PołudnicaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Lence, Ondrze i Adamowi

Prolog

Tomáš Volf zasłonił oczy dłonią. Raziło go słońce, które odbijało się w oknach bloku naprzeciwko.

– Niezła laska, co? – usłyszał za plecami głos technika.

Ktoś położył mu rękę na ramieniu. Zrozumiał, że przeszkadza. Zerwał się na równe nogi. Było duszno i jego układ krwionośny potrzebował chwili, żeby przyzwyczaić się do nowej pozycji. Detektywowi zakręciło się w głowie; odbłyski światła słonecznego zlały się z czerwonymi plamkami, które zawirowały mu przed oczami.

„Tylko nie zemdlej”, powtarzał sobie w duchu. Pierwszy wyjazd i od razu coś takiego, to chłopaki miałyby używanie! „Nie mówiąc już o naszej blond bogini”, dodał w myślach. Spojrzał na Černą.

Eva Černá niczego jednak nie zauważyła. Była zbyt zajęta sobą. Ona też starała się ukryć zdenerwowanie i dziwną fascynację, jaką wzbudzała w niej martwa dziewczyna. Nerwowo przyglądała się technikowi, który z miną zawodowca manewrował zwłokami. Jedną ręką dotykał ciała ofiary, w drugiej trzymał mikrofon i znudzonym głosem dyktował raport z oględzin. Za jego plecami stał kolega z kamerą.

Technicy zabrali się do pracy, jeszcze zanim Tomáš i Eva dotarli na miejsce zdarzenia. Na wstępie debiutanci usłyszeli gratulacje. Wasze pierwsze morderstwo, szybko poszło, droga młodzieży! Starzy wyjadacze musieli mieć niezły ubaw, widząc ich miny. Zdezorientowani nowicjusze wymienili spojrzenia, po czym skierowali wzrok na mężczyzn w plastikowych kombinezonach i gumowych rękawiczkach. Pierwsza odzyskała głos Eva.

– Ale nam mówili, że to samobójstwo. Że dziewczyna wyskoczyła z okna.

Technik z mikrofonem pokręcił głową.

– Zapomnijcie. Ani skok, ani nieszczęśliwy wypadek. Ktoś ją udusił.

Rozdział 1

Tomáš znów się rozejrzał. Znajdowali się w centrum ogromnego osiedla. Dałoby się naliczyć dziesiątki, chyba nawet setki okien. Na środku, między blokami, rozciągał się spory prostokąt suchej trawy i kolorowy plac zabaw, o tej porze pusty.

Stojąc tu pod gołym niebem, człowiek czuł się jak w amfiteatrze.

– Kurwa, jak to możliwe, że nikt niczego nie zauważył? – przerwała ciszę Eva. Jej głos był równie subtelny jak słownictwo. Technikom opadły szczęki. Volf się uśmiechnął. W drodze na miejsce przestępstwa miał już okazję usłyszeć niezłą wiązankę.

– Anonimowość wielkiego miasta – pouczył koleżankę. – Typowe blokowisko. Ludzie traktują dom jak hotel, nie wiedzą nawet, kto mieszka za ścianą. Niczego nie słyszą, niczego nie widzą, nic ich nie obchodzi. W każdym razie dopóki mają gdzie zaparkować samochód. Zero poczucia wspólnoty. Każdy pilnuje własnego nosa.

– Bystrzak z ciebie – zgasiła go.

Technicy zarechotali półgłosem. Tomáš strzelił buraka. Jak na złość nie przychodziła mu do głowy żadna cięta riposta. Upał zabił w nim resztki refleksu. Sytuację uratował czarny wóz, który niepostrzeżenie pojawił się za ich plecami. Dwaj mężczyźni bez cienia emocji na twarzach czekali, aż technicy skończą oględziny. Potem bez słowa zapakowali ciało do samochodu i zabrali je na sądówkę.

Volf patrzył, jak karawan nieśpiesznie odjeżdża, mijając gapiów, którzy jak na komendę rozstąpili się na jego widok. W oddali, w przerwie pomiędzy blokami, majaczył fragment podmiejskiego krajobrazu, skryty za ścianą gorącego powietrza. Chyba wznosił się tam las, choć równie dobrze mogło go zwieść złudzenie optyczne.

– To wy będziecie prowadzić tę sprawę?

