Pan PerfekcyjnyTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dla wszystkich poszukujących drugiej szansy



OD AUTORKI

To nie jest historia o autyzmie. To opowieść o życiu, a w nim występują przecież dzieci z tym schorzeniem i rodzice stąpający po nieznanym gruncie, by zapewnić swoim pociechom przyszłość. Każde dziecko jest wyjątkowe. Każda podróż wymaga innej mapy. Oto jedna z nich. Postać Harrisona zainspirowały dzieci, które mam zaszczyt znać i kochać.

PROLOG

Heidi urodziła mi syna, po czym ją zabiłem. Zazdrościłem idiotom, potrafiącym uczyć się na błędach innych.

– Nie pij dziś. Chcę, żebyś zrobił mi kolejne dziecko – szepnęła żona, kładąc dłoń na moim udzie pod stołem, przy którym siedziało dwanaście bliskich nam osób. Heidi wybrała mój ulubiony steak house w Omaha i wyprawiła mi w tym szczególnym dniu imprezę. Nie miałem pojęcia, o co chodziło, póki wszyscy nie krzyknęli „niespodzianka”.

Ogromnie ją kochałem.

– A co dla solenizanta? – Ciemnowłosa kelnerka puściła do mnie oko, stając obok z notesikiem i długopisem.

– Whisky.

Heidi zmarszczyła brwi.

Wziąłem ją za rękę i położyłem sobie na wzwiedzionym członku.

– Nie będę miał żadnego problemu ze spełnieniem twojej prośby.

– Zobaczymy – odparła, choć brakowało w tym pewności siebie.

Rodzice przyjechali aż z Denver, by zrobić mi niespodziankę, ale to mój dwuletni synek Harrison skradł ich uwagę. Bawili się z nim na zmianę z mamą Heidi. Nie spodziewałem się zostać ojcem przed ukończeniem studiów, tak samo jak nie spodziewałem się poznać kobiety, bez której nie mogłem żyć w chwili, w której najbardziej jej potrzebowałem.

Była na stażu pielęgniarskim w szpitalu, do którego trafiłem po tym, jak uraz kolana zakończył moją futbolową karierę. Nazwałem ją aniołem. Heidi upierała się, że to przez leki, które mi podano.

– Monaghan stwierdził, że zostaniesz jego agentem, gdy zacznie grać zawodowo. – Tata spojrzał na mnie z zaciekawieniem.

– Monaghan pieprzy trzy po trzy. Żadna drużyna przy zdrowych zmysłach nie weźmie tego pięknisia. Zostanie nauczycielem. Tak się dzieje, gdy jest się za wielką cipką, by dostać prawdziwą szansę w lidze.

Młody rozgrywający drużyny Cornhuskers uśmiechnął się do mnie z drugiej strony stołu. Obaj wiedzieliśmy, że zostanie zawodowcem, ale w swoje urodziny nie zamierzałem prawić mu komplementów.

– Wyrażaj się, Hopkins – ostrzegła Heidi.

Poruszyłem się na krześle, gdy zwróciła się do mnie po nazwisku. Zawsze oznaczało to karę – zadawaną w sypialni.

Kochałem tę dziewczynę jak szaleniec.

Wieczór upływał idealnie.

Kolacja, przyjaciele, rodzina, alkohol.

Żona przeszła samą siebie. Każdego dnia była perfekcyjna. Równie doskonale marudziła na temat mojego picia. Za każdym razem, gdy kelnerka stawiała przede mną kolejną szklankę, Heidi krzywiła się z dezaprobatą.

Ignorowałem to, żeby uniknąć kłótni. Przed śmiercią jej ojciec zbyt wiele pił i wyżywał się na rodzinie. Kiedy się poznaliśmy, sądziła, że w ogóle nie tykałem alkoholu. Wtedy była to prawda. Futbol był całym moim życiem. Traktowałem swoje ciało z należytym szacunkiem, ale po kontuzji prowadziłem egzystencję, nie wielbiąc już własnego ciała i pijąc okazjonalnie, by zagłuszyć ból po straconych marzeniach.

Heidi sądziła, że każdy, kto używał alkoholu, był agresywnym alkoholikiem. Postanowiłem pokazać jej, jak bardzo się myliła, by może pewnego dnia odpuściła trochę i sama napiła się przy wyjątkowych okazjach.

– Wszystkiego najlepszego, Flint. Troszcz się o moje cukiereczki – powiedziała moja teściowa Sandy, ściskając mnie jako ostatnia na odchodne.

– To znaczy: „Oddaj swojej żonie kluczyki do auta”. – Heidi szturchnęła mnie z uśmiechem, choć wiedziałem, że była poważna.

Sandy objęła moją twarz i popatrzyła mi w oczy.

– Chyba nic mu nie jest, kochanie. Nie jest taki jak twój ojciec, więc mu odpuść.

