Krew na śnieguTekst

Autor:Jo Nesbø
Z serii: Krew na śniegu #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Krew na śniegu
Krew na śniegu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 53,82  43,06 
Krew na śniegu
Krew na śniegu
Krew na śniegu
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
29,90  25,71 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2015

Tytuł oryginału

Blod på snø

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce

© Lydia Vero/Shutterstock.com

Redakcja

IWONA GAWRYŚ

Korekta

URSZULA WŁODARSKA

Redakcja techniczna

LOREM IPSUM

Copyright © Jo Nesbø 2015

Published by agreement with Salomonsson Agency

Polish edition © Publicat S.A. MMXV (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Wydanie elektroniczne 2015

ISBN 978-83-271-5335-7

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


SPIS TREŚCI

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Płatki śniegu tańczyły w świetle latarni jak kłębki waty. Nie obrały kierunku, nie wiedziały, czy lecą w dół, czy w górę, dawały się jedynie unosić piekielnemu lodowatemu wichrowi, nadciągającemu z wielkiej ciemności nad Oslofjorden. Kłębiły się razem, wiatr i śnieg, w mroku między pozamykanymi na noc budynkami magazynowymi na nabrzeżu. Wiatrowi w końcu się to nudziło i porzucał swojego partnera do tańca przy samej ścianie. Tam suchy, przewiany śnieg wbijał się pod podeszwy butów mężczyzny, któremu właśnie strzeliłem w pierś i w szyję.

Krew z kołnierzyka koszuli skapywała na śnieg. Nie znam się wprawdzie zbyt dobrze na śniegu – ani też, jeśli chodzi o ścisłość, na czymkolwiek innym – ale czytałem, że kryształki lodu, które tworzą się na trzaskającym mrozie, są zupełnie inne niż te w śniegu mokrym, ziarnistym czy szreni. Forma kryształków i ich suchość sprawiają, że zawarta we krwi hemoglobina zachowuje na takim śniegu głęboką intensywną czerwień. W każdym razie śnieg, na którym stał ten człowiek, skojarzył mi się z królewskim purpurowym płaszczem z gronostajem, takim jak na rysunkach w książce z norweskimi baśniami ludowymi, które kiedyś czytała mi matka. Lubiła baśnie i królów. Pewnie właśnie dlatego nadała mi imię po jednym z nich.

W „Aftenposten” napisali, że jeśli taki mróz utrzyma się do Nowego Roku, to 1975 będzie najzimniejszym rokiem od czasów wojny i zostanie zapamiętany jako początek nowej epoki lodowcowej, której nadejście uczeni wróżą już od jakiegoś czasu. Ale co ja tam wiem. Wiem tylko, że stojący przede mną mężczyzna wkrótce umrze – tych drgawek nie da się pomylić z niczym innym. Był jednym z ludzi Rybaka. To nie miało żadnych pobudek osobistych. Powiedziałem mu zresztą o tym, zanim osunął się na ziemię, pozostawiając na murze smugę krwi. Nie sądzę wprawdzie, żeby z tego powodu zrobiło mu się lżej. Kiedy mnie ktoś będzie miał zastrzelić, wolałbym, żeby to było z osobistych pobudek. Nie powiedziałem też tego wcale po to, by jego duch mnie nie nawiedzał, bo nie wierzę w duchy. Po prostu nic innego nie przyszło mi do głowy. Oczywiście mogłem się zamknąć i zwykle się zamykam. Coś więc musiało sprawić, że nagle stałem się taki rozmowny. Może nadchodzące święta. Słyszałem, że my, ludzie, w czasie Bożego Narodzenia usiłujemy się do siebie zbliżyć. Ale co ja tam wiem.

Myślałem, że krew zamarznie na śniegu i tak zostanie. Tymczasem jednak śnieg wsysał ją w siebie, wciągał pod powierzchnię, skrywał, jakby sam jej potrzebował.

Idąc do domu, wyobrażałem sobie powstającego z zaspy bałwana, takiego z ledwie widocznymi naczyniami krwionośnymi pod trupiobladą lodową skórą. Z budki telefonicznej zadzwoniłem do Daniela Hoffmanna i zameldowałem, że robota wykonana.

Hoffmann odparł tylko, że to dobrze. Jak zwykle nie zadawał żadnych pytań. Albo nauczył się ufać mi w ciągu tych czterech lat, kiedy likwidowałem dla niego, albo n i e c h c i a ł słuchać. Robota wykonana, więc po co ktoś taki jak on miałby się tym zadręczać, skoro płacił za eliminowanie udręk? Kazał mi przyjść do biura następnego dnia i oznajmił, że ma dla mnie nową robotę.