Tomáš i Eva odwrócili się w kierunku, skąd dobiegał głos. Jakiś mundurowy. Stał nieopodal i przyglądał im się podejrzliwie.

– Owszem – wyniośle odpowiedziała Černá.

– Możemy to zdjąć? – Mężczyzna wskazał na policyjną taśmę, która zabezpieczała miejsce przestępstwa. Teraz, kiedy w środku nie było już ciała, robiła absurdalne wrażenie.

– Chwila, czy może mi pan powiedzieć, gdzie dostaniemy nagrania z monitoringu? – Tomáš wskazał na czarne urządzenie osadzone pod dachem jednego z bloków.

Policjant wybuchnął śmiechem.

– Coś pan, przecież to atrapy! Lewy przetarg, poszła na to kupa kasy, taniej byłoby już zamontować prawdziwe kamery. Podobno i tak mają tylko odstraszać, więc nie ma problemu.

– Czyli że żadnych nagrań nie ma? – zdziwiła się Eva. – To chyba niemożliwe?

– U nas wszystko jest możliwe. – Funkcjonariusz wzruszył ramionami. – Po wyborach połowa ludzi od nas wyleciała za przekręty. Nie ma komu robić. Choć nowe towarzystwo w ratuszu też ma swoje za uszami, sami wiecie, jak jest…

– W takim razie trzeba będzie rozejrzeć się po okolicy. Może mają kamery na klatkach. Albo w którymś z kasyn – zastanawiał się na głos Tomáš.

Policjant zmarszczył brwi.

– Nie liczcie na zbyt wiele. Zgodnie z przepisami prywatny monitoring nie może obejmować przestrzeni publicznej.

– Spróbować nie zaszkodzi – stwierdziła rezolutnie Černá. – Dziękujemy panu.

– A co z tymi obywatelami? Spisać, zanim każemy im się rozejść?

– Bardzo proszę. – Tomáš skinął głową.

Zdziwiło go, że gapiów jest tak mało. Co prawda nie widział dotąd zbyt wielu miejsc zbrodni, ale wielokrotnie jeździł do wypadków drogowych: zwykle wokół ofiary w mgnieniu oka zbierał się tłum ciekawskich.

Tymczasem tu na martwą dziewczynę przyszła popatrzeć zaledwie garstka ludzi, głównie emerytów. Pchali się tak bardzo, że policjanci nie mieli jak zdjąć taśmy. Nieopodal przechodziła właśnie matka z wózkiem. Spod krótkiej spódniczki wystawała para całkiem niezłych nóg. Przed jedną z klatek na drugim końcu bloku tłoczyła się grupka Romów. Dorośli wymachiwali rękami i pokrzykiwali na latające wkoło dzieci. Kawałek dalej bezdomny, ubrany – zupełnie nieadekwatnie do pogody – w czarny płaszcz, ze stoickim spokojem przetrząsał zawartość kontenera na makulaturę. Dzień jak co dzień.

– Z tych tutaj i tak nic nie wyciśniemy – rzuciła Eva.

Tomáš skinął głową.

– Chyba nie. Czas się zbierać.

Pożegnali się z kolegami i wsiedli do służbowej fabii. Ruszyli, odprowadzani spojrzeniami nieruchomych okien, które rozświetlał tylko gdzieniegdzie złowrogi błysk słońca.

***

Marta rozsuwa ciężkie zasłony. Oślepiają ją promienie, czuje na twarzy palący dotyk słońca. Co za nieznośny ukrop.

Omiata wzrokiem okolicę. Gdzieś w oddali, za granicami miasta, majaczą porośnięte trawą wzgórza; nad autostradą świeci się niebieskie logo stacji benzynowej. Spogląda niżej. W dole rozpościera się przepaść. Momentalnie zaczyna jej się kręcić w głowie. Jak zawsze.

Szybko zaciąga zasłony, by mieć pewność, że do środka nie wślizgnie się już żaden promyk.

Cały dzień siedzi przy zasłoniętych oknach, ukryta w swojej dziupli. Tak jest bezpieczniej. Nikt jej tu nie widzi. Nawet słońce. A ona nie musi patrzeć na to, co dzieje się za murami bloku.

