Pierwszy śnieg

Tekst
Autor:Jo Nesbø
Z serii: Seria Harry Hole #7
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pierwszy śnieg
Pierwszy śnieg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,92  47,94 
Pierwszy śnieg
Tekst
Pierwszy śnieg
E-book
27,92  20,38 
Szczegóły
Pierwszy śnieg
Audio
Pierwszy śnieg
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
32 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rafto głośno chrząknął dwa razy, nie spieszył się. Jakby po to, by pokazać, że nie jest wytrącony z równowagi, spytał:

– Z kim rozmawiam?

– Przecież wiesz.

Rafto zamknął oczy i w duchu zaklął. Do jasnej cholery, sprawca sam się zgłaszał, a to nie będzie miało takiego samego efektu jak aresztowanie go samodzielnie.

– Dlaczego uważasz, że cię szukam? – spytał przez zaciśnięte zęby.

– Po prostu wiem – odparł głos. – I jeśli zrobimy to na mój sposób, dostaniesz to, czego chcesz.

– A czego ja chcę?

– Chcesz mnie aresztować. I zrobisz to. Sam. Słuchasz mnie, Rafto?

Policjant kiwnął głową, ale zaraz się poprawił i powiedział:

– Tak.

– Spotkaj się ze mną przy słupie totemowym w parku Nordnes. Dokładnie za dziesięć minut.

Rafto próbował myśleć. Park Nordnes leżał koło Akwarium. Zdążyłby tam w ciągu dziesięciu minut. Ale dlaczego spotykać się akurat tam, w parku na samym krańcu cypla?

– Żebym widział, że idziesz sam – usłyszał w słuchawce, jakby w odpowiedzi na swoje myśli. – Jeśli zobaczę innych policjantów albo jeśli się spóźnisz, zniknę. Na zawsze.

Mózg Rafty przetwarzał, kalkulował i wyciągał wnioski. Nie zdąży zwołać grupy, żeby dokonać aresztowania. Będzie musiał napisać o tym w raporcie z wyjaśnieniem, dlaczego wziął się do tego całkiem solo. Idealnie.

– W porządku – zgodził się. – I co dalej?

– Opowiem ci wszystko i przedstawię warunki, na jakich się poddam.

– Jakie warunki?

– Że nie chcę żadnego skuwania podczas procesu. Że prasa nie będzie miała dostępu. Że posadzą mnie w takim miejscu, gdzie nie będę się musiał stykać z innymi więźniami.

Rafto czuł, że zaraz się rozkaszle.

– W porządku – powtórzył, spoglądając na zegarek.

– Zaczekaj, to jeszcze nie koniec warunków. Telewizor w celi i wszystkie książki, jakich tylko sobie zażyczę.

– Z tym sobie poradzimy – zapewnił Rafto.

– Kiedy podpiszesz umowę na moich warunkach, pójdę z tobą.

– A jeśli... – zaczął Rafto, ale pulsujące pikanie powiedziało mu, że ten ktoś już się rozłączył.

Rafto zaparkował przy stoczni. Nie była to najkrótsza droga, ale oznaczała, że wchodząc do parku, będzie miał lepszy widok. Duży park położony był na pofałdowanym terenie, po którym wśród pagórków porośniętych żółtą zwiędłą trawą wiły się wydeptane ścieżki. Drzewa wyciągały czarne sękate palce ku ciężkim chmurom napływającym od strony morza za Askøy. Jakiś człowiek truchtał za nerwowym rottweilerem na napiętej smyczy. Rafto czuł rewolwer smith&wesson w kieszeni płaszcza, gdy mijał kąpielisko Nordnes i pusty pomalowany na biało basen, przypominający ogromną wannę nad brzegiem morza.

Za zakrętem dostrzegł dziesięciometrowy totem, ważący dwie tony dar Seattle z okazji dziewięćsetlecia Bergen. Słyszał własny oddech i cmokanie mokrych liści lepiących się do butów. Zaczęło padać. Drobne ostre krople sieknęły go w twarz.

Przy słupie totemowym stała samotna osoba, zwrócona przodem do Rafty, jak gdyby wiedziała, że policjant nadejdzie właśnie od tej strony. Rafto pokonał ostatni odcinek z ręką zaciśniętą na rewolwerze. Zatrzymał się w odległości dwóch metrów od postaci. Zmrużył oczy na deszczu. To nie mogła być prawda.

– Zaskoczony? – Rafto usłyszał głos, który dopiero teraz zdołał rozpoznać.

Rafto nie odpowiedział. Mózg znów zaczął przetwarzać.

– Wydawało ci się, że mnie znasz. Ale to tylko ja znam ciebie. Dlatego było pewne, że spróbujesz załatwić to sam.

Rafto wpatrywał się w postać.

