Doktor Proktor i proszek pierdzioszekTekst

Autor:Jo Nesbø
Z serii: Doktor Proktor #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Doktor Proktor i proszek pierdzioszek
Doktor Proktor
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,80  46,24 
Doktor Proktor i proszek pierdzioszek
Doktor Proktor i proszek pierdzioszek
Doktor Proktor i proszek pierdzioszek
E-book
27,90  22,88 
Szczegóły
Doktor Proktor
Doktor Proktor
Doktor Proktor
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
29,90  25,71 
Szczegóły
Doktor Proktor i wanna czasu
Doktor Proktor i wanna czasu
Doktor Proktor i wanna czasu
E-book
29,50  24,19 
Szczegóły
Doktor Proktor i niemal ostatnie święta
Doktor Proktor i niemal ostatnie święta
E-book
29,50  24,19 
Szczegóły
Doktor Proktor i koniec swiata. Być może
Doktor Proktor i koniec swiata. Być może
E-book
31,90  26,16 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożyła z norweskiego

Iwona Zimnicka

Ilustracje

Per Dybvig


WROCŁAW 2018

Tytuł oryginału

Doktor Proktors prompepulver

Projekt okładki

MAGDALENA ZAWADZKA

Koordynacja projektu

NATALIA TWARDY, NATALIA STECKA

Redakcja

GRAŻYNA MASTALERZ

Skład

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright © Jo Nesbø 2007

Illustrations copyright © Per Dybvig 2007

Polish edition © Publicat S.A. MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Published by agreement with Salomonsson Agency

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-271-5876-5


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


S p i s t r e ś c i

ROZDZIAŁ 1. Nowy sąsiad

ROZDZIAŁ 2. Kozy cierpiące na chorobę morską

ROZDZIAŁ 3. Pierwsza próba proszku

ROZDZIAŁ 4. Nowy chłopiec w klasie pani Strobe

ROZDZIAŁ 5. Bulek wpada na pomysł

ROZDZIAŁ 6. Dyrygent Madsen i szkolna orkiestra dęta

ROZDZIAŁ 7. Noc w rurze ściekowej

ROZDZIAŁ 8. Bulek uprawia prostą matematykę

ROZDZIAŁ 9. Prykonauta

ROZDZIAŁ 10. Idiotus Kolossalus i Juliette Margarin

ROZDZIAŁ 11. Wielka sprzedaż proszku

ROZDZIAŁ 12. Truls i Trym odlatują

ROZDZIAŁ 13. Idealny dzień?

ROZDZIAŁ 14. Trzy ciemne typki i ich plan

ROZDZIAŁ 15. Cela Umarlaka

ROZDZIAŁ 16. Wielka ucieczka

ROZDZIAŁ 17. Życie w kanałach

ROZDZIAŁ 18. Jeszcze większa ucieczka

ROZDZIAŁ 19. Urząd Patentowy

ROZDZIAŁ 20. Przyznanie się do winy

ROZDZIAŁ 21. 17 maja

ROZDZIAŁ 22. Ostatni rozdział


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes



Był maj. Słońce, kiedy już poświeciło jakiś czas nad Japonią, Rosją i Szwecją, wstało nad Oslo. Oslo to całkiem nieduża stolica całkiem niedużego kraju, który nazywa się Norwegia. Słońce od razu zaczęło świecić na odpowiednio nieduży żółty zamek, gdzie mieszka Król, który nie rządzi aż tak bardzo, by mogło to w czymś zaszkodzić. Zaświeciło też na twierdzę Akershus.

Oświetliło stare armaty ustawione lufami w stronę fiordu Oslo, przez okno wpadło do gabinetu komendanta, zaświeciło także na ostatnie ze wszystkich drzwi, które prowadziły do najstraszniejszej w całym mieście celi więziennej, nazywanej Celą Umarlaka. Przetrzymywano tam tylko najgroźniejszych i najokrutniejszych złoczyńców.

Cela była pusta, siedział w niej tylko rattus norvegicus, mały norweski szczur. Właśnie brał poranną kąpiel w sedesie. Słońce zawędrowało odrobinę wyżej i zaświeciło na dzieci ze szkolnej orkiestry dętej, które już przećwiczyły bardzo wczesne wstawanie, wkładanie gryzących mundurów, a teraz trenowały maszerowanie i granie prawie do rytmu.

Wkrótce bowiem miał nadejść siedemnasty maja, Święto Niepodległości, a tego dnia wszystkie szkolne orkiestry w całym tym niedużym kraju musiały wstać bardzo wcześnie, ubrać się w gryzące mundury i grać prawie do rytmu.

