WybawicielTekst

Autor:Jo Nesbø
Z serii: Seria Harry Hole #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wybawiciel
Wybawiciel
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,92  47,94 
Wybawiciel
Tekst
Wybawiciel
E-book
27,92  20,10 
Szczegóły
Wybawiciel
Audio
Wybawiciel
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
32  23,36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jon zadrżał, z zadowoleniem myśląc o tym, że pod wiatrówką ma mundur Armii Zbawienia z czystej grubej wełny. Kiedy po ukończeniu Szkoły Oficerskiej miał dostać nowy mundur, okazało się, że żaden z rozmiarów w dziale handlowym Armii Zbawienia na niego nie pasuje. Przydzielono mu więc materiał i posłano do krawca, który dmuchnął mu dymem w twarz i niepytany wyparł się Jezusa jako swego osobistego Zbawiciela. Ale krawiec znał się na swojej robocie i Jon ciepło mu podziękował, bo nie był przyzwyczajony do dobrze leżącego ubrania. Podobno z powodu przygarbionych pleców. Ci, którzy widzieli, jak idzie w górę Hausmanns gate tego popołudnia, prawdopodobnie sądzili, że pochyla się tak, by ochronić się przed lodowatym grudniowym wiatrem, zmiatającym igiełki lodu i sztywne śmieci z chodników przy wtórze szumu nieustannie przejeżdżających samochodów. Ale ci, którzy go znali, mówili, że Jon Karlsen garbi się, żeby zniwelować swój wzrost. I żeby dotrzeć do tych, których ma pod sobą. Teraz też się schylił, by dwudziestokoronowa moneta trafiła do brązowego tekturowego kubka tkwiącego w brudnej drżącej dłoni przy bramie.

– Co tam słychać? – spytał Jon przypominającego stos szmat człowieka, który w śnieżnej zadymce siedział po turecku na rozłożonym na chodniku kawałku kartonu.

– Jestem w kolejce na kurację metadonem – odparł nieszczęśnik obojętnie, zacinając się, jakby wygłaszał marnie wyćwiczony wers psalmu, nie odrywał przy tym oczu od kolan czarnych mundurowych spodni Jona.

– Powinieneś się wybrać do naszej kawiarni na Urtegata – powiedział Jon. – Trochę się ogrzać, coś zjeść i...

Reszta słów zniknęła w ryku samochodów, kiedy światło zmieniło się na zielone.

– Nie mam czasu – odparł żebrak. – A ty nie znalazłbyś przypadkiem pięćdziesiątki?

Jona nigdy nie przestała dziwić niezłomna koncentracja narkomanów wokół jednego. Z westchnieniem wepchnął stukoronowy banknot do kubka.

– Idź, poszukaj jakiegoś ciepłego ubrania we Freteksie[3]. Jak tam nic nie znajdziesz, to wiem, że mamy nowe zimowe kurtki w naszym ośrodku, w Latarni Morskiej. W tej cienkiej dżinsowej zamarzniesz na śmierć.

Powiedział to z rezygnacją człowieka, który już ma świadomość, że jego dar pójdzie na narkotyki, ale co z tego? To był ten sam refren. Po prostu jeden z tych niemożliwych moralnych dylematów, które wypełniały mu dni.

Jeszcze raz nacisnął guzik domofonu. Widział swoje odbicie w brudnej szybie wystawowej obok drzwi wejściowych. Thea mówiła, że jest wielki. A on wcale nie był wielki, tylko mały. Mały żołnierzyk. Ale później mały żołnierzyk pobiegnie przez „Dolinkę” na Møllerveien, przez most na rzece Aker, gdzie zaczyna się wschodnia część miasta i dzielnica Grünerløkka, przez park Sofienberg, do kamienicy na Gøteborggata cztery, będącej własnością Armii i wynajmowanej jej pracownikom. Otworzy kluczem drzwi do klatki B, może przywita się krótko z jakimś lokatorem, który, miejmy nadzieję, uzna, że Jon zmierza do swojego mieszkania na czwartym piętrze. A on zamiast tego pojedzie windą na piąte, przez strych przejdzie na klatkę A, chwilę będzie nasłuchiwał, czy droga wolna, a potem podbiegnie pod mieszkanie Thei i zastuka umówionym kodem. Ona otworzy drzwi i objęcia, w które będzie mógł się wtulić i odtajać.

Zatrzęsło się.