– To taka gra – usłyszał.

Rafto chrząknął.

– Gra?

– Tak. Ty przecież lubisz grać.

Rafto zacisnął dłoń na kolbie rewolweru, trzymał ją tak, by mieć pewność, że broń nie zaplącze się w kieszeń, gdyby musiał szybko jej użyć.

– Dlaczego akurat ja? – spytał.

– Ponieważ byłeś najlepszy. A ja gram tylko z najlepszymi.

– To szaleństwo – szepnął Rafto i od razu pożałował.

– Akurat w tej kwestii wątpliwości są niewielkie. – Słowom towarzyszył lekki uśmiech. – Ale ty też jesteś szalony, mój drogi. Wszyscy jesteśmy szaleńcami. Jesteśmy niemogącymi zaznać spokoju upiorami, które nie potrafią odnaleźć drogi do domu. Zawsze tak było. Wiesz, dlaczego Indianie je robili? – Obciągnięty rękawiczką zgięty palec wskazujący postukał w drewniany pień z rzeźbionymi figurami kucającymi jedna na drugiej i spoglądającymi na fiord wielkimi czarnymi ślepymi oczami. – Chcieli zatrzymać dusze. Żeby nie błądziły. Ale totemy gniją. Ten też zgnije, i tak ma właśnie być. W tym cała rzecz. Kiedy zniknie, dusze będą musiały sobie poszukać nowej siedziby. Może maski. Może lustra. A może nowo narodzonego dziecka.

Z wybiegu dla pingwinów w Akwarium dobiegły ochrypłe krzyki.

– Powiesz mi, dlaczego ona zginęła? – spytał Rafto i zorientował się, że on też ochrypł.

– Szkoda, że ta gra już się skończyła, Rafto. Była zabawna.

– Skąd wiesz, że wpadłem na twój ślad?

Rafto zobaczył unoszącą się rękę. Odruchowo cofnął się o krok. Z dłoni coś zwisało. Naszyjnik. Na końcu łańcuszka zielony kamyk w kształcie łzy z czarnym pęknięciem. Rafto poczuł, jak serce mu wali.

– Onny Hetland w pierwszej chwili rzeczywiście nie chciała nic mówić, ale pozwoliła... jak by to określić... się namówić.

– Kłamiesz. – Rafto wypowiedział to bez tchu i bez przekonania.

– Twierdziła, że kazałeś jej niczego nie zdradzić swoim kolegom. Wtedy stało się jasne, że przyjmiesz moją propozycję i przyjdziesz tu sam. Myślałeś, że znajdziesz nową siedzibę dla swojej duszy, że przeżyjesz zmartwychwstanie, prawda?

Delikatny zimny deszcz wilżył twarz Gerta Rafto jak pot. Policjant dotknął palcem spustu rewolweru, koncentrując się na tym, by mówić wolno i z opanowaniem.

– Twój wybór miejsca był fatalny. Stoisz plecami do morza. Na wszystkich drogach dojazdowych, które tu prowadzą, stoją radiowozy. Nikt się nie wymknie.

Stojąca przed nim postać wciągnęła powietrze przez nos.

– Czujesz ten zapach, Gert?

– Co?

– To strach. Adrenalina ma bardzo charakterystyczny zapach. Ale ty przecież wiesz o tym wszystko. Bez wątpienia go czułeś od tych aresztowanych, których biłeś. Laila też tak pachniała. Zwłaszcza gdy zobaczyła narzędzia, które miały zostać użyte. A Onny jeszcze mocniej. Prawdopodobnie dlatego, że nie poskąpiłeś jej szczegółów o Laili, więc zrozumiała, co się stanie, gdy tylko mnie zobaczyła. To podniecający zapach, nie sądzisz? Podobno dzięki niemu niektóre drapieżniki wyszukują swoje ofiary. Wyobraź sobie roztrzęsioną zwierzynę, która próbuje się ukryć, ale już wie, że to zapach jej własnego strachu ją zabije.

Rafto patrzył na dłonie w rękawiczkach zwisające wzdłuż boków, puste. Był dzień w pobliżu centrum drugiego co do wielkości miasta w Norwegii. Mimo swego wieku po ostatnich latach bez alkoholu był w dobrej formie fizycznej, odruchy miał szybkie, a technikę walki w zasadzie idealną. Wyciągnięcie broni zajmie mu ułamek sekundy. Dlaczego więc bał się tak, że szczękał zębami?