Słońce podniosło się jeszcze ciut wyżej i oświetliło nabrzeże portu, do którego właśnie dobił statek z chińskiego miasta Szanghaj. Deski pomostu z trzaskiem uginały się pod stopami dokerów, którzy biegali tam i z powrotem, rozładowując towary. Kilka promyków przedostało się przez szpary między deskami i dotarło do rury kanalizacyjnej wchodzącej do morza pod pomostem.

Jednemu jedynemu promyczkowi udało się przeniknąć przez ciemność panującą w rurze – i nagle coś w niej zabłysło. Coś białego, mokrego i bardzo ostrego. Paskudnie przypominającego zębiska. Ktoś, kto by wiedział sporo o gadach, ale poza tym był właściwie głupi, pomyślałby, że to osiemnaście kłów w paszczy największego na świecie i najbardziej przerażającego węża dusiciela. Anakondy. Ale tak głupi nie jest chyba nikt. Bo przecież anakondy żyją w dżungli, w takich rzekach jak płynąca przez Brazylię Amazonka, a nie w rurach kanalizacyjnych biegnących wzdłuż i w poprzek pod całym tym spokojnym, niedużym miastem, które nazywa się Oslo. Anakonda w kanalizacji? Osiemnaście metrów mięśni, które umieją dusić, paszcza wielkości nadmuchiwanego kółka do pływania i zęby przypominające odwrócone lody w rożku? Cha, cha! To ci dopiero!

Wreszcie słońce zaczęło świecić na cichą uliczkę, która nazywała się Armatnia. Jego promienie padły na czerwony dom, a tam komendant twierdzy Akershus jadł właśnie śniadanie ze swoją żoną i córką Lisą. Po drugiej stronie ulicy oświetliły żółty dom, w którym dawniej mieszkała najlepsza przyjaciółka Lisy. Niestety niedawno wyprowadziła się do miasta, które nazywa się Sarpsborg, a Lisa, patrząc na pusty żółty dom, czuła się jeszcze trochę bardziej samotna niż przed wyjazdem przyjaciółki. Bo na ulicy Armatniej nie było żadnych innych dzieci, z którymi Lisa mogłaby się bawić.

Jedynymi dziećmi w sąsiedztwie byli Truls i Trym Thrane, bliźniacy, o dwa lata starsi od Lisy. Mieszkali w wielkiej willi z trzema garażami, na samym początku ulicy. Zimą rzucali twardymi jak kamień śnieżkami w jej rudą główkę. A kiedy pytała, czy się z nią pobawią, urządzali jej chrzciny w śniegu. Twardymi, pokrytymi lodem rękawicami nacierali jej śniegiem buzię i nadawali różne przezwiska, na przykład Lisa Pelisa, Lisica Prymusica albo Komendantka Twierdzy-Śmierdzy. Myślicie może, że Lisa powinna poskarżyć się na tych bardzo źle wychowanych chłopców ich rodzicom? No tak, ale nie znacie ojca Trulsa i Tryma, pana Thrane. Pan Thrane to gruby i stale wściekły typ. Jeszcze grubszy od ojca Lisy i o wiele, wiele bardziej od niego wściekły. I co najmniej dziesięć razy bogatszy. A ponieważ pan Thrane był taki bogaty, to uważał, że nikomu nic do tego, co robi, a już najmniej do wychowywania jego synów!


Pan Thrane miał tyle pieniędzy, ponieważ ukradł kiedyś wynalazek pewnemu biednemu wynalazcy. Tym wynalazkiem był bardzo twardy, bardzo niezwykły i bardzo tajemniczy materiał, z którego robiono między innymi drzwi do więzień, żeby całkowicie uniemożliwić więźniom ucieczkę. Pieniądze zarobione na tym wynalazku pan Thrane wydał na zbudowanie swojego wielkiego domu z trzema garażami i na hummera. Hummer to wielki, wściekły samochód, wymyślony specjalnie na wojnę. Kiedy pan Thrane jechał Armatnią, jego samochód zajmował niemal całą ulicę. Poza tym hummer okropnie zanieczyszczał powietrze. Ale pan Thrane ani trochę się tym nie przejmował, bo lubił wielkie, wściekłe samochody. Poza tym wiedział, że jeśli przez nieuwagę z kimś się zderzy, to jego samochód jest o wiele większy, więc jemu raczej nic się nie stanie.

 



Na szczęście upłynie sporo czasu, zanim Truls i Trym znów będą mogli urządzić Lisie chrzciny, bo słońce już dawno roztopiło śnieg na ulicy Armatniej, a teraz świeciło na zadbane zielone ogródki. Zadbane były wszystkie z wyjątkiem jednego.