W pierwszej chwili myślał, że to trzęsie się ziemia, miasto, fundamenty. Odstawił jedną torbę i sięgnął do kieszeni spodni. Komórka wciąż wibrowała mu w ręku. Na wyświetlaczu ukazał się numer Ragnhild. To już trzeci raz, tylko dzisiaj. Wiedział, że nie może dłużej tego odkładać, musi jej w końcu powiedzieć. Powiedzieć, że zamierza się zaręczyć z Theą. Kiedy tylko znajdzie właściwe słowa. Schował telefon z powrotem do kieszeni, unikając swojego odbicia. Ale podjął już decyzję. Musi przestać być tchórzem. Będzie dzielny. Będzie wielkim żołnierzem. Dla Thei na Gøteborggata. Dla ojca w Tajlandii. Dla Pana Boga w niebiosach.

– Co znowu? – burknęło w głośniku nad przyciskami.

– O, cześć, tu Jon.

– Co?

– Jon z Armii Zbawienia.

Jon czekał.

– Czego chcesz? – zatrzeszczał głos.

– Przyniosłem trochę jedzenia, może by się wam przydało...

– Papierosy masz?

Jon przełknął ślinę i tupnął w śniegu.

– Nie, tym razem starczyło mi pieniędzy tylko na jedzenie.

– Cholera!

Znów zapadła cisza.

– Halo? – zawołał Jon.

– Tak, tak. Myślę.

– Mogę wrócić później.

Rozległ się brzęczyk, więc Jon czym prędzej pchnął drzwi.

Na klatce schodowej, wśród żółtych pagórków zamarzniętego moczu, walały się gazety i puste butelki. Mróz jednak sprawił, że Jon nie musiał wdychać przenikliwego słodko-kwaśnego odoru, który wypełniał klatkę w cieplejsze dni.

Starał się stąpać lekko, ale i tak tupał na schodach. Kobieta oczekująca go w drzwiach wbiła spojrzenie w torby. Nie chce patrzeć bezpośrednio na mnie, pomyślał Jon. Miała obwisłą, nabrzmiałą po wielu latach nałogu twarz, nadwagę, a pod szlafrokiem brudny biały T-shirt. Z drzwi buchał smród.

Jon odstawił torby na podeście schodów.

– Czy pani mąż jest w domu?

– Tak, jest – odparła miękko po francusku.

Była piękna. Miała mocno zarysowane kości policzkowe i duże oczy w kształcie migdałów. Wąskie bezkrwiste wargi. I była dobrze ubrana. Przynajmniej ta jej część, którą widział przez szparę w drzwiach.

Odruchowo poprawił czerwoną apaszkę.

Oddzielał ich od siebie łańcuch z solidnego mosiądzu, przymocowany do ciężkich dębowych drzwi bez tabliczki z nazwiskiem. Kiedy stał pod kamienicą na Avenue Carnot i czekał, aż konsjerżka mu otworzy, zauważył, że wszystko wygląda tu na nowe i drogie. Okucia, domofon, zamki. A fakt, że bladożółta fasada i białe żaluzje były pociągnięte warstwą brudu z miejskich zanieczyszczeń, podkreślał tylko stałość i solidność tej dzielnicy Paryża. Na klatce wisiały oryginalne obrazy olejne.

– O co chodzi?

Jej spojrzenie i ton nie były ani życzliwe, ani nieżyczliwe, może skrywały odrobinę sceptycyzmu z powodu jego słabego francuskiego akcentu.

– Przynoszę wiadomość, madame.

Zawahała się. Ale w końcu zachowała się tak, jak się spodziewał.

– Ach tak. Proszę poczekać, zaraz go zawołam.

Zamknęła drzwi, naoliwiony zamek zatrzasnął się z miękkim kliknięciem.

Przestąpił z nogi na nogę. Powinien lepiej nauczyć się francuskiego. Matka wieczorami wbijała mu do głowy angielski, ale z francuskim nigdy nie mogła sobie poradzić. Wpatrywał się w drzwi. Ładna.

Pomyślał o Giorgim. Giorgi o białym uśmiechu, blondynek, drobny jak dziewczyna, był od niego o rok starszy. Czy wciąż był tak samo ładny? Zakochał się w Giorgim, bez uprzedzeń i bez warunków, tak jak potrafią się zakochiwać tylko dzieci.

Ze środka usłyszał kroki. Kroki mężczyzny. Majstrowanie przy zamku. Niebieska kreska między pracą a wolnością, prowadząca stąd do mydła i moczu. Wkrótce spadnie śnieg. Przygotował się.

Twarz mężczyzny ukazała się w drzwiach.

– Czego, do cholery, chcesz?

Jon podniósł torby i spróbował się uśmiechnąć.

– Świeży chleb. Ładnie pachnie, prawda?

Fredriksen położył wielką brązową dłoń na ramieniu kobiety i ją odepchnął.

