My, naródTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: These Truths. A History of the United States

Copyright © JILL LEPORE, 2018

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor inicjująca: PAULINA SURNIAK

Redaktor prowadzący: BOGUMIŁ TWARDOWSKI

Marketing i promocja: KATARZYNA KOŃCZAL

Redakcja: ANNA GĄDEK

Korekta: AGNIESZKA CZAPCZYK, JUSTYNA TECHMAŃSKA

Projekt typograficzny i łamanie: GRZEGORZ KALISIAK

Projekt okładki i stron tytułowych: ULA PĄGOWSKA

Indeks: KATARZYNA ŚWIDERSKA

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: DARIUSZ NOWACKI

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-95-5

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@wydawnictwopoznanskie.pl

www.wydawnictwopoznanskie.pl

„Musimy wyzbyć się złudzeń, wówczas ocalimy nasz kraj”.

ABRAHAM LINCOLN, 1862

Spis treści

Wstęp. Postawione pytanie

CZĘŚĆ PIERWSZA

Idea. 1492–1799

1. Natura przeszłości

2. Rządzący i rządzeni

3. O wojnach i rewolucjach

4. Konstytucja państwa

CZĘŚĆ DRUGA

Naród. 1800–1865

1. Demokracja liczb

2. Dusza i maszyna

3. O statkach i morskich katastrofach

4. Obraz bitwy

CZĘŚĆ TRZECIA

Państwo. 1866–1945

1. O obywatelach, o osobach i o ludziach

2. Wydajność i masy

3. Konstytucja eteru

4. Brutalność nowoczesności

CZĘŚĆ CZWARTA

Maszyna. 1946–2016

1. Świat wiedzy

2. Prawa i krzywdy

3. Linie frontu

4. Ameryka, wzburzona

Epilog. Odpowiedź na pytanie

Podziękowania

O Autorce

Przypisy

Indeks osób

Ilustracje

Wstęp. Postawione pytanie

BIEG HISTORII JEST NIEREGULARNY, NIEPRZEWIDYWALNY NICZYM POGODA, chimeryczny jak uczucie. Państwa rodzą się i upadają na skutek kaprysów i zbiegów okoliczności, nękane przemocą, trawione chciwością, przejmowane przez tyranów, deptane przez najeźdźców, skażane przez demagogów. Tak było zawsze, aż któregoś dnia, we wtorek 30 października 1787 roku, czytelnicy pewnej gazety, noszącej tytuł „New-York Packet”, znaleźli na pierwszej stronie reklamę almanachu sprzedawanego w zestawie z tablicami przewidującymi „wschody i zachody słońca”, „zrządzenia pogody”, „długości dni i nocy” oraz, jako dodatek, coś zupełnie nowego: Konstytucję Stanów Zjednoczonych, 4400 słów, za pomocą których usiłowano wyznaczyć granice poszczególnym częściom rządu i rozdział ich władzy. Kreślono je tak, jakby dotyczyły praw fizyki, jakby były podobne do wschodów słońca i księżyca czy nadejścia przypływów i odpływów[1]. Konstytucja miała zapoczątkować nową erę, w której bieg historii stałby się przewidywalny, a działaniami powstałego rządu kierowałyby nie przypadek i siła, ale rozum i świadome decyzje. Źródła tej idei oraz jej dalsze losy to rdzeń amerykańskiej historii.

Konstytucja wymagała ciężkiej pracy i argumentacji. Wyfrakowani, zlani potem delegaci na konwencję konstytucyjną zebrali się latem w Filadelfii, zobowiązując się do zachowania tajemnicy; okna sali obrad zabito deskami, by zniechęcić podsłuchujących. Do połowy września sporządzili projekt zapisany na czterech stronach pergaminu. Wysłali go do drukarzy, którzy jako pierwszą literę wzniosłej preambuły wybrali ogromne W, ostre niczym ptasi pazur:

My, naród Stanów Zjednoczonych, pragnąc udoskonalić Unię, ustanowić sprawiedliwość, zabezpieczyć spokój w kraju, zapewnić wspólną obronę, podnieść ogólny dobrobyt oraz utrzymać dla nas samych i dla naszego potomstwa dobrodziejstwa wolności, wprowadzamy i ustanawiamy dla Stanów Zjednoczonych Ameryki niniejszą konstytucję.

