Zaufaj jej

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 13

Po skończonej rozmowie leżałam w łóżku ze wzrokiem wlepionym w sufit. Byłam pewna, że sytuacja nie jest tak dramatyczna, jak przedstawiała to mama, szok wywołany jej telefonem w środku nocy sprawił jednak, że nie mogłam zasnąć. Rozmawiałyśmy ze sobą po raz pierwszy od wielu tygodni. Moja irytacja zaczęła powoli ustępować miejsca niepokojowi. O jakiego rodzaju uraz głowy mogło chodzić? Wiedziałam, że nawet jeśli się okaże, że to nic poważnego, Luke będzie przerażony, gdy już dojdzie do siebie. Niezależnie od brawurowej jazdy na rowerze, potrafił się zachowywać jak dziecko, kiedy coś mu się stało. Wolałam go sobie nie wyobrażać samego w szpitalu.

Włączyłam światło i usiadłam na łóżku. Sięgnęłam po leżący na nocnym stoliku notes i położyłam go sobie na kolanach. Musiałam wszystko racjonalnie przemyśleć i rozważyć różne możliwości.

Klub, w którym pracowałam – od niedawna działający pod nazwą The Watch – należał do mnie i do Brendana, ale prowadziłam go praktycznie w pojedynkę. Kiedy się poznaliśmy, klubowi groziło bankructwo. Nazywał się wtedy Candy’s Lounge, a kiczowaty wystrój, lepiące się do nóg dywany i tanie alkohole przyciągały wyłącznie pracujących daleko od domu pijanych akwizytorów, którzy myśleli, że to bar ze striptizem.

Kiedy po zaledwie sześciu tygodniach związku zaproponowałam Brendanowi, że zainwestuję w jego klub znaczną sumę pieniędzy – pozyskanych dzięki obciążeniu mojego mieszkania podwójną hipoteką – w zamian za pięćdziesiąt procent udziałów, oboje wiedzieliśmy, że nie ma większego wyboru. Mógł mi oddać połowę, żeby nie stracić całości.

Brendan, jak na mistrza samooszukiwania się przystało, postanowił jednak nadać naszej umowie wymiar romantyczny. W dniu, kiedy podpisaliśmy papiery, uparł się mnie zabrać na kolację z szampanem i wzniósł toast za „nasz wspólny interes, przyszłość i miłość”. Chociaż jego zachowanie wydało mi się trochę dziwne, postanowiłam je wykorzystać. Dzięki nieustannym zapewnieniom o uczuciu i poważnemu traktowaniu naszego związku – zarówno w sensie biznesowym, jak i osobistym – zdołałam go przekonać, by powierzył mi prowadzenie lokalu i zgodził się zmienić nazwę na The Watch – urządzony pluszowymi meblami, luksusowy prywatny klub serwujący drinki z najwyższej półki ludziom, którzy czuli, że ze względu na swój status powinni odwiedzać nieco bardziej ekskluzywne miejsca. Nie było łatwo całkowicie zmienić wystrój wnętrza, charakter lokalu i model biznesowy, ale byłam pewna, że dzięki temu interes wreszcie zacznie się kręcić, a moja inwestycja zwróci się dziesięciokrotnie, pod warunkiem że Brendan – razem ze swoim koszmarnym gustem – będzie się od niego trzymał z daleka.

I że wciąż będą się pojawiali nowi członkowie.

Właśnie w tym tkwił klucz do sukcesu całego przedsięwzięcia: w odpowiednio dużej liczbie mężczyzn gotowych płacić dziewięćdziesiąt funtów miesięcznie za członkostwo. Ten stały dochód zapewniałby biznesowi finansowe bezpieczeństwo, a dochody ze sprzedaży drinków stanowiłyby tylko miły dodatek.

Na początku zapisów było całkiem sporo – w Brighton mieszka pokaźna grupa zamożnych młodych biznesmenów, którzy lubią o sobie myśleć jako o ludziach potrzebujących ekskluzywnego miejsca spotkań na drinka po pracy lub służbowy lunch – później jednak napływ klientów ustał i wciąż byliśmy daleko od docelowej liczby. Kiedy więc Ewen Tanner, dyrektor do spraw motywowania pracowników w firmie Activator, poprosił mnie o spotkanie, wiedziałam, że może to być punkt przełomowy, na jaki od dawna liczyłam.