Jeden był zarośnięty, szary i krzaczasty, ale i tak się uśmiechał, bo rosły w nim dwie grusze i stał nieduży krzywy domek, kiedyś chyba niebieski. Teraz brakowało mu dachówek, i to przynajmniej było pewne. Mieszkał w nim pewien pan, którego sąsiedzi z ulicy Armatniej rzadko widywali. Lisa ukłoniła mu się tylko dwa razy. Uśmiechnął się, ale wyglądał tak jak jego ogród: był zarośnięty, szary i krzaczasty.

– Co to jest? – wyburczał komendant, kiedy poranną ciszę nagle rozdarł głośny warkot silnika. – Czy to znów ten przeklęty hummer pana Thrane?

Jego żona natychmiast wyciągnęła szyję i wyjrzała przez kuchenne okno.

– Nie, to mi wygląda na samochód do przeprowadzek.

Lisa, która tak w ogóle była grzeczną i dobrze wychowaną dziewczynką, wstała od stołu. Nie spytała o pozwolenie, nie zjadła tego, co miała na talerzu, ani nawet nie podziękowała. Wybiegła na schody. I rzeczywiście: przed pustym żółtym domem parkowała ciężarówka z napisem na boku: SZYBKO I PO WARIACKU. A z tej ciężarówki wynoszono już kartonowe pudła.

Lisa zbiegła ze schodów i podeszła do tak zwanej jabłonki przy płocie, żeby lepiej widzieć. Mężczyźni w kombinezonach wnosili meble, lampy i wielkie brzydkie obrazy. Zobaczyła, że jeden z tragarzy pokazał drugiemu pogiętą trąbkę leżącą na którymś z kartonów i obaj wybuchnęli śmiechem. Lisa nie dostrzegła jednak tego, na co tak bardzo liczyła: lalek, małych rowerków albo krótkich nart. A to mogło oznaczać tylko tyle, że ci, którzy się tu sprowadzają, nie mają dzieci, a już na pewno nie mają dziewczynki w jej wieku. Westchnęła ciężko.

W tej samej chwili usłyszała jakiś głos.

– Cześć!

Rozejrzała się zdumiona, ale nikogo nie zauważyła.

– Tutaj!


Spojrzała na drzewo, które tatuś nazywał jabłonką, chociaż nikt nigdy nie widział na nim jabłka. No ale teraz przynajmniej drzewo zaczęło mówić.

– Nie tam – usłyszała wyraźnie. – Tutaj!

Lisa wspięła się na palce i wyjrzała przez płot na ulicę. Stał tam mały chłopczyk z rudymi włosami. Ba, nie dość, że z rudymi, to jeszcze jaskraworudymi! I nie był po prostu mały: był malusieńki. Miał malusieńką buzię z malusieńkimi oczami i malusieńkim zadartym nosem. Duże miał jedynie piegi.

– Mam na imię Bulek – przedstawił się. – I co o tym powiemy?

– O czym? – zdziwiła się Lisa.

– O tym, że się ma na imię Bulek. To nie jest zwykłe imię.

Lisa się zastanowiła.

– Nie wiem – powiedziała.

– To świetnie. – Chłopczyk się uśmiechnął. – Bulek rymuje się z Trulek. Ale nie mówmy już o tym. Zgadzasz się?


Lisa kiwnęła głową. Chłopiec wsunął prawy palec wskazujący do lewego ucha.

– A ty jak masz na imię?

– Lisa – powiedziała Lisa.

Palec Bulka cały czas się poruszał, ale chłopiec nie spuszczał Lisy z oka. W końcu wyjął palec z ucha, spojrzał na niego zadowolony i wytarł o nogawkę spodni.

– Nie przychodzi mi do głowy nic, co by się rymowało z Lisa – odezwał się w końcu. – Masz szczęście.

– Wprowadzacie się do domu Anny?

– Nie wiem, kim jest Anna, ale wprowadzamy się do tej żółtej rudery. – Bulek wskazał kciukiem za plecy.

– Anna to moja najlepsza przyjaciółka – wyjaśniła Lisa. – Wyprowadziła się do Sarpsborga.

– Ojej, to daleko! – stwierdził Bulek. – Szczególnie gdy mowa o najlepszej przyjaciółce.

– Tak? – zdziwiła się Lisa. – Anna mówiła, że to wcale nie tak daleko. Powiedziała, że kiedy będę chciała ją odwiedzić, wystarczy, że pojadę siedemdziesiąt trzy kilometry autostradą na południe.

Bulek z ponurą miną pokręcił głową.

– Na południe, owszem, to się zgadza. Ale nie wiadomo, czy autostrada dochodzi aż tak daleko. Przecież Sarpsborg leży na południowej półkuli.