– Czuję jedynie krew chrześcijanina – słowa trolla z baśni zostały wypowiedziane z wyraźną, trzeźwą dykcją, ale rozmyte tęczówki w zarośniętej twarzy opowiadały całkiem inną historię. Oczy próbowały się skupić na torbach z zakupami. Ten człowiek wyglądał jak wielki silny mężczyzna, który wewnętrznie się skurczył. Jakby szkielet, sama czaszka zmniejszyła się pod skórą, ciężko obwisłą i o trzy numery za dużą dla tej pełnej złości twarzy. Fredriksen przeciągnął brudnym palcem po świeżych rozcięciach na grzbiecie nosa.

– Nie będziesz głosił kazania? – spytał.

– Nie, właściwie chciałem tylko...

– Dalej, żołnierzu! Musicie przecież coś z tego mieć, prawda? Na przykład moją duszę.

Jon zadrżał.

– Nie ja mam władzę nad duszami, panie Fredriksen. Ale trochę jedzenia mogę...

– No, najpierw trochę pogadaj!

– Już mówiłem, że...

– Gadaj!

Jon patrzył na Fredriksena.

– Gadaj tą swoją małą zasraną gębą! – ryknął Fredriksen. – Gadaj, żebyśmy mogli jeść z czystym sumieniem, ty cholerny dewocie! Dalej, miejmy to już za sobą! Jaką masz dziś wiadomość od Boga?

Jon otworzył usta i zaraz je zamknął. Przełknął ślinę. Spróbował jeszcze raz i tym razem struny głosowe go usłuchały.

– Dobra nowina jest taka, że oddał Swego Syna, aby ten umarł... za nasze grzechy.

– Kłamiesz!

– Nie, niestety to prawda – odparł Harry, patrząc na przerażoną twarz mężczyzny w drzwiach. Pachniało obiadem, a w tle szczękały sztućce. Głowa rodziny. Ojciec. Do tej chwili. Mężczyzna podrapał się po przedramieniu, wbijając wzrok gdzieś ponad głową Harry’ego, jakby ktoś się nad nim pochylał. Drapaniu towarzyszył nieprzyjemny szorstki odgłos.

Podzwanianie sztućców ucichło. Drepczące kroki zatrzymały się za mężczyzną, na jego ramieniu pojawiła się drobna dłoń. Zza pleców wyjrzała twarz kobiety o wielkich wystraszonych oczach.

– Co się stało, Birger?

– Ten policjant przyniósł wiadomość – powiedział Birger Holmen płaskim głosem.

– Co się stało? – Kobieta popatrzyła na Harry’ego. – Chodzi o naszego syna? O Pera?

– Tak, pani Holmen. – Harry zobaczył, jak lęk nadpełza do jej oczu. Szukał niemożliwych słów. – Znaleźliśmy go dwie godziny temu. Państwa syn nie żyje.

Nie mógł dłużej patrzeć jej w oczy.

– Ale on... on... gdzie...

Spojrzenie kobiety przeskoczyło z Harry’ego na męża, który nie przestawał się drapać.

 

Zaraz podrapie się do krwi, pomyślał Harry i odchrząknął.

– W kontenerze w Bjørvika. Tak jak się obawialiśmy. Nie żył już od pewnego czasu.

Birger Holmen nagle jakby stracił równowagę. Zatoczył się w tył oświetlonego przedpokoju i uchwycił wieszaka. Kobieta stanęła w drzwiach, a Harry za jej plecami zobaczył, że mężczyzna osuwa się na ziemię.

Harry odetchnął głębiej, włożył rękę do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Metal piersiówki zmroził mu palce. Wyjął kopertę. Nie czytał tego pisma, ale znał jego treść aż za dobrze. Oficjalna krótka wiadomość o śmierci odarta z wszelkich zbędnych słów. Przesłanie śmierci jako czynność biurokratyczna.

– Bardzo mi przykro, ale moim obowiązkiem jest oddać to państwu.

– Co jest pana obowiązkiem? – spytał nieduży mężczyzna w średnim wieku z przesadnie elegancką wymową francuską, charakteryzującą nie klasę wyższą, tylko tych, którzy do niej aspirują. Gość mu się przyglądał. Wszystko się zgadzało ze zdjęciem w kopercie. Nawet skąpy węzeł krawata i luźny czerwony tużurek.

Nie wiedział, co złego zrobił ten człowiek. Raczej nie wyrządził nikomu krzywdy fizycznej, bo mimo irytacji malującej się na twarzy, mowa ciała wyrażała defensywę, niemal lęk, nawet tu, w drzwiach do własnego domu. Może ukradł pieniądze, może dokonał malwersacji. Sprawiał wrażenie osoby pracującej z liczbami. Ale nie chodziło o duże kwoty. Mimo pięknej żony wyglądał na takiego, który uszczknie trochę tu, trochę tam. Może cudzołożył, może spał z żoną niewłaściwego człowieka? Nie. Niskich mężczyzn, zamożnych zaledwie lekko powyżej średniej, mających żony znacznie atrakcyjniejsze od nich samych, z reguły bardziej interesuje właśnie niewierność żon. Mężczyzna go irytował. Może o to chodziło. Może po prostu kogoś zirytował.