– Nową robotę? – powtórzyłem, czując, że serce podskakuje mi w piersi.

– Tak – potwierdził Hoffmann. – Nowe zlecenie.

– Aha.

Z ulgą odłożyłem słuchawkę. Bo oprócz tego, co robię, nadaję się do niewielu innych rzeczy.

A oto cztery rodzaje robót, do jakich się nie nadaję. Prowadzenie samochodu, którym się ucieka. Owszem, potrafię szybko jeździć, nie o to chodzi. Ale nie umiem jechać anonimowo, a ktoś, kto kieruje uciekającym autem, musi umieć jedno i drugie. Należy prowadzić tak, żeby być po prostu jeszcze jednym samochodem na drodze. Wpakowałem siebie i dwóch innych do więzienia tylko dlatego, że nie jeżdżę dostatecznie anonimowo. Gnałem jak szatan, przeplatałem leśne drogi głównymi szosami i dawno zgubiłem pościg, a do granicy szwedzkiej zostało mi zaledwie kilka kilometrów. Zdjąłem więc nogę z gazu, jechałem wolno i prawidłowo, niczym dziadek na niedzielnej wycieczce. Mimo to zatrzymał nas policyjny patrol. Policjanci, jak mówili później, nie mieli pojęcia, że to samochód wykorzystany przy napadzie i że nie jechałem za szybko ani nie złamałem żadnych przepisów drogowych. Twierdzili, że chodzi o s p o s ó b, w jaki prowadziłem. Nie rozumiem, co konkretnie mieli na myśli, w każdym razie uznali, że jest podejrzany.

Nie nadaję się do napadów. Czytałem, że ponad połowa pracowników bankowych doświadczających napadów zmaga się później z problemami psychicznymi, niektórzy nawet do końca życia. Ale co ja tam wiem. W każdym razie ten staruszek, który siedział w okienku na poczcie, kiedy tam weszliśmy, zaczął się zmagać z problemami psychicznymi cholernie szybko. Zwalił się na ziemię, jakby tylko dlatego, że lufa mojej strzelby celowała raczej z grubsza w jego stronę. Dzień później w gazecie przeczytałem, że zmaga się z problemami psychicznymi. Szybka diagnoza, ale i tak problemy psychiczne to ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzył. Poszedłem odwiedzić go w szpitalu. Oczywiście mnie nie rozpoznał, bo na poczcie miałem na twarzy maskę Świętego Mikołaja. (To było idealne przebranie, nikt na ulicy nie zareagował na trzech facetów w pełnym mikołajowym umundurowaniu wybiegających z workami z urzędu pocztowego w samym środku świątecznego rozgardiaszu). Stanąłem w drzwiach do sali i patrzyłem, jak staruszek, który leżał na środkowym łóżku, czyta „Klassekampen”, komunistyczną gazetę. Nie mam nic przeciw komunistom jako ludziom. Chociaż właściwie mam. Ale nie chcę mieć. Uważam po prostu, że oni się mylą. Dlatego odczuwałem tylko niewielkie wyrzuty sumienia z tego powodu, że było mi o wiele lepiej, kiedy zobaczyłem, że facet czyta „Klassekampen”. Oczywiście istnieje różnica między małymi a dużymi wyrzutami sumienia. No i tak jak powiedziałem, było mi o w i e l e lepiej. Zerwałem jednak z napadami. Mogło się przecież zdarzyć, że następny staruszek już nie będzie komunistą.

 

Nie mogę też pracować przy narkotykach, to już numer trzy. Zwyczajnie sobie nie radzę. Nie chodzi o to, że nie potrafię wycisnąć forsy z tych, którzy są dłużnikami moich szefów. Ćpuny same są sobie winne, a moim zdaniem ludzie powinni płacić za swoje błędy, po prostu. Problem polega raczej na tym, że mam słabą i wrażliwą naturę, jak to określała moja matka, a ona chyba się na mnie poznała. W każdym razie muszę się trzymać z daleka od narkotyków. Jestem – według niej – typem człowieka, który szuka czegoś, czemu mógłby się podporządkować. Religii, starszemu bratu, szefowi. Albo alkoholowi i narkotykom. Na dodatek nie umiem też rachować, ledwie udaje mi się policzyć do dziesięciu i już tracę koncentrację. Głupia sprawa, jeśli chodzi o kogoś, kto ma handlować narkotykami albo egzekwować długi, to się samo przez się rozumie.