Gdy lato przeszło w jesień, o podjęcie decyzji co do ratyfikowania Konstytucji zostali poproszeni wolni obywatele Stanów Zjednoczonych, znajdujący jej egzemplarze dołączone do gazet i almanachów. Poproszono ich, zbierających siano, mielących zboże, farbujących skóry, wznoszących modlitwy i popuszczających szwy na płaszczach z poprzedniej zimy, gdyż matki i ojcowie przytyli, i przedłużających je, ponieważ dzieci wyrosły.

Czytali ten dziwny, skomplikowany dokument i dyskutowali nad jego budową. Niektórzy obawiali się, że nowy system dawał zbyt wielką władzę rządowi federalnemu — prezydentowi, Kongresowi, Sądowi Najwyższemu albo wszystkim trzem. Wielu, jak sześćdziesięciojednoletni George Mason z Wirginii, jeden z delegatów, który odmówił złożenia podpisu, domagało się dołączenia do Konstytucji karty praw. („Kartę można przygotować w kilka godzin”, błagał Mason na konwencji, bezskutecznie[2]). Inni skarżyli się na to czy inne sformułowanie, a nawet przecinki. Nie była to łatwa lektura. Nieliczni proponowali wyrzucić projekt i zacząć od nowa. „Czy ta sama władza, która zwołała ostatnią konwencję, nie może zwołać kolejnej?”, zastanawiał się pewien obywatel. „Czyż ludzie nie są nadal panami samych siebie?”[3].

Wiele z tego, co mówili, zostało odnotowane. „Niemowlęcy okres większości krajów pogrążony jest w ciszy lub owiany legendą”, zauważył pewnego razu James Madison[4]. Jednak nie w Stanach Zjednoczonych. Ich niemowlęctwo zostało zachowane, niczym mleczne zęby w szklanym słoju, na czterech pergaminowych kartach Konstytucji, na stronach almanachów opisujących pogodę dawno minionego klimatu i w setkach gazet, w których teksty za i przeciw nowemu systemowi zamieszczano obok wiadomości żeglugowych, anonsów o aukcjach oraz wezwań do powrotu ludzi niebędących panami samych siebie — kobiet i dzieci, niewolników i służących — którzy zbiegli w nadziei na zdobycie dla siebie i swego potomstwa błogosławieństwa wolności.

Jesień ratyfikacji wypełniały zwykły zgiełk i praca. W tym samym wydaniu „New-York Packet” z 30 października 1787 roku pewien kierownik szkoły ogłosił, że udziela lekcji „czytania, pisania, arytmetyki i rachunków handlowych” w pokojach nieopodal miejskiego ratusza. Majątek firmy Grearey, Champion i Spółka, złożony głównie z „obfitego i szerokiego asortymentu leków i mikstur”, miał zostać zlicytowany. Wielomasztowe żaglowce przybyłe z Londynu i Liverpoolu i smukłe szkunery z St. Croix, Baltimore i Norfolk rzuciły kotwice na portowej redzie. Slupy z Charlestonu i Savannah rzuciły cumy przy nabrzeżach. Pewien Szkot oferował nagrodę za zwrot skradzionej mu kasztanki, wysokiej na czternaście piędzi, „lekkiej budowy, nadobnie stąpającej i kłusującej”. Kupiec z magazynem przy Peck Slip pragnął powiadomić czytelników, że oferuje na sprzedaż suszone dorsze, znaczną ilość melasy, mielony imbir w beczkach, rum z Yorku, marynowane dorsze, papier listowy oraz męskie obuwie. Zaś „Columbian Almanack”, z załącznikiem w postaci egzemplarza Konstytucji lub bez niego, był do nabycia w drukarni, w której nowojorczycy mogli także rozpytać się o cenę dwojga ludzi:

NA SPRZEDAŻ: Urocza młoda MURZYŃSKA DZIEWKA, lat 20, zdrowa, z przebytą ospą, ma małe dziecko płci męskiej.