– Na południowym czym? – spytała przerażona Lisa.

– Na południowej półkuli – powtórzył Bulek. – To znaczy, że leży po drugiej stronie kuli ziemskiej.

– Ojej! – zmartwiła się Lisa, ale po chwili namysłu dodała: – Tatuś mówi, że na południu przez cały rok jest ciepło, więc Anna na pewno może się kąpać w morzu i latem, i zimą.

– Skąd! – obruszył się Bulek. – Sarpsborg leży tak daleko na południu, że jest już prawie na biegunie południowym. Zimno tam jak w psiarni. A na dachach mieszkają pingwiny.

– To znaczy, że w Sarpsborgu śnieg pada przez cały rok? – przeraziła się Lisa.

Bulek kiwnął głową, a Lisę przeszły ciarki. Nagle Bulek zacisnął wargi i jednocześnie wydmuchnął przez nie powietrze. Zabrzmiało to tak, jakby puścił bąka. Lisa zmarszczyła czoło, bo pomyślała o Komendantce Twierdzy-Śmierdzy.

– Próbujesz się ze mną drażnić? – spytała.

Ale Bulek pokręcił głową.

– Trenuję – oświadczył. – Gram na trąbce. Muszę cały czas ćwiczyć. Nawet bez trąbki.

Lisa przekrzywiła głowę i popatrzyła na niego z ukosa. Nie była już pewna, czy Bulek mówi samą prawdę.

– Liso, zanim wyjdziesz do szkoły, musisz umyć zęby! – usłyszała grzmiący głos. To był jej ojciec. Już włożył niebieski mundur komendanta i kołysząc się na nogach, dźwigał swój wielki brzuch do furtki. – Rano przypłynął z Szanghaju statek i przywiózł proch do naszych armat, więc wrócę do domu późno. A ty pamiętaj, masz dzisiaj być grzeczna i miła.

– Dobrze, tatusiu – powiedziała Lisa, która zawsze była grzeczna i miła. Ale wiedziała, że dzień, w którym przypływa proch do armat, jest bardzo wyjątkowy. Proch opływał pół kuli ziemskiej i należało się z nim obchodzić z największą ostrożnością i szacunkiem, bo miano go użyć do oddania Wielkiego i Słynnego Prawie na Całym Świecie Królewskiego Salutu Armatniego w twierdzy Akershus w sam Dzień Niepodległości, czyli siedemnastego maja.

– Tatusiu, wiedziałeś, że Sarpsborg leży na południowej... hm... półkuli?

Komendant przystanął i zmarszczył czoło.

– A kto tak mówi?

– Bulek.

– Kto, kto?

Lisa wskazała palcem.

– Bul... – zaczęła, ale umilkła, bo się zorientowała, że wskazuje na ulicę Armatnią, na której jest tylko ulica, nie ma żadnego Bulka.


Kiedy Bulek usłyszał, jak ojciec Lisy, komendant, mówi, że Lisa musi iść do szkoły, przypomniał sobie, że i on powinien. Nie wiedział tylko, gdzie jest szkoła. Pomyślał jednak, że jeśli się pospieszy, to może jeszcze zdąży zjeść śniadanie, znaleźć szkolny plecak i nawet umyć zęby, a potem przyłączy się do kogoś, kto będzie znał drogę do tej nowej szkoły.

Przemknął między nogami tragarzy i wpadł do nowego domu. Na jednym z kartonów stojących w korytarzu zobaczył swoją trąbkę. Odetchnął z ulgą i natychmiast ją stamtąd zabrał. Bulek, jego siostra i mama przyjechali już poprzedniego wieczoru, razem z pierwszą partią rzeczy, a on martwił się jedynie o to, że panowie od przeprowadzki zapomną o kartonie z trąbką.

Ostrożnie przyłożył wargi do ustnika.

Dziadek stale powtarzał: „Trąbkę należy całować jak kobietę”. Bulek nigdy w życiu nie całował kobiety, a przynajmniej nie w ten sposób, nie w same usta. I prawdę mówiąc, miał nadzieję, że go to ominie. Wdmuchnął do trąbki powietrze. Zameczała jak cierpiąca na chorobę morską koza. Mało kto słyszał, jak meczą kozy, które cierpią na chorobę morską, ale właśnie tak to zabrzmiało.

Usłyszał walenie w ścianę. Wiedział, że to mama i że jeszcze nie wstała.

– Przestań, Bulek! Za wcześnie! – zawołała. – Jeszcze nie ma ósmej. Śpimy!