No dobrze. Ostatnia rzecz. Prostytucja. Znów trochę to samo. Nie mam nic przeciwko temu, żeby kobiety zarabiały tak, jak chcą, a jakiś facet – na przykład ja – zgarniał jedną trzecią ich zarobków za organizowanie im odpowiednich warunków pracy, niech się koncentrują na rzemiośle. Dobry alfons jest wart każdej korony, jaką mu płacą, zawsze tak uważałem. Kłopot w tym, że tak szybko się zakochuję, a wtedy tracę z oczu interes. No i nie umiem szturchnąć, uderzyć kobiety czy jej pogrozić, wszystko jedno, czy jestem w niej zakochany, czy nie. Może to ma związek z moją matką, nie wiem. Ale pewnie dlatego nie mogę nawet patrzeć, jak inni tłuką kobiety. Coś mi odbija. Weźmy na przykład Marię. Jest kulawa i głuchoniema. Nie wiem, jaki związek mają ze sobą te dwa kalectwa, prawdopodobnie żaden, ale tak to już bywa, że kiedy raz zacznie się dostawać złe karty, to dalej się takie sypią. Pewnie dlatego Maria związała się z wariatem, ćpunem. Gościem z eleganckim francuskim nazwiskiem, który był winien Hoffmannowi trzynaście tysięcy za towar. Zobaczyłem ją pierwszy raz, kiedy Pine, szef alfonsów Hoffmanna, pokazał mi dziewczynę w płaszczu własnej roboty, z włosami upiętymi w kok, wyglądającą tak, jakby wyszła prosto z kościoła. Siedziała na schodach przed knajpą Ridderhallen i płakała, a Pine wyjaśnił mi, że będzie musiała odpracować narkotykowy dług swojego chłopaka. Pomyślałem, że najlepiej byłoby zapewnić jej łagodny start, wyłącznie ręczną robotę. Ale wyskoczyła z pierwszego samochodu, do którego wsiadła, jeszcze przed upływem dziesięciu sekund. Zanosiła się płaczem, a Pine na nią wrzeszczał. Może wydawało mu się, że ona go usłyszy, jeśli tylko będzie krzyczał dostatecznie głośno. Może właśnie o to chodziło. O ten wrzask. No i o moją matkę. W każdym razie odbiło mi i chociaż w pewnym sensie rozumiałem argumenty, które Pine usiłował za pomocą fal dźwiękowych przesłać do jej mózgu, skończyło się tym, że sprałem na kwaśne jabłko własnego szefa. Potem zabrałem Marię do mieszkania, o którym wiedziałem, że jest do wynajęcia, a później poszedłem do Hoffmanna i oświadczyłem, że na alfonsa też się nie nadaję.

Hoffmann jednak powiedział – na co również nie miałem żadnych kontrargumentów – że nie może pozwolić, by ludzie nie spłacali długów, bo takie historie natychmiast wywierają wpływ na dyscyplinę płatniczą innych, ważniejszych klientów. Mając więc świadomość tego, że Pine i Hoffmann ścigają dziewczynę, która była na tyle głupia, że przejęła długi swojego chłopaka, zacząłem szukać Francuza, aż w końcu go znalazłem w komunie na Fagerborg. Był równie zaćpany, co spłukany, więc zrozumiałem, że bez względu na to, jak będę nim potrząsał, z kieszeni nie wypadnie mu nawet korona. Poinformowałem go, że jeśli znów bodaj zbliży się do Marii, wbiję mu kość nosową w mózg. Prawdę mówiąc, wątpię, by cokolwiek jeszcze zostało z jednego i drugiego. Potem poszedłem do Hoffmanna, oznajmiłem, że chłopak Marii nareszcie zdobył jakąś forsę, wręczyłem mu trzynaście tysięcy i powiedziałem, że liczę, iż sezon polowań na tę dziewczynę można tym samym uznać za zakończony.

Nie wiem, czy Maria coś brała, będąc z tym typem, czy również należała do tych, którzy pragną się czemuś podporządkować, w każdym razie teraz wydawała się czysta. Pracowała w delikatesach, do których przychodziłem od czasu do czasu, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku i czy nie pojawił się ten ćpun, żeby znów wciągnąć ją w bagno. Oczywiście dbałem o to, by mnie nie widziała, stałem tylko w ciemności i zaglądałem do oświetlonego sklepu, widziałem ją siedzącą przy kasie, patrzyłem, jak wbija ceny i pokazuje na inne kasjerki, jeżeli jakiś klient coś do niej mówił. Chyba wszyscy mamy od czasu do czasu potrzebę poczuć, że umiemy wziąć przykład z rodziców? Nie mam pojęcia, co takiego było w moim ojcu, z czego mógłbym brać przykład, tu raczej chodziło o moją matkę. Potrafiła dbać o innych lepiej niż o siebie samą, a ja chyba uważałem to za coś w rodzaju ideału, Bóg jeden wie. I tak nie bardzo miałem na co wydawać pieniądze, które zarabiałem u Hoffmanna, nic więc się nie stało, że podrzuciłem atutową kartę dziewczynie, która przy rozdaniu dostała takie wszawe blotki.

