Fatalna czarownica

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fa­tal­na cza­row­ni­ca

Jill Mur­phy za­czę­ła two­rzyć opo­wie­ści w wie­ku sze­ściu lat. Za­pi­sa­ne kart­ki łą­czy­ła zszy­wa­czem i tak po­wsta­ły jej „de­biu­tanc­kie” książ­ki. Pierw­sza część z se­rii o pe­cho­wej cza­row­ni­cy zo­sta­ła opu­bli­ko­wa­na w 1974 roku i cie­szy­ła się ogrom­nym po­wo­dze­niem wśród czy­tel­ni­ków. Opi­sa­ne w Fa­tal­nej cza­row­ni­cy przy­go­dy za­in­spi­ro­wa­ne zo­sta­ły wła­sny­mi do­świad­cze­nia­mi au­tor­ki: „Chcia­łam opi­sać szko­łę do­kład­nie taką jak moja, do­da­jąc do niej tro­chę ma­gii. Pra­ce nad ty­tu­łem za­czę­łam w wie­ku 15 lat, a wszyst­kie po­sta­ci mają ce­chy mo­ich szkol­nych przy­ja­ciół, wro­gów i na­uczy­cie­li”. Zda­niem Jill Mur­phy to wła­śnie au­ten­tycz­na pod­bu­do­wa za­pew­ni­ła Fa­tal­nej cza­row­ni­cy świa­to­wy suk­ces.

Fatalna czarownica

Jill Murphy

Tłumaczenie: Michał Zacharzewski

Original title: THE WORST WITCH

Copyright © 1974 by Jill Murphy

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo RM, 2018

All rights reserved.

Wydawnictwo RM

03-808 Warszawa, ul. Mińska 25

rm@rm.com.pl; www.rm.com.pl

ISBN 978-83-7773-971-6

ISBN 978-83-8151-069-1 (ePub)

ISBN 978-83-8151-070-7 (mobi)

Redaktor prowadząca: Aleksandra Żdan

Redakcja: Agnieszka Trzebska-Cwalina

Korekta: Bartłomiej Nawrocki

Opracowanie graficzne okładki wg oryginału: Maciej Jędrzejec

Edytor wersji elektronicznej: Tomasz Zajbt

Opracowanie wersji elektronicznej: Marcin Fabijański

Weryfikcja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.

Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

Dla Reeney

Rozdział pierwszy


Aka­de­mia Cza­rów pan­ny Cac­kle znaj­do­wa­ła się na szczy­cie wy­so­kiej góry oto­czo­nej so­sno­wym bo­rem. Po­nu­re sza­re ścia­ny i wie­życz­ki spra­wia­ły, że gmach bar­dziej przy­po­mi­nał wię­zie­nie niż szko­łę. Cza­sa­mi tuż nad mu­ra­mi ota­cza­ją­cy­mi po­dwór­ko wi­dy­wa­no uczen­ni­ce śmi­ga­ją­ce na mio­tłach ni­czym nie­to­pe­rze, ale za­zwy­czaj miej­sce to spo­wi­ja­ła mgła, więc kie­dy pa­trzy­ło się w stro­nę szczy­tu, moż­na było w ogó­le nie za­uwa­żyć bu­dyn­ku.

Sama szko­ła spra­wia­ła wra­że­nie mrocz­nej i nie­po­ko­ją­cej. We­wnątrz znaj­do­wa­ły się dłu­gie, wą­skie ko­ry­ta­rze i krę­te klat­ki scho­do­we, po któ­rych krą­ży­ły dziew­czyn­ki w czar­nych spor­to­wych tu­ni­kach, czar­nych poń­czosz­kach i czar­no-sza­rych kra­wa­tach. Na­wet la­tem no­si­ły ubra­nia w czar­no-sza­rą krat­kę! Je­dy­ny barw­ny ak­cent ich ubio­ru sta­no­wi­ły szar­fy – każ­da kla­sa mia­ła swój ko­lor – oraz szkol­ne tar­cze z czar­nym ko­tem sie­dzą­cym na tle żół­te­go księ­ży­ca. Pod­czas wy­jąt­ko­wych oka­zji, ta­kich jak ce­re­mo­nia wrę­cze­nia na­gród czy Hal­lo­we­en, uczen­ni­ce no­si­ły spe­cjal­ne mun­dur­ki skła­da­ją­ce się z dłu­gich szat oraz wy­so­kich, szpi­cza­stych ka­pe­lu­szy, ale one rów­nież były czar­ne, więc w su­mie nie­wie­le się zmie­nia­ło.

W szko­le trze­ba było prze­strze­gać tak wie­lu za­sad, że trud­no było je spa­mię­tać, i wła­ści­wie wszyst­ko, co się ro­bi­ło, koń­czy­ło się burą. W do­dat­ku co ty­dzień od­by­wa­ły się te­sty i spraw­dzia­ny.

