

Harry zauważył, że Beate unika wymawiania nazwiska Toma Waalera.

– Mhm. Są już wyniki badań krwi?

– A i owszem – odparła. – Zaskakująco czysty. W każdym razie nie miał w sobie nic świeżego. Czyli świadomy i jak najbardziej w stanie popełnić samobójstwo. A dlaczego pytasz?

– Miałem przyjemność przekazać nowinę rodzicom.

– Uf – westchnęli Lønn i Halvorsen chórem. Zdarzało się to coraz częściej, chociaż byli parą zaledwie od półtora roku.

Naczelnik Biura Kryminalnego chrząknął, zebrani odwrócili się twarzami do stołu z prezentami i umilkli.

– Bjarne poprosił o głos – powiedział naczelnik i zakołysał się na piętach, zawieszając zdanie. – I go otrzymał.

Ludzie się zaśmiali. Harry zauważył ostrożny uśmiech Bjarnego Møllera skierowany do przełożonego.

– Dziękuję, Torleif. Dziękuję też tobie i komendantowi głównemu policji za pożegnalny prezent. A zwłaszcza chciałbym podziękować za ten piękny obraz, który dostałem od was wszystkich. – Wskazał ręką na stół.

– Od wszystkich? – szepnął Harry do Beate.

– Tak. Skarre i paru innych zbierało pieniądze.

– Nic o tym nie słyszałem.

– Może zapomnieli cię spytać.

– A teraz ja chciałbym wręczyć kilka prezentów – powiedział Møller. – Z masy spadkowej, że się tak wyrażę. Po pierwsze, mam szkło powiększające.

Podniósł je na wysokość twarzy. Buchnął śmiech na widok zniekształconych rysów byłego NWP.

– Lupa przejdzie na dziewczynę, która tak samo świetnie się spisuje w śledztwie i jest równie dobrą policjantką jak jej ojciec. Chwała za pracę nigdy nie przypada jej, bo zawsze to my z Wydziału Zabójstw wychodzimy na takich zdolnych. Jak wiecie, badali ją specjaliści od mózgu, ponieważ jest rzadkim przypadkiem osoby posiadającej tak rozwinięty gyrus fusiformus, że zapamiętuje każdą raz zobaczoną twarz.

Harry zauważył, że Beate się czerwieni. Nie lubiła znajdować się w centrum uwagi, a już zwłaszcza z powodu owej wyjątkowej zdolności, przez którą wciąż wykorzystywano ją do rozpoznawania twarzy recydywistów na niewyraźnych filmach wideo nakręconych podczas napadów.

– Mam nadzieję – powiedział Møller – że nie zapomnisz również tej twarzy, chociaż przez jakiś czas nie będziesz jej oglądać. A gdybyś miała wątpliwości, to zawsze możesz posłużyć się tym.

Halvorsen lekko pchnął Beate w plecy. Kiedy Møller oprócz wręczenia szkła powiększającego jeszcze ją uściskał, a zebrani przyjęli to oklaskami, nawet czoło miała w kolorze wozu strażackiego.

– Następna cząstka masy spadkowej to moje krzesło biurowe – powiedział Bjarne. – O ile dobrze zrozumiałem, mój następca, Gunnar Hagen, zażyczył sobie nowego, z czarnej skóry z wysokim oparciem i w ogóle. – Møller uśmiechnął się do Hagena, który nie odwzajemnił uśmiechu, tylko krótko skinął mu głową. – Moje krzesło przechodzi więc na własność funkcjonariusza ze Steinkjer, który odkąd do nas przyszedł, był skazany na siedzenie w jednym pokoju z największym awanturnikiem w tym budynku. W dodatku na zepsutym krześle. Junior, myślę, że najwyższa pora na zmianę.

– Hura! – krzyknął Halvorsen.

Wszyscy popatrzyli na niego ze śmiechem, a on też się roześmiał.

– A na koniec środek pomocniczy dla człowieka, który jest dla mnie kimś wyjątkowym. Był moim najlepszym śledczym i moim największym koszmarem. Zawsze idzie za własnym nosem, posługując się własnym kalendarzem i – ze szkodą dla nas, którzy próbujemy nakłonić was do punktualnego stawiania się na porannych odprawach – własnym czasomierzem. – Møller z kieszeni marynarki wyjął zegarek. – Mam nadzieję, że dzięki temu zaczniesz się posługiwać tą samą rachubą czasu co inni. W każdym razie jest mniej więcej zsynchronizowany z resztą zegarków w Wydziale Zabójstw. No, sporo tu było między wierszami, Harry.

 

Tu i ówdzie rozległy się oklaski, kiedy Harry wyszedł po nieznanej mu marki zegarek, na prostym czarnym pasku.

– Dziękuję – powiedział.

Dwaj wysocy mężczyźni mocno się objęli.

– Specjalnie nastawiłem go tak, że się spieszy dwie minuty, żebyś wszędzie zdążył, nawet jeśli uznasz, że jest już za późno – szepnął Møller. – Koniec tych pouczeń. Rób to, co musisz.

– Dziękuję – powtórzył Harry. Wydawało mu się, że Møller ściska go trochę za mocno i trochę za długo. Upomniał się w duchu, że musi pamiętać o zostawieniu na stole prezentu, który przyniósł z domu. Na szczęście nie zdążył zerwać folii z Wszystko o Ewie.