 

Zgodnie z ogłoszeniem matka była „niebywale zręczna w pracach domowych”; jej dziecko miało „około sześciu miesięcy”, wciąż przy piersi. Ich imion nie wspomniano[5]. Nimi nie rządzono rozumem ani rozważnymi decyzjami. Nimi rządzono przemocą i siłą.

Pomiędzy codziennie popełnianą zbrodnią niewolnictwa a najnowszymi wieściami z apteki na stronie drugiej tegoż egzemplarza „New-York Packet” widnieje esej zatytułowany Federalista Nr 1. Został on napisany, anonimowo, przez zuchwałego trzydziestoletniego prawnika nazwiskiem Alexander Hamilton. „Wzywa się Was do rozważań nad nową konstytucją dla Stanów Zjednoczonych Ameryki”, pisał swym czytelnikom. Jednakże, utrzymywał, na szali znajdowało się więcej. Błędna decyzja przynieść miała „powszechne nieszczęście dla ludności”. Stany Zjednoczone, twierdził, stanowiły eksperyment z dziedziny polityki, wyznaczający nową erę w historii rządzenia:

Wydaje się, że to mieszkańcom tego kraju przypada, poprzez ich zachowanie i przykład, zadecydowanie o ważnej kwestii: czy ludzkie społeczności zdolne są do utworzenia dobrego rządu poprzez wybór oparty na refleksji, czy też są one na zawsze skazane na to, by ich ustrój polityczny wynikał z przypadku i siły[6].

Była to najważniejsza kwestia tej jesieni. W pewien sposób jednak była to także najważniejsza kwestia wszystkich kolejnych lat, kwestia na każdy wschód i zachód słońca, na dni deszczowe i śnieżne, na dni słoneczne i dni pochmurne, kwestia na każdą burzę. Czy społeczność polityczna naprawdę może być rządzona poprzez refleksję i wybory, rozum i prawdę, nie zaś poprzez przypadek i przemoc, uprzedzenia i kłamstwa? Czy istnieje jakakolwiek organizacja rządu — jakakolwiek konstytucja — dzięki której ludzie mogliby rządzić samymi sobą sprawiedliwie i uczciwie, jako równi sobie, dzięki uwadze i trosce? Czy też ich wysiłki, niezależnie od ustroju, są skazane na skorumpowanie, ich ocena zmącona demagogią, a ich rozum porzucony na rzecz wściekłości?

Pytanie to jest najważniejsze w amerykańskiej historii na każdym jej etapie. Jest także najważniejszym pytaniem tej książki, stanowiącej opis genezy, przebiegu i konsekwencji amerykańskiego eksperymentu w ciągu ponad czterech wieków. Nie jest to pytanie proste. Pewnego razu natknęłam się na książkę zatytułowaną The Constitution Made Easy (Konstytucja na łatwo)[7]. Konstytucji nie można uczynić łatwą. Nigdy nie miała być łatwa.

Amerykański eksperyment opiera się na trzech ideach politycznych — „tych właśnie prawdach”, jak je nazwał Thomas Jefferson — równości politycznej, praw naturalnych oraz suwerenności ludu. „Te właśnie prawdy uznajemy za święte i niezaprzeczalne”, pisał Jefferson w 1776 roku, w projekcie Deklaracji niepodległości:

Że wszyscy ludzie są stworzeni równymi i niepodległymi, że z tego równego stworzenia pochodzą prawa nieodłączne i niezbywalne, wśród których jest zachowanie życia i wolności oraz dążenie do szczęścia; że dla zabezpieczenia tych dążeń pośród ludzi tworzone są rządy, wywodzące swą sprawiedliwą władzę ze zgody rządzonych.


