Trzeci klucz

Tekst
Autor:Jo Nesbø
Z serii: Seria Harry Hole #4
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trzeci klucz
Trzeci klucz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,92  47,94 
Trzeci klucz
Tekst
Trzeci klucz
E-book
27,92  20,38 
Szczegóły
Trzeci klucz
Audio
Trzeci klucz
Audiobook
Czyta Tadeusz Falana
32 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Część pierwsza

1. PLAN

Umieram. To bezsensowne. Nie taki był plan, w każdym razie nie mój. Możliwe, że wszystko zmierzało do tego punktu. Ale bez mojej wiedzy. Mój plan nie był taki. Mój plan był lepszy. Mój plan miał sens.

Patrzę w lufę i wiem, że właśnie stamtąd nadejdzie posłaniec. Przewoźnik. Czas na ostatni śmiech. Światełko w tunelu może być iskrą zapalnika. Czas na ostatnie łzy. Mogliśmy razem zmienić to życie w coś dobrego. Gdybyśmy postępowali zgodnie z planem. Ostatnia myśl. Wszyscy pytają, jaki jest sens życia, a nikt nie pyta, jaki jest sens śmierci.

2. ASTRONAUTA

Stary człowiek przywodził Harry’emu na myśl astronautę. Komiczne drobne kroczki, sztywne ruchy, czarne martwe spojrzenie i monotonne szuranie butami po podłodze. Jak gdyby bał się, że straci kontakt z ziemią i uleci w przestrzeń kosmiczną.

Harry spojrzał na zegar na białej ścianie nad drzwiami wejściowymi. 15.16. Za oknem, na Bogstadveien, przesuwali się ludzie ogarnięci piątkowym pośpiechem. Niskie październikowe słońce odbiło się w bocznym lusterku samochodu, ledwie toczącego się w korku.

Harry skupił się na starym człowieku. Kapelusz i szary elegancki prochowiec, któremu co prawda przydałoby się czyszczenie. Pod nim tweedowa marynarka, krawat i znoszone szare spodnie w ostry jak brzytwa kant. Wyczyszczone do połysku buty ze zdartymi obcasami. Jeden z emerytów tak gęsto zaludniających dzielnicę Majorstua. Nie było to przypuszczenie. Harry wiedział, że August Schulz ma osiemdziesiąt jeden lat, kiedyś zajmował się sprzedażą konfekcji, a na Majorstua mieszkał przez całe swoje życie, z wyjątkiem okresu wojny, kiedy to zajmował miejsce w baraku w Auschwitz. A sztywność kolan była wynikiem upadku z kładki dla pieszych nad Ringveien, którą przechodził, gdy regularnie udawał się z wizytą do córki. Wrażenie mechanicznej lalki pogłębiały jeszcze zgięte w łokciach pod kątem prostym i lekko wysunięte w przód ręce. Na prawym przedramieniu wisiała brązowa laska, a lewa dłoń zaciskała się na przekazie bankowym, wyciąganym już ku młodemu, krótko ostrzyżonemu mężczyźnie w okienku numer dwa, którego twarzy Harry nie widział, lecz wiedział, że urzędnik wpatruje się w starego człowieka z litością przemieszaną z irytacją.

Nadeszła już godzina 15.17 i August Schulz nareszcie znalazł się przy okienku. Harry westchnął.

W okienku numer jeden siedziała Stine Grette i odliczała siedemset trzydzieści koron dla chłopca w niebieskiej robionej na drutach czapce, który przed chwilą podał jej polecenie wypłaty. Za każdym razem, gdy kładła banknot na ladzie, błyskał brylant na serdecznym placu jej lewej ręki.

Harry nie widział tego, lecz wiedział, że z prawej strony chłopca, przed okienkiem numer trzy, stoi kobieta z wózkiem dziecięcym, którym kołysze, najprawdopodobniej w roztargnieniu, ponieważ dziecko śpi. Czekała, aż obsłuży ją pani Branne, która w tej chwili głośno tłumaczyła jakiemuś mężczyźnie przez telefon, że nie może skorzystać z polecenia zapłaty, jeśli odbiorca nie podpisał w tej kwestii odpowiedniej umowy, i że to ona pracuje w banku, a nie on, więc raczej powinni już zakończyć dyskusję.

W tym momencie drzwi do banku otworzyły się i do środka weszło dwóch mężczyzn, jeden wysoki, drugi niski, ubranych w identyczne ciemne kombinezony. Stine Grette podniosła głowę. Harry zerknął na własny zegarek i zaczął liczyć. Mężczyźni zdecydowanie skierowali się do rogu, w którym siedziała Stine. Wysoki poruszał się tak, jakby przeskakiwał przez kałuże, niższy natomiast szedł kołyszącym krokiem człowieka, któremu mięśnie rozrosły się bardziej, niż miał na nie miejsce. Chłopiec w niebieskiej czapce odwrócił się powoli i ruszył w stronę drzwi, tak zajęty przeliczaniem swoich pieniędzy, że w ogóle nie zwrócił uwagi na tych dwóch.