Wsunął rękę do kieszeni.

– Mój obowiązek – powiedział, przykładając do napiętego mosiężnego łańcucha lufę llamy minimax, który kupił zaledwie za trzysta dolarów. – ...polega na tym.

Wycelował wzdłuż tłumika. Była to prosta metalowa rurka przykręcona do lufy na gwincie, który zrobił mu rusznikarz w Zagrzebiu. Czarna taśma klejąca, owijająca złączenie, służyła wyłącznie jako uszczelnienie. Oczywiście mógł kupić tak zwany tłumik wysokiej jakości za ponad sto euro, ale po co? I tak żaden nie był w stanie zdławić odgłosu kuli przełamującej mur dźwięku, gorącego gazu stykającego się z zimnym powietrzem, mechanicznych metalowych cząstek pistoletu uderzających o siebie. Jedynie w rzeczywistości hollywoodzkiej pistolet z tłumikiem wydawał taki odgłos jak popcorn pękający pod pokrywką.

Odgłos zabrzmiał jak strzelenie batem. Wcisnął twarz w wąski otwór.

Mężczyzna zniknął ze szpary w drzwiach, upadł do tyłu bez hałasu. W holu panował półmrok, ale w lustrze na ścianie zobaczył światło wpadające z klatki i swoje własne szeroko otwarte oko w obramowaniu ze złota. Zmarły leżał na grubym bordowym dywanie. Perskim? Może jednak miał pieniądze.

Teraz miał tylko małą dziurkę w czole.

Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie żony. Jeśli to była żona. Stała w progu następnego pomieszczenia. Za nią wisiała duża żółta lampa z papieru ryżowego. Kobieta wpatrywała się w niego, zasłaniając usta ręką. Krótko skinął jej głową. Potem delikatnie zamknął drzwi, schował pistolet do kabury pod pachą i ruszył schodami w dół. W powrotnej drodze nigdy nie używał windy. Ani wynajętych samochodów czy motocykli lub innych pojazdów, które mogły nagle bez przyczyny stanąć. I nie biegł. Nie mówił ani nie wołał, bo głos mógł być wykorzystany w rysopisie.

Odwrót stanowił najbardziej krytyczny etap zadania, lecz również ten, który najbardziej lubił. Był niczym unoszenie się w powietrzu, jak pozbawiona marzeń nicość.

Konsjerżka wyszła przed drzwi swojego mieszkania na parterze i przyglądała mu się niepewnie. Szepnął jej słowa pożegnania, lecz ona dalej tylko patrzyła w milczeniu. Gdy za godzinę będzie ją przesłuchiwać policja, poprosi o rysopis, a ona im go poda. Mężczyzna średniego wzrostu, o zwykłym wyglądzie. Dwadzieścia lat, a może trzydzieści. Na pewno nie czterdzieści. Tak jej się przynajmniej wydaje.

Wyszedł na ulicę. Paryż huczał cicho jak burza, która nie chce się zbliżyć, ale też nie chce minąć. Wrzucił llamę minimax do upatrzonego wcześniej kontenera na śmieci. Dwa nowe nieużywane pistolety tej samej marki czekały w Zagrzebiu. Dostał rabat za ilość.

Gdy pół godziny później autobus na lotnisko mijał Porte de la Chapelle na autostradzie między Paryżem a lotniskiem Charles’a de Gaulle’a, w powietrzu zaroiło się od płatków śniegu. Kładły się między rzadkimi bladożółtymi źdźbłami, które zmarznięte wyciągały się ku szaremu niebu.

Kiedy się odprawił na swój lot i minął kontrolę bezpieczeństwa, skierował się prosto do męskiej toalety. Stanął na końcu rzędu białych pisuarów, rozpiął rozporek i wycelował strumień moczu w białe tabletki odświeżające na dnie miski. Zamknął oczy, koncentrując się na słodkawym zapachu paradichlorobenzenu i aromatu cytrynowego z J&J Chemicals. Na niebieskiej kresce wiodącej do wolności został tylko jeden przystanek. Próbował posmakować tej nazwy. Os-lo.

3 NIEDZIELA, 13 GRUDNIA. UGRYZIENIE

W czerwonej strefie na szóstym piętrze Budynku Policji, kolosa z betonu i szkła, gromadzącego największą liczbę policjantów w Norwegii, Harry siedział odchylony na krześle w swoim pokoju numer 605. Halvorsen – młody sierżant, z którym Harry dzielił te dziesięć metrów kwadratowych – uwielbiał nazywać to pomieszczenie „Gabinetem Rozwikłań”, Harry zaś, gdy Halvorsena należało nieco przyhamować, „Gabinetem Powikłań”.