Activator sprzedawał odzież i sprzęt sportowy na całym świecie. Była to jedna z firm zatrudniających najwięcej ludzi w naszym mieście. Mieli siedzibę w piętnastopiętrowym przeszklonym budynku z widokiem na molo, pracowało tam prawie czterysta osób. Jak Ewen wyjaśnił w mailu, jego zespół „przyglądał się właśnie pakietowi dodatkowych korzyści dla pracowników” i chciał ze mną przedyskutować pomysł wzbogacenia go o członkostwo w The Watch, jako alternatywę dla obecnie oferowanego dofinansowania biletów kolejowych czy karnetu na siłownię. Wyznał, że mają nadzieję ściągnąć na wybrzeże część osób zatrudnionych w Londynie, oferując im pakiet konkurujący z „luksusowym londyńskim życiem”. Powiedział to z tak silnym szkockim akcentem, że zaczęłam się zastanawiać, czy sam kiedykolwiek wyściubił nos na południe od Hartlepool.

Byłam pewna, że się z nim dogadam. Opracowałam już strategię negocjacyjną, moje wymarzone warunki współpracy – wiedziałam, że ich nie zaakceptuje, ale chciałam je wykorzystać jako punkt wyjścia, byśmy mogli się później spotkać w pół drogi. Określiłam też absolutne minimum, bez którego nie zamierzałam opuścić spotkania, i byłam pewna, że kiedy uściśniemy sobie na koniec ręce z Tannerem, sytuacja finansowa The Watch będzie naprawdę dobra.

Oczywiście wszystko pod warunkiem, że w ogóle dotrę na spotkanie, które miało się rozpocząć za mniej niż siedem godzin i że nie będę zmuszona go odwołać, by pomóc się pozbierać mojemu braciszkowi po kolejnej katastrofie.

W każdej innej sytuacji przełożyłabym spotkanie na późniejszy termin, ale Ewen Tanner specjalnie dla mnie skrócił udział w konferencji w Houston, żeby przylecieć wcześniejszym samolotem, i wyraźnie określił czas, jaki może mi poświęcić. Doskonale zdawał sobie sprawę – podobnie zresztą jak ja – z układu sił pomiędzy naszymi firmami. Mogłam sobie przygotować dobrą gadkę, włożyć porządny żakiet, ale to Activator był rekinem, a The Watch płotką. Wiedziałam, że płotka nie powinna kazać rekinowi czekać, aż sama załatwi sprawy rodzinne, szczególnie jeśli liczyła na to, że dostanie od tegoż rekina mnóstwo pieniędzy.

Jeśli spojrzeć na to wszystko racjonalnie, właściwie nie miałam wyboru. Biorąc pod uwagę dwa miejsca, gdzie mogłam się znaleźć – w szpitalu obok Luke’a albo w klubie naprzeciwko Ewena Tannera – moja obecność tylko w jednym z nich miała szansę cokolwiek zmienić. Chociaż mama bardzo chciała, by ktoś trzymał jej ukochane dziecko za rękę, gdy pielęgniarki będą mu przyklejać plastry, i regularnie wysyłał do niej SMS-y z informacjami w celu złagodzenia jej wyrzutów sumienia, bo sama znalazła się tysiące kilometrów od synka, to przecież nie byłam lekarzem, nie mogłam w żaden sposób pomóc bratu. Byłam za to świetną biznesmenką i negocjatorką, mogłam dużo zdziałać podczas spotkania. Jeśli przebiegnie pomyślnie, zabezpieczę się finansowo na wiele lat i zbliżę się o krok do życia bez Brendana. Musiałam wziąć udział w tym spotkaniu. A po wszystkim zamierzałam jechać prosto do szpitala.