Mil­dred Hub­ble cho­dzi­ła do pierw­szej kla­sy i na­le­ża­ła do osób, któ­re bez prze­rwy pa­ku­ją się w kło­po­ty. Oczy­wi­ście wca­le nie chcia­ła ła­mać za­sad i na­ra­żać się na­uczy­cie­lom, ale za­wsze koń­czy­ło się tak samo. Wszę­dzie, gdzie się po­ja­wi­ła, dzia­ły się dziw­ne rze­czy i moż­na było mieć pew­ność, że dziew­czyn­ka zro­bi coś nie tak – od­wrot­nie wło­ży ka­pe­lusz albo po­zwo­li sznu­ro­wa­dłom cią­gnąć się po zie­mi. Nie po­tra­fi­ła przejść ko­ry­ta­rzem bez zwra­ca­nia na sie­bie uwa­gi, w efek­cie nie­mal każ­de­go wie­czo­ru mu­sia­ła za karę pi­sać w ze­szy­cie zda­nia albo zo­sta­wać w sali po lek­cjach (choć w su­mie i tak nie mia­ła nic lep­sze­go do ro­bo­ty).

Mimo że po­zna­ła wie­le ko­le­ża­nek, pod­czas za­jęć z wa­rze­nia elik­si­rów trzy­ma­ły się od niej z da­le­ka, bo bały się, że coś zma­lu­je, ze­psu­je lub wy­sa­dzi w po­wie­trze. Je­dy­nie Maud, jej naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka, sta­ła lo­jal­nie u jej boku, i to na­wet w sy­tu­acjach, w któ­rych cier­pła skó­ra. Ra­zem two­rzy­ły za­baw­ną parę, po­nie­waż Mil­dred była wy­so­ka, szczu­pła i no­si­ła dłu­gie war­ko­cze, któ­re czę­sto bez­wied­nie po­gry­za­ła (ko­lej­na rzecz, za któ­rą do­sta­wa­ła burę), Maud zaś była ni­ską i pulch­ną oku­lar­ni­cą z ku­cy­ka­mi.

Pierw­sze­go dnia szko­ły każ­da uczen­ni­ca do­sta­wa­ła mio­tłę i uczy­ła się ją ob­słu­gi­wać, co zaj­mo­wa­ło mnó­stwo cza­su i wca­le nie było ta­kie pro­ste, jak się wy­da­je. W po­ło­wie pierw­sze­go se­me­stru dziew­czyn­ki do­sta­wa­ły rów­nież czar­ne koty, któ­re trze­ba było na­uczyć la­tać na mio­tle. Zwie­rzę­ta te nie od­gry­wa­ły żad­nej istot­nej roli w cza­ro­wa­niu, ale ich obec­noś była ele­men­tem tra­dy­cji; w in­nych szko­łach dla wiedźm roz­da­wa­no w tym sa­mym celu sowy – była to kwe­stia gu­stu i przy­zwy­cza­je­nia.

Pan­na Cac­kle, dy­rek­tor­ka Aka­de­mii Cza­rów, na­le­ża­ła do tra­dy­cjo­na­li­stek i nie wie­rzy­ła w no­wo­mod­ne bzdu­ry, dla­te­go uczy­ła mło­de cza­row­ni­ce daw­nych oby­cza­jów. Zwłasz­cza tych, któ­re sama po­zna­ła w mło­do­ści. Dla­te­go pod ko­niec pierw­sze­go roku na­uki każ­da uczen­ni­ca otrzy­my­wa­ła eg­zem­plarz Księ­gi Cza­rów – owi­nię­te w czar­ną skó­rę to­misz­cze gru­be na dzie­sięć cen­ty­me­trów. Dziew­czyn­ki wca­le z nie­go nie ko­rzy­sta­ły, po­nie­waż w kla­sach mia­ły lżej­sze wy­da­nia w mięk­kich opra­wach. Po pro­stu, po­dob­nie jak koty, była to część szkol­nej tra­dy­cji.


Oprócz wrę­cza­nia na­gród na ko­niec roku szkol­ne­go w aka­de­mii nie od­by­wa­ły się żad­ne uro­czy­sto­ści, nie li­cząc pią­te­go i ostat­nie­go dnia roku, kie­dy uczen­ni­ce otrzy­my­wa­ły Cer­ty­fi­kat Cza­row­ni­cy Wyż­szej Ka­te­go­rii. Jed­nak wy­da­wa­ło się mało praw­do­po­dob­ne, aby Mil­dred mia­ła kie­dy­kol­wiek go do­stać, dla­te­go nie za­przą­ta­ła so­bie nim gło­wy. Już dru­gie­go dnia za­jęć z la­ta­nia na mio­tle roz­bi­ła się o mur ota­cza­ją­cy dzie­dzi­niec, zła­ma­ła drą­żek i uszko­dzi­ła ka­pe­lusz. Sprzęt la­ta­ją­cy zdo­ła­ła na­pra­wić, uży­wa­jąc kle­ju oraz ta­śmy kle­ją­cej. Nie­ste­ty od tej pory mio­tła nie wy­glą­da­ła naj­le­piej, a do tego sta­wa­ła się nie­przy­jem­nie i nie­prze­wi­dy­wal­nie na­ro­wi­sta.