Posłałem żonie wymowne spojrzenie. Jej matka mnie uwielbiała. Byłem zupełnie inny niż jej mąż. Heidi nie podobało się to, że w oczach jej matki nie mogłem zrobić nic złego, ale ja to kochałem. Z pewnością siebie wiąże się niebezpieczna duma.

Kiedy Heidi zapięła Harrisona w foteliku, wyprostowała się i wyciągnęła rękę.

– Nic mi nie jest. – Otworzyłem drzwi po stronie kierowcy.

– Wcale nie. Dużo dziś wypiłeś.

– Dużo też ważę.

– Flint.

Wsiadłem za kierownicę.

– Nazwij mnie Hopkinsem, kochanie. Podoba mi się to, do czego to prowadzi.

– Mówię poważnie, Flint. Z tyłu jest nasze dziecko. – Stanęła przed drzwiami, bym nie mógł ich zamknąć.

– Chcę dostać od ciebie prezent urodzinowy, więc wsiadaj, byśmy mogli położyć Harrisona spać.

Skrzyżowała ręce na piersiach, kruczoczarne włosy rozsypały się na jej ramionach, a niebieskie oczy wpatrywały się we mnie ostro.

– Nic mi nie jest.

Wzruszyła ramionami.

– Świetnie, ale nie bądź szowinistyczną świnią i pozwól mi prowadzić.

W oddali huknął grzmot, z nieba spadło kilka kropel deszczu.

– Zmokniesz.

Prychnęła i przeszła na drugą stronę samochodu.

– Uparty jak osioł – mamrotała pod nosem, zapinając pas.

– Wyrażaj się, mamusiu – powiedziałem i odpaliłem silnik.

– Dostaniesz specjalne miejsce w piekle, Flincie Hopkins, jeśli prowadząc po pijanemu, zabijesz nas lub kogoś innego.

Wrzuciłem bieg, położyłem dłoń na jej karku, po czym przysunąłem ją do siebie, trzymając stopę na hamulcu.

– Jesteś dla mnie wszystkim i nigdy nie zrobiłbym ci krzywdy. Bardzo cię kocham.

– Jezu, Flint… – szepnęła. – Cuchniesz whisky. Błagam cię. Pozwól mi prowadzić.

Puściłem ją i ruszyłem. Choć kochałem swoją żonę, kochałem również być mężczyzną. A silny mężczyzna zna swoje granice i nie trzeba mu mówić do czego jest, a do czego nie jest zdolny.

***

Trzy dni później pochowałem żonę na cmentarzu znajdującym się dwie przecznice od naszego domu.

ROZDZIAŁ 1

Specjalne miejsce w piekle, dziesięć lat później…

Szczęśliwi ludzie powinni nosić jakieś tabliczki ostrzegawcze.

– Dzień dobry, kancelaria adwokacka Flinta Hopkinsa. Przy telefonie Amanda… Tak… Dobrze… Poinformuję pana Hopkinsa. Dziękuję za telefon. Fantastycznego dnia.

Kto mówi „fantastycznego dnia”? Słowo pochodzi od fantazji, co oznacza coś nierealnego. Moja sekretarka, która niestety nie posiada tabliczki ostrzegawczej, życzy wszystkim dzwoniącym, by mieli „nieprawdziwy” dzień. Powinna pracować w Disney Worldzie.

Odzywa się interkom w moim telefonie. Wzdycham.

– Amando, moje drzwi są przecież otwarte i nikogo tu nie ma. Nie musisz używać interkomu. Wyraźnie cię słyszę.

– A skąd mam niby wiedzieć, że nie rozmawiasz przez telefon?

– Obróć się.

Spełnia polecenie. Wyglądam zza komputera, patrząc na nią.

– Nie lubię cię podglądać. Kiedy to robię, posyłasz mi spojrzenie, które mnie denerwuje.

Drapię się po podbródku.

– Posyłam ci spojrzenie?

Zakłada blond włosy za uszy i się krzywi.

– Tak. Nigdy się nie uśmiechasz. To okropne.

– Nigdy? – Przechylam głowę na bok.

– Cóż, poza chwilami, kiedy Harrison przychodzi tu po szkole. Kąciki twoich ust unoszą się jakby… – Zaciska wargi. – …o kilka milimetrów. Trzeba się dokładnie przyjrzeć, by to zobaczyć.

Uśmiech jest przereklamowany. I kobieta ma rację, syn sprawia, że się staram. Pozostały we mnie szczątki dobra.

– Kto dzwonił?

– Co?

– Zanim poinformowałaś mnie, że cię denerwuję, użyłaś interkomu.

– A, tak. Ellen Rodgers spóźni się o kwadrans. Zatrzymano ją w pracy.

– Spóźni się. Niedobrze. Oznacza to zapewne, że co miesiąc będzie spóźniać się z czynszem.

– Tak, Flint. Prawdopodobnie masz rację. Utknęła w pracy, w miejscu, w którym zarabia pieniądze. To definitywnie znak, że będzie zalegać z czynszem. – Amanda obraca się do swojego biurka.