Teraz jednak Harry był sam i gapił się w ścianę, w której prawdopodobnie znajdowałoby się okno, gdyby w „Gabinecie Rozwikłań” istniało coś takiego.

Była niedziela, napisał już raport i mógł iść do domu. Dlaczego więc tego nie robił? Za nieistniejącym oknem widział ogrodzony teren portu w Bjørvika, gdzie świeży śnieg niczym konfetti sypał się na zielone, czerwone i niebieskie kontenery. Sprawa była przecież wyjaśniona. Per Holmen, młody heroinista, miał dość życia i w kontenerze strzelił sobie po raz ostatni. Z pistoletu. Oznak przemocy i udziału osób trzecich nie stwierdzono, a pistolet leżał tuż obok. Z tego, co ustalili wywiadowcy, Per Holmen nikomu nie był winien żadnych pieniędzy. Zresztą kiedy dilerzy wykonują egzekucję na ludziach z długami za narkotyki, nigdy się nie starają, żeby to wyglądało na cokolwiek innego. Wprost przeciwnie. Czyli oczywiste samobójstwo. Po co więc marnować wieczór na wałęsanie się po wietrznym, nieprzyjemnym porcie kontenerowym, gdzie i tak nie znajdzie się nic oprócz większego smutku i beznadziei?

Harry wpatrywał się w wełniany płaszcz, który wisiał na stojącym wieszaku. Mała piersiówka w wewnętrznej kieszeni była pełna. I nietknięta, odkąd w październiku poszedł do sklepu monopolowego, kupił butelkę ze swoim największym wrogiem Jimem Beamem i napełnił nim piersiówkę, a resztę wylał do zlewu. Od tamtej chwili nosił tę truciznę przy sobie. Mniej więcej tak jak przywódcy hitlerowców nosili kapsułki z cyjankiem w podeszwach butów. Skąd ten idiotyczny pomysł? Nie wiedział. To nie było takie istotne. Działało.

Spojrzał na zegarek. Prawie jedenasta. W domu miał mocno już zużytą maszynę do espresso i nietknięty film DVD, oszczędzany na taki właśnie wieczór. Wszystko o Ewie, arcydzieło Mankiewicza z 1950 roku z Bette Davis i George’em Sandersem.

Zastanowił się. I wiedział, że wybór padnie na port kontenerowy.

Harry podniósł kołnierz płaszcza i stanął odwrócony plecami do północnego wiatru, który dmuchał przez wznoszące się przed nim wysokie ogrodzenie, nawiewając śnieg w ostre zaspy wokół kontenera. Nocą rozległe opustoszałe tereny portu przypominały pustynię.

Ogrodzony obszar był oświetlony, ale słupy latarni kołysały się w porywach wiatru i po uliczkach między metalowymi skrzyniami, ustawionymi po dwie albo trzy jedne na drugich, biegały cienie. Kontener, na który patrzył Harry, był czerwony. Ten kolor gryzł się z otaczającymi go pomarańczowymi taśmami policyjnymi. Było to jednak niezłe miejsce schronienia w Oslo w grudniu, o dokładnie takich samych rozmiarach i stopniu komfortu co izolatka w areszcie w Budynku Policji.

W raporcie grupy badającej miejsce zdarzenia – którą w zasadzie trudno nazwać grupą, bo składała się tylko z jednego śledczego i z jednego technika kryminalistyki – zapisano, że kontener od pewnego czasu stał pusty. I niezamknięty. Kierownik portu wyjaśnił, że tak nie pilnują zamykania pustych kontenerów zbyt skrupulatnie, skoro cały rejon jest i tak ogrodzony, a poza tym dozorowany. A jednak narkomanowi udało się tu przedostać. Prawdopodobnie Per Holmen był jednym z wielu ćpunów przebywających w rejonie Bjørvika, położonym o rzut kamieniem od supermarketu narkomanów na Plata. Może kierownik świadomie patrzył przez palce na to, że jego kontenery od czasu do czasu służą jako noclegownia? Może wiedział, że w ten sposób ratuje komuś życie?

Sam kontener nie miał zamka, ale furtkę w ogrodzeniu zamknięto na grubą kłódkę. Harry żałował, że nie zadzwonił z pracy i nie uprzedził, że się zjawi. Jeśli w ogóle ktokolwiek tu pilnował, bo nikogo nie widział.