Siada na wersalce; właśnie zaczyna się jej ulubiony program. Woli ludzi z telewizji od tych prawdziwych: nie mówią do niej, niczego od niej nie chcą, nie gapią się, nie kpią z niej. Prawda, w telewizorze też nie wszyscy są dobrzy, ale złych łatwo rozpoznać. O tak, Marta rozpoznaje ich na pierwszy rzut oka.

Siedzi w swoim gniazdku, w maciupeńkiej kawalerce, która jest dla niej całym światem. Kuchnia, wersalka, telewizor, zasłony na oknie. Kiedy trzeba iść spać, Marta rozkłada wersalkę i nakrywa się kocem.

Teraz jednak nastawia odbiornik na cały regulator – mur telewizyjnych dźwięków oddziela ją od odgłosów dolatujących zza ściany. Żadnych rozmów, szumu spłukiwanej wody, postękiwań sąsiadów, którzy właśnie oddają się cielesnym uciechom, krzyku cudzych dzieci. Żadnej muzyki. Nie znosi tych wszystkich hałasów, przerażają ją. Brzmią jak wycie duchów.

A duchów Marta boi się niemal tak bardzo jak ludzi.

Tylko tutaj, przy zaciągniętych zasłonach i włączonym telewizorze, czuje się bezpieczna. Najchętniej zamknęłaby drzwi na zamek i wyrzuciła klucz, żeby już nigdy nie musieć stąd wychodzić.

Dobrze wie jednak, że to niemożliwe. Marta wie całe mnóstwo rzeczy. Nie jest głupia, chociaż ludzie tak o niej myślą. Po prostu czasem potrzebuje trochę więcej czasu niż inni. Tak mówiła w szkole pani nauczycielka. Bo Marta chodziła do szkoły, a skoro tak, nie może być przecież tępa.

Nawet jeśli wszyscy nazywali tę szkołę specjalną.

***

Komisariat mieścił się w niskim jednopiętrowym budynku, na samym skraju Osiedla Wschód.

– O, już jesteście! – Podkomisarz Kovanda z dobroduszną miną przywitał dwójkę młodych policjantów. – Prowadzicie sprawę tej dziewczyny, zgadza się?

– Zgadza się. – Eva Černá błysnęła zębami i podała komendantowi rękę.

– Mam nadzieję, że możemy liczyć na pańskie wsparcie – włączył się do rozmowy Volf.

– Oczywiście. Ale to szczególna sytuacja, chłopcy niekoniecznie będą zachwyceni waszą obecnością, sami rozumiecie.

– Mogliby się chociaż przywitać – wyrwało się Evie.

Kovanda wzruszył ramionami, a jego szeroki uśmiech jakby stężał.

– Chodźmy do konferencyjnego, przedstawię was, na spokojnie poznacie się ze wszystkimi.

Zebrani w sali funkcjonariusze – stare policyjne wygi i młokosy w mundurach – patrzyli na przyjezdnych z wyraźną nieufnością. A gdyby Tomáš przyjrzał się im trochę uważniej (do czego bynajmniej się nie palił), dostrzegłby na ich twarzach także cień pogardy.

 

Eva najwyraźniej nie miała zamiaru przejmować się tym chłodnym przyjęciem. Od razu zabrała głos i trajkotała jak najęta. Volf dopiero teraz zdał sobie sprawę z irytującego nawyku koleżanki: w chwilach, kiedy musiała zebrać myśli, przymykała oczy zamiast patrzeć na słuchaczy.

Zastanawiał się, jak długo śledztwo zostanie w ich rękach. Szef wojewódzkiej dochodzeniówki nadkomisarz Dvořák przydzielił im pierwszą sprawę, sądząc, że ma do czynienia z samobójstwem. Dwójka nowicjuszy była w stanie poradzić sobie z takim wyzwaniem przy wsparciu miejscowego komisariatu. Odkrycie, że dziewczyna została zamordowana, dość mocno komplikowało jednak sytuację.

Ostatecznie podkomisarz Kovanda pozwolił im kontynuować dochodzenie. W każdym razie do czasu, aż góra nie zadecyduje inaczej.

Przydzielił im do pomocy kilkoro swoich ludzi, bez których – jak sam stwierdził – był w stanie się obyć. Nie sprawiał wrażenia zachwyconego ich przyjazdem, ale wyglądało na to, że nie zamierza rzucać im kłód pod nogi.