– Przewracasz oczami. – Wracam uwagą do ekranu komputera.

– Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła, szefie.

Dwadzieścia pięć minut później z poczekalni dobiega rozmowa. Nadal wpatruję się w monitor. Nie ma powodu, by pani Rodgers myślała, że nie mam nic lepszego do roboty niż czekanie na nią.

Wibruje leżąca na biurku komórka.

Amanda: PRZYSZŁA ELLEN RODGERS. PRZYPUSZCZAM, ŻE O TYM WIESZ. NIE JEST KLIENTKĄ, WIĘC NIE JESTEM PEWNA, CZY ZAPOWIEDZIEĆ JĄ PRZEZ INTERKOM, CZY MOŻE ZAWOŁAĆ PRZEZ OTWARTE DRZWI. JAK, WEDŁUG CIEBIE, MAM ZACHOWAĆ SIĘ W TEJ DELIKATNEJ SYTUACJI?

Ja: JESTEŚ ZWOLNIONA.

Amanda: NAPRAWDĘ?! RANY, MAM W DOMU TYLE RZECZY DO WYPRANIA. DZIĘKUJĘ!

Zapamiętać: nigdy nie zatrudniać do pomocy kobiety.

Ja: NIE NAPRAWDĘ. WPUŚĆ JĄ DO MNIE I PRZYNIEŚ DANE, O KTÓRE PROSIŁEM TRZY DNI TEMU.

Amanda: WPUSZCZĘ, A DANE POŁOŻYŁAM NA REGALE ZA TWOIMI PLECAMI JUŻ DWA DNI TEMU. :)

– Kobiety – mamroczę.

– Dzień dobry. – Wyciągając rękę, idzie w moją stronę kobieta, która chce wynająć przestrzeń biurową nad kancelarią. – Ellen Rodgers. Przepraszam za spóźnienie.

Wstaję i ściskam jej dłoń. Nie spodziewałem się kogoś takiego – wesołego, przed kim świat również powinien ostrzegać. Tym razem nie spinam się jednak z powodu jej życiowego entuzjazmu, ponieważ dziewczyna jest miła dla oka.

– Flint Hopkins. I nic nie szkodzi. – Zerkam ponad jej ramieniem na naszą publiczność. Amanda uśmiecha się chytrze. Mrużę oczy, aż się odwraca. – Proszę usiąść. – Wskazuję krzesło naprzeciwko biurka.

Ellen upuszcza z hukiem torebkę na podłogę. Musi mieć w niej cały dobytek. Przyglądam się, jak roztrzęsionymi dłońmi rozpina szary wełniany płaszcz, który przy szesnastu stopniach jest poważną przesadą.

 

– Proszę wybaczyć mi ten wygląd. Jadłam lunch z czterolatką, która ma problemy z koordynacją.

Ironia. Wydaje się, że sama również je ma.

Długie kasztanowe włosy nie zasłaniają krwistoczerwonej plamy na jej dopasowanej białej bluzie.

Natychmiast unoszę wzrok, gdy dociera do mnie, że wpatruję się w zabrudzenie, które, tak się składa, ma na piersi.

– Czy otrzymała pani od Amandy umowę do wglądu, gdy przyszła pani oglądać lokal?

– Tak. Dziękuję. – Przerzuca płaszcz przez oparcie krzesła i zajmuje miejsce.

– Ma pani do niej jakieś uwagi?

– Nie. Wygląda standardowo. Bardzo podoba mi się lokalizacja, ale nieczęsto można znaleźć w niej wolne miejsce. Ucieszyłam się więc, gdy znalazłam pana ogłoszenie tego samego dnia, którego je pan opublikował.

Czytam jej wniosek o najem, choć wielokrotnie zrobiłem to już wcześniej.

– Jest pani muzykoterapeutą?

– Tak.

– Muzyka uważana jest za środek terapeutyczny?

Ellen chichocze. Jak dziecko. Jej twarz również jest dziecięca. Musi zawdzięczać to piegom i jasnoniebieskim oczom.

– Tak. Proszę pomyśleć o tym jak o terapii alternatywnej, ale to normalna praca. Mam dyplom w swojej specjalizacji jak każdy inny pracownik służby zdrowia. – Wskazuje na moje złożone na biurku dłonie. – A tak w ogóle, fajne spinki do mankietów.

Zerkam w dół i poprawiam wyżej wspomniane.

– Dziękuję.

Przygryza pomalowaną błyszczykiem wargę, jakby chciała się uśmiechnąć, ale coś ją przed tym powstrzymywało.

– Przepraszam. To nie było konieczne. Chyba jestem zdenerwowana.

– A dlaczego? – pytam, otwierając e-mail od klienta.

Z jakiegoś powodu dziewczyna nuci.

– Ponieważ chcę, by wynajął mi pan ten lokal.

– Ma pani referencje?

– Ee, tak. Wysłałam je pańskiej sekretarce.

Wciskam guzik interkomu.

– Amando, potrzebne mi referencje pani Rodgers.