– Cześć – powiedział do Stine ten wysoki, podszedł jeszcze bliżej i z hałasem położył na kontuarze czarną walizkę. Mały poprawił ciemne lustrzane okulary i umieścił identyczną walizkę obok tej pierwszej.

– Pieniądze! – pisnął wysokim głosem. – Otwierać drzwi!

Nagle stało się tak, jakby ktoś wcisnął guzik pauzy. Wszelki ruch w lokalu bankowym zamarł. O tym, że czas się nie zatrzymał, świadczyły jedynie poruszające się samochody za oknem. I wskazówka sekundnika na zegarku Harry’ego, która pokazywała, że upłynęło dziesięć sekund. Stine wcisnęła guzik pod swoim pulpitem. Zaszumiała elektronika i mały pchnął kolanem niskie drzwiczki przy samej ścianie.

– Kto ma klucz? – spytał. – Pospieszcie się, nie mamy całego dnia do stracenia!

– Helge! – zawołała Stine przez ramię.

– Słucham? – Głos dobiegł zza otwartych drzwi do jedynego w lokalu bankowym gabinetu.

– Mamy gości, Helge!

W drzwiach ukazał się mężczyzna w muszce i okularach.

– Panowie chcą, żebyś otworzył bankomat – wyjaśniła Stine.

Helge Klementsen pustym wzrokiem popatrzył na dwóch mężczyzn w kombinezonach, którzy znajdowali się już za kontuarem. Ten wysoki nerwowo zerkał w stronę drzwi, niższy natomiast utkwił wzrok w kierowniku oddziału.

– A, tak, oczywiście – wydusił z siebie Helge Klementsen, jak gdyby właśnie przypomniał sobie, że spotkanie było umówione, i wybuchnął głośnym nerwowym śmiechem.

Harry nawet nie drgnął. Wzrokiem chłonął tylko wszystkie szczegóły gestów i mimiki. Dwadzieścia pięć sekund. Wciąż patrzył na zegar nad drzwiami, ale kątem oka widział, że kierownik oddziału otwiera bankomat od środka, wyciąga z niego dwie podłużne metalowe kasety i oddaje je mężczyznom. Wszystko odbywało się bardzo prędko, w milczeniu. Pięćdziesiąt sekund.

– A to dla ciebie, ojczulku! – Niższy z mężczyzn wyjął z walizki dwie identyczne kasety i podał je Helgemu Klementsenowi. Kierownik oddziału przełknął ślinę, kiwnął głową i umieścił kasety we wnętrzu bankomatu.

– Miłego weekendu – rzucił ten niższy, wyprostował się i chwycił walizkę.

Półtorej minuty.

– Nie tak prędko – odezwał się Helge.

Mały zesztywniał.

Harry wciągnął policzki i usiłował się skupić.

– Pokwitowanie – oświadczył Helge.

Przez długą chwilę dwaj mężczyźni w kombinezonach wpatrywali się w niewysokiego siwowłosego szefa oddziału, w końcu niższy zaczął się śmiać. Wysokim cienkim śmiechem, z histerycznym tonem, jakim śmieją się ludzie na haju.

– Myślał pan, że zamierzamy uciec bez podpisu? Że damy dwa miliony bez pokwitowania?

– No cóż – odparł Helge Klementsen. – W zeszłym tygodniu mało brakowało, żeby jeden z was o tym zapomniał.

– Ostatnio w przewozach gotówki jest bardzo wielu nowicjuszy – stwierdził mały, po czym obaj z Klementsenem podpisali pokwitowanie, jeden wziął różową, drugi żółtą kopię.

Harry zaczekał, aż drzwi wejściowe zasuną się za nimi, i dopiero wtedy znów zerknął na zegarek. Dwie minuty i dziesięć sekund.

Przez szybę w drzwiach widział, jak odjeżdża biała furgonetka z logo banku Nordea.

W banku odżyły rozmowy. Harry nie musiał liczyć, lecz mimo wszystko to zrobił. Siedem. Trzy w okienkach i trzy przed nimi, łącznie z dzieckiem, i jeszcze mężczyzna w ogrodniczkach, który właśnie wszedł do środka i stanął przy stoliku pośrodku lokalu, żeby wpisać numer konta na blankiecie wpłaty, przeznaczonym, jak Harry wiedział, dla biura podróży „Saga – słoneczne wyjazdy”.

– Do widzenia – powiedział August Schulz i zaczął szurać w kierunku drzwi.

Była godzina 15.21.10 i właśnie wtedy wszystko tak naprawdę się zaczęło.