Nie było potrzeby utrudniać sobie życia informowaniem mamy o tej decyzji. Chętnie zamieszczała na Facebooku zdjęcia zalanych słońcem łąk z sentencjami w rodzaju: Jeśli nie masz w portfelu ani grosza, ale twoje serce przepełnia miłość, to i tak jesteś bogaczem. Nie mogłam od niej oczekiwać, że zrozumie realia biznesu. Ani tego, jak wiele ten biznes dla mnie znaczył. Łatwo jej było mówić, że rodzina jest ważniejsza od pieniędzy – ze swojego wiejskiego domu z czterema sypialniami i dwoma prawie nowymi samochodami na podjeździe. Być może twierdziłaby inaczej, gdyby od dwóch miesięcy zalegała ze spłatą hipotek i groziła jej wizja utraty dachu nad głową, jeśli szybko nie wyjdzie na prostą.

ROZDZIAŁ 14

Rankiem dla świętego spokoju wysłałam mamie krótkiego, niewiele wnoszącego SMS-a, czekając, aż Ewen pojawi się w sali spotkań na piętrze klubu, gdzie przygotowałam dla niego świeżą kawę i ciastka.

Już w szpitalu. Nic jeszcze nie wiem, ale dam znać.

Odpisała błyskawicznie, domagając się szczegółów – czy widziałam Luke’a? jak wygląda? co powiedział lekarz? – w tym momencie usłyszałam jednak dźwięk domofonu informujący, że Ewen już przyjechał, wyłączyłam więc telefon.

Spotkanie poszło tak dobrze, że gdy już obejrzeliśmy klub i zjedliśmy lunch, rozegraliśmy partyjkę pokera razem z dwoma kolegami Ewena. Moja wygrana w karty zaimponowała mu chyba bardziej niż to, co usłyszał ode mnie podczas spotkania.

Okazał się trudnym przeciwnikiem, ale ostatecznie chyba udało mi się go przekonać. Co prawda musiał jeszcze „sprawdzić kilka cyfr”, lecz byłam prawie pewna, że dobijemy targu. Spotkanie przedłużyło się jednak do tego stopnia, że kiedy tata napisał mi, że właśnie wjeżdżają z mamą na parking przed szpitalem, nie siedziałam przy łóżku Luke’a, tak jak im wcześniej napisałam, tylko dopiero co wyszłam z klubu i próbowałam złapać taksówkę, która miała mnie tam zawieźć.

Po krótkiej wymianie zdań z rejestratorką okazało się, że sprawy wyglądają poważniej, niż myślałam: Luke leżał na OIOM-ie, oddziale przeznaczonym dla pacjentów w najcięższym stanie. Wyglądało na to, że przynajmniej ten jeden raz panika mamy była uzasadniona.

Od razu wiedziałam, że powinnam była się tam zjawić wcześniej, ale mleko już i tak się rozlało. Bałam się spotkania z rodzicami; wiedziałam, że będą wściekli, gdy dowiedzą się, jak długo zajęło mi dotarcie do szpitala. Zostało mi to jednak oszczędzone, kiedy zamiast na OIOM, trafili najpierw na oddział onkologiczny, a później na radiologię, zatem gdy wreszcie dotarli we właściwe miejsce, mogłam im napisać, że właśnie poszłam do kawiarni odpocząć chwilę od ślęczenia przy łóżku Luke’a. Moje wyrzuty sumienia z powodu kłamstwa złagodziła świadomość faktu, że mama na pewno czuła się lepiej, wiedząc, że przez cały ten czas ktoś czuwał przy jej synu.

Zrobiło mi się ich żal, gdy dotarło do mnie, że przyjechali do szpitala prosto z lotniska – a wcześniej pewnie przerwali leniwy piknik na Akropolu. Mama wciąż miała na sobie lnianą tunikę, którą kupiła sobie na wyjazd (dowiedziałam się o tym z Facebooka – czasy, gdy dzieliła się ze mną tego rodzaju drobnostkami, dawno minęły). Jednak pod warstewką współczucia wciąż kryło się bardziej znajome poczucie lekkiego niesmaku. Czy naprawdę nie mogli sobie znaleźć jakiegoś ustronnego miejsca, żeby się przebrać?

 

Siadając za jednym ze stołów w zaniedbanej szpitalnej kawiarni na trzecim piętrze, dostrzegłam w oknie własne odbicie i zaczęłam się zastanawiać, czy rodzice zauważą, że ubrałam się zdecydowanie zbyt elegancko jak na wizytę w szpitalu. Szybko jednak doszłam do wniosku, że nie. Nigdy nie byli u mnie w mieszkaniu i nie bardzo wiedzieli, czym się zajmuję. Nie potrafiliby stwierdzić, jaki strój jest dla mnie typowy, a jaki nie, zresztą i tak nie zwrócą na niego uwagi w sytuacji, gdy zdrowie ich ukochanego syna jest zagrożone.