– Na półce obok danych, o które prosiłeś – woła przez drzwi, po czym odzywa się interkom. – Proszę, panie Hopkins.

Ellen dusi się ze śmiechu, kiedy nabieram powoli powietrza, próbując nad sobą zapanować.

– Cóż, zatem sprawdzę pani referencje…

– Sprawdziłam je – mówi Amanda przez interkom.

– Jesteś zwolniona.

Wstaje i zakłada torebkę na ramię.

– Rano zarejestruję się jako bezrobotna.

– Miłego wieczoru – mamroczę, posyłając jej spojrzenie, może nawet „to” spojrzenie.

– Dobranoc, Flint. – Puszcza do mnie oko.

Kiedy zamykają się za nią drzwi, wracam uwagą do wielkich, niebieskich, niemrugających oczu. Nawet policzki dziewczyny, które były lekko zaróżowione, gdy tu przyszła, pobladły. Zostały na nich jedynie ciemne piegi.

– Zwalniam ją codziennie. Ta kobieta nie szanuje swojego szefa.

Ellen pozostaje nieruchomo, wpatrując mi się w oczy.

Obracam się i biorę referencje z regału. Na kartkach, które trzymam, jest ich sporo. Są dobre, więc naprawdę nie mam powodu nie wynajmować jej lokalu, prócz mojej obsesji zapinania wszystkiego na ostatni guzik. Zawsze muszę sprawować absolutną kontrolę.

Na jej twarzy pojawia się ostrożny uśmiech.

– Jest pan trudny do odczytania, panie Hopkins.

Jestem mroczny.

– A pani jest nowym najemcą. Witam w naszych skromnych progach. Proszę o dwumiesięczny czynsz i złożenie podpisu na dokumentach. – Podsuwam jej ostateczną wersję umowy najmu, którą Amanda przypięła spinaczem do referencji, i podaję jej długopis.

Czuję w stosunku do niej pewną zazdrość. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się z czegoś śmiałem. A twarz tej dziewczyny rozpromieniona jest niczym w wakacyjny dzień z powodu czegoś tak nieistotnego, jak przestrzeń biurowa w budynku poza centrum Minneapolis.

– Dziękuję. Poprawił mi pan nastrój na cały dzień. Do diaska, na cały tydzień. – Podpisuje się pełnym imieniem i nazwiskiem oraz parafuje w miejscach, w których Amanda umieściła strzałki na karteczkach samoprzylepnych. Na papierze ze wzorem w nuty wypisuje również czek.

– Proszę. – Otwieram szufladę z boku biurka i wyjmuję z niej klucze. – Oto dwa komplety. Jeden jest do głównych drzwi budynku, drugi do pani lokalu. Wszystko zabezpiecza alarm, więc później pokażę pani, jak wprowadzić własny kod. Od szóstej wieczorem do siódmej rano główne drzwi budynku są zamknięte. Jeśli będzie pani umawiała w tych godzinach spotkania z klientami, będzie ich pani musiała wprowadzić i wyprowadzić z budynku. W razie jakichkolwiek problemów proszę powiadomić Amandę, a gdyby nie odbierała, niech Pani zadzwoni do mnie.

– Amandę? Tę kobietę, którą właśnie pan zwolnił?

Wstaję, wkładam marynarkę, zapinam guzik i poprawiam krawat. Ellen uśmiecha się, jakby czekała na moją reakcję na swoje ostatnie pytanie.

– Tak. – Krótko i treściwie. Tylko tyle ode mnie uzyska.

Pięć lat zajęło Amandzie, by zadomowić się tu na tyle, bym jej potrzebował – ale tylko pod względem zajmowanego etatu. Mogłaby nasikać mi do kawy, a i tak bym jej nie zwolnił, ponieważ jest kobietą, której potrzebuje jeden z najlepszych adwokatów w Minneapolis – czyli ja. A jedyne, z czego cieszę się bardziej niż z jej zdolności przewidywania każdego mojego ruchu na dwadzieścia cztery godziny, zanim go wykonam, jest to, że ma męża i troje dzieci. Ja jestem dla niej tylko kwestią zawodową. Kropka.

– Proszę za mną. – Mijam Ellen, unikając szczęścia, które bije falami z jej zbyt obezwładniającego uśmiechu.

– Wydaje się, że na zewnątrz jest naprawdę chłodno. W zeszłym roku o tej porze było cieplej. – Ellen zaciera ręce i dmucha w nie, gdy jedziemy windą.

Mrużę oczy.

– W Minnesocie szesnaście stopni nie oznacza zimna. W zeszłym roku o tej porze było nienaturalnie ciepło. Teraz panuje zupełnie normalna temperatura.

– Przeprowadziłam się tu z Kalifornii. – Wzrusza ramionami i ponownie chucha na ręce.

– Wiem. – Ruchem głowy wskazuję na drzwi, które się rozsuwają.

– Oczywiście. – Uśmiecha się i wysiada z windy. – Z moich referencji.