A więc tak. Możemy podsumować następująco: nie umiem jeździć wolno, jestem miękki jak masło, zbyt łatwo się zakochuję, tracę głowę, kiedy się wkurzę, i jestem słaby z rachunków. Czytałem to i owo, ale wiem mało, a w każdym razie niewiele o rzeczach, które mogą się przydać. I piszę wolniej, niż rośnie stalaktyt.

Do czego więc, na miłość boską, ktoś taki jak Daniel Hoffmann może wykorzystać kogoś takiego jak ja?

Odpowiedź brzmi – jak chyba można było już się zorientować – jako likwidatora.

Nie muszę jeździć samochodem, zabijam na ogół mężczyzn z rodzaju tych, którzy na to zasługują, i nie potrzebuję dokonywać przy tym skomplikowanych rachunków. Przynajmniej do tej pory.

Bo rachunki były tylko dwa.

Po pierwsze rachunek, w którym obliczeń należy dokonywać nieustannie: kiedy konkretnie będziesz miał takiego haka na swojego szefa, żeby zaczął się tym martwić – bo wtedy wiesz, że już się zastanawia, czy nie musi zlikwidować likwidatora. Trochę tak jak z czarną wdową, prawda? Nie, żebym znał się na arachnologii czy jak się to nazywa, ale czy nie jest tak, że czarna wdowa pozwala dokazywać o wiele od niej mniejszemu samcowi, a kiedy on skończy i nie jest jej już potrzebny, wtedy go zjada? W książce Królestwo zwierząt, tom 4: Owady i pająki w Bibliotece Deichmana jest w każdym razie zdjęcie czarnej wdowy, z której otworu rozrodczego zwisa odgryziona nogogłaszczka, czyli taki pajęczy fiut. Na zdjęciu widać też krwistoczerwoną plamkę w kształcie klepsydry, którą samica ma na brzuchu. Bo piasek w klepsydrze się przesypuje, ty żałosny, napalony samcu, musisz wiedzieć, ile masz czasu na wizytę, a raczej kiedy ten czas się kończy. Wtedy spieprzaj stamtąd, wszystko jedno, deszcz czy śnieg, dwie kule w boku czy nie, chodzi tylko o to, aby się dostać tam, gdzie możesz znaleźć ocalenie.

Właśnie tak to widziałem. Rób to, co musisz, ale za bardzo się nie zbliżaj.

Dlatego cholernie nie podobało mi się to nowe zlecenie od Hoffmanna.

Chciał, żebym zlikwidował jego żonę.

2

– Chcę, żeby to wyglądało na włamanie, Olav.

– Dlaczego?

– Bo to musi wyglądać na coś innego, niż będzie w rzeczywistości, Olav. Policjanci zawsze tak się wzruszają, kiedy giną cywile. W trakcie śledztwa wykazują nadgorliwość. A gdy znaleziona zostaje martwa kobieta, która miała kochanka, wszystko wskazuje na męża. Oczywiście w dziewięćdziesięciu procentach słusznie.

– Siedemdziesięciu czterech, sir.

– Słucham?

– Tak tylko gdzieś czytałem, sir.