Dość już jed­nak wspo­mi­na­nia. Hi­sto­rię Mil­dred, fa­tal­nej cza­row­ni­cy, roz­pocz­nie­my w po­ło­wie pierw­sze­go se­me­stru, w noc po­prze­dza­ją­cą przy­dzie­la­nie kot­ków…

Zbli­ża­ła się pół­noc i szko­łę spo­wi­ja­ła ciem­ność, tyl­ko w jed­nym wą­skim okien­ku mi­go­ta­ła świecz­ka. Okno znaj­do­wa­ło się w po­ko­ju Mil­dred, a dziew­czyn­ka sie­dzia­ła na łóż­ku w czar­no-sza­rej pi­ża­mie w pa­ski i co kil­ka mi­nut przy­sy­pia­ła. Maud le­ża­ła zwi­nię­ta w kłę­bek po dru­giej stro­nie łóż­ka. Mia­ła na so­bie sza­rą fla­ne­lo­wą ko­szu­lę noc­ną oraz czar­ny weł­nia­ny szal.


Każ­da uczen­ni­ca zaj­mo­wa­ła iden­tycz­ny po­kój: mi­ni­ma­li­stycz­nie urzą­dzo­ny, z sza­fą, łóż­kiem o że­la­znej ra­mie, sto­łem i krze­słem, a tak­że wą­skim oknem przy­po­mi­na­ją­cym te uży­wa­ne przez zam­ko­wych łucz­ni­ków kil­ka wie­ków wcze­śniej. Do ścia­ny był przy­mo­co­wa­ny drą­żek, z któ­re­go zwi­sa­ły ram­ki z cy­ta­ta­mi z Księ­gi Cza­rów oraz, już za dnia, nie­to­pe­rze. U Mil­dred miesz­ka­ły trzy ta­kie stwo­rze­nia, nie­wiel­kie i wło­cha­te, bar­dzo przy­ja­zne. Dziew­czyn­ka bar­dzo je lu­bi­ła. Te­raz jed­nak nie mo­gła się do­cze­kać, kie­dy do­sta­nie kota. Wszyst­kie uczen­ni­ce były tym po­da­run­kiem pod­eks­cy­to­wa­ne i spę­dzi­ły wie­czór na pra­so­wa­niu od­święt­nych szat i pro­sto­wa­niu wgnie­ceń w szpi­cza­stych ka­pe­lu­szach. Maud czu­ła się zbyt pod­nie­co­na, aby za­snąć, więc za­kra­dła się do po­ko­ju Mil­dred, żeby z nią po­roz­ma­wiać.

– Jak na­zwiesz swo­je­go ko­cia­ka, Maud? – za­py­ta­ła dziew­czyn­ka sen­nym gło­sem.

– Pół­noc – od­po­wie­dzia­ła bez wa­ha­nia Maud. – To od­po­wied­nie imię dla kota cza­row­ni­cy.

– Tro­chę się nie­po­ko­ję – wy­zna­ła Mil­dred, po­gry­za­jąc ko­niec war­ko­cza. – Je­stem prze­ko­na­na, że zro­bię coś okrop­ne­go, na przy­kład na­dep­nę zwie­rzę­ciu na ogon… Albo kot spoj­rzy na mnie i od razu uciek­nie przez okno. Coś na pew­no pój­dzie nie tak! Jak zwy­kle!

 

– Nie za­mar­twiaj się – po­pro­si­ła ją przy­ja­ciół­ka. – Sama wiesz, że masz do­brą rękę do zwie­rząt. A co do zdep­ta­nia ogo­na, to prze­cież ki­ciuś nie bę­dzie cze­kał na cie­bie na pod­ło­dze. Pan­na Cac­kle wrę­czy ci go i po spra­wie. Na­praw­dę nie ma się cze­go bać!

Za­nim Mil­dred zdą­ży­ła od­po­wie­dzieć, drzwi do jej po­ko­ju otwo­rzy­ły się z hu­kiem i w pro­gu sta­nę­ła owi­nię­ta czar­nym szla­fro­kiem wy­cho­waw­czy­ni, pan­na Hard­bro­om. W ręku trzy­ma­ła lamp­kę. Była wy­so­ką i szorst­ką w oby­ciu ko­bie­tą o ko­ści­stej twa­rzy i ciem­nych wło­sach zwią­za­nych w cia­sny wę­zeł z tyłu gło­wy. Dla­te­go wła­śnie jej czo­ło wy­da­wa­ło się dziw­nie roz­cią­gnię­te.