Kiedy drzwi się otworzyły, Harry zobaczył, że Stine Grette na moment oderwała głowę od papierów i zaraz ją spuściła. Chwilę później znów ją podniosła, tym razem powoli. Harry przeniósł spojrzenie na drzwi wejściowe. Mężczyzna, który wszedł do środka, już zdążył rozpiąć suwak kombinezonu i wyjąć czarno-oliwkowy karabin AG3. Granatowa wełniana kominiarka zakrywała całą twarz oprócz oczu. Harry znów zaczął liczyć od zera.

Jak u kukiełki z Muppet Show kominiarka zaczęła się poruszać w miejscu, gdzie powinny znajdować się usta.

– This is a robbery. Nobody moves.

Nie mówił głośno, ale w niewielkim dusznym lokalu bankowym zapadła cisza jak po strzale armatnim. Harry patrzył na Stine. Wśród odległego szumu przejeżdżających samochodów usłyszał gładki trzask naoliwionych części, gdy mężczyzna załadował broń. Lewe ramię Stine ledwie dostrzegalnie się zniżyło.

Dzielna dziewczyna, pomyślał Harry. A może po prostu śmiertelnie przerażona. Aune, psycholog, który wykładał w Szkole Policyjnej, mówił, że ludzie osiągający pewien poziom lęku przestają myśleć i zaczynają działać tak, jak zostali wcześniej zaprogramowani. Aune twierdził, że większość pracowników banków przyciska guzik bezgłośnego alarmu informującego o napadzie w stanie bliskim szoku, i powoływał się na to, że podczas późniejszych przesłuchań wielu nie było w stanie sobie przypomnieć, czy w ogóle uruchomili alarm. Kierował nimi autopilot. Dokładnie tak, jak w wypadku bandyty, który z góry zaprogramował się, że będzie strzelał do każdego, kto spróbuje go powstrzymać. Aune twierdził, że im bardziej przestępca się boi, tym mniejsze jest prawdopodobieństwo, że coś go skłoni do zmiany decyzji.

Harry nawet nie drgnął. Usiłował tylko pochwycić wzrokiem oczy bandyty. Niebieskie. Przestępca zdjął z ramienia czarną torbę i postawił ją na podłodze między bankomatem a mężczyzną w ogrodniczkach, który wciąż przyciskał czubek długopisu do ostatniej pętelki w ósemce. Ubrany na czarno bandyta przeszedł sześć kroków do niskich drzwiczek w kontuarze, usiadł na jego brzegu, przerzucił nogi na drugą stronę i stanął za plecami Stine, która siedziała nieruchomo i patrzyła tuż przed siebie. Dobrze, pomyślał Harry. Dziewczyna zna instrukcje, nie wpatruje się w niego i nie prowokuje jego reakcji.

 

Mężczyzna przyłożył lufę karabinu do karku Stine, pochylił się nad nią i szepnął jej coś do ucha.

Ona jeszcze nie wpadła w panikę, ale Harry widział, że piersi unoszą jej się i opadają, jak gdyby delikatne ciało, opięte białą bluzką, która nagle zrobiła się jakby za ciasna, nie dostawało dostatecznej ilości powietrza. Piętnaście sekund.

Stine chrząknęła. Raz. Dwa razy. Wreszcie struny głosowe zaczęły jej słuchać.

– Helge! Klucze do bankomatu – powiedziała ściszonym zachrypniętym głosem, całkowicie różnym od tego, którym wypowiadała niemal dokładnie te same słowa zaledwie trzy minuty wcześniej.

Harry nie widział go, lecz wiedział, że Helge Klementsen usłyszał pierwsze słowa bandyty i już stał w drzwiach gabinetu.

– Prędko, bo inaczej… – Jej głos ledwie było słychać, a w chwili przerwy, która nastąpiła, dobiegało jedynie szuranie butów Augusta Schulza po podłodze, niczym przeciąganie miotełkami po skórze bębna w niezwykle powolnym shuffle. – …on mnie zastrzeli.

Harry popatrzył za okno. Prawdopodobnie gdzieś tam stał samochód z włączonym silnikiem, lecz stąd nie dało się go zauważyć. Widoczne były jedynie toczące się samochody i ludzie, mniej lub bardziej beztrosko sunący za szybą.

– Helge… – Głos Stine brzmiał teraz błagalnie.