W Norwegii zwykle nie zwracamy się sir do nikogo, bez względu na władzę, jaką sprawuje. Z wyjątkiem członków rodziny królewskiej, rzecz jasna, do których mówi się Wasza Królewska Mość. Daniel Hoffmann zapewne by tak wolał. Tytuł sir zaimportował z Anglii wraz z meblami obitymi skórą, regałami z czerwonego mahoniu i oprawionymi w skórę książkami ze starymi, pożółkłymi, nieczytanymi stronicami, z pewnością powieściami angielskich klasyków, ale co ja tam wiem. Rozpoznawałem tylko najpopularniejszych: Dickensa, Brontë i Austen. W każdym razie martwi pisarze tak wysuszali powietrze w jego gabinecie, że jeszcze długo po tych wizytach wykasływałem celulozowy pył. Nie mam zielonego pojęcia, co w Anglii aż tak bardzo fascynowało Hoffmanna, ale wiedziałem, że przez krótki czas tam studiował i wrócił do domu z walizką pełną tweedowych garniturów, ambicji i sztucznych grzecznościowych formułek wypowiadanych oksfordzką angielszczyzną z norweskim akcentem. Za to bez dyplomu czy jakiejkolwiek innej wiedzy oprócz tej, że światem rządzą pieniądze. No i jeszcze że jeżeli chce odnieść sukces w interesach, to musi stawiać na branżę, w której konkurencja jest najsłabsza. W Oslo w tym czasie taką branżą był rynek prostytutek. W zasadzie prawie nie wymagało to analizy. Daniel Hoffmann zrozumiał, że na rynku, którym rządzą szarlatani, idioci i amatorzy, nawet przeciętniak ma szanse zasiąść na tronie. Pozostawała jedynie kwestia niezbędnej moralnej elastyczności, która stanowi wymóg codziennego rekrutowania młodych kobiet i nakłaniania ich do prostytuowania się. Daniel Hoffmann po krótkim namyśle stwierdził, że ją ma. Gdy kilka lat później zaczął rozszerzać działalność o rynek heroiny, już uważał się za człowieka, który odniósł sukces. A ponieważ królami rynku heroiny w Oslo do tej pory byli nie tylko szarlatani, idioci i amatorzy, lecz na dodatek jeszcze ćpuny z zakutymi łbami, zaś moralna elastyczność Hoffmanna pozwalała mu – jak się okazało – na wciąganie młodych ludzi do narkotykowego piekła, to odniósł kolejny sukces. Obecnie jedynym problemem Hoffmanna był Rybak. Konkurent stosunkowo świeżej daty na rynku heroinowym, niestety, wcale nie idiota. Bóg jeden wie, że klientów w Oslo wystarczyłoby dla nich obu, a jednak starali się, jak potrafili, zetrzeć siebie nawzajem z powierzchni ziemi. Dlaczego? Hm. Przypuszczam, że żaden z nich nie urodził się z moim talentem do podporządkowania się. A rzeczy się komplikują, gdy ludzie, którzy m u s z ą rządzić, m u s z ą siedzieć na tronie, odkrywają niewierność swoich kobiet. Przypuszczam, że takim Danielom Hoffmannom żyłoby się lepiej i prościej, gdyby potrafili spojrzeć przez palce, a przynajmniej wybaczyć żonie jeden czy drugi romans.

– Myślałem o tym, żeby zrobić sobie przerwę świąteczną – powiedziałem. – Zaprosić kogoś i wyjechać na pewien czas.

– Zaprosić? Nie sądziłem, żebyś pozostawał z kimś w tak intymnych stosunkach, Olav. To jedna z rzeczy, które w tobie lubię. To, że nie masz komu zwierzać się z tajemnic. – Roześmiał się i strzepnął popiół z cygara. Nie obraziłem się. On wcale nie chciał mnie urazić. Na pierścieniu opasującym cygaro był napis Cohiba. Czytałem gdzieś, że na przełomie stuleci cygara były w zachodnim świecie najczęściej wręczanym prezentem gwiazdkowym. Czy to by nie wyglądało dziwnie? Przecież nawet nie wiedziałem, czy ona pali. W każdym razie w pracy nie widziałem jej z papierosem.

– Jeszcze nie pytałem – wyjaśniłem. – Ale...

– Zapłacę ci pięciokrotność twojego zwykłego honorarium – oświadczył Hoffmann. – Później będziesz mógł zabrać tę osobę na niekończące się ferie świąteczne, jeśli zechcesz.

Próbowałem policzyć. Ale, jak wspominałem, nie nadaję się do tego.

– Tutaj masz adres – powiedział Hoffmann.

Pracowałem dla niego od czterech lat, a do tej pory nie wiedziałem, gdzie mieszka. Po co miałem to wiedzieć? On też nie znał mojego adresu. Nie poznałem również jego nowej żony. Byłem tylko świadkiem, jak Pinemu nie zamykała się gęba, kiedy gadał i gadał o tym, jaka z niej laska i ile by zgarnął, gdyby miał na ulicy kilka takich panienek jak ona.

– Na ogół w ciągu dnia siedzi sama w domu – podjął Hoffmann. – Przynajmniej tak mi mówi. Załatw tę sprawę, jak chcesz, Olav. Ufam ci. Im mniej będę wiedział, tym lepiej. Rozumiesz?

Pokiwałem głową. Tym lepiej, pomyślałem. Im mniej.

– Olav?

– Tak, sir, rozumiem.

– To dobrze.

– Proszę mi pozwolić zastanowić się nad tym do jutra, sir.

Hoffmann uniósł starannie wypielęgnowaną brew. Nie bardzo się znam na ewolucji i tych tam sprawach, ale czy Darwin nie twierdził, że istnieje sześć uniwersalnych min wyrażających ludzkie uczucia? Nie mam pojęcia, czy Hoffmann ma sześć ludzkich uczuć, ale sądzę, że tym, co pragnął zakomunikować poprzez uniesienie tej brwi – w przeciwieństwie do tego, co oznaczałoby jawne otwarcie ust – było łagodne zaskoczenie powiązane z inteligentną refleksją.