6 DZIEŃ 2. CELLULAR PHONE

Sierżant Magnus Skarre odchylił się na krześle i zamknął oczy. Natychmiast pojawił się przed nimi obraz osoby w kostiumie, obróconej do niego plecami. Prędko otworzył oczy i spojrzał na zegarek. Szósta. Zdecydował, że zasłużył na przerwę, skoro wykonał już wszystkie rutynowe czynności przy poszukiwaniu osób zaginionych. Obdzwonił szpitale z pytaniem, czy nie przyjęto Birte Becker. Zatelefonował do Norgestaxi i Oslotaxi, sprawdził wszystkie kursy w okolice adresu na Hoff poprzedniej nocy. Rozmawiał z bankiem, w którym kobieta miała konto, i uzyskał potwierdzenie, że przed zaginięciem nie podejmowała większych sum, nie zarejestrowano też żadnych wypłat w ciągu nocy ani dzisiaj. Policjanci dyżurujący na lotnisku przejrzeli listy pasażerów z wczorajszego wieczoru, ale jedynym pasażerem o nazwisku Becker był mąż, Filip Becker, lecący do Bergen. Skarre rozmawiał także z liniami promowymi kursującymi do Anglii i do Danii, chociaż Birte Becker raczej nie wybrała się za granicę, gdyż to mąż przechowywał jej paszport i pokazał go policji. Ambitny sierżant rozesłał też, jak zwykle w podobnych sprawach, faksy do hoteli w Oslo i w Akershus, a na koniec zgłosił poszukiwanie kobiety wszystkim jednostkom operacyjnym, włącznie z radiowozami patrolowymi w Oslo.

Pozostawała jeszcze kwestia telefonu komórkowego.

Magnus zadzwonił do Harry’ego, żeby poinformować go o sytuacji. Komisarz był zdyszany, a w tle rozbrzmiewało głośne ćwierkanie ptaków. Harry, zanim się rozłączył, zadał kilka pytań o komórkę. Skarre wstał i wyszedł na korytarz. W otwartych drzwiach do pokoju Katrine Bratt zobaczył zapalone światło, ale w środku nikogo nie było. Wszedł po schodach do kantyny piętro wyżej.

Stołówka była już zamknięta, ale na wózku przy drzwiach stał dzbanek z półwystygłą kawą, chrupkie pieczywo i dżem. Na sali siedziały tylko cztery osoby, a jedną z nich była Katrine Bratt przy stoliku pod ścianą. Czytała jakieś dokumenty w segregatorze. Przed nią stała szklanka wody i otwarta paczka z dwiema kanapkami. Katrine była w okularach z tak delikatną oprawką i cienkim szkłem, że prawie niewidocznych na twarzy.

Skarre nalał sobie kawy i podszedł do jej stolika.

– Zaplanowane nadgodziny? – spytał, siadając. Wydało mu się, że usłyszał westchnienie, nim oderwała wzrok od kartki. – Skąd o tym wiedziałem? – uśmiechnął się. – Przygotowane rano kanapki. Zanim wyszłaś z domu, pomyślałaś o tym, że kantynę zamykają o piątej, a ty będziesz tu siedzieć dłużej. Przepraszam, ale tak to już bywa, kiedy człowiek jest śledczym.

– Naprawdę? – powiedziała bez skrzywienia, spuszczając wzrok z powrotem na kartki w segregatorze.

 

– Jasne. – Skarre wlał w siebie łyk kawy, wykorzystując okazję, by przyjrzeć się Katrine. Siedziała lekko pochylona, tak że mógł zajrzeć jej w dekolt bluzki i dostrzec brzeg koronki przy białym biustonoszu. – Weźmy to dzisiejsze zaginięcie. Nie mam żadnych innych informacji, których nie mieliby inni, a mimo to siedzę tu i myślę, że ona może wciąż jest na Hoff. Może leży gdzieś pod śniegiem albo pod liśćmi. A może w którymś z tych małych jeziorek czy strumieni.

Katrine Bratt nie odpowiedziała.

– A wiesz, dlaczego tak myślę?

– Nie – odparła obojętnie, nie odrywając oczu od segregatora.

Skarre wychylił się przez stół i położył tuż przed nią telefon komórkowy.

– To jest komórka – oświadczył. – Pewnie sądzisz, że to zupełnie nowy wynalazek, ale już w kwietniu 1973 roku Martin Cooper, ojciec telefonii komórkowej, odbył pierwszą rozmowę ze swoją żoną. Oczywiście nie miał wtedy pojęcia, że ten wynalazek stanie się w przyszłości jednym z najważniejszych narzędzi dla nas, dla policji, w poszukiwaniu zaginionych osób. Jeśli chcesz być niezłym śledczym, powinnaś słuchać i uczyć się takich rzeczy, Bratt.

Katrine zdjęła okulary i popatrzyła na Skarrego z lekkim uśmiechem, który mu się spodobał, chociaż nie bardzo umiał go odczytać.

– Zamieniam się w słuch, sierżancie.