Zawsze mówiła w liczbie mnogiej, chociaż była w sypialni sama. Zawsze „śpimy” i zawsze „zrobimy sobie kawkę”. Tak jakby tata nie odszedł, jakby wciąż z nią był, przechowywany w małym pudełeczku, które od czasu do czasu wyjmowała, kiedy Bulek nie widział. Taki tatuś w miniaturze, przypominający tego tatusia, którego Bulek znał ze zdjęć. Miniatura to coś, co jest bardzo małe. To nawet pasowało. Bulek powinien mieć miniaturowego tatusia, skoro był najmniejszym chłopcem, jakiego sam w życiu widział.

Poszedł do kuchni i przygotował sobie śniadanie. Chociaż sprowadzili się zaledwie dzień wcześniej, znalazł wszystko, czego potrzebował. Przenosili się już tyle razy, że mniej więcej wiedział, gdzie mama co pochowa. Talerzyki w szafce z lewej strony, sztućce w górnej szufladzie, chleb w następnej.

Już miał wbić zęby w grubą kromkę chleba z salami, kiedy nagle ktoś wyrwał mu ją z ręki.

– Jak się miewa karzełek? – spytała Eva i wbiła zęby dokładnie w to miejsce, w które Bulek zamierzał wbić swoje. Eva była siostrą Bulka. Miała piętnaście lat i albo się nudziła, albo złościła.

– Wiesz, że chart to najgłupszy pies na świecie? – spytał Bulek. – Jest taki głupi, że kiedy zabiera jedzenie miniaturowemu pudelkowi, który przypadkiem jest najmądrzejszym psem na świecie, to nie rozumie, że został oszukany.

– Zamknij się! – warknęła Eva.

Ale Bulek się nie zamknął.

– Kiedy miniaturowy pudel zorientuje się, że chart wyczuł zapach kanapki z salami, i już biegnie, żeby mu ją odebrać, smaruje spód kanapki śluzem ślimaków słoniowatych.

– Ślimaków słoniowatych? – prychnęła Eva, patrząc na niego podejrzliwie. Na jej nieszczęście Bulek czytał książki, więc wiedział całkiem sporo rzeczy, których ona nie wiedziała. Dlatego nigdy nie mogła być pewna, czy to, co mówi brat, to tylko bulkowe wymysły, czy coś, co wyczytał w tych głupich książkach. Na przykład o ślimakach słoniowatych mogli pisać w książce, którą Bulek czytał najczęściej, w starym, grubym i zakurzonym tomiszczu po dziadku, zatytułowanym

ZWIERZĘTA, KTÓRYCH ISTNIENIA

BYŚ SOBIE NIE ŻYCZYŁ

– Nie widziałaś ślimaków słoniowatych?! – zawołał Bulek. – Wystarczy wyjrzeć przez okno! Mnóstwo ich grasuje na trawniku. Wielkie, paskudne typy. Kiedy się je ściśnie między okładkami książki, wypływa z nich coś, co przypomina żółtozielone smarki, które ciekną z nosa ludziom chorym na grypę pekińską trzeciego stopnia. A nie ma gorszych smarków niż pekińskie trzeciego stopnia. Z wyłączeniem oczywiście śluzu ślimaków słoniowatych.

– Jeśli dalej będziesz tak kłamał, to pójdziesz do piekła – oświadczyła Eva, ale na wszelki wypadek zerknęła na spód kanapki.

Bulek zeskoczył z krzesła.

– Dobrze by było, żeby mieli w szkole orkiestrę dętą – powiedział. – Mógłbym grać na trąbce.

– Nigdy nie będziesz grał w żadnej orkiestrze! – krzyknęła za nim Eva. – Nikt nie zechce trębacza, który jest taki malutki, że nawet nie sięga do wielkiego bębna. W żadnej orkiestrze nie mają takich małych mundurków!

Bulek włożył malusieńkie buciki, które stały w przedpokoju, wyprężył się na baczność, zacisnął wargi, przyłożył je do ustnika i zagrał na trąbce króciutką melodię, której nauczył go dziadek. Był to sygnał porannej pobudki, napisany specjalnie po to, żeby nim budzić śpiochów.

– Zbiórka! – krzyknął, kiedy skończył grać. Tego również nauczył go dziadek. – Chcę widzieć nogi stojące równo na pokładzie i przytomne spojrzenia! Szykujcie się na poranny apel i odegranie królewskiego hymnu! Baaa... CZNOŚĆ!

Tragarze usłuchali. Gwałtownie zatrzymali się na wysypanej żwirem alejce i znieruchomieli z pięcioosobową kanapą w rękach. Na kilka sekund zapanowała taka cisza, że słychać było jedynie cichutką piosenkę ptaków i śmieciarkę, która właśnie jechała ulicą Armatnią.