– Właśnie przekazałem ci szczegóły, Olav, a ty teraz, już po fakcie, zastanawiasz się, czy się nie wycofać?

 

Groźbę ledwie dało się uchwycić. Zresztą gdyby tak było, raczej w ogóle bym jej nie zauważył – jestem beznadziejnie niemuzykalny, jeśli chodzi o wyłapywanie pół- i ćwierćtonów w tym, co mówią ludzie. Należało więc założyć, że ta groźba zabrzmiała wyraźnie. Daniel Hoffmann miał niebieskie, przejrzyste oczy i czarne rzęsy, górne i dolne. Gdyby był dziewczyną, pomyślałbym, że się umalował. Nie wiem, dlaczego o tym wspominam, bo to nie ma żadnego związku ze sprawą.

– Nie zdążyłem tego zasygnalizować, zanim podał mi pan szczegóły, sir. Dam panu odpowiedź dziś wieczorem, w porządku, sir?

Spojrzał na mnie. Dmuchnął w moją stronę dymem z cygara. Siedziałem z rękami na kolanach. Gładziłem palcami daszek kaszkietu, którego nie miałem.

– Przed szóstą – odparł. – Wtedy wychodzę z biura.

Kiwnąłem głową.

Kiedy szedłem do domu ulicami w śnieżnej zadymce, była czwarta i po kilku godzinach szarówki znów nadciągała ciemność. Wciąż wiało, z mrocznych zaułków dobiegał świst, niepowiązany z żadną twarzą. Śnieg trzeszczał pod butami jak kartki przesuszonych książek, a ja myślałem. Zwykle staram się tego unikać; nie jest to dziedzina, w której dostrzegam potencjał poprawy poprzez praktykę, a poza tym wiem z doświadczenia, że rzadko prowadzi to do czegoś dobrego. Ale wróciłem do pierwszego z dwóch rachunków. Sama likwidacja powinna pójść gładko. Prawdopodobnie łatwiej niż moje poprzednie roboty. I to, że ta kobieta miała umrzeć, również było okej; tak jak już wspominałem, uważam, że ludzie – zarówno mężczyźni, jak i kobiety – powinni ponosić konsekwencje popełnianych błędów. Bardziej martwiła mnie nieuchronność tego, co musiało nastąpić później. Stanę się przecież facetem, który zlikwidował żonę Daniela Hoffmanna. Tym, który wie wszystko i który w chwili rozpoczęcia policyjnego śledztwa będzie posiadał moc decydowania o losie Daniela Hoffmanna, decydowania o człowieku niezdolnym do podporządkowania się, a w dodatku winnym mi pięciokrotność mojego zwykłego honorarium. Dlaczego zaproponował mi je za coś, co było mniej niż średnio skomplikowanym zleceniem?

Czułem się jak facet siedzący przy stoliku do pokera z czterema uzbrojonymi po zęby i z natury podejrzliwymi gośćmi, którzy nie umieją przegrywać. Właśnie dostał bezpośrednio do ręki cztery asy. Czasami dobre wiadomości bywają tak niewiarygodnie dobre, że są złe.

Okej. Mądry pokerzysta w takiej sytuacji pewnie wymieniłby karty, pogodził się z przegraną i wykrzesał z siebie nadzieję na więcej – i bardziej adekwatnego – szczęścia przy następnej partii. Mój problem polegał jednak na tym, że na wymianę kart było już za późno. Wiedziałem, że to Hoffmann będzie stał za zabójstwem swojej żony, bez względu na to, czy zrobię to ja, czy ktoś inny.

Zorientowałem się, dokąd zaniosły mnie nogi. Zapatrzyłem się w światło.

Upięła włosy w kok, dokładnie tak, jak czesała się moja matka. Kiwała głową i uśmiechała się do klientów, którzy się do niej odzywali. Większość pewnie już wiedziała, że jest głuchoniema. Mówili do niej: „Wesołych świąt”, „Do widzenia”. Zwykłe życzliwe słowa, jakie mówią sobie normalni ludzie.

Pięciokrotność zwykłego honorarium. Niekończące się ferie świąteczne.

3

Dzień później wynająłem pokój w pensjonacie położonym naprzeciwko mieszkania Hoffmannów na Bygdøy allé. Zamierzałem przez parę dni poobserwować, czym zajmuje się żona Hoffmanna, czy gdzieś wychodzi w czasie, gdy mąż jest w pracy, albo czy ktoś ją odwiedza. Nie interesowało mnie, kim jest jej kochanek. Chodziło mi wyłącznie o znalezienie najkorzystniejszego, najmniej ryzykownego momentu, w którym mógłbym uderzyć: kiedy była sama w domu i nikt nie mógł mi przeszkodzić.