Od razu zwołał naradę, żeby ustalić okoliczności ujawnienia ciała i zebrać jak najwięcej informacji o miejscu zdarzenia. Śledztwo należało uznać za otwarte.

Rozdział 2

– Hej, przestań dmuchać mi dymem w twarz! – Eva zamachała rękami.

– Sorry – odpowiedział z rozdrażnieniem i zgasił papierosa. – Nie umiem tak bez fajki…

– Jeśli nie dostaniemy własnego biura, następnym razem ja wybieram kawiarnię. Znajdę coś ładniejszego. Z salą dla niepalących – oznajmiła stanowczo. Potem zrobiła zatroskaną minę. – Się porobiło, co?

Tomáš wzruszył ramionami.

– Bywa. Przynajmniej mamy szansę się wykazać. Prędzej czy później i tak trafiłoby się nam jakieś zabójstwo.

Cisnęli się przy malutkim stoliku, tworząc dość egzotyczny duet. Wyglądali jak z dwóch różnych planet. Można by pomyśleć, że to randka w ciemno. On – wysoki, ciemnowłosy chłopak w wytartych jeansach i koszulce z logo fińskiej kapeli heavymetalowej Children of Bodom, miętosił w palcach skręconego własnoręcznie papierosa i raz po raz nerwowo dotykał parodniowego zarostu. Ona – atletyczna, krótko ścięta blondynka w sportowym stroju – siedziała wyprostowana jak struna, promieniując niezachwianą pewnością siebie.

Przez chwilę gapiła się na niego, jakby wciąż nie do końca docierało do niej, co właściwie się wydarzyło.

– Czyli że właśnie my mamy się tym zajmować? Dwa szczawie bez doświadczenia? Pierwszy dzień w pracy i od razu morderstwo?

– Znaczy że nie chcesz ze mną pracować?? – zapytał.

– Nie, spoko, damy radę. – Uśmiechnęła się. – A tak w ogóle, jak trafiłeś do dochodzeniówki? Słyszałam, że wzięli tylko dwójkę świeżaków. Właśnie ciebie i mnie.

– Aha, mnie też wciskali taki kit. Że niby uruchomili pilotażowy program, blablabla, i od razu rzucają najlepszych na pierwszą linię frontu. – Skrzywił się. – Ale to ściema, wystarczy pogadać z chłopakami od Kovandy.

– Coś tam słyszałam. Podobno mieli nalot z góry.

– Właśnie. Poleciała połowa komendy, dochodzeniówkę też przetrzepali na prawo i lewo. Powysyłali ludzi na urlopy, taka jest w każdym razie oficjalna wersja. Niektórzy pewnie już nie wrócą do pracy, nie wiadomo, komu jeszcze prokuratura postawi zarzuty. Więc nie mieli wyjścia, musieli pościągać kadry z reszty kraju albo postawić na świeżą krew.

Černá pokręciła głową.

– Nie mogli wziąć kogoś stąd? Mają chyba dość młodych, nie?

– Chcą rozbić jakiś miejscowy układ, ciężko stwierdzić, kto może być umoczony. Dvořák też jest tutaj nowy. Dlatego wymyślili sobie cały ten pilotażowy program. Żeby przyciągnąć policjantów spoza swojego grajdołka.

– Ale przecież nie dostaliśmy roboty za piękne oczy – zaprotestowała. – Na roku było nas piętnaścioro, mieli z kogo wybierać.

Tomáš wzruszył ramionami.

– Kto ich tam wie.

– A jak to właściwie było z tobą, co? Jak ich przekonałeś, że się nadajesz?

– Pofarciło mi się z jedną sprawą…

– Opowiadaj!

***

Wystraszony facet koło pięćdziesiątki przyszedł na komisariat zgłosić zaginięcie żony.

– Od wczoraj nie wróciła do domu. Nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło.

Tomáš Volf obserwował go z drugiego końca pokoju – nawet z tej odległości wyczuwał zapach drogiej wody kolońskiej. Gość musiał mieć forsy jak lodu. Typ biznesmena, na co dzień był zapewne królem życia.

Teraz jednak – mimo zadbanego wyglądu i markowego garnituru – wyglądał jak kupka nieszczęścia. Tomáš słyszał, jak uspokaja go jeden z policjantów.