– Nie za póź­no na har­ce? – za­py­ta­ła nie­przy­jem­nym to­nem.

Dziew­czyn­ki, sły­sząc ha­łas otwie­ra­nych drzwi, pa­dły so­bie w ra­mio­na, a te­raz od­su­nę­ły się od sie­bie i za­czę­ły wpa­try­wać się w pod­ło­gę.

– Oczy­wi­ście je­śli nie chce­cie brać udzia­łu w ju­trzej­szej ce­re­mo­nii, mo­że­my coś na to po­ra­dzić, nie ma spra­wy. Ro­zu­mie­my się? – do­da­ła lo­do­wa­tym to­nem ko­bie­ta.

– Tak, pan­no Hard­bro­om – od­po­wie­dzia­ły po­nu­ro przy­ja­ciół­ki.

Wy­cho­waw­czy­ni spoj­rza­ła zna­czą­co na świecz­kę Mil­dred i wy­szła na ko­ry­tarz, za­bie­ra­jąc ze sobą Maud.

Dziew­czyn­ka zdmuch­nę­ła pło­mień i za­nur­ko­wa­ła pod koł­drę, jed­nak nie mo­gła za­snąć. Za oknem sły­sza­ła po­hu­ki­wa­nie sów, a gdzieś w szko­le skrzy­pia­ły nie­do­mknię­te drzwi. Mil­dred bała się ciem­no­ści, ale… nie mów­cie o tym ni­ko­mu. No bo czy ktoś sły­szał o cza­row­ni­cy, któ­ra boi się mro­ku?


Rozdział drugi

Ce­re­mo­nia przy­dzia­łu kota od­by­ła się w Wiel­kiej Sali, ol­brzy­mim po­miesz­cze­niu z usta­wio­ny­mi w rzę­dach drew­nia­ny­mi ła­wa­mi, pod­wyż­sze­niem peł­nią­cym funk­cję sce­ny oraz her­ba­mi i por­tre­ta­mi wi­szą­cy­mi na ścia­nach. Ze­bra­ła się w niej cała szko­ła! Pan­na Cac­kle i pan­na Hard­bro­om sta­nę­ły przy sto­le, na któ­rym znaj­do­wał się spo­rych roz­mia­rów wi­kli­no­wy kosz. Z jego wnę­trza do­bie­ga­ło miau­cze­nie.

Na po­cząt­ku na­uczy­cie­le i uczen­ni­ce od­śpie­wa­li hymn aka­de­mii, któ­ry brzmiał mniej wię­cej tak:

Na­przód, za­wsze tyl­ko na­przód,

Na mio­tłach dum­nie fru­nie­my.

Nad wierz­choł­ka­mi drzew ni­czym cie­nie

Po księ­ży­co­wym nie­bie su­nie­my.

Ni­g­dy bez­czyn­nie nie sie­dzi­my

I co­dzien­nie cięż­ko pra­cu­je­my.

W ko­tłach za­wsze coś nam bul­go­cze,

Rzu­cać za­klę­cia też do­brze umie­my.

We­so­ło mie­sza­my na­sze mik­stu­ry

I na­wet w nocy o szko­le śni­my,

Bę­dzie­my za­wsze wspo­mi­nać ją z dumą,

Kie­dy ją kie­dyś opu­ści­my!

To był ty­po­wy hymn szkol­ny pod­kre­śla­ją­cy atu­ty przy­byt­ku. Nie­ste­ty Mil­dred ni­g­dy nie mie­sza­ła we­so­ło mik­stur ani nie la­ta­ła z dumą na mio­tle – za­zwy­czaj sku­pia­ła się na tym, aby ni­cze­go nie ze­psuć i nie wpaść w ko­lej­ne ta­ra­pa­ty.

Gdy zgro­ma­dzo­ne uczen­ni­ce skoń­czy­ły wy­śpie­wy­wać ostat­ni wers, pan­na Cac­kle po­trzą­snę­ła nie­wiel­kim srebr­nym dzwon­kiem sto­ją­cym na sto­le i pierw­szo­kla­sist­ki po­ma­sze­ro­wa­ły gę­sie­go po swo­je zwie­rza­ki. Mil­dred sta­ła w ko­lej­ce na sza­rym koń­cu. Kie­dy wresz­cie po­de­szła do sto­łu, dy­rek­tor­ka wy­cią­gnę­ła z ko­sza ostat­nie­go fu­trza­ka, któ­ry wca­le nie był czar­ny (jak ko­cia­ki jej ko­le­ża­nek), tyl­ko prę­go­wa­ny z bia­ły­mi łap­ka­mi. Jego sierść ster­cza­ła na wszyst­kie stro­ny, jak­by spę­dził noc na dwo­rze pod­czas wi­chu­ry. Wy­glą­dał dość ża­ło­śnie.