Spojrzał na zegarek. Chwilę się zastanawiał, potem przeniósł wzrok na szczyt ogrodzenia. Był w dobrej formie. W o wiele lepszej niż od dawna. Nie tknął alkoholu od tamtego fatalnego załamania latem i regularnie trenował na siłowni w Budynku Policji. A nawet więcej niż regularnie. Zanim spadł śnieg, pobił dawny rekord Toma Waalera na ścieżce zdrowia na Økern. Kilka dni później Halvorsen ostrożnie spytał, czy całe to trenowanie ma jakiś związek z Rakel, bo odniósł wrażenie, że przestali się spotykać. Harry wyjaśnił młodemu sierżantowi w sposób zwięzły, ale dobitny, że nawet jeśli dzielą pokój, to nie oznacza jeszcze, że dzielą życie prywatne. Halvorsen tylko wzruszył ramionami, spytał, z kim innym Harry może o tym porozmawiać, a jego podejrzenia się potwierdziły, kiedy Harry po prostu wstał i wyszedł z pokoju numer 605.

Trzy metry. Nie ma drutu kolczastego. Łatwe. Harry złapał za ogrodzenie najwyżej jak mógł, oparł stopy na słupku i wyprostował się. Prawa ręka do góry, potem lewa, zawisnąć na wyprostowanych ramionach, zanim znajdzie się oparcie dla stóp. Ruchy larwy. Przerzucił się na drugą stronę.

Wyciągnął bolec i otworzył luk kontenera. Wyjął solidną czarną latarkę Army, schylił się pod taśmami policyjnymi i wszedł do środka.

W kontenerze panowała dziwna cisza, jak gdyby również dźwięki zamarzły.

Zapalił latarkę i skierował ją w położoną najbardziej w głębi część metalowej skrzyni. W snopie światła zobaczył wykonany kredą rysunek na podłodze w miejscu, gdzie znaleziono Pera Holmena. Beate Lønn, szefowa Wydziału Techniki Kryminalistycznej mieszczącego się na Brynsalléen, pokazywała mu zdjęcia. Per Holmen z dziurą w prawej skroni siedział oparty o ścianę, a pistolet leżał po jego prawej stronie. Mało krwi. To zaleta strzału w głowę. Jedyna. Pistolet miał naboje skromnego kalibru, więc rana wlotowa była niewielka, a wylotowej nie było. W Zakładzie Medycyny Sądowej znajdą więc pocisk w czaszce, przez którą najprawdopodobniej przeleciał jak kula do flippera, robiąc miazgę z tego, czego Per Holmen używał do myślenia. Do podjęcia tej decyzji. A na koniec do wydania polecenia palcowi wskazującemu, by nacisnął spust.

„Niepojęte”, mawiali zwykle koledzy Harry’ego, znajdując młodych ludzi, którzy zdecydowali się na samobójstwo. Harry przypuszczał, że mówią tak, by chronić samych siebie, by odrzucić samą ideę. Oprócz tego nie rozumiał, co w tym było niepojętego.

A jednak właśnie tym słowem posłużył się wcześniej tego dnia, po południu, kiedy stojąc na klatce schodowej i zaglądając do pogrążonego w półmroku przedpokoju, patrzył na klęczącego ojca Pera Holmena, na jego zgięte plecy drżące od płaczu. A ponieważ Harry nie miał żadnych słów pociechy o śmierci, Bogu, zbawieniu, życiu po życiu czy też sensie tego wszystkiego, mruknął tylko bezradnie: „Niepojęte...”.

Zgasił latarkę, wsunął ją do kieszeni płaszcza i ciemność wokół niego się zamknęła.

Pomyślał o swoim ojcu. O Olavie Holem. O emerytowanym nauczycielu i wdowcu, który mieszkał w domu na Oppsal, o jego oczach, które się rozjaśniały, gdy raz w miesiącu odwiedzali go Harry albo córka zwana Sio, i o tym, jak to światło powoli gasło, gdy pili kawę i rozmawiali o sprawach bez wielkiego znaczenia. Jedyna bowiem sprawa, która miała jakiekolwiek znaczenie, znajdowała się na zdjęciu królującym na pianinie, na którym kiedyś grała. Olav Hole prawie nic już nie robił. Czytał tylko swoje książki. O krajach i krainach, których nigdy nie zobaczy i których właściwie już nie chce oglądać, skoro ona nie może mu towarzyszyć. Rozmawiali o niej rzadko, ale zawsze wtedy powtarzał: „Największa strata”. A Harry zastanawiał się teraz, jak Olav Hole określiłby dzień, w którym przekazano by mu wiadomość o śmierci syna.