Zerkam na jej tył. Choć nie chcę zwracać uwagi na jej subtelne krągłości i jędrne pośladki, robię to mimowolnie.

– Idzie pan? – Przez ramię rzuca zalotne spojrzenie.

Nie sądzę, by próbowała flirtować, to tylko przyjazny gest. W ten sam sposób patrzyła na mnie żona.

– Tak. – Odpycham od siebie tę myśl i idę za nią do drzwi po lewej.

– W sumie są tu cztery pomieszczenia, prawda?

Używam swojego klucza, by otworzyć drzwi, i wyłączam alarm.

– Tak. Na dole jest mój gabinet, po drugiej stronie lobby znajduje się optometrysta, a po drugiej stronie pani lokalu mieści się biuro rachunkowe. Proszę… – Odsuwam się. – …panel jest gotowy, by wprowadziła pani sześć cyfr.

Wpisuje dwie, następnie zerka na mnie.

– Przygląda się pan, jakie cyfry wprowadzam?

– Dzięki mojemu kodowi mam dostęp do wszystkich pomieszczeń. Nie może mi go pani ograniczyć.

– Często używam tego samego kodu do różnych celów. – Zaciska usta w sztywny uśmiech.

Wzdycham i odwracam się do niej plecami.

– Dziękuję. – Klawiatura pika czterokrotnie.

Wracam do panelu i wciskam klawisz, by zatwierdzić.

– Ten kod umożliwi pani również wejście do budynku.

Kiwa głową i rozgląda się po pustym pomieszczeniu, na którego końcu znajduje się łazienka. Wypełnia je znajome nucenie. Melodia to You Are My Sunshine. Znam ją, ponieważ Heidi śpiewała to Harrisonowi milion razy. Dlaczego dziewczyna nuci tę piosenkę?

– Bardzo podoba mi się ta przeszklona ściana.

Odchrząkuję, kiedy orientuję się, że ponownie wgapiam się w nią zbyt intensywnie.

– Ma pani jeszcze jakieś pytania, zanim odejdę?

Obraca się, kontynuując nucenie. Spoglądam przez okno ponad jej ramieniem, ponieważ nie potrafię patrzeć na nią, nie wpatrując się natarczywie. Jest w niej coś takiego, co mnie pobudza i wpływa na moją samokontrolę. Parokrotnie zaciskam dłonie w pięści, po czym zerkam na zegarek. Może zdążę pójść na siłownię, nim będę musiał odebrać syna z robotyki, którą ma po szkole.

– Nie, żadnych. W weekend przeniosę rzeczy, jeśli to panu nie przeszkadza.

– Lokal jest teraz do pani dyspozycji, więc nie musi mnie pani prosić o zgodę.

– A mogę go pomalować?

– Proszę bardzo.

– Dziękuję. – Uśmiecha się i obraca kilkakrotnie.

Co, u diabła?

– Podoba mi się! – Zatrzymuje się i przyciska ręce do mostka. Niebieskie oczy są pełne wdzięczności, jakbym sprezentował jej właśnie nowy samochód lub coś bardziej ekscytującego niż lokal o powierzchni czterdziestu pięciu metrów kwadratowych, za który będzie mi płacić spory czynsz.

– Dobrze więc. – Powoli wycofuję się do drzwi. – Ma pani numer do Amandy, więc wszystko ustalone? – To kryptonim dla „nie muszę już pani oglądać, no chyba że wydarzy się jakaś katastrofa”.

– Tak, wszystko ustalone. – Kciuk i palec wskazujący układa w kółko, pokazując, że wszystko jest okej.

ROZDZIAŁ 2

Najtrudniejsza w odebraniu komuś życia jest świadomość, że nic nigdy tego nie naprawi.

Ani milion „przepraszam”.

Ani najsilniejszy klej.

Ani nieskończona dobroć dla świata.

Przeważnie udaje mi się oszukiwać samego siebie, by wierzyć, że mój syn jest darem i jestem wart bycia jego rodzicem, choć czasami widzę jasno, że wychowywanie go i kochanie stanowi dla mnie największą karę. Kiedy będzie na tyle duży, by zrozumieć, co stało się z jego matką, znienawidzi mnie niemal tak mocno, jak sam siebie nienawidzę.

– Jestem jedynym dzieckiem, które je takie dziwaczne rzeczy na lunch. – Harrison popija swojego shake’a bez laktozy przy kuchennej wyspie, gdy przygotowuję mu wolne od alergenów drugie śniadanie.

– Wydałem sporo pieniędzy na twoje testy alergiczne. Nie wspominając już o niezliczonym czasie poświęconym na czytanie wiadomości w tej kwestii. Lepiej idzie ci w szkole, lepiej też się dogadujemy, więc mam gdzieś to, że jesteś jedynym, który je „zdrowe” rzeczy na lunch.

– Dzieci się ze mnie śmieją.

– Dzieci są głupie.

– Ja też jestem dzieckiem.