Gdy tak na nich czekałam, dostałam maila od Ewena z prośbą o potwierdzenie wysokości rabatów, jakie mogłam mu zaoferować w zależności od liczby wykupionych przez niego członkostw w klubie. Od razu zaczęłam mu odpisywać, żeby nie zwalniać tempa negocjacji, miałam zresztą te liczby na świeżo w głowie. Właśnie kończyłam ostatni akapit, kiedy do kawiarni weszli rodzice. Usłyszałam wyniosłe chrząknięcie mamy oburzonej tym, że miałam czelność kontynuować w jej obecności korespondencję biznesową. Na pewno wolałaby, żebym upuściła telefon na podłogę i padła jej z płaczem w objęcia.

Dopiero gdy wysłałam maila, odnotowawszy niezadowolenie mamy i niepokój taty, przyjrzałam się dziewczynie, z którą przyszli. Drobnej blondyneczce w bluzie koloru różowej gumy balonowej i w tych okropnych futrzanych buciskach, które ledwo mogą uchodzić za kapcie, a już na pewno nie powinno się w nich występować publicznie.

Gdy popatrzyłam na nią pytająco, tata oznajmił, że jest dziewczyną Luke’a, w odpowiedzi na co prawie wybuchnęłam śmiechem.

– Aha – bąknęłam wreszcie. – Okej.

Dziewczyna – niejaka Charlotte Wright – popełniła pierwszą gafę, za bardzo się ze mną spoufalając. „Becky?” – wyrzuciła z siebie z przyklejonym do twarzy słodkim uśmiechem, jakbyśmy znały się przez całe życie. Od razu się najeżyłam. Mogą mnie tak nazywać ludzie znający mnie co najmniej od trzydziestu lat, chociaż szczerze mówiąc, wolałabym, żeby i oni tego nie robili.

Gołym okiem było widać, że rodzice sami dopiero co ją poznali, chociaż nie byłam pewna, czy wiedzieli wcześniej o jej istnieniu. Niezależnie od tego, kim była ta kobieta, buzia jej się nie zamykała.

Tata zagłębił się w opowieść o jakimś byłym koledze, która nie miała chyba żadnego związku z sytuacją, w jakiej znalazł się Luke. Charlotte była wyraźnie zachwycona możliwością wtrącenia swoich trzech groszy i dorzuciła własną, równie nieistotną i przydługą anegdotkę. Zamknijcie się oboje, miałam ochotę powiedzieć, ale tego nie zrobiłam. Mama na pewno była ich opowieściami zachwycona.

Tata wspomniał o spotkaniu z lekarką o dziewiątej, szybko więc udałam, że już o nim wiem i zostałam na nie wcześniej zaproszona. Wreszcie przestałam się stresować. Najwyraźniej miało to być pierwsze oficjalne spotkanie z lekarką opiekującą się Lukiem, a to znaczyło, że niczego ważnego nie przegapiłam.

Dostałam krótką odpowiedź od Ewena, który obiecał odezwać się do mnie „w tygodniu”, i wydałam z siebie głośne, pełne frustracji westchnienie. Dlaczego wszyscy muszą się tak głowić nad byle bzdurą? Jeśli wiesz, że na czymś ci zależy, zrób coś w tej sprawie. Sama zawsze się tego trzymałam.

Zdenerwowałam się jeszcze bardziej, widząc, że balonowa księżniczka chce z nami pójść na spotkanie z lekarką. Nie zawracałam sobie głowy uprzejmościami – czy ta dziewczyna nie rozumiała, jak niewłaściwie się zachowuje? Nie mogła znać Luke’a dłużej niż parę minut. Powinnam była przewidzieć, że moja obcesowość przerazi mamę i zawstydzi tatę. Nie chciało mi się z nimi wykłócać. Luke na pewno szybko się znudzi tą laską, jak zwykle, a jej troskliwość zostanie któregoś wieczoru nagrodzona bezceremonialnym zerwaniem za pośrednictwem SMS-a. Nawet w drodze na OIOM nie potrafiłam sobie wyobrazić scenariusza, w którym brat nie poderwałby się ze szpitalnego łóżka, jak zwykle pełen wigoru, i nie zapytał, o co to całe zamieszanie. Wiedziałam, że w ciągu tygodnia wszystko wróci do normy, a ja będę mogła znowu zająć się swoim życiem.