– To dobrze – stwierdził Skarre. – Ponieważ Birte Becker jest posiadaczką telefonu komórkowego, a telefon komórkowy wysyła sygnały wychwytywane przez stacje bazowe w okolicy, w której się znajduje. Nie tylko wtedy, gdy się dzwoni, ale przez cały czas, gdy jest włączony. Właśnie dlatego Amerykanie od początku nazwali to urządzenie cellular phone. Dlatego, że stacje bazowe obejmują swoim zasięgiem niewielkie obszary, czyli komórki. Sprawdzałem w Telenorze. Stacja bazowa obejmująca Hoff wciąż odbiera sygnały z telefonu Birte. Ale przeszukaliśmy cały dom i żadnego telefonu nie znaleźliśmy. A raczej nie zgubiła go tuż przy domu, to by był zbyt dziwny zbieg okoliczności. Ergo. – Skarre uniósł ręce jak iluzjonista po wykonanej sztuczce. – Po wypiciu tej kawy skontaktuję się z Centralą Operacyjną i wyślę ekipę poszukiwawczą.

– Powodzenia! – Katrine podała mu komórkę i przewróciła stronę.

– To jedna z tych starych spraw Holego, prawda? – spytał Skarre.

– Owszem, zgadza się.

– Myślał, że mamy do czynienia z seryjnym zabójcą.

– Wiem.

– Wiesz? To może wiesz również, że się pomylił? I że nie był to pierwszy raz. Hole jest chorobliwie zainteresowany seryjnymi zabójcami. Jemu się wydaje, że to Ameryka. Ale u nas w kraju na razie jeszcze nie znalazł seryjnego zabójcy.

– W Szwecji było kilku seryjnych zabójców. Thomas Quick, John Asonius, Tore Hedin.

Magnus Skarre się roześmiał.

– Widzę, że odrobiłaś lekcje. Ale jeśli masz ochotę nauczyć się czegoś o prawdziwym śledztwie, to proponuję, żebyśmy się stąd wynieśli i poszli gdzieś na piwo.

– Dziękuję, nie.

– I może coś zjeść. Tych twoich kanapek nie ma za dużo. – Skarremu udało się wreszcie pochwycić i przytrzymać jej spojrzenie. Oczy dziwnie jej błyszczały, jak gdyby w głębi coś się żarzyło. Nigdy nie widział takiego blasku. Pomyślał, że udało mu się, że to on rozpalił ten ogień, że podczas tej rozmowy podskoczył do jej ligi.

– Możesz to potraktować jako... – zaczął, udając, że szuka słowa. – Szkolenie.

Uśmiechnęła się. Szeroko.

Skarre poczuł, że puls bije mu szybciej, że robi mu się ciepło i że jej ciało jest już przy nim. Obciągnięte pończochą kolano pod palcami, lekki chrzęst, gdy dłoń przesuwa się wyżej.

– O co ci chodzi, Skarre? Chcesz poderwać nową laskę w wydziale? – Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, a oczy zapłonęły mocniej. – Chcesz ją zerżnąć jak najszybciej, jak chłopiec, który pluje na największy kawałek tortu, żeby go sobie zaklepać?

Poczuł, że szczęka mu opada.

– Pozwól, że udzielę ci kilku rad płynących z dobrego serca, Skarre. W pracy trzymaj się z dala od kobiet. Nie trać czasu na przesiadywanie w kantynie przy kawie, kiedy uważasz, że wpadłeś na jakiś trop. I nie próbuj mi wmawiać, że to ty zadzwonisz do Centrali Operacyjnej. Zadzwonisz do komisarza Holego i to on podejmie decyzję, czy należy podjąć poszukiwania. A wtedy skontaktuje się z Centrum Kryzysowym, które trzyma ludzi w pogotowiu, a nie będzie organizował ekipy poszukiwawczej tutaj.

Zmięła papier po kanapkach i rzuciła go w stronę kosza do śmieci za plecami Skarrego. Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, czy trafiła. Zamknęła segregator i wstała, ale wtedy Skarre zdołał już się jako tako pozbierać.

– Nie wiem, co ty sobie wyobrażasz, Bratt. Jesteś zamężną kobietą, która może nie dostaje w domu wszystkiego, na co by miała ochotę, i dlatego liczy na faceta takiego jak ja, któremu by się chciało... chciało... – Nie mógł znaleźć słów. Do diabła, nie wiedział, co powiedzieć! – Ja cię tylko chciałem nauczyć paru rzeczy, ty pindo!

Coś się stało z jej twarzą. Jak gdyby jakaś zasłona odsunęła się na bok, a on mógł zajrzeć prosto w płomienie. Przez moment był pewien, że Katrine go uderzy, ale nic takiego się nie stało. Kiedy się odezwała, uświadomił sobie, że wszystko rozegrało się wyłącznie w jej oczach. Nie poruszyła nawet palcem, a głos miała w pełni opanowany.