– Jesteś wyjątkiem, dlatego się z ciebie wyśmiewają.

– Są zazdrosne, że nie jestem głupi?

– No właśnie. – Wkładam do pudełka zamarznięty wkład żelowy.

Przewraca oczami. Ten dzieciak jest stanowczo za mądry.

– Napisała do mnie twoja nauczycielka fizyki. Twierdzi, że nie oddałeś pracy.

Harrison wkłada kurtkę i bierze pojemnik z lunchem.

– Bo jest bez sensu.

– Dlaczego? – Zamykam aktówkę i upewniam się, że wszystkie światła są pogaszone, nim wyjdziemy z domu i zaczniemy nowy tydzień.

– Podręczniki są przestarzałe. Przekazują nam nieaktualne wiadomości. Mamy listę źródeł informacji i nie możemy korzystać z żadnych innych, więc generalnie rzecz biorąc, nauczycielka chce, bym bazując na starożytnych źródłach, napisał kiepską pracę, a to przecież strata czasu.

Poganiam go w drzwiach, by szybciej znalazł się w samochodzie.

– Masz dwanaście lat. Nie pracujesz, nie masz poważnych obowiązków. Masz wiele wolnego czasu. Powtarzałem ci już milion razy, że masz traktować szkołę jak pracę.

Zapina pas, gdy wyjeżdżam z garażu.

– Dobra, mam czas, ale i tak tego nie zrobię, ponieważ obraża to moją inteligencję.

Moje dziecko jest „lekko” autystyczne. Lekarze zdają się nie dostrzegać problemu, jeśli chodzi o to pokolenie. Nie ma jednoznacznego sposobu na zdiagnozowanie go, nie ma szczepionki, by zapobiec chorobie, ani leku, by zlikwidować objawy.

Harrison nałogowo pożąda informacji. Rzadko widuje się go bez słuchawek, gdy wchłania programy na wszelkie tematy, począwszy od sztuki nowoczesnej po teorię ewolucji. Ma problemy z zapanowaniem nad emocjami, więc niezbyt dobrze radzi sobie w kontaktach z rówieśnikami, i zaskakujące poczucie humoru, co jest interesujące, bo rzadko trafia z tym w gust innych osób. Prócz tego jest dość „normalnym” dwunastolatkiem.

– Zagrajmy, Harrisonie.

– To głupie. – Jak na zawołanie wkłada słuchawki do uszu, ucinając rozmowę.

– Uwali cię, jeśli nie napiszesz tej pracy. To będzie chyba jeszcze większa obraza dla twojej inteligencji. – Zerkam na niego, ale już nie słucha.

***

Poranek spędzam w sądzie, przed udaniem się do biura kupuję lunch.

– Hej, jak poszło? – pyta Amanda, kiedy rzucam aktówkę na biurko i rozpinam marynarkę.

– Wygraliśmy.

– Gratulacje. Kiedy ostatni raz przegrałeś? Nie pamiętam. – Ściąga usta na jedną stronę.

Nie musi pamiętać. Ja pamiętam aż za dobrze. Pamiętam wszystkie sprawy, które przegrałem, odtwarzam je w głowie w nieskończoność, zastanawiając się, co mogłem zrobić inaczej. Następnie mój umysł zawsze wraca do Heidi, mojej największej przegranej, bez możliwości apelacji.

 

– Co to za dźwięk? – Siadam w fotelu i wyciągam kanapkę z brązowej papierowej torebki, zerkając przy tym na sufit.

– Ellen. Wprowadziła się w weekend. I pomalowała lokal.

– I? – Krzywię się do sufitu, gdy hałasy nie ustają.

– I dziś przyjmuje już pacjentów. W tej chwili grają na bębnach, ale jakąś godzinę temu słyszałam gitarę i śpiew. Chyba Koła autobusu.

– Wyjaśnij. – Odwijam kanapkę, wzdrygając się.

Amanda przerzuca jasne włosy za ramię.

– To o autobusie i kołach, które się kręcą, ludzie wsiadają i wysiadają, klakson trąbi…

Przerywam jej spojrzeniem, może nawet „tym” spojrzeniem. Właśnie dlatego muszę zwalniać ją każdego dnia.

Szczerzy zęby w uśmiechu. Jej przemądrzała postawa wciąż się utrzymuje, podobnie jak pewność siebie. Dzięki pracy dla mnie zarabia przyzwoite pieniądze, więc po trzech ciążach zakończonych cesarskim cięciem mogła pozwolić sobie na operację plastyczną brzucha i członkostwo na siłowni, poza tym wydaje mi się, że zrobiła coś z żylakami. Jestem pewien, że kiedy schudnie, zostawi męża. Cały czas się z tym spotykam. Do diabła, żyję z tego.

– Jest muzykoterapeutą, Flint. Powiedz, proszę, że wiedziałeś, iż z jej działalnością będzie wiązała się muzyka. Jeśli nie, będę musiała się za ciebie wstydzić.