Korzenie tych idei sięgają głęboko, aż po Arystotelesa i Księgę Rodzaju, skąd rozgałęziają się niczym korona dębu. Są one jednak zasadami założycielskimi tego kraju, który powstał poprzez ich zadeklarowanie. W kolejnych wiekach zasady te były cenione, krytykowane i kwestionowane; walczono za nie, walczono o nie i walczono przeciw nim. Gdy Benjamin Franklin przeczytał projekt Jeffersona, sięgnął po pióro, wykreślił słowa „święte i niezaprzeczalne” i zasugerował, że „te właśnie prawdy” są „oczywiste”. Była to ważna poprawka. Prawdy, które są święte i niezaprzeczalne, pochodzą od Boga, należą do sfery religii. Prawdy, które są oczywiste, są prawami natury, empirycznymi i możliwymi do zaobserwowania, należą do sfery nauki. Podział ten nieomal rozdarł Republikę na dwoje.

Mimo to jednak podział ten jest niemal zawsze wyolbrzymiany, łatwo też przesadnie podkreślać różnice pomiędzy Jeffersonem i Franklinem, które w tych słowach sprowadzały się także do stylu: poprawka Franklina brzmi dobitniej. Prawdziwy spór nie odbywał się między Jeffersonem i Franklinem, którzy, każdy na swój sposób, starali się godzić wiarę z rozumem, tak jak wielu czyniło to przed nimi i po nich. Prawdziwy spór toczy się pomiędzy „tymi właśnie prawdami” a biegiem wydarzeń: Czy historia Ameryki dowodzi tych prawd, czy też im zaprzecza?

Przed rozpoczęciem eksperymentu mężczyźni, którzy spisali Deklarację niepodległości i Konstytucję, dokonali niezwykle drobiazgowych studiów historycznych. Zgłębiali historię przez całe swe życie. Benjamin Franklin miał 81 lat, gdy, pochylony i krzywy, złożył swą starczą ręką podpis pod Konstytucją. W roku 1731, jako prosty jak sosna dwudziestopięciolatek, napisał esej zatytułowany Spostrzeżenia z lektury historii na „skrawku papieru, przypadkiem zachowanym”[8]. Czytał historię nadal, sporządzał notatki i zadawał sobie pytanie, rok po roku: Czego uczy przeszłość?

Stany Zjednoczone opierają się na oddaniu równości, będącej ideą moralną wywodzącą się z chrześcijaństwa, opierają się też jednak na oddaniu nieustępliwym i nieulękłym dociekaniom. Ich założyciele zgadzali się ze szkockim filozofem i historykiem Davidem Hume’em, który w roku 1748 napisał, że „dzieje wojen, intryg, podziałów i rewolucji to cała seria eksperymentów”[9]. Uważali, że prawdę znaleźć można w ideach moralnych, ale także w zgłębianiu historii.

Często mówiono, w XXI wieku i we wiekach wcześniejszych, że Amerykanom brakuje wspólnej historii, że opierają się na spękanym fundamencie, że Republika chyli się ku upadkowi[10]. Część tych argumentów dotyczy pochodzenia: Amerykanie wywodzą się od zdobywców i od pokonanych, od ludzi trzymanych jako niewolnicy i od ludzi, którzy tych niewolników trzymali, wywodzą się z Unii i z Konfederacji, od protestantów i od żydów, od muzułmanów i od katolików, od imigrantów i od ludzi usiłujących położyć kres imigracji. Bywa, że w amerykańskiej historii — tak jak w historii niemal wszystkich krajów — czyjś czarny charakter jest dla innych bohaterem. Jednakże argumenty te niekiedy dotyczą także ideologii: Stany Zjednoczone opierają się na zestawie idei, jednakże Amerykanie stali się tak bardzo podzieleni, że nie zgadzają się już — jeśli kiedykolwiek się zgadzali — czym idee te są, czy też czym były.

Napisałam tę książkę, ponieważ już od dawna nikt nie podjął wysiłku opisania historii Ameryki od początku do końca i ponad tym podziałem, uznałam więc, że warto spróbować. Jednym z powodów jest to, że rozumienie historii jako formy dociekania — nie czegoś łatwego i przyjemnego, ale czegoś wymagającego i wyczerpującego — miało kluczowe znaczenie przy zakładaniu kraju. Także to było nowe. Na Zachodzie najstarsze opowieści — Iliada i Odyseja — opiewają słowem i pieśnią wojny i królów, ludzi i bogów. Opowieści te miały upamiętniać, podobnie jak starożytne kroniki: spisano je jako pomniki. „spisałem moje dzieło nie jako esej dla chwilowego uznania”, pisał Tukidydes, „ale dla wszystkich czasów”. Herodot uważał, że celem pisania historii było „żeby (…) dzieje ludzkie z biegiem czasu nie zatarły się w pamięci”. Nowy sposób pisarstwa historycznego, mniej upamiętniający, a bardziej niepokojący, pojawił się po raz pierwszy w XIV wieku. „Historia to nauka filozoficzna”, pisał północnoafrykański muzułmański uczony Ibn Chaldun w 1377 roku we wstępie do swej historii świata, w którym określił historię jako badanie „przyczyn i pochodzenia rzeczy istniejących”[11].