Mama otworzyła podwójne drzwi i weszła na oddział, a ja ruszyłam za nią. Widziałam, jak liczy odgrodzone parawanami części sali, żeby znaleźć syna. Nagle zatrzymała się przed jednym z pustych boksów, z rozsuniętymi zasłonami.

Popatrzyła na tatę.

– To tutaj, prawda?

Tata nerwowym ruchem potarł tył głowy.

– Byłem pewien, że tak. W takim razie, gdzie on jest?

ROZDZIAŁ 15

Charlotte weszła do boksu i podniosła leżącą w kącie marynarkę.

– Została tu jego marynarka.

– Czy to na pewno marynarka Luke’a? – zapytałam. Nigdy wcześniej go w niej nie widziałam ani też nie mogłam jej sobie wyobrazić na moim bracie.

– Miał ją na sobie, gdy… – Nie dokończyła. – Miał ją na sobie wieczorem. Z pewnością należy do niego.

Nie rozumiałam jej wojowniczego nastawienia, ale byłam gotowa się z nią pokłócić nawet o to, że czarne jest białe, gdyby twierdziła, że jednak niebieskie. Czy jak się tam mówi.

Mama zaczepiła pielęgniarkę, która akurat tamtędy przechodziła.

– Przepraszam panią, mój syn, Luke Burley, leżał na tym łóżku. Gdzie on jest? Czy wie pani, gdzie go zabrano? – Słyszałam narastającą panikę w jej głosie i po raz pierwszy poczułam ściskający klatkę piersiową niepokój. Widziałam taką scenę w wielu filmach: bliscy chcą odwiedzić chorego, zastają puste łóżko i nie muszą już o nic pytać.

Pielęgniarka przez chwilę wyglądała na zmieszaną, ale wreszcie lekko pokręciła głową, jakby coś sobie przypomniała.

– Ach, tak. Próbowaliśmy państwa znaleźć, ale…

– Zeszliśmy na dół! – zaczęła lamentować mama. – Na krótką chwilę! Kazali nam wrócić o dziewiątej!

– Może wejdą państwo tutaj? – zapytała pielęgniarka, kierując nas w stronę drewnianych drzwi z napisem „Pokój dla bliskich”.

Od tej pory wszystko zaczęło mi się wydawać lekko surrealistyczne. Zapewne był to wynik zmęczenia w połączeniu z jaskrawym szpitalnym oświetleniem, ale słyszałam dudniącą w uszach krew i miałam wrażenie, że wszyscy na nas patrzą, kiedy pielęgniarka wyprowadzała nas z sali do pokoju, w którym – po prostu to wiedziałam – powiedzą nam, że jest im strasznie przykro i że zrobili wszystko, co było w ich mocy, ale nie mam już brata.

– Lekarka niedługo przyjdzie z państwem porozmawiać – oznajmiła pielęgniarka, siadając na wyściełanym krześle, które zapiszczało pod jej ciężarem. – Aparatura wykazała dramatyczny wzrost ciśnienia w czaszce Luke’a. Podejrzewamy, że przyczyną jest krwawienie.

– Co to oznacza? – zapytał cicho tata.

– Jedynym sposobem na to, by zmniejszyć ciśnienie śródczaszkowe – kontynuowała ostrożnie pielęgniarka – jest tak zwana kraniotomia. Chirurg usunie niewielki fragment kości, żeby mózg miał więcej miejsca. Zwykle przed taką operacją pytamy krewnych o zgodę, ale czas naglił, więc…

– Ale gdzie on jest? – powtórzyła pytanie mama, spoglądając na nas takim wzrokiem, jakbyśmy znali odpowiedź, tylko ją przed nią ukrywali.