Łup, łup… Łup… Łup, łup, łup…

Ponownie spoglądam w górę, przeżuwając powoli.

– To nie wypali.

– Umowę najmu podpisałeś na rok.

– Mogę ją rozwiązać.

Amanda się śmieje.

– Który punkt narusza ta kobieta? W umowie nie zawarłeś żadnych postanowień dotyczących dźwięku. Przekazała ci pełne informacje o swojej profesji, ale poważnie… musisz mi powiedzieć, na czym, według ciebie, polega muzykoterapia.

– Na siedzeniu na wygodnej kanapie i słuchaniu muzyki relaksacyjnej w redukujących hałas słuchawkach.

Uśmiecha się.

– Powinieneś był sprawdzić to w internecie. Istnieje wiele filmików pokazujących, co dokładnie dzieje się w gabinecie muzykoterapeuty. Jestem zdziwiona, że ci to umknęło.

– Wiedziałaś? – Wrzucam niedojedzone resztki kanapki do torby. Nierówny rytm dochodzący z góry skutecznie odebrał mi apetyt.

– Tak. A niby skąd według ciebie wiem o filmikach?

– Ale nie pomyślałaś, że powinienem o tym wiedzieć, zanim zaproponowałem jej wynajem lokalu?

– Założyłam, że wiedziałeś. Jesteś najbystrzejszym znanym mi mężczyzną. To jakby upadek idola. Właśnie przestałam postrzegać cię jako wszystkowiedzącego boga, a zaczęłam widzieć jako zwykłego śmiertelnika o przeciętnej inteligencji, jaką ma reszta z nas.

Zapamiętać, nigdy więcej nie zatrudniać do pomocy kobiety.

– Zaraz wrócę. – Natychmiast znajduję się pod drzwiami własnego biura. Bębnię palcami o poręcz w windzie. Kiedy rozsuwają się drzwi, wysiadam, a wsiada dziewczynka z matką.

– Flint. Wesołego poniedziałku. – Ellen uśmiecha się, klęcząc na podłodze i chowając przeróżne instrumenty perkusyjne do koszyka.

Kto życzy „wesołego poniedziałku”?

Wstaje i otrzepuje kremowe spodnie, opinające jej pośladki w sposób, który mnie wkurza niemal tak samo jak obcisły niebieski golf uwydatniający jej jędrne piersi. Dziewczyna bawi się mną, rozprasza swoim ciałem i tańcem szczęścia z powodu nowego lokalu, po czym, bam! Przez cały dzień czymś tłucze.

– Zdecydowanie był to „wesoły poniedziałek”. Rano wygrałem sprawę, po drodze do pracy kupiłem ulubioną kanapkę, ale kiedy usiadłem za biurkiem, by ją zjeść, usłyszałem jakieś okropne, dochodzące z góry walenie.

– Nie okropne. – Kręci głową. – Ta dziewczynka poczyniła wielkie postępy w ćwiczeniu rytmu. Kiedy do mnie trafiła, nie potrafiła odtworzyć pojedynczego tonu, a teraz gra sześć różnych piosenek ze skomplikowaną melodią. Nie jest tak rozkojarzona w szkole, a jej mowa znacznie się poprawiła.

Ellen

Jest coś ekscytującego, a nawet nieco zakazanego w mężczyźnie w idealnie skrojonym ubraniu. Flint Hopkins nosi wspaniały trzyczęściowy garnitur.

Nie ma na nim ani jednego zagniecenia.

Wszystko pasuje.

Nie ma również najmniejszej plamki na lśniących butach.

Jego usta poruszają się, ale słyszę jedynie „noszę dziś ten garnitur specjalnie dla ciebie”, gdy porusza dłońmi, dotykając guzika marynarki, poprawiając mankiety i krawat. To wyrafinowane.

– Mówiła pani, że jest terapeutką, a nie nauczycielką muzyki.

Spostrzegawczy mężczyźni są tacy seksowni.

– Tak, jestem. Zajmuję się muzykoterapią. Mam wyjaśnić, na czym to dokładnie polega?

– Nie. Chcę jedynie, by poszukała sobie pani innego lokalu. Dam pani dwa tygodnie. – Odwraca się i w trzech długich krokach podchodzi do drzwi.

Natychmiast zbiegam za nim po schodach.

– Chwileczkę. Eksmituje mnie pan?

– Daję pani wypowiedzenie.

– Wypowiedzenie? Za co mnie pan wyrzuca? Za wykonywanie swojej pracy?

– Za uniemożliwianie mi wykonywania mojej. – Wychodzi z klatki schodowej i gwałtownie skręca w prawo.

– Hej, szefie, jak poszło… – Amanda przeskakuje wzrokiem pomiędzy nim a mną, gdy spieszę za nim do jego gabinetu.

– Cześć, Amando. Znasz może jakiegoś dobrego prawnika specjalizującego się w prawie nieruchomości? Być może będę musiała pozwać człowieka, od którego wynajmuję lokal, za niesłuszną eksmisję.