Wśród wzlotów i upadków historia przerodziła się ze zwykłej formy pamięci w formę dociekania, w dysputy, jak w przypadku filozofii, z kwestionowaniem założeń, badaniem dowodów i wysuwaniem kontrargumentów. W początkach XVII wieku sir Walter Raleigh zaczął pisać swą Historię świata uwięziony w londyńskiej Tower, gdzie pozwolono mu trzymać bibliotekę liczącą pięćset tomów. Przeszłość, wyjaśniał Raleigh, „z naszymi zmarłymi przodkami nas zapoznała”, ale także rzuca światło na teraźniejszość „innych minionych dawno nieszczęść porównaniem z naszymi własnymi błędami i osławą”[12]. Badać przeszłość to znaleźć klucz do więzienia teraźniejszości.

Nowe pojmowanie przeszłości stanowiło próbę odłączenia historii od wiary. Księgi wielkich religii: Biblia hebrajska, Nowy Testament i Koran — obfitują w tajemnice, prawdy znane jedynie Bogu, przyjmowane na wiarę. W tych nowych księgach historycy usiłowali rozwiązywać zagadki i odkrywać własne prawdy. Zwrócenie się od kultu w stronę dociekania, od tajemnicy do historii było kluczowe dla założenia Stanów Zjednoczonych. Nie wymagało porzucenia wiary w prawdy objawionych religii i nie zwalniało nikogo od obowiązku odróżniania dobra od zła. Wymagało jednakże poddania przeszłości sceptycyzmowi, do poszukiwania przyczyn nie celem usprawiedliwiania skutków, ale kwestionowania ich — na podstawie dowodów.

„Nie oferuję niczego nad proste fakty, jasne argumenty i zdrowy rozsądek”, pisał w roku 1776 Thomas Paine, przebojowy syn angielskiego straganiarza, w swym Common Sense (Zdrowy rozum). Królowie nie mają prawa rządzić, pisał Paine, ponieważ, jeśli spojrzeć na dzieje dynastii aż po ich początki, „gdybyśmy zdarli mroczną narzutę starożytności i prześledzili ich losy od pierwszego dojścia do znaczenia”, odkrylibyśmy, że „pierwsi z nich byli nie lepsi niż najsilniejszy łotr jakiejś dzikiej bandy”. James Madison wyjaśniał historyczny sceptycyzm Amerykanów, to głębokie oddanie empirii, w ten sposób: „Czyż nie jest chlubą ludu Ameryki, że — choć poświęcili należytą uwagę poglądom czasów dawnych i innych ludów, nie cierpią na ślepy kult rzeczy dawnych, zwyczajów czy nazwisk, dominujących nad tym, co sugeruje im własny rozum, znajomość swego położenia i wniosków własnego doświadczenia?”[13]. Dla Madisona dowód był wszystkim.

„Wybiła godzina nowej ery polityki, zrodziła się nowa metoda myślenia”, pisał Paine swym płomiennym piórem[14]. Samo zadeklarowanie niepodległości było argumentem z dziedziny stosunku teraźniejszości i przeszłości, argumentem wymagającym dowodów bardzo szczególnego rodzaju: dowodów historycznych. To właśnie dlatego większość Deklaracji niepodległości stanowią twierdzenia historyczne. „By dowieść tych prawd, takie oto fakty przedstawiamy bezstronnemu światu”.