Dalej, Helge, popędził go w myślach Harry. O starzejącym się kierowniku oddziału też już dowiedział się niemało. Wiedział, że ma dwa królewskie pudle, że w domu czeka na niego żona i świeżo porzucona ciężarna córka. Że już się spakowały i były gotowe do wyjazdu do domku letniskowego w górach, gdy tylko Helge Klementsen wróci z pracy. I że właśnie w tej chwili Klementsen miał wrażenie, że znalazł się pod wodą, tak jak w jednym z tych snów, w których wszystkie ruchy są spowolnione, bez względu na to, jak bardzo człowiek się spieszy. W końcu pojawił się w polu widzenia Harry’ego. Bandyta obrócił krzesło Stine w taki sposób, że wciąż stał za nią, lecz teraz przodem do Helgego Klementsena. Kierownik jak wystraszone dziecko, które ma nakarmić konia, stał z górną połową ciała odchyloną w tył, a rękę trzymającą klucze wyciągał jak najdalej od siebie. Bandyta szepnął coś do ucha Stine, przesuwając broń na Klementsena, który zachwiał się i zrobił dwa niepewne kroki wstecz.

Stine znów odchrząknęła.

– On mówi, że masz otworzyć bankomat i włożyć te dwie nowe kasety z pieniędzmi do czarnej torby.

Helge Klementsen jak zahipnotyzowany wpatrywał się w karabin skierowany prosto w niego.

– Masz dwadzieścia pięć sekund. Potem będzie strzelał. Do mnie. Nie do ciebie.

Usta Klementsena otwierały się i zamykały, jak gdyby chciał coś powiedzieć.

– Szybciej, Helge! – ponagliła go Stine.

Rozległ się brzęczyk mechanizmu otwierającego drzwi i Helge Klementsen wyszedł na salę.

Od rozpoczęcia napadu upłynęło trzydzieści sekund. August Schulz dotarł już prawie do samych drzwi. Kierownik oddziału osunął się na kolana przed bankomatem, gapiąc się na pęk kluczy. Było ich cztery.

– Zostało dwadzieścia sekund – powiedziała Stine.

Komenda policji na Majorstua, pomyślał Harry. Już są w samochodach. Osiem przecznic. Piątkowe korki.

Helge Klementsen drżącymi palcami wybrał klucz i wcisnął go w otwór zamka. Klucz zatrzymał się w połowie. Klementsen przycisnął mocniej.

– Siedemnaście.

– Ale… – zaczął.

– Piętnaście.

Kierownik wyjął klucz i spróbował użyć innego. Ten wszedł w zamek, ale nie chciał się obrócić.

– Ale, na Boga…

– Trzynaście. Znajdź ten oklejony zieloną taśmą, Helge.

Helge Klementsen wpatrywał się w pęk kluczy, jak gdyby nigdy wcześniej go nie widział.

– Jedenaście.

Trzeci klucz wszedł do zamka. I przekręcił się. Helge Klementsen otworzył drzwiczki, a potem obrócił się w stronę Stine i bandyty.

– Muszę otworzyć jeszcze jeden zamek, żeby wyjąć kase…

– Dziewięć! – zawołała Stine.

Kierownik wydał z siebie szloch, przyciskając palce do ząbków kluczy, jak gdyby nagle stracił wzrok, a ząbki były pismem dla niewidomych i miały mu powiedzieć, który klucz jest właściwy.

– Siedem.

Harry intensywnie się wsłuchiwał. Wciąż nie słychać policyjnych syren. August Schulz sięgnął do klamki drzwi wejściowych.

Zabrzęczał metal, gdy pęk kluczy upadł na podłogę.

– Pięć – szepnęła Stine.

Drzwi otworzyły się i do środka wpadły odgłosy ulicy. Harry’emu wydało się, że z oddali dobiega znajomy, pełen skargi ton, który raz opadał, raz się wznosił. Syreny policyjne. Potem drzwi znów się zamknęły.

– Dwie. Helge!

Harry zamknął oczy i policzył do dwóch.

– Już! – to krzyknął Helge Klementsen. Udało mu się otworzyć drugi zamek, wstał z kolan i przykucnięty zaczął szarpać i ciągnąć za kasety, które najwyraźniej się zablokowały.

– Pozwól mi wyjąć pieniądze! Ja…

Przerwało mu przenikliwe zawodzenie. Harry przeniósł wzrok na drugi koniec lokalu, gdzie przerażona klientka wpatrywała się w bandytę, stojącego nieruchomo z bronią przyciśniętą do karku Stine. Kobieta dwa razy mrugnęła, ruchem głowy bez słowa wskazując na wózek, z którego dochodził coraz głośniejszy, świdrujący w uszach płacz.

Gdy pierwsza kaseta uwolniła się z szyn, Helge Klementsen o mało nie upadł do tyłu. Przyciągnął do siebie czarną torbę. W ciągu sześciu sekund wszystkie kasety znalazły się w środku. Na rozkaz bandyty Klementsen zasunął zamek torby i stanął przy kontuarze. Wszystkie polecenia przekazywała Stine, której głos brzmiał teraz zaskakująco pewnie i spokojnie.