 

Wyszedł z kontenera i skierował się w stronę ogrodzenia. Złapał się za nie rękami. A potem nastąpiła jedna z tych niezwykłych chwil nagłej całkowitej ciszy, w której wiatr wstrzymuje oddech jakby po to, by nasłuchiwać albo się zastanowić. W zimowej ciemności słychać było jedynie spokojne burczenie miasta. I jeszcze odgłos szeleszczącego papieru trącego o asfalt. Ale przestało wiać. To nie był papier, tylko kroki. Szybkie, lekkie kroki. Lżejsze niż kroki ludzkich stóp.

Łapy.

Serce Harry’ego przyspieszyło dziko, błyskawicznie podciągnął kolana pod siebie i oparł się nimi o ogrodzenie. Wyprostował się. Dopiero później miał sobie uświadomić, co go tak wystraszyło. Ta cisza. I to, że w tej ciszy niczego nie usłyszał, żadnego warczenia, żadnych oznak agresji. Jak gdyby to, co znajdowało się w ciemności za jego plecami, nie chciało go przestraszyć. Przeciwnie, jakby na niego polowało. A gdyby Harry znał się na psach, być może wiedziałby, że jest tylko jedna rasa psów, które nigdy nie warczą, ani wtedy kiedy się boją, ani wtedy gdy atakują: czarny metzner. Harry przesunął ręce w górę i znów podciągnął kolana. Nagle wychwycił zmianę rytmu, potem ciszę i już wiedział, że pies skoczył. Zamachnął się nogą.

Twierdzenie, że nie czuje się bólu, kiedy strach napompuje krew adrenaliną, jest w najlepszym razie pozbawione niuansów. Harry ryknął, kiedy zęby dużego smukłego psa przebiły skórę prawej łydki i zatopiły się w ciele, naciskając w końcu bezpośrednio na wrażliwą okostną. Ogrodzenie zaśpiewało, siła ciążenia działała na nich obu, ale Harry wiedziony czystą desperacją zdołał się utrzymać. I normalnie powinien być teraz ocalony. Bo każdy inny pies o takim ciężarze ciała, jaki ma dorosły czarny metzner, musiałby puścić. Ale czarny metzner ma zęby i mięśnie szczęki obliczone na zgniatanie kości, stąd plotka o tym, że jest spokrewniony ze zjadającą kości cętkowaną hieną. Dlatego zawisł zaczepiony o łydkę Harry’ego dwoma lekko zakrzywionymi kłami górnej szczęki i jednym dolnym, stabilizującym ugryzienie. Drugi kieł w dolnej szczęce złamał na stalowej protezie, kiedy miał zaledwie trzy miesiące.

Harry przerzucił lewy łokieć nad krawędzią ogrodzenia i próbował podciągnąć ich obu do góry, ale pies jedną łapą zaplątał się w siatkę. Prawą ręką Harry sięgnął więc do kieszeni płaszcza, zacisnął ją na gumowanej oprawie latarki, spojrzał w dół i po raz pierwszy zobaczył to zwierzę. Błysnęły czarne ślepia w równie czarnym pysku. Harry zamachnął się latarką. Uderzyła psa w łeb między uszami tak mocno, że usłyszał trzask. Uniósł latarkę i zamierzył się jeszcze raz, trafił we wrażliwy nos. Desperacko próbował walić w oczy, które jeszcze ani razu nie mrugnęły. W końcu latarka wypadła mu z rąk na ziemię, a pies ani drgnął. Harry czuł, że wkrótce zabraknie mu sił na trzymanie się ogrodzenia. Nie chciał myśleć, co będzie dalej, ale nie mógł się powstrzymać.

– Ratunku!

Nieśmiałe wołanie porwał wiatr, który znów się wzmógł. Harry zmienił chwyt i nagle zachciało mu się śmiać. To przecież nie może być prawda. Miałby zostać znaleziony w porcie kontenerowym z gardłem rozszarpanym przez stróżującego psa? Odetchnął głębiej. Zakończenie siatkowego ogrodzenia kłuło go w pachę, palce drętwiały. Jeszcze sekundy i będzie musiał się puścić. Gdyby tylko miał broń! Gdyby zamiast piersiówki miał porządną butelkę, to mógłby ją stłuc i próbować nią dźgać.

Piersiówka!

Ostatnim wysiłkiem wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni i wyciągnął piersiówkę. Włożył ją do ust, wbił zęby w metalowy korek i obrócił. Korek puścił, a on poczuł w ustach smak alkoholu. Ciało przeszył dreszcz. O Boże. Przycisnął twarz do ogrodzenia, aż oczy mu się zmrużyły, a odległe światła hoteli Plaza i Opera zmieniły w białe smugi wśród czerni. Prawą ręką opuścił piersiówkę i przytrzymał tak, by znalazła się dokładnie w linii nad czerwoną paszczą psa. Potem wypluł korek i alkohol, mruknął „na zdrowie” i odwrócił piersiówkę. Przez dwie długie sekundy czarne ślepia wpatrywały się w niego zdezorientowane, gdy brunatny płyn lał się po łydce Harry’ego wprost w otwarty pysk. W końcu zwierzę puściło. Harry usłyszał plaśnięcie żywego ciała uderzającego o goły asfalt. Potem rozległo się charczenie i zduszony pisk. Łapy zaskrobały po ziemi i pies zniknął pochłonięty przez ciemność, z której się wyłonił.