– Przepraszam, że źle cię zrozumiałam – powiedziała, chociaż wyraz jej twarzy nie świadczył o tym, by uważała to za prawdopodobne. – Poza tym Martin Cooper odbył pierwszą rozmowę przez komórkę wcale nie z żoną, tylko z Joelem Englem z konkurencji w Bell Laboratories. Myślisz, że chciał go czegoś nauczyć, Skarre? Czy może raczej się pochwalić?

Skarre patrzył za nią, obserwował, jak kostium ociera się o pośladki, gdy szła w stronę wyjścia z kantyny. Cholera, ta baba jest szalona! Miał ochotę czymś w nią rzucić. Ale wiedział, że i tak nie trafi. Poza tym wolał nie wstawać, bał się, że erekcja byłaby widoczna.

Harry czuł płuca naciskające na żebra od środka. Oddech zaczynał się uspokajać. W przeciwieństwie do serca, które wciąż skakało mu w piersi jak zając. Dres miał ciężki od potu, gdy stanął na skraju lasu przy restauracji Ekeberg. Funkcjonalistyczny budynek z okresu międzywojnia był kiedyś dumą Oslo, gdy królował nad miastem na stromym zboczu od wschodu. Później jednak goście zarzucili długie wycieczki z centrum do lasu, lokal przestał być opłacalny, popadł w ruinę i zmienił się w odrapaną knajpę dla byłych lwów salonowych, pijaczków w średnim wieku i samotnych dusz polujących na inne samotne dusze. W końcu restaurację zamknięto. Harry kiedyś lubił przyjeżdżać tu, ponad żółtą pokrywę spowijających miasto spalin, biegać plątaniną ścieżek po stromiźnie, która stawiała opór i sprawiała, że kwas mlekowy palił w mięśniach. Lubił się zatrzymywać przy restauracji, przyglądać się jej minionej urodzie, siadać na mokrym od deszczu zarośniętym tarasie i patrzeć na miasto, które kiedyś było jego miastem, a teraz stało się masą upadłościową bankruta, oddaną innemu byłą narzeczoną.

Położone było w kotle, otoczone ze wszystkich stron wzgórzami, jedyną możliwością ucieczki pozostawał fiord. Geolodzy mówili, że Oslo to martwy krater wulkanu, a Harry w takie wieczory jak ten wyobrażał sobie, że światła miasta to perforacja skorupy ziemskiej, przez którą przebłyskuje wrząca lawa. Patrząc od skoczni Holmenkollen, przypominającej biały rozświetlony przecinek na wzgórzu po przeciwnej stronie miasta, usiłował obliczyć, gdzie może stać dom Rakel.

Myślał o liście. I o telefonie od Skarrego, który poinformował go o sygnałach zagubionej komórki Birte Becker. Serce biło mu już wolniej. Pompowało krew i słało spokojne regularne sygnały do mózgu, informujące, że życie jeszcze trwa. Jak telefon komórkowy do stacji bazowej. Serce, pomyślał Harry. Sygnał. List. To chora myśl. Dlaczego więc nie potrafił jej odrzucić? Dlaczego tu siedział i obliczał, ile czasu zajmie mu powrót biegiem do samochodu, jazda na Hoff i sprawdzenie, kto z nich jest bardziej chory?

Rakel stała przy kuchennym oknie i patrzyła przez podwórze na świerki zasłaniające widok do sąsiadów. Na zebraniu towarzystwa miłośników tej okolicy zaproponowała wycięcie niektórych drzew, żeby wpuścić tu więcej światła, ale spotkała się z niechęcią milczącą, ale tak wyraźną, że nie miała nawet śmiałości wspominać o głosowaniu. Świerki zasłaniały widok, ale na Holmenkollen chciano, by tak właśnie było. Śnieg wciąż leżał tu, nad miastem, gdzie bmw i volva ostrożnie sunęły pełnymi zakrętów drogami po zboczu, wracając do domów z automatycznymi bramami garażowymi, gotowymi obiadami przygotowanymi przez przebywające na urlopach bezpłatnych szczupłe, wytrenowane żony, jedynie z niewielką pomocą gosposi.

Nawet przez solidne stropy odziedziczonej po ojcu drewnianej willi Rakel słyszała muzykę z pokoju Olega na piętrze. Led Zeppelin i The Who. Kiedy sama miała dwanaście lat, nie do pomyślenia było słuchanie muzyki, która miała tyle lat co rodzice. Ale Oleg dostał te płyty od Harry’ego i puszczał je ze szczerym zaangażowaniem.