Jedna minuta i trzy sekundy. Napad się skończył. Pieniądze leżały w torbie na środku lokalu. Za kilka sekund miał przybyć pierwszy radiowóz. Za cztery minuty inne samochody policyjne powinny zamknąć najbliższe trasy ucieczki wokół miejsca napadu. Wszystkie komórki w ciele bandyty musiały w tej chwili krzyczeć, że najwyższy czas się stąd wynosić. I właśnie wówczas wydarzyło się coś, czego Harry nie mógł zrozumieć. To po prostu nie miało sensu. Zamiast uciekać, bandyta obrócił krzesło Stine tak, że siedziała teraz twarzą do niego. Pochylił się nad nią i coś do niej szepnął. Harry zmrużył oczy. Powinien niedługo iść na kontrolę wzroku. Ale i tak zobaczył to, co miał zobaczyć. Podczas gdy Stine wpatrywała się w niewidoczną twarz przestępcy, jej własna twarz ulegała powolnemu przeobrażeniu w miarę, jak docierało do niej znaczenie przekazywanych szeptem słów. Wąskie wypielęgnowane brwi ułożyły się w dwie poziome litery S nad oczami, które zdawały się teraz wychodzić z głowy. Górna warga uniosła się lekko, a kąciki ust opadły w groteskowym wykrzywieniu. Dziecko przestało płakać równie nagle, jak zaczęło. Harry nabrał powietrza. Bo on wiedział. To był zatrzymany kadr, mistrzowski obraz. Dwoje ludzi uchwyconych w momencie, gdy jedno z nich akurat przekazało drugiemu wyrok śmierci. Zamaskowana twarz o dwie szerokości dłoni od tej drugiej twarzy, odsłoniętej. Kat i jego ofiara. Lufa karabinu skierowana w zagłębienie szyi i małe złote serduszko zawieszone na cienkim łańcuszku. Harry nie widział tego, lecz i tak czuł jej puls bijący pod cienką skórą.

Stłumiony jękliwy dźwięk. Harry nastawił uszu. Ale to nie były syreny policyjne, tylko telefon dzwoniący w sąsiednim pomieszczeniu.

Bandyta obraca się i patrzy na kamerę umieszczoną na suficie za kontuarem. Podnosi do góry rękę z rozstawionymi pięcioma palcami, obciągniętymi czarną rękawiczką. Potem zamyka dłoń i wystawia palec wskazujący. Sześć palców. Sześć sekund poza wyznaczonym czasem. Znów obraca się do Stine, chwyta broń obiema rękami, trzymając ją na wysokości bioder, a lufą celując w głowę urzędniczki. Staje z lekko rozstawionymi nogami, aby przyjąć odrzut. Telefon nie przestaje dzwonić. Minuta i dwanaście sekund. Pierścionek z brylantem błyska, gdy Stine lekko unosi rękę, jakby chciała komuś pomachać na pożegnanie.

Jest dokładnie godzina 15.22.22, kiedy bandyta naciska spust. Strzał jest krótki, przytłumiony. Krzesło Stine odsuwa się do tyłu, a jej głowa tańczy na szyi jak u popsutej lalki. W końcu krzesło się przewraca. Rozlega się głuche stuknięcie, gdy głowa urzędniczki uderza o krawędź biurka, i Harry przestaje ją widzieć. Nie widzi już także reklamy nowego funduszu emerytalnego Nordei, przyklejonej na zewnątrz szyby nad kontuarem, bo jej tło zabarwia się nagle na czerwono. Słyszy jedynie nieustający telefon, dzwoniący uporczywie, ze złością. Bandyta przeskakuje ponad kontuarem, podbiega do leżącej na środku torby. Harry musi się zdecydować. Bandyta łapie torbę, a Harry podejmuje decyzję. Gwałtownym ruchem zrywa się z krzesła. Sześć długich kroków. I już przy nim jest. Podnosi słuchawkę.

– Proszę mówić.

Wśród głuchej ciszy wychwytuje dobiegający z telewizora w dużym pokoju odgłos syreny policyjnej, pakistański przebój od sąsiada i ciężkie kroki na klatce, jakby to szła pani Madsen. Potem na drugim końcu linii słychać miękki śmiech. To śmiech z odległej przeszłości. Odległej co prawda nie w czasie, lecz mimo wszystko dalekiej. Podobnie jak siedemdziesiąt procent całej przeszłości Harry’ego, w regularnych odstępach powracającej do niego w postaci niejasnych plotek lub wręcz wymyślonych historii. Ale tę historię mógłby potwierdzić.

– Naprawdę wciąż udajesz takiego macho, Harry?

– Anna?

– Doprawdy, potrafisz zaimponować!

Harry poczuł słodycz rozlewającą się w brzuchu prawie jak whisky. Prawie. W lustrze zobaczył zdjęcie, które przypiął do przeciwległej ściany. Dwoje dzieci, on i Sio, podczas odległych wakacji w Hvitsten. Oboje się uśmiechali, tak jak uśmiechają się dzieci, które wciąż wierzą, że nic złego nie może ich spotkać.