Okazało się, że z mojego pokoju w pensjonacie widzę nie tylko, kiedy Corina Hoffmann wychodzi i wraca, lecz mam też idealny widok na to, czym się zajmuje w mieszkaniu. Hoffmannowie bowiem najwyraźniej nie lubili zasłon. Mało kto lubi zasłony w mieście, w którym nie trzeba odgradzać się od słońca, a ludzi na ulicach bardziej interesuje dotarcie pod dach, do najbliższego pieca, niż stanie i gapienie się w czyjeś okna.

Przez pierwsze godziny nie zauważyłem nikogo wewnątrz. Widziałem jedynie salon skąpany w świetle. Hoffmannowie nie oszczędzali prądu. Meble nie były angielskie, wyglądały mi bardziej na francuskie, zwłaszcza ta dziwna kanapa ustawiona na środku pokoju, która miała oparcie tylko z jednego, krótszego boku. Chyba właśnie to Francuzi nazywają szezlongiem, a nazwa ta – jeśli mój nauczyciel francuskiego mnie nie oszukał – oznacza „długie krzesło”. Mebel miał wyrafinowane, asymetryczne rzeźbienia, roślinny motyw na obiciu. Według książki o historii sztuki, należącej do mojej matki, rokoko, ale znałem się na tym tak mało, że równie dobrze mebel mógł wyjść spod ręki jakiegoś miejscowego stolarza i zostać ozdobiony ludowymi norweskimi wzorami. W każdym razie wnętrza nie urządziłaby tak osoba młoda, obstawiałem więc, że to wybór poprzedniej żony Hoffmanna. Pine mówił, że Hoffmann wyrzucił ją tego roku, kiedy skończyła pięćdziesiąt lat. D l a t e g o, że skończyła pięćdziesiąt lat. I dlatego, że ich syn się wyprowadził, więc nie pełniła już żadnej funkcji w domu. Wszystko to – według Pinego – Hoffmann powiedział jej wprost, a ona to zaakceptowała. To, mieszkanie z widokiem na morze i czek na półtora miliona.

Żeby czas jakoś mi płynął, wyjąłem kartki z moimi zapiskami. To tylko taka tam bazgranina. Chociaż nie, nieprawda, to raczej list. Nie wiem do kogo. A raczej wiem. No ale nie jestem najlepszy w pisaniu, robię masę błędów, sporo muszę kreślić. Zużyłem mnóstwo papieru i atramentu na słowa, które się ostały, że się tak wyrażę. Tego dnia szło mi tak opornie, że w końcu odłożyłem kartki, zapaliłem papierosa i trochę pomarzyłem na jawie.

Jak już wspomniałem, nigdy nie widziałem nikogo z rodziny Hoffmanna, ale teraz, siedząc tu i wpatrując się w mieszkanie po drugiej stronie ulicy, zacząłem ich sobie wyobrażać. Lubię zaglądać do cudzych domów. Zawsze lubiłem. Zająłem się więc tym, czym zawsze się zajmuję. Wyobrażaniem sobie życia rodzinnego toczącego się za oknami. Dziewięcioletniego syna, który wraca do domu ze szkoły, a potem siedzi w salonie i czyta najprzeróżniejsze książki wypożyczone z biblioteki. Matkę, która cicho podśpiewuje, szykując obiad w kuchni. I ten moment, kiedy matka i syn sztywnieją na ułamek sekundy, gdy otwierają się drzwi. A potem, kiedy mężczyzna staje w progu i z wyraźną dykcją woła wesoło: „Jestem w domu!”, oboje oddychają z ulgą, biegną do przedpokoju i mocno go obejmują.

Właśnie kiedy siedziałem zatopiony w takich przyjemnych myślach, Corina Hoffmann przeszła z sypialni do salonu i wszystko się odmieniło.

Światło.

Temperatura.

Rachunek.

Tego popołudnia nie wybrałem się do delikatesów.

Nie czekałem, aż Maria zamknie, co robiłem od czasu do czasu, i nie poszedłem za nią w bezpiecznej odległości do podziemnej kolejki. Nie stanąłem za nią w tłoku w wagonie, w którym zawsze wolała stać, nawet jeśli były wolne miejsca. Tego popołudnia nie sterczałem tam jak szaleniec i nie szeptałem słów, które tylko ja mogłem usłyszeć.

Tego popołudnia siedziałem w ciemnym pokoju i jak zaczarowany gapiłem się na kobietę po drugiej stronie ulicy. Na Corinę Hoffmann. Mogłem mówić, co chciałem, i tak głośno, jak chciałem. Nikt inny mnie nie słyszał. I nie musiałem patrzeć na nią od tyłu, na jej kok, żeby wyobrażać sobie nieistniejące piękno.