– Czar­ne się skoń­czy­ły – oświad­czy­ła z uprzej­mym uśmie­chem pan­na Cac­kle.

Pan­na Hard­bro­om też się uśmiech­nę­ła, ale dość nie­przy­jem­nie.

Po ce­re­mo­nii wszyst­kie uczen­ni­ce pod­bie­gły, żeby przyj­rzeć się kotu Mil­dred, tak bar­dzo od­bie­gał od „cza­ro­dziej­skich” stan­dar­dów.

– Są­dzę, że HB ma­cza­ła w tym pal­ce – stwier­dzi­ła po­nu­ro Maud (tak wła­śnie przy­ja­ciół­ki na­zy­wa­ły pan­nę Hard­bro­om).

– Mu­szę przy­znać, że wy­glą­da nie­po­zor­nie – wes­tchnę­ła jej kum­pe­la i po­dra­pa­ła fu­trza­ka po gło­wie. – Ale mnie to nie prze­szka­dza. Mu­szę tyl­ko wy­my­ślić mu ja­kieś imię. Wcze­śniej za­sta­na­wia­łam się nad Bły­ska­wi­cą, ale chy­ba nie pa­su­je... Może wyjdź­my na po­dwór­ko i sprawdź­my, czy na­sze koty mają dryg do la­ta­nia?

Nie­mal wszyst­kie cza­row­ni­ce z pierw­szej kla­sy były już na dzie­dziń­cu i pró­bo­wa­ły prze­ko­nać zdez­o­rien­to­wa­ne zwie­rza­ki do wdra­pa­nia się na mio­tły. Nie­któ­re z nich wkrót­ce trzy­ma­ły się już pa­zu­ra­mi drew­nia­nych drąż­ków, a ko­ciak na­le­żą­cy do za­do­wo­lo­nej z sie­bie uczen­ni­cy o imie­niu Ethel sam umo­ścił się na mio­tla­nych wit­kach. Prę­żył się dum­nie i li­zał łap­ki, jak­by całe swo­je do­tych­cza­so­we ży­cie spę­dził w po­wie­trzu.

Jak już zo­sta­ło po­wie­dzia­ne, la­ta­nie wca­le nie było ta­kie pro­ste. Naj­pierw na­le­ża­ło wy­dać ki­jo­wi po­le­ce­nie, aby wzbił się w po­wie­trze i za­wisł rów­no­le­gle do zie­mi. Do­pie­ro wte­dy sia­da­ło się na drąż­ku, umie­jęt­nie w nie­go stu­ka­ło i za­czy­na­ło wzno­sić wy­żej i wy­żej. Po­tem na­le­ża­ło kie­ro­wać, mó­wiąc: „w pra­wo!”, „w lewo!”, „stój!”, „odro­bi­nę w dół!” i tak da­lej. Cała trud­ność po­le­ga­ła na utrzy­ma­niu rów­no­wa­gi. Je­śli cza­row­ni­ca za bar­dzo prze­chy­li­ła się w któ­rąś stro­nę, mo­gła zsu­nąć się z mio­tły i spaść lub za­wi­snąć do góry no­ga­mi – wte­dy była zmu­szo­na ze spód­ni­cą na gło­wie kur­czo­wo trzy­mać się drąż­ka i cze­kać aż ko­le­żan­ka przy­le­ci jej z po­mo­cą.

Mil­dred po­trze­bo­wa­ła ład­nych paru ty­go­dni peł­nych po­tknięć i stłu­czek, za­nim wresz­cie na­uczy­ła się przy­zwo­icie pa­no­wać nad mio­tłą. Te­raz oba­wia­ła się, że po­dob­ny los spo­tka jej ko­cia­ka. Kie­dy po­sa­dzi­ła go po raz pierw­szy na drąż­ku, od razu spadł, na­wet nie wy­sta­wia­jąc pa­zu­rów. Po kil­ku pró­bach dziew­czyn­ka pod­nio­sła go i de­li­kat­nie nim po­trzą­snę­ła.

– Po­słu­chaj mnie! – po­wie­dzia­ła su­ro­wym to­nem. – Chy­ba na­zwę cię Głu­pek. Ty na­wet nie pró­bu­jesz utrzy­mać się na kiju! In­nym ko­tom ja­koś to wy­cho­dzi. Spójrz tyl­ko na swo­ich po­bra­tym­ców!

Ko­ciak po­pa­trzył na nią smut­no i szorst­kim ję­zy­kiem po­li­zał ją po no­sie.

– Och, daj spo­kój – stwier­dzi­ła nie­co ła­god­niej dziew­czyn­ka. – Tak na­praw­dę nie je­stem na cie­bie zła... Spró­buj­my jesz­cze raz!