– Co porabiasz w niedzielny wieczór, Harry?

– No cóż. – Harry usłyszał, że jego własny głos odruchowo usiłuje upodobnić się do jej głosu, staje się odrobinę zbyt głęboki i zbyt leniwy. A wcale nie chciał, żeby tak było. Nie teraz. Chrząknął i spróbował odezwać się bardziej neutralnym tonem: – To samo co większość ludzi.

– To znaczy?

– Oglądam film na wideo.

3. HOUSE OF PAIN

– Oglądałeś film na wideo?

Zepsute krzesło obrotowe jęknęło w proteście, gdy sierżant Halvorsen odchylił się w tył i popatrzył na starszego o dziewięć lat kolegę, komisarza Harry’ego Hole, z wyrazem niedowierzania na młodej, niewinnej twarzy.

– No tak. – Harry przeciągnął dwoma palcami po cienkiej obwisłej skórze pod przekrwionymi oczami.

– Przez cały weekend?

– Od przedpołudnia w sobotę do niedzieli wieczór.

– No to przynajmniej w piątek wieczorem trochę się zabawiłeś – stwierdził Halvorsen.

– Owszem. – Harry wyjął z kieszeni płaszcza niebieską teczkę i położył ją na biurku stojącym vis-á-vis biurka Halvorsena. – Czytałem protokoły z przesłuchań.

Z drugiej kieszeni Harry wyciągnął szarą torbę z kawą French Colonial. Dzielił z Halvorsenem pokój prawie na samym końcu korytarza w czerwonej strefie na szóstym piętrze Budynku Policji na Grønland. A dwa miesiące temu zdecydowali się na zakup ekspresu do kawy firmy Rancilio Silvia, który zajął honorowe miejsce na szczycie szafki z dokumentami, pod oprawionym w ramki zdjęciem dziewczyny siedzącej z nogami na biurku. Dziewczyna na piegowatej twarzy miała taką minę, jakby próbowała się wykrzywić, ale ogarnął ją niepohamowany śmiech. Tło fotografii stanowiła ta sama ściana, na której wisiało zdjęcie.

– Wiedziałeś o tym, że trzech na czterech policjantów nie potrafi prawidłowo napisać słowa „nieinteresujący”? – spytał Harry, odwieszając płaszcz na stojący wieszak. – Albo piszą rozłącznie, albo…

– Interesujące.

– A ty co robiłeś w weekend?

– Piątek przesiedziałem w radiowozie pod rezydencją ambasadora amerykańskiego z powodu anonimowej groźby o bombie podłożonej w samochodzie, z którą zadzwonił jakiś żartowniś. Oczywiście fałszywy alarm. Ale oni akurat teraz szaleją na tym punkcie, więc musieliśmy tkwić tam przez cały wieczór. W sobotę znów próbowałem znaleźć kobietę mego życia. W niedzielę uznałem, że ona nie istnieje. Co wyniknęło z przesłuchań na temat tego bandyty? – Halvorsen odmierzył kawę do podwójnego filtra.

– Nic. – Harry ściągnął bluzę. Pod nią miał antracytowy, a kiedyś czarny, T-shirt, na którym litery napisu „Violent Femmes” prawie całkiem się zatarły. Z jękiem osunął się na krzesło. – Nie zgłosił się nikt, kto by zauważył poszukiwanego w pobliżu banku przed napadem. Jakiś facet wychodził ze sklepu 7-Eleven po drugiej stronie Bogstadveien i widział, jak bandyta biegł w górę Industrigata. Zwrócił na niego uwagę z powodu kominiarki. Kamera na zewnątrz banku zarejestrowała ich w chwili, gdy bandyta mija świadka przed metalowym kontenerem stojącym przed 7-Eleven. Jedyna interesująca rzecz, jaką świadek mógł nam powiedzieć, a której nie zarejestrowała kamera, to ta, że sprawca pobiegł dalej w górę Industrigata i tam dwukrotnie przebiegł z jednego chodnika na drugi.

 

– Widać facet nie mógł się zdecydować, którą stronę ulicy ma wybrać. Dla mnie to nieinteresujące. – Halvorsen umieścił podwójny filtr w pojemniku. – Pisane łącznie i przez „ą”.

– Zdaje się, że niewiele wiesz o napadach na bank, Halvorsen.

– A po co mi to? Mamy łapać morderców, złodziejami niech się zajmują ci z Hedmark.

– Z Hedmark?

– Nie zwróciłeś na to uwagi, chodząc po Wydziale Napadów? Tam słychać tylko ten ich dialekt i wszędzie dookoła są swetry w ludowe wzory. Ale o co ci chodzi?