Pomyślała o tym, jak bardzo Harry schudł. Niemal jakby się skurczył. Tak jak wspomnienie o nim. To wprost przerażające, jak szybko człowiek, z którym było się tak blisko, potrafi zblednąć i zniknąć. A może właśnie dlatego; byli ze sobą tak blisko, że później, kiedy się rozstali, wszystko wydawało się nierzeczywiste jak sen, który prędko się zapomina, ponieważ to i tak wydarzyło się w głowie. Może dlatego tak nią wstrząsnęło, kiedy znów go zobaczyła. Kiedy go objęła, poczuła jego zapach, usłyszała głos nie tylko przez telefon, wydobywający się z ust o dziwnie miękkich wargach w twardej i coraz bardziej pooranej zmarszczkami twarzy, kiedy spojrzała w niebieskie oczy, których blask pojawiał się i znikał z różną intensywnością, gdy opowiadał. Tak samo jak wcześniej.

A jednak cieszyła się, że to się już skończyło, że ma to za sobą. Ze ten mężczyzna stał się osobą, z którą nie będzie dzielić przyszłości, który nie będzie wciągał swojej brudnej rzeczywistości w ich życie.

Było jej teraz lepiej. O wiele lepiej. Spojrzała na zegarek. On już niedługo tu będzie. W przeciwieństwie do Harry’ego zwykle przychodził punktualnie.

Mathias pojawił się nagle któregoś dnia latem zeszłego roku. Na przyjęciu w ogrodzie zorganizowanym przez Towarzystwo Miłośników Holmenkollen. Nawet nie mieszkał w okolicy, zaprosili go przyjaciele. Przegadali wtedy z Rakel cały wieczór. Właściwie rozmawiali głównie o niej. Słuchał z zainteresowaniem, trochę jakby powodowany zawodową lekarską ciekawością. Ale dwa dni później zadzwonił i spytał, czy nie wybrałaby się z nim na wystawę do Centrum Henie-Onstad na Høvikodden. Powiedział, że Oleg też mógłby z nimi pójść, bo jest tam również wystawa dla dzieci. Pogoda była paskudna, sztuka średnia, a Oleg niegrzeczny. Mathias zdołał jednak poprawić trochę nastrój swoim dobrym humorem i ciętymi uwagami na temat talentu artysty. Później odwiózł ich do domu, przeprosił za zły pomysł i z uśmiechem obiecał, że nigdy więcej na nic już ich nie wyciągnie, chyba że sami o to poproszą. Potem na tydzień wyjechał do Botswany. A zaraz po powrocie, jeszcze tego samego wieczoru, zadzwonił i spytał, czy mógłby się z nią jeszcze kiedyś spotkać.

Usłyszała samochód zmieniający bieg na niższy, żeby mógł sforsować stromy podjazd. Mathias jeździł hondą accord starszego rocznika. Nie wiedziała dlaczego, ale podobało jej się to. Parkował przed garażem, nigdy nie wjeżdżał do środka. To też jej się podobało. Podobało jej się, że woził zmianę bielizny i kosmetyczkę w torbie, którą następnego dnia rano zabierał do domu, i to, że pytał, kiedy zechce się znów z nim zobaczyć, że nie przyjmował niczego za pewnik. To oczywiście mogło się teraz zmienić, ale była już na to gotowa.

Wysiadł z samochodu. Był wysoki, niemal równie wysoki jak Harry. Uśmiechnął się do kuchennego okna swoją chłopięcą otwartą twarzą, chociaż musiał być śmiertelnie zmęczony po nieludzko długim dyżurze.

Tak, była gotowa. Na mężczyznę, który będzie obecny, który będzie ją kochał i dla którego najważniejsza w życiu będzie ich trójka. Usłyszała klucz przekręcany w wejściowych drzwiach. Ten, który dała mu w zeszłym tygodniu. Mathias w pierwszej chwili wyglądał jak znak zapytania, jak dziecko, któremu właśnie wręczono bilet do fabryki czekolady.

Drzwi się otworzyły i zaraz znalazła się w jego objęciach. Uważała, że przyjemnie pachnie nawet jego wełniany płaszcz, jesiennie zimny, miły przy policzku. A spod płaszcza już biło ku jej ciału bezpieczne ciepło.

– Co się stało? – roześmiał się w jej włosy.

– Tak na ciebie czekałam – szepnęła.

 

Zamknęła oczy i przez chwilę stali przytuleni.

W końcu go puściła i spojrzała w jego uśmiechniętą twarz. Był przystojnym mężczyzną, przystojniejszym niż Harry.

Uwolnił się z jej objęć, rozpiął płaszcz, powiesił go i podszedł do umywalki umyć ręce. Zawsze tak robił, gdy wracał z Instytutu Anatomii, gdzie podczas wykładów dotykali prawdziwych zwłok. Tak samo jak Harry mył ręce, kiedy wracał z miejsca zbrodni. Mathias otworzył szafkę pod zlewem, wsypał do niego ziemniaki z wiaderka i odkręcił wodę.