Tancerka na linie. Taka była moja pierwsza myśl, kiedy Corina Hoffmann weszła do salonu. Miała na sobie biały szlafrok frotté i poruszała się jak kot. Nie mam na myśli inochodu, jakim przemieszczają się niektóre ssaki, na przykład koty i wielbłądy – jednocześnie przestawiają obie nogi po jednej stronie ciała, a następnie unoszą dwie z drugiej strony. Tak słyszałem. Chodzi mi o to, że kotowate – jeśli usłyszałem dobrze – stąpają na palcach, a tylne łapy stawiają na śladach przednich. Właśnie to robiła Corina. Stawiała jedną bosą stopę tuż przed drugą, nie zginając przy tym nogi w kostce. Jak tancerka na linie.

W Corinie Hoffmann wszystko było piękne. Twarz z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, wargi Brigitte Bardot, jasne, lekko zmierzwione proste włosy. Długie szczupłe ręce wystające z szerokich rękawów szlafroka, górna część piersi tak miękka, że poruszała się, kiedy ona szła i kiedy oddychała. I ta biała, biała skóra, na rękach, twarzy, piersiach, łydkach, mój Boże, to przypominało pokryte śniegiem płaskowyże drżące w słońcu, coś, od czego w ciągu kilku godzin można się nabawić ślepoty śnieżnej. Krótko mówiąc, w Corinie Hoffmann podobało mi się wszystko. Wszystko, z wyjątkiem nazwiska.

Wyglądało na to, że się nudzi. Wypiła kawę. Porozmawiała przez telefon. Poczytała trochę jakiś magazyn, ale zignorowała gazety. Zniknęła w łazience i wyszła z niej, nadal w szlafroku. Nastawiła płytę, do której trochę, bez entuzjazmu, potańczyła. Chyba swing. Coś zjadła. Spojrzała na zegarek. Dochodziła szósta. Przebrała się w sukienkę. Uczesała się i nastawiła inną płytę. Otworzyłem okno i usiłowałem się wsłuchać, ale był za duży ruch. Znów więc sięgnąłem po lornetkę i spróbowałem wyostrzyć obraz okładki płyty, którą położyła na niskim stole w salonie. Na wierzchu widniał chyba portret kompozytora. Antonio Lucio Vivaldi? Kto wie. Najważniejsze, że kobieta, do której Daniel Hoffmann wrócił piętnaście po szóstej, była zupełnie inną osobą niż ta, z którą spędziłem cały dzień.

Chodzili wokół siebie. Nie dotykali się. Nie rozmawiali ze sobą. Jak dwa elektrony, które wzajemnie odpychają się od siebie, ponieważ są tak samo ujemnie naładowane. W końcu jednak zamknęli drzwi do wspólnej sypialni.

Położyłem się, ale nie mogłem zasnąć.

Co sprawia, że dociera do nas świadomość naszej śmiertelności? Co się wydarza w dniu, gdy nagle już wiemy, że to nie tylko ewentualność, ale cholerny fakt, że nasze życie się skończy? Z pewnością z każdym jest inaczej, ale na mnie podziałał tak widok agonii mojego ojca. Banalność i fizyczność śmierci, patrzenie na to jak na muchę zdychającą na parapecie. Dlatego bardziej interesujące jest pytanie: Co sprawia, że po uzyskaniu tej wiedzy znów zaczynamy wątpić? Czy staliśmy się mądrzejsi? Uważamy jak ten filozof – David jakiś tam – że chociaż coś regularnie się powtarza, to jednak nie ma pewności, że powtórzy się kolejny raz. Nie mając logicznego dowodu, n i e w i e m y na pewno, że historia się powtórzy. A może po prostu zdążyliśmy się zestarzeć i zaczęliśmy bardziej się bać, ponieważ to się zbliża? Czy może chodzi o coś zupełnie innego? Na przykład o to, że nagle pewnego dnia widzimy coś, czego istnienia sobie nie uświadamialiśmy. Czujemy coś, a nie wiedzieliśmy, że możemy to poczuć. Pukając w ścianę pokoju, słyszymy głuchy odgłos i rozumiemy, że za pokojem może być jeszcze jeden pokój. Zapala się nadzieja, bolesna, denerwująca nadzieja, która cały czas podgryza i nie pozwala się zignorować. Nadzieja na istnienie drogi ucieczki, dzięki której da się oszukać śmierć, bocznej uliczki, prowadzącej do miejsca, o którym się nie wiedziało. Nadzieja na to, że istnieje sens. Że istnieje opowieść.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?