– O „Victora”.

– O sekcję patroli z psami?

– Z reguły zjawiają się na miejscu przestępstwa jako jedni z pierwszych, a doświadczony przestępca napadający na banki świetnie o tym wie. Dobry pies może tropić bandytę poruszającego się po mieście piechotą, ale jeśli ten człowiek przetnie ulicę, a po jego śladach przejadą samochody, pies gubi trop.

– I co z tego? – Halvorsen ubił kawę i zakończył skomplikowaną procedurę wygładzania jej powierzchni przez obracanie dociskacza, co, jak twierdził, odróżnia profesjonalistów od amatorów.

– To umacnia podejrzenie, że mamy do czynienia z doświadczonym przestępcą. I już sam ten fakt sprawia, że musimy skupić się na dramatycznie niższej liczbie osób, niż gdyby było inaczej. Szef Wydziału Napadów powiedział mi…

– Ivarsson? Nie sądziłem, że lubicie sobie pogadać.

– Bo nie lubimy. On przemawiał do grupy prowadzącej śledztwo w tej sprawie, której ja też jestem członkiem. Powiedział, że w Oslo środowisko bandytów napadających na banki składa się z mniej niż stu osób. Pięćdziesiąt z nich to durnie, ćpuny albo debile, którzy wpadają prawie za każdym razem. Czyli połowa siedzi, o nich więc możemy zapomnieć. Czterdziestu pozostałych to zręczni rzemieślnicy, którzy potrafią umknąć, jeśli ktoś im pomoże w planowaniu. Zostaje dziesięciu profesjonalistów obstawiających transporty pieniędzy i centra gotówki. Do ich złapania potrzebujemy trochę szczęścia. Staramy się wiedzieć, gdzie przebywają o każdej porze. Dziś sprawdzane jest ich alibi. – Harry zerknął na Silvię parskającą na szczycie szafki z dokumentami. – No i jeszcze rozmawiałem w sobotę z Weberem z Wydziału Techniki Kryminalistycznej.

– Myślałem, że Weber w tym miesiącu przeszedł na emeryturę?

– Ktoś się pomylił w obliczeniach. Dopiero latem.

Halvorsen roześmiał się.

– Pewnie jest jeszcze bardziej zły niż zwykle.

– Owszem, ale nie dlatego – odparł Harry. – On i jego ludzie nie znaleźli kompletnie nic.

– Nic?

– Żadnych odcisków palców, ani jednego włosa. Nawet jednego włókienka z ubrania. A ślady pokazują oczywiście, że bandyta był w nowiusieńkich butach.

– To znaczy, że nie da się porównać wzoru zdzierania podeszew z innymi jego butami?

– No właśnie – odparł Harry z naciskiem na „właśnie”.

– A broń użyta podczas napadu? – spytał Halvorsen, ostrożnie przenosząc filiżanki na biurko Harry’ego. Kiedy podniósł wzrok, zobaczył, że lewa brew kolegi uniosła się niemal pod samą nasadę jasnych obciętych na jeża włosów. – Przepraszam. Broń, którą dokonano zabójstwa.

– Dziękuję. Nie odnaleziono.

Halvorsen usiadł po swojej stronie połączonych biurek i wypił mały łyk z filiżanki.

– Krótko mówiąc, facet w biały dzień wszedł do banku pełnego ludzi, zabrał dwa miliony koron, zabił kobietę, a potem wyszedł stamtąd na może nie pełną ludzi, ale w każdym razie uczęszczaną ulicę w centrum stolicy Norwegii, kilkaset metrów od posterunku policji. A my, opłacani z państwowej kasy profesjonaliści, funkcjonariusze policji królewskiej, nic nie mamy?

Harry wolno kiwnął głową.

– Prawie nic. Mamy film wideo.

– Który, jak cię znam, potrafisz teraz odtworzyć sekunda po sekundzie.

– Chyba nawet z dokładnością co do dziesiątej części.

– A przesłuchania świadków możesz oczywiście cytować z pamięci?

– Tylko Augusta Schulza. Opowiadał mnóstwo ciekawych rzeczy o wojnie. Wyliczał nazwiska konkurentów z branży konfekcyjnej, którzy byli tak zwanymi dobrymi Norwegami i uczestniczyli w konfiskacie majątku jego rodziny po wojnie. Wiedział dokładnie, czym się zajmują dzisiaj. Ale, niestety, nie zauważył żadnego napadu na bank.

Dopili kawę w milczeniu. Deszcz dzwonił o szyby.

– Ty lubisz takie życie – stwierdził nagle Halvorsen. – Lubisz siedzieć sam przez cały weekend i ścigać duchy.

Harry uśmiechnął się, ale nie odpowiedział.

– Sądziłem, że przestałeś być odludkiem, odkąd masz zobowiązania rodzinne.