– W tej chwili trwa operacja – powiedziała pielęgniarka. – Syn wróci na oddział, jak tylko lekarze skończą go operować i wtedy dowiedzą się państwo czegoś więcej.

– A więc on nie… – Mama niespodziewanie się roześmiała; nie wesoło, lecz histerycznie. – On nie umarł?

– Dobry Boże, nie – odparła pielęgniarka. – Wróci na oddział najszybciej, jak to tylko będzie możliwe.

Na wieść o tym, że Luke żyje, wszyscy czworo jednocześnie odetchnęliśmy. Widziałam, jak Charlotte zamyka na moment oczy i powoli wypuszcza powietrze.

Jakąś godzinę później kobieta, która przedstawiła się jako Anne Moriarty, neurochirurg, zaprosiła nas ponownie do pokoju przeznaczonego dla bliskich.

Wyczyściła sobie okulary chusteczką, którą wyjęła z kieszeni fartucha.

– Jak już mówiłam wcześniej, obrażenia głowy Luke’a są naprawdę poważne. Krwawienie z mózgu spowodowało wzrost ciśnienia w czaszce, co zakończyłoby się dla niego śmiercią – i to szybką – gdybyśmy nie przeprowadzili operacji.

– A więc operacja się udała? – zapytał tata.

Doktor Moriarty przechyliła głowę na bok.

– Zmniejszyliśmy ciśnienie w czaszce, dzięki czemu życiu Luke’a nie zagraża już niebezpieczeństwo. Tomograf wykazał jednak uszkodzenie mózgu. Dopóki państwa syn nie odzyska przytomności, nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jaki będzie miało ono wpływ na jego zdolności kognitywne. Utrzymujemy go w stanie śpiączki farmakologicznej, żeby nie próbował walczyć z rurką intubacyjną, ale wkrótce zmniejszymy ilość leków i… zobaczymy, co będzie dalej.

Wszyscy wpatrywaliśmy się w lekarkę, czekając na to, co jeszcze powie. Docierały do mnie jej słowa, lecz jednocześ­nie miałam wrażenie, że nic nam nie powiedziała. Co się właściwie działo? Co się mogło stać? Właśnie tego chcieliśmy się dowiedzieć.

– Czyli…? – Mama nerwowo zamrugała. Wyglądała na kogoś w stanie całkowitego szoku. Widziałam, że zastanawia się dokładnie nad tym samym co ja, ale nie potrafi tego wyrazić słowami.

Dotarło do mnie, że muszę przejąć inicjatywę.

– Przepraszam – powiedziałam – ale nic z tego nie rozumiem. Na czym właściwie stoimy? Jakie są prognozy?

Wiedziałam, że mój ton jest bezpośredni, może nawet zbyt bezpośredni w stosunku do kobiety, która tylko starała się nam pomóc, ale chciałam usłyszeć coś jednoznacznego.

Lekarka pokręciła głową.

– Prawda jest taka, że nic nie wiemy na pewno. Jak już mówiłam, wyniki prześwietlenia nie pozwalają nam stwierdzić, w jaki sposób obrażenia mózgu wpłyną na funkcje poznawcze Luke’a. Możemy tylko czekać.

– Czy kiedy mówi pani o „funkcjach poznawczych” – odezwał się wolno tata – ma pani na myśli jego pamięć? Czy będzie nas pamiętał? A może po prostu będą mu wylatywać z głowy jakieś drobiazgi?

– Funkcje poznawcze to nie tylko pamięć – wtrąciła Charlotte. – Chodzi również o myślenie, zdolność uczenia się… Tak naprawdę o wszystko.

Miałam nadzieję usłyszeć od doktor Moriarty, że żadna lafirynda w kapciach nie musi jej pomagać w objaśnianiu podstawowych terminów, bo to ona jest wykwalifikowanym neurochirurgiem, ale tylko pokiwała głową i powiedziała:

– Właśnie tak.

Mama spojrzała na tatę.

– Powrót do zdrowia zajmie naszemu synowi dużo czasu. Czy dobrze panią zrozumiałam?