– Za wcześnie na panikę – przekonywał. – Może żona miała coś do załatwienia i zapomniała dać panu znać, że nie da rady wrócić na noc.

– Proszę iść się przespać, jutro wszystko się wyjaśni, zobaczy pan. Niech mi pan wierzy, mamy na pęczki podobnych spraw – dodał drugi funkcjonariusz.

Spisali protokół i odprowadzili interesanta do drzwi, wymieniając między sobą znaczące spojrzenia. Historia jakich wiele, wyjaśnili Tomášowi. W małżeństwach z długim stażem takie rzeczy zdarzają się na okrągło.

– Żoneczka pewnie zabawia się gdzieś z kochankiem. Albo pokłóciła się wcześniej ze starym i strzeliła focha.

Nazajutrz rzeczywiście wszystko się wyjaśniło, choć nie taki obrót sprawy miał na myśli kolega Tomáša, kiedy pocieszał zdruzgotanego męża.

Ciało zaginionej odnaleziono w stawie, w bagażniku drogiej terenówki. Całe w ranach kłutych.

Śledczy od razu zabrali się do dzieła. Tomáš z fascynacją przyglądał się ich pracy. Oględziny zwłok z udziałem biegłego medycyny sądowej. Drobiazgowe sprawdzanie samochodu pod kątem śladów (mocno utrudnione ze względu na fakt, że auto przeleżało dwa dni w mule). Ustalanie, jak wyglądały ostatnie godziny życia ofiary.

Zaprawieni w bojach detektywi szybko dodali dwa do dwóch. Od początku skupili się na świeżo upieczonym wdowcu. A rutynowe przesłuchania świadków z kręgu znajomych pary tylko potwierdziły ich podejrzenia.

Kobieta nie czuła się szczęśliwa w małżeństwie, mąż miał kochankę i tęsknił za wolnością, ale nie miał ochoty dzielić się majątkiem. Żona zażądała rozwodu. Na pierwszy rzut oka zupełnie banalna sprawa.

Ani zeznania podejrzanego, ani protokoły z kolejnych rewizji nie dawały jednak podstaw do postawienia mężczyźnie zarzutów. W terenówce znaleziono jego odciski palców, ale samochód należał przecież do niego. Trudno, żeby prokuratura oparła akt oskarżenia na tak wątłych poszlakach. Poza tym bogaty biznesmen mógł sobie pozwolić na najlepszych adwokatów, więc policjanci musieli się nieźle namordować, żeby w ogóle go przesłuchać.

Tomáš uważnie śledził przebieg dochodzenia. Brał udział w naradach, był przy rozmowach z podejrzanym, chodził w teren. Nocami wertował akta w nadziei na nowy trop – miał wrażenie, że po drodze umknęło mu coś ważnego, nie mógł sobie tylko przypomnieć co. Gdzieś między wierszami kryje się informacja, która okaże się kluczem do wszystkiego, czuł to przez skórę.

Mijały kolejne dni. Policjanci raz po raz wzywali tych samych świadków, żeby ponownie zadawać im te same pytania, ale stopniowo tracili rezon. Zaczęli badać sprawę pod kątem alternatywnych wersji wydarzeń, choć sami uznawali je za nieprawdopodobne. Dochodzenie utknęło w martwym punkcie.

Tomáš nie tracił zapału: wciąż ślęczał nad coraz grubszymi policyjnymi teczkami i uparcie szukał jakiejś drobnostki, która podważyłaby zeznania głównego podejrzanego. Aż w końcu ją znalazł. Ściśle rzecz biorąc, sama niespodziewanie objawiła mu się przed oczami, kiedy obudził się pewnego ranka.

Chodziło o małą, ale niezwykle istotną okoliczność, na którą nie wiedzieć czemu nikt nie zwrócił dotąd uwagi.

Podejrzany mężczyzna szczegółowo – można by powiedzieć, że aż nazbyt – opisał, jak ubrana była żona w dzień zaginięcia. Szary żakiet i spodnie (Prada), czarne lakierki (Gucci), torebka (Louis Vuitton). Złote kolczyki, naszyjnik, bransoletka i zegarek (wszystko marki Cartier). Biznesmen potrafił nawet określić w przybliżeniu, ile kosztowały poszczególne części garderoby i biżuteria.