Harry rzucił młodszemu koledze ostrzegawcze spojrzenie.

– Nie wiem, czy ja tak samo na to patrzę. Nawet nie mieszkamy razem, przecież wiesz.

– No tak, ale Rakel ma małego synka, a wtedy jest trochę inaczej, prawda?

– Olega. – Harry podjechał na krześle do szafki z dokumentami. – W piątek wyjechali do Moskwy.

– Tak?

– Na sprawę. Ojciec Olega domaga się praw rodzicielskich.

– A tak, rzeczywiście. Co to właściwie za facet?

– No cóż. – Harry poprawił odrobinę przekrzywione zdjęcie wiszące nad ekspresem do kawy. – To jakiś profesor, którego Rakel poznała, kiedy tam pracowała. No i wyszła za niego. Pochodzi ze starej, piekielnie bogatej rodziny, która, jak mówi Rakel, ma ogromne wpływy polityczne.

– Pewnie znają też paru sędziów, co?

– Z całą pewnością, ale przypuszczamy, że to się dobrze skończy. Facet jest szaleńcem i wszyscy o tym wiedzą. Taki bystry alkoholik z marną kontrolą nad impulsami. Znasz ten typ.

– Chyba tak.

Harry gwałtownie podniósł wzrok. Akurat w czas, by zobaczyć, że Halvorsen stara się zapanować nad uśmiechem.

W Budynku Policji było powszechnie wiadomo, że Harry ma problemy z alkoholem. Wprawdzie alkoholizm sam w sobie nie stanowi podstawy do zwolnienia funkcjonariusza publicznego, ale już przychodzenie po pijanemu do pracy tak. Kiedy Harry pękł ostatnim razem, ci z górnych pięter postanowili usunąć go z szeregów policji, ale szef Wydziału Zabójstw, naczelnik wydziału policji, Bjarne Møller, jak zwykle rozpostarł nad Harrym parasol ochronny i powołał się na wyjątkowe okoliczności. Tymi okolicznościami był fakt, że dziewczyna z fotografii wiszącej nad ekspresem, Ellen Gjelten, partnerka i bliska przyjaciółka Harry’ego, została zabita kijem bejsbolowym na ścieżce nad rzeką Aker. Harry po tym przeżyciu zdołał jakoś stanąć na nogi, ale bolesna rana nie dawała mu spokoju, zwłaszcza dlatego, że w jego opinii sprawa wciąż pozostawała niewyjaśniona. Gdy wspólnie z Halvorsenem zdobyli wreszcie dowody przeciwko neonaziście Sverremu Olsenowi, komisarz policji Tom Waaler błyskawicznie zjawił się u Olsena w domu, by go aresztować. Olsen jednak oddał strzał do Waalera, który w samoobronie go zastrzelił. Tak wynikało z raportu Waalera i ani ślady zebrane na miejscu zajścia, ani też wewnętrzne śledztwo prowadzone przez wydział SEFO nie wskazywały, by miało być inaczej. Z drugiej jednak strony nigdy nie udało się wyjaśnić, jakie motywy kierowały Olsenem, oprócz tego, że był zamieszany w nielegalny handel bronią, która w ostatnich latach zdawała się zalewać Oslo, i że Ellen wpadła na jakiś trop. Ale Olsen był jedynie chłopcem na posyłki, a na ślad tych, którzy stali za tym wszystkim, policji na razie nie udało się wpaść.

Właśnie po to, by pracować nad sprawą Ellen, Harry po krótkich gościnnych występach w POT, Policyjnych Służbach Bezpieczeństwa, mieszczących się na najwyższym piętrze budynku, postarał się o przeniesienie z powrotem do Wydziału Zabójstw. W POT wszyscy się ucieszyli, że się go pozbędą, a Møller był zadowolony, że znów go ma na szóstym piętrze.

– Zajrzę z tym do Ivarssona z Wydziału Napadów – burknął Harry, machając kasetą VHS. – Chciał na to zerknąć, razem z tym nowym cudownym dzieckiem, które się tam u nich pojawiło.

– Co to za jeden?

– Dziewczyna. Latem wyszła ze Szkoły Policyjnej i podobno rozwiązała trzy sprawy napadów, wyłącznie oglądając filmy na wideo.

– O rany! Ładna?

Harry westchnął.

– Wy, młodzi, jesteście wprost do znudzenia przewidywalni. Mam nadzieję, że jest zdolna, reszta mnie nie interesuje.

– Jesteś pewien, że to dziewczyna?

– Państwo Lønn oczywiście mogli być na tyle dowcipni, żeby nadać synkowi imię Beate.

– Czuję po sobie, że jest ładna.

– Mam nadzieję, że nie – odparł Harry i odruchowo spuścił głowę, żeby jego sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu zmieściło się pod futryną.