– Jak ci minął dzień, kochana?

Pomyślała, że wielu innych mężczyzn spytałoby raczej o poprzedni wieczór. Przecież wiedział, że miała się spotkać z Harrym. Za to też go lubiła. Opowiadała, wyglądając przez okno. Jej spojrzenie przesuwało się po świerkach w stronę miasta w dole, w którym już zaczęły zapalać się światła. On teraz gdzieś tam był. W beznadziejnym pościgu za czymś, czego nigdy nie miał i nigdy nie znajdzie. Zrobiło jej się go żal. Nie pozostało nic oprócz współczucia, chociaż wczorajszego wieczoru przyszedł moment, kiedy oboje umilkli, a ich spojrzenia wpiły się w siebie i nie mogły przez dłuższą chwilę się oderwać. Przypominało to porażenie prądem, ale zaraz minęło. Całkiem. Magia nie trwała długo. Rakel postanowiła, że tak będzie.

Stanęła za Mathiasem, objęła go i wtuliła głowę w szerokie plecy. Czuła ruchy mięśni i ścięgien pod koszulą, gdy obierał ziemniaki i wrzucał je do garnka.

– Przydałyby się jeszcze ze dwa – stwierdził.

Rakel zauważyła jakiś ruch przy kuchennych drzwiach i odwróciła głowę.

Wpatrywał się w nich Oleg.

– Przyniósłbyś trochę ziemniaków z piwnicy – poprosiła i zobaczyła, jak ciemne oczy syna jeszcze bardziej ciemnieją.

Mathias się odwrócił. Oleg wciąż się nie ruszał.

– Ja pójdę. – Mathias wyciągnął puste wiadro spod zlewu.

– Nie. – Oleg zrobił dwa kroki w przód. – Ja... – Wziął wiadro od Mathiasa, odwrócił się i zniknął w drzwiach.

– O co chodzi? – spytał Mathias.

– On się po prostu trochę boi ciemności – westchnęła Rakel.

– To zrozumiałe, ale dlaczego mimo wszystko poszedł?

– Bo Harry powiedział, że ma tak robić.

– Co robić?

Rakel pokręciła głową.

– To, czego się boi, a czego nie ma ochoty się bać. Kiedy Harry tu był, przez cały czas wysyłał Olega do piwnicy.

Mathias zmarszczył brwi.

Rakel uśmiechnęła się ze smutkiem.

– Harry nie jest psychologiem dziecięcym, a Oleg mnie nie słucha, kiedy Harry już raz coś powie. No a z drugiej strony, w piwnicy przecież nie ma potworów.

Mathias przekręcił włącznik kuchenki i spytał cicho:

– Skąd macie taką pewność?

– Ty też? – roześmiała się Rakel. – Ty się bałeś ciemności?

– A kto powiedział, że się przestałem bać? – uśmiechnął się lekko Mathias.

Tak, lubiła go. Tak było lepiej. Lepsze życie. Naprawdę go lubiła.

Harry zatrzymał samochód na ulicy przed domem Beckerów. Siedząc w samochodzie, patrzył na żółte światło padające z okien do ogrodu. Bałwan się skurczył i zmienił w karła, ale jego cień mimo wszystko ciągnął się między drzewami aż do drewnianego płotu.

Harry wysiadł. Zgrzytnięcie furtki wywołało grymas na jego twarzy. Wiedział, że powinien zadzwonić do drzwi, bo ogród to równie prywatny teren jak dom. Ale nie miał ani cierpliwości, ani ochoty na dyskusje z profesorem Beckerem.

Rozmokła ziemia lekko się uginała. Harry przykucnął. Światło odbijało się w bałwanie, jakby był z matowego szkła. Topnienie śniegu w ciągu dnia sprawiło, że maleńkie kryształki zlewały się ze sobą, tworząc większe kryształy, a teraz, gdy temperatura znów spadła, para wodna uległa kondensacji i przymarzła do innych kryształów. W rezultacie śnieg, który rano był taki biały, delikatny i lekki, zrobił się szary, ubity, gruboziarnisty. Harry podniósł prawą rękę. Zacisnął pięść i uderzył.

Głowa bałwana stoczyła się z tułowia i upadła na brązową trawę.

Harry uderzył jeszcze raz, tym razem od góry przez miejsce po szyi. Palce ułożone w szpony wbiły się w śnieg i znalazły to, czego szukały.

Przyciągnął rękę do siebie i triumfalnie podsunął ją bałwanowi, tak jak Bruce Lee zwykł pokazywać przeciwnikowi serce, właśnie wyrwane mu z piersi.

To był czerwono-srebrny telefon komórkowy Nokia. Wciąż się świecił.