Fakty, wiedza, doświadczenie, dowód. Słowa te pochodzą z prawa. Mniej więcej w XVII wieku znalazły one zastosowanie w dziedzinach, które nazywano wówczas zbiorczo „historią naturalną”: astronomii, fizyce, chemii, geologii. W wieku XVIII zastosowano je także do historii i polityki. „Te właśnie prawdy” to był język rozumu, oświecenia, dociekania i język historii. W roku 1787 więc, gdy Alexander Hamilton pytał, „czy ludzkie społeczności zdolne są do utworzenia dobrego rządu poprzez wybór oparty na refleksji, czy też są one na zawsze skazane na to, by ich ustrój polityczny wynikał z przypadku i siły”, było to pytanie podobne do tych, jakie stawia naukowiec, rozpoczynając eksperyment. Tylko czas mógł dać odpowiedź. Czas jednak minął. Początek dobiegł końca. Jaki zatem jest werdykt historii?

Niniejsza książka próbuje udzielić odpowiedzi na to pytanie, opowiadając dzieje amerykańskiej historii, począwszy od roku 1492 — wyprawy Kolumba, która połączyła ze sobą kontynenty, czyniąc w końcu świat nie tyle powiązanym, ile splątanym, ściśniętym i skrępowanym. Opisuje zasiedlenie amerykańskich kolonii, założenie kraju i jego ekspansję poprzez migrację, imigrację, wojnę i wynalazczość, popadnięcie w wojnę domową, włączenie się do wojen europejskich, osiągnięcie pozycji światowego mocarstwa i jego rolę, po II wojnie światowej, w ustanowieniu nowoczesnego, liberalnego porządku świata: rządów prawa, praw indywidualnych, demokratycznych rządów, otwartych granic i wolnych rynków. Powtarza konfrontacje kraju z zagranicznym komunizmem i wewnętrzną dyskryminacją; jego pęknięcia i podziały, i wojny toczone przezeń od roku 2001, kiedy to dwa samoloty rozbiły się o dwie wieże World Trade Center osiem przecznic od miejsca, w którym dawno już nieistniejąca drukarnia „New-York Packet” oferowała na sprzedaż młodą matkę z sześciomiesięcznym synkiem oraz „Columbian Almanack” z Konstytucją w zestawie lub bez niej.

 

W tej historii zawarłam opowieść; starałam się opowiedzieć ją uczciwie. Napisałam wstęp, napisałam zakończenie i próbowałam wypełnić to, co pomiędzy, ale nie próbowałam opowiedzieć całej historii. Nikt nie jest w stanie. Wiele na tych stronach brakuje. W latach pięćdziesiątych XX wieku historyk Carl Degler opisał zasadę, jaką kierował się, podejmując decyzję o tym, co umieścić, a czego nie umieszczać w swej historii Stanów Zjednoczonych, pięknej książce zatytułowanej Out of Our Past (Z naszej przeszłości). „Czytelników muszę ostrzec, że nie znajdą tu niczego na temat administracji prezydentów w latach 1868 i 1901, nie znajdą wzmianki o amerykańskich Indianach ani o zasiedlaniu kolonii w XVII wieku”, pisał Degler. „Wojna 1812 roku wzmiankowana została jedynie w przypisie”[15]. Także i ja musiałam pominąć niezwykle dużo. Niektóre bardzo ważne wydarzenia nie znalazły się nawet w przypisach, które pieczołowicie przycinałam, niczym paznokcie niemowlęcia.

Decydując się, co umieścić, a czego nie umieszczać, ograniczyłam się do tego, co, moim zdaniem, obywatele kraju w początkach XXI wieku powinni wiedzieć na temat własnej przeszłości, głównie dlatego, że książka ta ma służyć także jako staromodny podręcznik wiedzy o społeczeństwie, wyjaśnienie źródeł i celów instytucji demokratycznych, od rady miejskiej po system partyjny, od konwencji przedwyborczej po tajne głosowanie, od dyskusji radiowych po internetowe sondaże. Niniejsza książka to głównie historia polityczna. Poświęca bardzo niewiele uwagi dziejom militarnym i dyplomatycznym czy historii społecznej i kulturalnej. Zawiera jednak wydarzenia z dziejów amerykańskiego prawa, religii, dziennikarstwa i techniki, głównie dlatego, że to właśnie w tych sferach niekiedy rozstrzygano, co jest prawdą, a co nią nie jest.