Znów po­sa­dzi­ła kota na mio­tle i znów mo­men­tal­nie z niej spadł. I to z gło­śnym pla­skiem!

Maud mia­ła nie­co wię­cej szczę­ścia. Jej fu­trzak trzy­mał się trzon­ka, wi­sząc do góry no­ga­mi.


– No cóż – stwier­dzi­ła. – Do­bre i to na po­czą­tek.

– Mój jest bez­u­ży­tecz­ny – wes­tchnę­ła Mil­dred i usia­dła na mio­tle, aby chwi­lę od­po­cząć.

– Nie przej­muj się – po­ra­dzi­ła jej przy­ja­ciół­ka. – Po­myśl, jak trud­no trzy­mać się kija pa­zu­ra­mi.

Na­gle dziew­czyn­ce przy­szedł do gło­wy pe­wien po­mysł. Po­bie­gła do swo­je­go po­ko­ju, po­zwa­la­jąc kotu ga­niać za li­ściem na po­dwór­ku i zo­sta­wia­jąc mio­tłę cier­pli­wie wi­szą­cą w po­wie­trzu. Po chwi­li wró­ci­ła ze swo­ją tor­bą na ra­mię. Za­wie­si­ła ją na koń­cu mio­tły i wsu­nę­ła do środ­ka fu­trza­ka. Jego zdu­mio­ny pysz­czek wy­su­nął się na ze­wnątrz, gdy za­do­wo­lo­na z sie­bie Mil­dred za­czę­ła ob­la­ty­wać dzie­dzi­niec.

– Spójrz tyl­ko na mnie, Maud! – za­wo­ła­ła, wi­sząc do­bre trzy me­try nad zie­mią.

– To oszu­ki­wa­nie – od­po­wie­dzia­ła jej kum­pe­la, przy­glą­da­jąc się tor­bie.


Mil­dred za­to­czy­ła koło i wy­lą­do­wa­ła. Za­no­si­ła się śmie­chem.

– Nie są­dzę, aby HB się na to zgo­dzi­ła – stwier­dzi­ła z po­wąt­pie­wa­niem Maud.

– Masz ra­cję! – roz­legł się za nimi su­ro­wy głos. – Mil­dred, ko­cha­nie, praw­do­po­dob­nie by­ło­by ci ła­twiej, gdy­byś mia­ła sio­deł­ko i kie­row­ni­cę!

Dziew­czyn­ka się za­ru­mie­ni­ła.

– Prze­pra­szam, pan­no Hard­bro­om – od­po­wie­dzia­ła. – On zu­peł­nie nie umie utrzy­mać rów­no­wa­gi… to zna­czy mój ko­tek, więc… po­my­śla­łam… że może… – Jej głos ucichł zga­szo­ny kar­cą­cym spoj­rze­niem na­uczy­ciel­ki. Ścią­gnę­ła tor­bę z mio­tły i wy­pu­ści­ła oszo­ło­mio­ne­go ko­cia­ka na zie­mię.

– No do­brze, dziew­czyn­ki! – Na­uczy­ciel­ka klas­nęła w dło­nie. – Chcia­ła­bym wam przy­po­mnieć, że na ju­tro mamy za­pla­no­wa­ny spraw­dzian z elik­si­rów. Przy­go­tuj­cie się! Dzię­ku­ję za uwa­gę!

Po­wie­dziaw­szy to, znik­nę­ła. I to do­słow­nie.

– Szko­da, że po­tra­fi ro­bić się nie­wi­dzial­na – szep­nę­ła Maud i spoj­rza­ła w miej­sce, w któ­rym jesz­cze przed chwi­lą sta­ła ich wy­cho­waw­czy­ni. – Ni­g­dy nie wiem, czy na­praw­dę so­bie po­szła, czy też nie.

– Znów masz ra­cję! – roz­legł się głos pan­ny Hard­bro­om.

Dziew­czyn­ka prze­łknę­ła śli­nę i po­bie­gła po swo­je­go ko­cia­ka.


Rozdział trzeci


Czy opo­wia­da­łam wam o pew­nej mło­dej cza­row­ni­cy imie­niem Ethel, któ­rej uda­ło się na­uczyć kota la­tać już za pierw­szym po­dej­ściem? Ethel na­le­ża­ła do tych szczę­śliw­ców, któ­rym wszyst­ko przy­cho­dzi­ło z ła­two­ścią. Ucho­dzi­ła za naj­lep­szą uczen­ni­cę w kla­sie, jej za­klę­cia za­wsze dzia­ła­ły, a pan­na Hard­bro­om ni­g­dy nie wy­gła­sza­ła ką­śli­wych uwag pod jej ad­re­sem. Z tego wła­śnie po­wo­du Ethel strasz­nie się sza­ro­gę­si­ła.