 


– Interrresujące. – Bulek usłyszał wesoły głos, dziwnie wymawiający „r”. – Mamy na ulicy nowego komendanta.

Odwrócił się. Zza drewnianego płotu otaczającego sąsiedni dom wychylał się wysoki, chudy mężczyzna. Siwe włosy miał tak samo długie i nieprzystrzyżone jak trawa w jego ogrodzie. Nosił niebieski fartuch, identyczny jak ten, który miał nauczyciel od prac technicznych w poprzedniej szkole Bulka, i coś, co przypominało okularki do pływania. Bulek pomyślał, że to albo Święty Mikołaj, który się odchudził, albo jakiś szalony profesor.

– Przeszkodziłem panu? – spytał.

– Ależ skąd! – uśmiechnął się mężczyzna z rozwichrzonymi włosami. – Musiałem wyjść, żeby zobaczyć, kto tak ładnie gra. Te dźwięki obudziły we mnie przepiękne wspomnienia z pewnej przeprawy promem przez rzekę. To było we Francji wiele, wiele lat temu.


– Promem? – zdziwił się Bulek.

– Owszem. – Mężczyzna z rozmarzeniem zmrużył oczy i obrócił twarz ku słońcu. – Rzeczny prom przewoził mnie, moją ukochaną, mój motocykl i całe stado kóz. Słońce już zachodziło, zerwał się wiatr i powstały wysokie fale. Wtedy kozy zaczęły głośno meczeć. Nigdy nie zapomnę tych odgłosów.

– Cześć – powiedział Bulek. – Jestem Bulek. I co na to powiemy?

– Niewiele – zaśmiał się mężczyzna. – Chyba że ty chcesz coś powiedzieć.

W taki oto sposób Bulek poznał doktora Proktora. Doktor Proktor nie był Świętym Mikołajem. Ale był szalonym profesorem. W każdym razie prawie.


– Jestem doktor Proktor – przedstawił się profesor. „R” w jego ustach brzmiało jak źle nasmarowana kosiarka do trawy. – Jestem szalonym profesorem. W każdym razie prawie. – Parsknął serdecznym śmiechem i zieloną konewką zaczął polewać dziko rosnącą trawę.

Bulek, który nigdy nie miał nic przeciwko interesującej rozmowie, odłożył trąbkę, zbiegł ze schodów i zbliżył się do płotu.

– Skąd ta pewność, że jest pan prawie szalony, panie Proktorze?

– Doktorze Proktorze. A słyszałeś kiedyś o profesorze, który próbuje wynaleźć proszek na katar sienny, a tymczasem okazuje się, że wynalazł proszek na prykanie? Nie? Tak myślałem. Przecież to szaleństwo, prawda?

– To zależy. – Bulek wskoczył na płot. – A co robi ten pański proszek na prykanie? Ludzie przestają puszczać bąki?

Profesor zaśmiał się jeszcze głośniej.

– Gdyby tak było, może zdołałbym kogoś namówić do kupienia go. – Nagle przestał podlewać trawę i zadumany podrapał się w brodę. – Ale jest coś w tym, co powiedziałeś, Bulku. Gdyby mi się udało wymyślić proszek powstrzymujący puszczanie bąków, ludzie mogliby go zażywać przed pójściem na przyjęcie albo na pogrzeb. W zasadzie jest mnóstwo okazji, przy których niechętnie się pryka. O tym nie pomyślałem. – Rzucił konewkę w trawę i pomaszerował w stronę swojego niebieskiego domku. – Interesujące – mruczał. – Może po prostu powinienem odwrócić formułę.

– Chwileczkę! – krzyknął Bulek. – Proszę zaczekać, doktorze Proktorze!

Zeskoczył z płotu na drugą stronę, przetoczył się przez wysoką trawę, ale kiedy wstał, nigdzie już nie widział profesora. Został tylko niebieski domek i schody prowadzące do otwartych drzwi piwnicy. Podbiegł do nich najszybciej, jak mógł na swoich krótkich nóżkach. W środku było ciemno, ale słyszał jakieś trzaski i chrzęsty. Mocno zapukał w futrynę.

– Proszę! – zawołał ze środka profesor.

Bulek wszedł do pogrążonej w półmroku piwnicy. Pod ścianą zauważył rozłożony na części stary motocykl z przyczepką. Na półce z rozmaitymi figurkami Myszki Miki stał słoik z jasnozielonym proszkiem, oznakowany etykietką z bardzo dużymi literami: Jasnozielony Proszek Doktora Proktora. A poniżej, już mniejszymi: Wspaniały pomysł, dzięki któremu może świat stanie się choć trochę zabawniejszy.