Poza krótką historią Stanów Zjednoczonych oraz wstępem do wiedzy o społeczeństwie, książka ta pragnie być także czymś innym: wyjaśnieniem natury przeszłości. Historia nie jest jedynie tematem; jest także metodą. Moją metodą jest, ogólnie biorąc, pozwolić zmarłym mówić za siebie. Usiałam strony książki ich słowami, niczym kwiatami, dla ich piękna, lub niczym robakami, dla ich obrzydliwości. Praca historyka nie jest pracą krytyka ani pracą moralisty: jest pracą detektywa i gawędziarza, filozofa i naukowca, strażnika opowieści, głosiciela prawdy.

Co zatem z amerykańską przeszłością? W amerykańskiej historii znajdziemy rzecz jasna wiele udręki i jeszcze więcej hipokryzji. Żaden kraj i żaden naród nie jest od nich wolny. Jednakże w amerykańskiej przeszłości mamy także niezwykle wiele uczciwości i nadziei, postępu i ambicji, i wiele — zwłaszcza — pomysłowości i piękna. Niektóre książki o historii Ameryki nie krytykują Stanów Zjednoczonych; inne nie robią nic poza tym. Ta książka jest inna. Prawdy, na których zbudowano kraj, nie są tajemnicami, prawdami wiary, niekwestionowalnymi, jakby założenie kraju było dziełem Boga, nie są one jednak też kłamstwami, fakty nie są fikcją, tak jakby niczego nie można było wiedzieć w pozbawionym prawdy świecie. Pomiędzy szacunkiem i kultem z jednej strony a lekceważeniem i pogardą z drugiej, wije się niełatwa ścieżka, odległa od fałszywej wyższości i łatwego wywyższania się nad ludźmi, którzy żyli i umarli, popełniając swe czyny chwalebne oraz błędy i grzechy na długo przed tym, jak my popełniliśmy nasze. „Nie możemy uświęcić tej ziemi”, powiedział Lincoln w Gettysburgu. Musimy natomiast iść przez tę ziemię, poświęcając się zarówno dla żywych, jak i dla umarłych.

Jeszcze jedno więc o opowiadaniu i o prawdzie. „Zaczynałem ten list pięć razy i darłem go”, pisał w 1962 roku James Baldwin w liście do swego bratanka. „Wciąż widzę Twoją twarz, która jest także twarzą Twojego ojca i mojego brata”. Jego brat już nie żył; zamierzał opowiedzieć swemu bratankowi o byciu czarnym mężczyzną, o walce o równość oraz ogromnym znaczeniu i niezwykłej aktualności zgłębiania dziejów i rozważania nad pochodzeniem. Jak pisał dalej:

Znałem Was obu całe życie, nosiłem Twojego tatę na rękach i na ramionach, całowałem go, dawałem mu lanie i patrzyłem, jak uczy się chodzić. Nie wiem, czy znasz kogokolwiek od tak dawna; jeśli kochałeś kogokolwiek tak długo, najpierw jako niemowlę, potem jako dziecko, następnie jako mężczyznę, zyskujesz nowe spojrzenie na czas oraz na ludzki ból i wysiłek. Inni nie widzą tego, co widzę ja, gdy tylko spoglądam na twarz Twojego ojca, ponieważ za twarzą Twojego ojca dzisiaj są wszystkie dawniejsze jego twarze[16].

Nikt nie może znać kraju od tak dawna, od jego niemowlęctwa, nawet mając mleczne zęby w słoiku. Jednakże zgłębianie dziejów właśnie tak wygląda, jest spoglądaniem w twarz i dostrzeganiem za nią kolejnej, i następnej, i jeszcze następnych. „Pamiętaj, skąd pochodzisz”, pisał Baldwin swemu bratankowi[17]. Przeszłość jest dziedzictwem, darem i brzemieniem. Nie można jej zrzucić. Nosi się ją wszędzie. Nie pozostaje więc nic innego, jak ją poznać.