– Eee…

Flint odwraca się, więc przystaję na sekundę przed tym, nim zderzę się z jego piersią.

– Amando, zamknij drzwi, proszę. – Mruży oczy.

Nie dbam o to, jak przystojny jest ten facet w garniturze. Nie dam się zwieść jego urokowi.

– Proszę, zostaw je otwarte, Amando. Być może będę potrzebowała świadka.

Widzę, jak mężczyzna krzywi się arogancko.

– Świadka?

– Kiedy będzie mi pan groził.

Rozpina marynarkę i odsuwa się o krok. Powietrze opuszcza moją klatkę piersiową, jakby było z nim powiązane. Ten człowiek emanuje pewnością siebie i tajemniczością, które przyciągają uwagę.

Kiedy krótką chwilę temu ponownie stanął do mnie twarzą, zobaczyłam błysk w jego przymrużonych oczach i poruszające się nozdrza, ale to minęło. Nietrudno wyobrazić sobie Flinta Hopkinsa na sali sądowej – chłodnego, wyrachowanego, bezwzględnego.

– Wydaje się pani inteligentną osobą, więc zapewne zdaje sobie pani sprawę, że poziom hałasu przy pani sesjach terapeutycznych może rozpraszać mnie przy pracy. Myślę, że przy takiej dziedzinie dzielenie powierzchni biurowej z innymi firmami nie jest najlepszym pomysłem. Potrzebuje pani własnego budynku lub może powinna pani pracować w domu.

– Mieszkam w mieszkaniu i przykro mi, panie Kupa Kasy, ale nie zarabiam tyle, by kupić lub wynająć sobie cały budynek. Jest pan przecież adwokatem. Jak często przesiaduje pan w kancelarii? A kiedy pan w niej jest, co robi pan takiego, że wymaga to absolutnej ciszy? Zaklina pan węże? Nagrywa audiobooki?

Poprawia krawat i bawi się mankietami, piorunując mnie jednocześnie wzrokiem.

– Myślę. Właśnie to robię, gdy tu jestem. Myślę, jak wygrać dany proces. Moja praca wymaga koncentracji.

– Jeśli ma pan z nią problemy, mogę panu pomóc. Dam panu nawet zniżkę na kilka sesji.

Flint siada za biurkiem i otwiera komputer.

– Tak. Mam problemy z koncentracją, ale terapia nie pomoże. Pani wyprowadzka rozwiąże ten problem. Dwa tygodnie. Amanda pomoże pani znaleźć nowe miejsce do wynajęcia albo jakiś stary budynek do zakupu. Amando? Możesz dać pani Rodgers wizytówkę Philipa?

Chwytam skraj jego biurka. Ciemny drewniany blat jest gładki jak wszystkie gesty, które wykonuje ten irytująco przystojny mężczyzna. Gęste, idealnie ukształtowane brwi Pana Onieśmielającego unoszą się, gdy pochylam się, by być bliżej niego.

– Wpływam na poprawę ludzkiego życia. Niektórzy z moich klientów używają słowa „cudowna” na opisanie mojej pracy i tego, jak zmieniam świat dla tych, dla których nie ma nadziei. A pan jest padlinożercą, zarabiającym na złym zachowaniu, ale wydaje się pan osobą inteligentną i z pewnością zauważy pan, że ława przysięgłych będzie wolała sympatyzować ze mną, a panu pozostanie tylko moja muzyka, by ukoić poobijane ego, kiedy proces dobiegnie już końca.

Ledwie zauważalne drgnienie warg przypomina mi o tym, jak mama patrzyła na mnie, kiedy wpadałam w furię, a ona nie chciała pogarszać sytuacji śmiechem, ale powstrzymywanie się od niego było niemal zbyt bolesne.

– Jest pani uparta. – Przenosi wzrok ze mnie na ekran komórki.

– Tylko na tyle pana stać? „Jest pani uparta”? Wiele spraw wygrał pan taką linią obrony? „Panie i panowie ławnicy, powódka wyraźnie cierpi z powodu uporu”. – Ściszam głos, opuszczam głowę, gdy próbuję przedrzeźniać Flinta bez wyraźnego powodu, prócz tego, że jego ciemne chmury przysłaniają słońce w ten naprawdę wspaniały dzień.

– Cześć, Harrisonie, jak było w szkole?

Flint pochyla się na bok, by spojrzeć za mnie, więc zerkam przez ramię, by popatrzyć tam, gdzie on. Chłopak, młodsza wersja właściciela budynku, odsuwa kruczoczarne włosy z czoła, ujawniając niespodziewanie niebieskie oczy.

– Marnotrawstwo idealnego dnia. – Wzrusza ramionami, nawet w najmniejszym stopniu się nie uśmiechając.

Amanda chichocze.

– Masz dwanaście lat. Co innego masz do roboty?

– Znaleźć dom bezdomnym, nakarmić głodujących, wyleczyć raka. Możliwości są naprawdę nieograniczone.