– Czy to jest proszek na prykanie? – spytał Bulek.

– Nie. To tylko proszek fosforyzujący, który powoduje, że człowiek zaczyna świecić – wyjaśnił doktor Proktor gdzieś z ciemnego kąta. – Raczej nieudany wynalazek.


Profesor wyłonił się z ciemności. W jednej ręce trzymał zapaloną latarkę, a w drugiej maskę do nurkowania.

– Użyj tego jako maski ochronnej. Odwróciłem już cały proces, teraz wszystko idzie wstecz. Zamknij drzwi i uważaj. Wszystko jest połączone z pstryczkiem do światła.

Bulek włożył maskę i zamknął drzwi.

– Dziękuję ci – powiedział profesor i nacisnął włącznik. Światło się zapaliło, a jednocześnie coś zaczęło się trząść, trzeszczeć, charczeć i kaszleć w całym mnóstwie metalowych rurek, które biegły wzdłuż i wszerz między całym mnóstwem beczek, butli, kolb, lejków, probówek i szklanych balonów.

– Pamiętaj, żeby się schylić, kiedy huknie! – przekrzyczał hałas doktor Proktor.

W probówkach już zaczynało wrzeć, gotować się i parować.

– Dobrze! – zawołał Bulek, i w tym momencie huknęło.

Huknęło okropnie głośno. Bulek miał wrażenie, że woskowina, którą ma w uszach, wciska mu się do głowy, a jednocześnie oczy wychodzą na wierzch. Światło zgasło i zrobiło się całkiem ciemno. I cicho. Bulek znalazł na podłodze latarkę i poświecił nią na profesora. Proktor leżał na brzuchu z głową zasłoniętą rękami. Bulek próbował coś powiedzieć, ale ponieważ nie słyszał własnego głosu, zrozumiał, że ogłuchł. Wsunął palec wskazujący prawej ręki do lewego ucha i zaczął nim poruszać. Potem znów się odezwał. Teraz coś usłyszał, jakby z daleka, ale nadal miał wrażenie, że bębenki ma posmarowane śluzem słoniowatych ślimaków.

– Nigdy w życiu nie słyszałem głośniejszego huku! – krzyknął.

– Eureka! – zawołał doktor Proktor, po czym wstał, otrzepał fartuch i zerwał z oczu okulary, które, jak Bulek dopiero teraz się zorientował, nie były wcale okularkami do pływania, tylko goglami motocyklowymi. Profesor miał całą twarz uczernioną sadzą, z wyjątkiem dwóch białych kółek wokół oczu, które wcześniej zasłaniały okulary. Podskoczył do jednej z probówek i przelał jej zawartość do szklanej kolby z sitkiem na wierzchu.

– Spójrz! – powiedział.

Bulek zobaczył, że na sitku został drobniutki jasnoniebieski proszek. Profesor nabrał odrobinę na łyżeczkę i włożył do ust.

– Mmm... – mruknął. – W smaku nic się nie zmieniło.

Zacisnął zęby i zamknął oczy, a Bulek widział, jak jego twarz nawet pod czarną sadzą stopniowo staje się coraz bardziej czerwona.

– Co pan robi? – spytał.

– Próbuję puścić bąka – syknął profesor przez zęby. – Nie daje się. Czy to nie fantastyczne?

Roześmiał się i spróbował jeszcze raz. Ale, jak wiadomo, bardzo trudno jest się śmiać i jednocześnie puszczać bąki, więc doktor Proktor się poddał.

– Nareszcie wynalazłem coś, co może się do czegoś przydać – uśmiechnął się. – Proszek antyprykaniowy.

– Mogę spróbować? – spytał Bulek, wskazując na sitko.

– Ty? – Profesor spojrzał na chłopca. Jedną krzaczastą brew uniósł, a drugą krzaczastą brew opuścił. Bulek zrozumiał, że doktorowi nie bardzo spodobał się ten pomysł.

– Już kiedyś próbowałem proszku antyprykaniowego – zapewnił Bulek pospiesznie.

– Tak? A gdzie?

– W Pradze.

– No i co? Dobrze poszło?

– Jasne. Ale bąki puszczałem.

– To dobrze.

– Co dobrze?

– Że puszczałeś bąki. To oznacza, że na razie nie ma nic, co naprawdę p r z e c i w d z i a ł a puszczaniu bąków. – Podał łyżeczkę Bulkowi. – Bardzo proszę, próbuj.

Bulek nabrał całą łyżeczkę proszku i włożył do ust.

– I co? – dopytywał się profesor.