Przyjaciółka zamordowanej – a zarazem ostatnia osoba, z którą ofiara widziała się feralnego dnia – zeznała tymczasem, że kiedy wieczorem spotkały się na kawie, kobieta pochwaliła się jej błękitnym kaszmirowym szalem marki Narciso Rodriguez, zakupionym w butiku Le Grand za siedem tysięcy koron. Tak w każdym razie stało w aktach.

Zakup rzeczywiście miał miejsce, ekspedientka doskonale pamiętała byłą klientkę, jej śmierć oznaczała bowiem niepowetowany ubytek w comiesięcznych wpływach sklepu.

Tomáš zarejestrował ten fakt zupełnym przypadkiem: zaintrygowało go, że ktoś był gotów wydać na głupią apaszkę tyle, ile on wydawał na ubrania w pół roku. Przejrzał zdjęcia z miejsca przestępstwa, ale na żadnym nie dopatrzył się błękitnego szala. W protokole z oględzin też nie było o nim ani słowa.

Nie potrafił się jednak pozbyć wrażenia, że gdzieś go widział. Jasnoniebieski szal i szarą metkę z napisem „Rodriguez”.

A może po prostu wyobraził sobie całą scenę podczas któregoś z nocnych seansów nad teczkami?

Nie. Dałby sobie rękę uciąć, że widział chustkę na własne oczy.

Przymknął powieki i z całych sił wytężył mózgownicę. Gdzie to było, u licha? Bingo! W trakcie jednej z rewizji natknął się na błękitną apaszkę w garderobie zamordowanej.

Niemożliwe, powtarzał sobie na początku. Ta baba miała cały pokój zawalony markowymi ciuchami. Na pewno trzymała w domu całą masę podobnych szmatek. Mimo to nazajutrz wspomniał o swoim odkryciu jednemu ze starszych kolegów, którzy zajmowali się sprawą.

Trudno powiedzieć, czy przez policjantów przemawiała desperacja, czy szczera chęć, żeby dać się wykazać młodemu, w każdym razie dostał swoją szansę. Załatwili Tomášowi sądowy nakaz rewizji i pozwolili mu działać. Pojechał do domu ofiary, by na miejscu bohatersko stawiać czoła wrogim spojrzeniom, jakie ciskał w niego podejrzany.

Jasnoniebieska apaszka wisiała zaraz przy drzwiach. Litery na metce układały się w napis „Rodriguez”.

Tomáš bez słowa zabezpieczył przedmiot, sporządził protokół i od razu skierował swoje kroki do butiku Le Grand. Ekspedientka z ręką na sercu zarzekała się, że w Czechach nie ma drugiego takiego szala. Tak, tamtego dnia sprzedała go zamordowanej, nie może być mowy o pomyłce.

Należało jeszcze raz przesłuchać męża, ale to zadanie Volf zostawił już bardziej doświadczonym policjantom. Stawka była zbyt wysoka, by ryzykować, że zepsuje wszystko jakimś głupim potknięciem. Nie odmówił sobie jednak przyjemności udziału w finale całego spektaklu.

Początkowo mężczyzna szedł w zaparte, ale fakty mówiły same za siebie. Przez chwilę próbował udawać jeszcze, że przypomniał sobie, jakoby przed śmiercią widział żonę drugi raz – rzekomo wpadła jeszcze się przebrać – ale adwokat nachylił się w jego stronę i poradził mu, żeby trzymał buzię na kłódkę.

Policjant odczekał kilka chwil, po czym beznamiętnym tonem, zupełnie jakby pytał przesłuchiwanego o godzinę, zagaił:

– Zabił pan żonę?

Facet rozsypał się niczym domek z kart. Wyśpiewał wszystko. Ignorował pytania śledczego i rozpaczliwe znaki dawane mu przez adwokata. Słowa popłynęły z niego niczym rzeka, wyrzucając na brzeg mulisty osad winy.

Kiedy było już po wszystkim, Tomáš zebrał się na odwagę i zapytał o jeszcze jeden, ostatni szczegół:

– Po co właściwie wziął pan ten szal?

Morderca spojrzał na niego ze zdumieniem, jakby nie rozumiał, co tak niedomyślny człowiek robi w policji.

– Kosztował kupę forsy, a ledwo co go kupiła, nówka sztuka. Żal było zostawiać.

Inne książki tego autora