Harry podciągnął nogi i przerzucił się przez płot. Podsunął nogawkę. Nawet bez latarki mógł stwierdzić, że zamiast filmu Wszystko o Ewie czeka go wieczór w pogotowiu.

Jon leżał z głową na kolanach Thei z zamkniętymi oczami, wsłuchując się w jednostajny szum telewizora. Leciał jeden z tych seriali, które tak lubiła. The King of Bronx. A może of Queens?

– Pytałeś brata, czy weźmie ten dyżur na Egertorget? – odezwała się Thea. Nakryła mu ręką oczy. Czuł słodkawy zapach jej skóry, oznaczający, że niedawno zrobiła sobie zastrzyk z insuliny.

– Jaki dyżur? – spytał Jon.

Cofnęła dłoń i popatrzyła na niego z niedowierzaniem.

Jon się roześmiał.

– Spokojnie! Już dawno rozmawiałem z Robertem. Zgodził się.

Jęknęła z rezygnacją. Jon ujął jej dłoń i znów położył sobie na oczach.

– Nie powiedziałem tylko, że to twoje urodziny. Nie wiadomo, czy by się wtedy zgodził.

– Dlaczego?

– Bo on za tobą szaleje, a ty dobrze o tym wiesz.

– Tylko tak mówisz.

– A ty go nie lubisz.

– To nieprawda!

– To dlaczego cała sztywniejesz na samo jego imię?

Zaśmiała się głośno. Może z czegoś z Bronksu? Albo z Queens.

– Zamówiłeś stolik w tej restauracji? – spytała.

– Tak.

Uśmiechnęła się i uścisnęła go za rękę. Potem zmarszczyła brwi.

– Wiesz, zastanawiałam się. Ktoś może nas tam zobaczyć.

– Ktoś z Armii? Wykluczone.

– A co będzie, jeśli mimo wszystko tak się stanie?

Jon nie odpowiedział.

– Może najwyższa pora, żebyśmy ogłosili to publicznie – stwierdziła.

– Nie wiem. Czy nie lepiej poczekać, aż będziemy mieć całkowitą pewność, że...

– Ty nie masz tej pewności, Jon?

Odsunął jej rękę i popatrzył na nią zdziwiony.

– Daj spokój, Thea! Przecież wiesz, że kocham cię ponad wszystko. Nie o to chodzi.

– W takim razie o co?

Jon westchnął i usiadł obok niej.

– Ty nie znasz Roberta, Theo.

Uśmiechnęła się krzywo.

– Znam go od dziecka.

Jon próbował się tłumaczyć:

– Owszem, ale są rzeczy, o których nie masz pojęcia. Nie wiesz na przykład, jaki potrafi być wściekły. Kiedy go to najdzie, to jakby stawał się kimś innym. Ma to po ojcu. Może być niebezpieczny, Theo.

Oparła głowę o ścianę, w milczeniu patrząc przed siebie.

– Proponuję, żebyśmy to jeszcze na trochę odłożyli. – Jon złożył ręce. – Przecież chodzi też o twojego brata.

– O Rikarda? – zdumiała się.

– Tak. Co on powie, jeśli ty, jego rodzona siostra, ogłosisz, że się zaręczasz, właśnie ze mną i właśnie teraz?

– A, o to ci chodzi? O to, że obaj ubiegacie się o stanowisko nowego szefa administracji?

– Dobrze wiesz, że dla Rady Kierowniczej istotne jest, by oficerowie na najwyższych stanowiskach zawierali małżeństwa z oficerami równie mocno zaangażowanymi w sprawy Armii. Ogłoszenie, że zamierzam poślubić Theę Nilsen, córkę Franka Nilsena, prawej ręki komandora, byłoby świetnym posunięciem taktycznym z mojej strony, to oczywiste, ale czy byłoby moralnie słuszne?

Thea przygryzła dolną wargę.

– Dlaczego to stanowisko jest takie ważne i dla ciebie, i dla Rikarda?

Jon wzruszył ramionami.

– Armia sfinansowała nam obu naukę w Szkole Oficerskiej i cztery lata studiów ekonomicznych w Wyższej Szkole Handlowej. Rikard zapewne myśli jak ja: w takiej sytuacji należy się stawić, jeśli w Armii jest do objęcia stanowisko, do którego człowiek posiada odpowiednie kwalifikacje.