– Chwileczkę – mruknął Bulek z pełnymi ustami. – Okropnie to suche.

– Spróbuj popić tym. – Profesor podsunął mu butelkę.

Bulek przyłożył ją do ust i spłukał proszek do gardła.

– Ojej! To było pyszne. – Bulek na próżno szukał etykietki na butelce. – A co to takiego?

– Gruszkowa oranżada doktora Proktora – wyjaśnił profesor. – Głównie woda i cukier, z odrobiną piołunu, śluzu ślimaków słoniowatych i dwutlenku węgla... Coś nie tak?

Zmartwiony profesor popatrzył na Bulka, który nagle zaczął gwałtownie kasłać.

– Nie, nie – odparł Bulek z oczami pełnymi łez. – Po prostu nie sądziłem, że naprawdę istnieje coś takiego jak słoniowate śli...

Bum!

Przerażony Bulek podniósł głowę. Huk nie był równie głośny jak tamten pierwszy, ale Bulek miał wrażenie, że coś go szarpnęło z tyłu za spodnie, a jednocześnie podmuch otworzył drzwi do piwnicy.


– Ach, nie! – Doktor Proktor zasłonił rękami twarz.

– Co się stało? – spytał Bulek.

– Prrryknąłeś! – zawołał profesor, długo wymawiając „r”.

– To było pryknięcie? – szepnął Bulek. – Jeśli tak, to najgłośniejsze, jakie w życiu słyszałem!

– To ta gruszkowa oranżada – stwierdził profesor. – Powinienem był przewidzieć, że mieszanka może mieć działanie wybuchowe.

Bulek nabrał na łyżkę więcej proszku, ale doktor Proktor go powstrzymał.

– Przepraszam cię, ale to nie dla dzieci.

– Oczywiście, że dla dzieci. Wszystkie dzieci uwielbiają prykanie.

– Co za bzdura! – wykrzyknął doktor Proktor. – Przecież bąki brzydko pachną.

– Owszem, ale te bąki są bezwonne – stwierdził Bulek. – Niech pan powącha.

Profesor głośno wciągnął powietrze przez nos.

– Mhm... – mruknął. – Interesujące.

– Rozumie pan, do czego można wykorzystać ten wynalazek? – spytał Bulek.

– Nie – odparł doktor Proktor zgodnie z prawdą. – A ty rozumiesz?

– Jasne – powiedział Bulek. Założył ręce na piersi i popatrzył doktorowi Proktorowi prosto w oczy. – Ja rozumiem.

Taki właśnie był początek tego, co miało się stać Proszkiem Pierdzioszkiem Doktora Proktora.

Dochodzi już jednak ósma, więc mama Bulka staje na schodach i woła, że Bulek musi się pospieszyć, bo przecież to jego pierwszy dzień w nowej szkole. I właśnie o tym będzie następny rozdział.


Na dworze ćwierkały ptaszki i świeciło słońce, ale w klasie było cicho jak makiem zasiał. Pani Strobe zsunęła okulary ze swojego niewiarygodnie długiego nosa jeszcze trochę dalej i popatrzyła na nowego ucznia.

– A więc ty jesteś Bulek? – zapytała wolno głosem szorstkim jak tarka.

– Tak. I co o tym powiemy? – spytał Bulek.

Ktoś się roześmiał, ale kiedy pani Strobe wykonała swoje słynne uderzenie płaską dłonią o katedrę, natychmiast zapadła grobowa cisza.

– Czy możesz być tak miły i się wyprostować, Bulku? – zachrypiała. – Prawie cię nie widzę zza ławki, w której siedzisz.

– Przykro mi, pani Strobe. Ale ja już siedzę prosto. Problem w tym, jak pani widzi, że jestem malusieńki.

Teraz dzieci zaśmiały się jeszcze głośniej.

– Cisza! – huknęła pani Strobe. Zsunęła okulary jeszcze niżej, na co mogła sobie spokojnie pozwolić, bo wciąż miała do dyspozycji spory kawał nosa. – Ponieważ jesteś nowy, to może opowiedziałbyś nam wszystkim trochę o sobie, mój miły panie.


Bulek rozejrzał się dookoła.

– Nowy? – powtórzył. – Ja nie jestem nowy. Moim zdaniem to wy jesteście nowi. Wszyscy oprócz Lisy, bo ją poznałem już wcześniej.

Wszyscy odwrócili się do Lisy, a ona miała ochotę zapaść się pod ziemię.

– Poza tym mam dziesięć lat – podjął Bulek. – Gdybym więc na przykład był parą butów, to wcale nie byłbym nowy, tylko prastary. Dziadek miał psa, którego w wieku dziesięciu lat oddano do domu starców.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?