Ale poczucie triumfu zgasło, bo Harry już wiedział, że to wcale nie jest żaden przełom w śledztwie, tylko środkowy akt przedstawienia lalkowego, w którym ktoś pociąga za niewidzialne sznurki. To było za proste. Chodziło o to, żeby znaleźć ten telefon.

Podszedł do drzwi wejściowych i nacisnął dzwonek. Otworzył mu Filip Becker. Włosy miał potargane, a krawat przekrzywiony. Kilka razy mocno mrugnął, jakby przed chwilą się obudził.

– Tak – odpowiedział na pytanie Harry’ego. – Ona ma właśnie taki telefon.

– Mogę prosić, żeby zadzwonił pan na jej numer?

Filip Becker zniknął w głębi domu. Harry czekał. Nagle w drzwiach sieni ukazała się twarz Jonasa. Harry już chciał powiedzieć „cześć”, ale w tej samej chwili z czerwonej komórki popłynęła melodia, Koziołeczku, koziołeczku. Harry przypomniał sobie dalszy ciąg ze szkolnego śpiewnika. Proszę, myśl o mym syneczku.

Zobaczył, że buzia Jonasa się rozjaśnia. Widział, jak mózg chłopca nieubłaganie przetwarza informacje. Jak natychmiastową wynikającą z zaskoczenia radość, wywołaną rozpoznaniem dzwonka telefonu matki, zastępuje biały nagi strach. Harry przełknął ślinę. Ten strach znał aż za dobrze.

Kiedy otworzył drzwi do swojego mieszkania, poczuł zapach gipsowego kurzu i trocin. Boazeria, zdjęta ze ścian korytarza, leżała teraz ułożona w stosy. Mur pod spodem pokrywały jasne plamy. Harry przeciągnął palcem po białym nalocie, który posypał się na parkiet. Wsunął koniuszek palca do ust. Poczuł słony smak. Czy pleśń miała smak soli? Czy to po prostu nalot solny, pot fundamentów? Zapalił zapalniczkę i nachylił się do samej ściany. Nic nie zobaczył ani nie poczuł.

Kiedy już się położył i zapatrzył w hermetyczną czerń sypialni, myślał o Jonasie. I o matce. O zapachu choroby i jej twarzy, wolno znikającej w bieli poduszki. O tych dniach i tygodniach, kiedy on bawił się z Sio, ojciec popadł w milczenie, a wszyscy próbowali udawać, że nic się nie stało. Wydało mu się, że słyszy lekki chrobot w korytarzu, jakby niewidzialne linki marionetek rosły, wyciągały się, skradały, pochłaniając ciemność i pozostawiając po sobie słabe migotliwe światło, które nie przestawało drżeć.

7 DZIEŃ 3. CIEMNE LICZBY

Bezsilne poranne światło sączyło się między żaluzjami w gabinecie nadkomisarza policji i niczym szary osad kładło się na twarzach dwóch mężczyzn. Gunnar Hagen słuchał Harry’ego ze zmarszczką zamyślenia nad czarnymi krzaczastymi brwiami, które zrosły się w jedną grubą kreskę. Na jego potężnym biurku stał niewielki cokolik z białą kostką małego palca, który według inskrypcji należał do dowódcy japońskiego batalionu Yoshito Yasudy. Podczas lat spędzonych w Akademii Wojskowej Hagen miał wykłady na temat tego małego palca, który Yasuda w rozpaczy obciął sobie na oczach swoich ludzi podczas odwrotu z Birmy w 1944 roku. O Hagena zaledwie rok temu upomniała się jego dawna pracodawczyni, policja, by pokierował Wydziałem Zabójstw, a ponieważ od tamtego czasu w rzece upłynęło wiele wody, słuchał stosunkowo cierpliwie, gdy jego doświadczony oficer śledczy wyłuszczał mu temat „osób zaginionych”.

– W samym tylko Oslo zgłaszanych jest ponad sześćset przypadków zaginięć rocznie. Po dwóch godzinach od zgłoszenia, tych, których nie udaje się odnaleźć, zostaje ledwie garstka. Prawie nikt nie ginie na dłużej niż dwie doby.

Hagen potarł palcem te włoski nad nasadą nosa, które decydowały o złączeniu brwi. Powinien przygotować się do zebrania na temat budżetu w gabinecie komendanta głównego. Mieli omawiać oszczędności.

– Większość osób zaginionych to pacjenci zakładów psychiatrycznych albo staruszkowie z demencją – ciągnął Harry. – Ale odnajdują się nawet ci stosunkowo zdrowi na umyśle, którzy uciekli do Kopenhagi albo zdecydowali się na samobójstwo. Pojawiają się na jakiejś liście pasażerów, wypłacają gotówkę w bankomacie albo morze wyrzuca ich na brzeg.