Tym ra­zem usły­szaw­szy roz­mo­wę Mil­dred z wy­cho­waw­czy­nią, nie zdo­ła­ła po­wstrzy­mać się przed wy­gło­sze­niem nie­przy­jem­ne­go ko­men­ta­rza.

– Są­dzę, że pan­na Cac­kle ce­lo­wo dała ci tego ko­ta – za­kpi­ła. – Obo­je je­ste­ście rów­nie bez­na­dziej­ni.

– Och, bądź ci­cho! – jęk­nę­ła Mil­dred, pró­bu­jąc trzy­mać ner­wy na wo­dzy. – Poza tym to wca­le nie jest taki zły kot. Z cza­sem wszyst­kie­go się na­uczy.

– Tak jak ty? – kon­ty­nu­owa­ła dziew­czyn­ka. – Czy przy­pad­kiem w ze­szłym ty­go­dniu nie wpa­dłaś na śmiet­nik?

– Po­słu­chaj, Ethel. Le­piej prze­stań pa­plać, bo je­śli nie, to…

– To co?

– To za­mie­nię cię w żabę. A wca­le tego nie chcę.

Ethel gło­śno się ro­ze­śmia­ła.

– Na­praw­dę za­baw­ne! – za­skrze­cza­ła. – Prze­cież nie po­tra­fisz rzu­cić na­wet naj­prost­sze­go za­klę­cia, a co do­pie­ro tak za­awan­so­wa­ne­go!

Mil­dred się za­ru­mie­ni­ła. Wy­glą­da­ła na przy­gnę­bio­ną.

– No, śmia­ło! – za­wo­ła­ła Ethel. – Śmia­ło, sko­ro je­steś taka mą­dra. Za­mień mnie w żabę! Cze­kam!

Zu­peł­nie przy­pad­ko­wo Mil­dred zna­ła od­po­wied­nie za­klę­cie (prze­czy­ta­ła o nim pod­czas ostat­niej wy­pra­wy do bi­blio­te­ki). Pierw­szo­kla­sist­ki za­in­try­go­wa­ne kłót­nią dziew­czy­nek zbie­gły się, aby po­pa­trzeć, co się wy­da­rzy. Ethel wciąż drwi­ła z Mil­dred. Tego nie dało się wy­trzy­mać! Zde­ner­wo­wa­na dziew­czyn­ka wy­szep­ta­ła wła­ści­wą for­mułę i Ethel wy­pa­ro­wa­ła. Za­miast niej na dzie­dziń­cu po­ja­wi­ła się nie­wiel­ka ró­żo­wo-sza­ra świ­nia.

Wo­kół roz­le­gły się okrzy­ki:

– Och, nie!

– Ale bez­na­dzie­ja!

– Te­raz to do­pie­ro prze­gię­łaś, Mil­dred!

Mil­dred nie­co się prze­stra­szy­ła.

– Och, Ethel – za­wo­ła­ła. – Przy­kro mi, ale sama się o to pro­si­łaś!

Świ­nia wy­glą­da­ła na wście­kłą.

– Mil­dred, ty pa­sku­do! – za­kwi­cza­ła. – Na­tych­miast mnie od­cza­ruj!

 

W tym sa­mym mo­men­cie na dzie­dziń­cu znów po­ja­wi­ła się pan­na Hard­bro­om.

– Gdzie jest Ethel Hal­low? – za­py­ta­ła. – Pan­na Bat chcia­ła­by po­roz­ma­wiać z nią o do­dat­ko­wych lek­cjach śpie­wu.

Jej wzrok padł na nie­wiel­ką świ­nię, któ­ra po­kwi­ki­wa­ła u jej stóp.

– A co to zwie­rzę robi na na­szym dzie­dziń­cu? – za­py­ta­ła su­ro­wym to­nem.

Wszy­scy spoj­rze­li na Mil­dred.

– Ja… ja je tu wpu­ści­łam, pan­no Hard­bro­om – od­po­wie­dzia­ła z wa­ha­niem dziew­czyn­ka.

– Więc je te­raz wy­puść – stwier­dzi­ła wy­cho­waw­czy­ni.

– Och, nie mogę tego zro­bić – jęk­nę­ła zroz­pa­czo­na Mil­dred. – To zna­czy… No… Czy nie mo­gła­bym jej za­trzy­mać?

– Są­dzę, że masz dość kło­po­tów z sobą samą i ze swo­im ko­tem. Nie po­trze­bu­jesz do­dat­ko­wych pro­ble­mów ze świ­nią – od­po­wie­dzia­ła pan­na Hard­bro­om i spoj­rza­ła wy­mow­nie na prę­go­wa­ne­go ko­cia­ka, któ­ry wy­sta­wił pysz­czek zza ły­dek dziew­czyn­ki. – Wy­pro­wadź na­tych­miast tego pro­sia­ka! I gdzie jest Ethel?