– To możliwe – przyznała lekarka. – Istnieje taka ewentualność. Musicie jednak być przygotowani na to, że „powrót do zdrowia” będzie oznaczał co innego, niż myślicie i na co macie nadzieję. Komórki mózgu różnią się od pozostałych komórek w ciele tym, że się nie regenerują. Mózg potrafi jednak obejść problem i często inne jego obszary przejmują funkcje tych uszkodzonych. Mózg Luke’a może odzyskać pewne funkcje, ale niekoniecznie wszystkie. – Zamilkła na moment, a później dodała: – Zaczekajmy jednak na to, co przyniosą kolejne dwadzieścia cztery godziny. Możemy się jutro spotkać i porozmawiać o tym, jak rozwinęła się sytuacja. Przykro mi, że nie mogę wam powiedzieć tego, co chcielibyście usłyszeć, ale moja praca nie polega na dawaniu złudnych nadziei.

– Czy możemy go teraz zobaczyć? – zapytała cicho mama.

– Oczywiście. Jest już na oddziale.

Zauważyłam, że kiedy tata wychodził z pokoju za mamą, wyciągnął rękę, przepuszczając Charlotte przodem. Pewnie chciał się zachować szarmancko i kierowały nim dobre maniery, ale miałam ochotę mu powiedzieć, że nie powinien w ten sposób umniejszać swojej roli. Był ojcem Luke’a. Powinien dotrzeć do jego łóżka przed jakąś nadgorliwą cizią.

Kiedy stanęliśmy nad Lukiem, przełknęłam ślinę, żeby nie krzyknąć. Rodzice myśleli, że widziałam już brata w tym stanie, musiałam więc się opanować, ale wyglądał znacznie gorzej, niż to sobie wyobrażałam. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Nie chodziło nawet o aparaturę, która sprawiała wrażenie niewiarygodnie skomplikowanej i przytłaczała drobną sylwetkę leżącą na łóżku, lecz o samego Luke’a. Lekarka uprzedziła nas, że po operacji jego twarz będzie opuchnięta, ale sprawiała wrażenie wręcz groteskowo powykrzywianej. Miał częściowo zgolone włosy i wciśniętą w usta rurkę, przez co prawie nie przypominał samego siebie. Szczerze mówiąc, nie wierzyłam, że to naprawdę on.

Mama się rozpłakała. I nie był to cichy szloch; zaczęła głoś­no łkać, zachłystując się powietrzem. Tata położył jej rękę na ramieniu, ale sprawiał wrażenie nieobecnego, jakby działał na autopilocie i wcale go tam nie było. Za to Char­lotte zrobiła krok do przodu, objęła mamę, zaczęła ją głaskać po plecach i powtarzać, że „wszystko będzie dobrze”, chociaż oczywiście nie miała żadnych podstaw, by tak twierdzić.

 

Po raz pierwszy przestałam mieć do niej żal o to, że z nami była. Nie miałabym pojęcia, jak zainicjować podobny gest, nawet gdybym czuła, że mama go potrzebuje, przez krótki moment byłam jej więc po prostu wdzięczna.

– Lekarka musiała nas ostrzec przed najgorszym – stwierdziła Charlotte, odsuwając od siebie mamę, ale wciąż trzymała ją za ramiona i patrzyła jej prosto w oczy. – Przedstawić wszystkie możliwe scenariusze.

Mama kiwnęła głową. Charlotte wyjęła skądś chusteczkę – osoby takie jak ona pewnie zawsze mają je przy sobie – a mama wytarła sobie nos i chyba trochę się uspokoiła.

– To tylko szok. Luke wygląda tak… – Z trudem uniosła rękę i wskazała na jego łóżko.

– Rozmawiałem z nim wczoraj rano – odezwał się tata. – Dzwonił, żeby powiedzieć mi o wyścigu… wyścigu rowerowym, do którego się zakwalifikował. Odbędzie się w przyszłym miesiącu. – A ty kiedy z nim ostatnio rozmawiałaś? – zwrócił się do mnie.

– Parę dni temu – odparłam. – Niedawno.

Nie wiedziałam, dlaczego mnie o to pyta, bo przecież nie miało to żadnego związku z tym, że Luke trafił do szpitala. Naprawdę nie miałam ochoty wspominać ostatniego razu, gdy widziałam się z bratem.

Pamiętałam tamto popołudnie bardzo dokładnie i miałam ogromną nadzieję, że nie było to nasze ostatnie spotkanie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?