Mil­dred się po­chy­li­ła.

– Ethel – szep­nę­ła przy­mil­nie świ­ni do ucha. – Wyj­dziesz grzecz­nie, gdy cię o to po­pro­szę? Obie­cu­ję, że za chwi­lę cię od­cza­ru­ję.


Bła­ga­nie ta­kich lu­dzi jak Ethel ni­g­dy jed­nak nie przy­no­si ocze­ki­wa­nych re­zul­ta­tów. Proś­by spra­wia­ją je­dy­nie, że czu­ją się bar­dziej pew­ni sie­bie. Tak sta­ło się i w tym przy­pad­ku.

– Nie wyj­dę! – za­wy­ła świ­nia. – Pan­no Hard­bro­om, to ja, Ethel! Mil­dred Hub­ble za­mie­ni­ła mnie w tego okrop­ne­go pro­sia­ka!

O dzi­wo wy­cho­waw­czy­ni nie wy­da­wa­ła się zbyt za­sko­czo­na. Na­wet tak szo­ku­ją­ca wia­do­mość spra­wi­ła je­dy­nie, że ko­bie­ta lek­ko unio­sła brew.

– Cóż, Mil­dred – po­wie­dzia­ła. – Do­brze wie­dzieć, że przy­naj­mniej jed­nej rze­czy się tu nau­czy­łaś. Ale jak pew­nie wiesz z lek­tu­ry Ko­dek­su Cza­row­nic, ar­ty­kuł siód­my, pa­ra­graf dru­gi, nie mamy w zwy­cza­ju prak­ty­ko­wać tego ro­dza­ju sztu­czek. Pro­szę na­tych­miast ją od­cza­ro­wać!

– Oba­wiam się, że nie wiem, jak to zro­bić – wy­zna­ła ci­chut­ko dziew­czyn­ka.

Pan­na Hard­bro­om po­pa­trzy­ła na nią z wy­rzu­tem.

– W ta­kim ra­zie le­piej od razu pędź do bi­blio­te­ki i sprawdź – od­po­wie­dzia­ła. – Za­bierz Ethel ze sobą. Po dro­dze zaj­rzyj do pan­ny Bat i wy­ja­śnij jej, dla­cze­go Ethel się spóź­ni.

Mil­dred schwy­ci­ła swo­je­go kot­ka w ra­mio­na i po­pę­dzi­ła do bu­dyn­ku. Świ­nia ru­szy­ła za nią. Na szczę­ście pan­ny Bat nie było w ga­bi­ne­cie, ale i tak pod­czas wi­zy­ty w bi­blio­te­ce Mil­dred naja­dła się wsty­du. Ethel ce­lo­wo gło­śno kwi­cza­ła i wszyst­kie uczen­ni­ce co i raz spo­glą­da­ły na dziew­czyn­kę w taki spo­sób, że mia­ła ocho­tę scho­wać się pod stół.


– Po­spiesz się! – jęk­nę­ła świ­nia.

– Och, prze­stań już – sap­nę­ła Mil­dred, któ­ra wła­śnie w po­śpie­chu prze­glą­da­ła księ­gę z za­klę­cia­mi. – To i tak wszyst­ko two­ja wina. Sama mnie o to po­pro­si­łaś. Nie ro­zu­miem, cze­mu te­raz je­steś nie­za­do­wo­lo­na.

– Mó­wi­łam o ża­bie, nie o świ­ni – przy­po­mnia­ła Ethel. – Na­wet to za­wa­li­łaś!

Mil­dred zi­gno­ro­wa­ła tę uwa­gę i sku­pi­ła się na księ­dze. Bli­sko pół go­dzi­ny za­ję­ło jej zna­le­zie­nie od­po­wied­nie­go za­klę­cia i przy­wró­ce­nie Ethel jej praw­dzi­wej, choć nie­zbyt mi­łej, po­sta­ci. Uczen­ni­ce pra­cu­ją­ce w ci­szy w bi­blio­te­ce były na­praw­dę za­sko­czo­ne, gdy zo­ba­czy­ły, jak świ­nia za­mie­nia się w roz­złosz­czo­ną pierw­szo­kla­sist­kę.


– Nie de­ner­wuj się, Ethel – po­wie­dzia­ła Mil­dred. – Pa­mię­taj, że w bi­blio­te­ce obo­wią­zu­je ci­sza!

I wy­szła na ko­ry­tarz.

– Nie było chy­ba aż tak źle, ko­cie – szep­nę­ła do fu­trza­ka, któ­ry wtu­lił się jej w ra­mio­na. – Chy­ba zo­sta­wię cię te­raz w po­ko­ju i pój­dę się uczyć na spraw­dzian z elik­si­rów. Tyl­ko nie za­cze­piaj nie­to­pe­rzy, do­brze?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?