Zaufaj jej

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 10

Podejrzewam, że na widok nieznajomej kobiety każdy, niezależnie od okoliczności, zachowałby się powściągliwie, przynajmniej do momentu, aż by się przedstawiła. Kiedy jednak ta nieznajoma kobieta stoi obok szpitalnego łóżka twojego nieprzytomnego syna podłączonego do aparatury medycznej, można całkiem zapomnieć o dobrych manierach. Prawie na mnie nie patrząc, Jenny pochyliła się nad nim, zasłaniając dłonią usta.

– Mój synek… – powiedziała z północnym akcentem. Jak zapamiętałam z jej profilu na Facebooku, pochodziła z Halifax, Harrogate czy innego miasteczka w hrabstwie York.

Stała po przeciwnej stronie łóżka, z jedną ręką na ramieniu Luke’a, drugą zaś odgarniała mu włosy z czoła.

Stephen na krótki moment zamknął oczy i z trudem przełknął ślinę. Widok syna najwyraźniej wstrząsnął nim równie mocno jak jego żoną, okazał to jednak w bardziej powściąg­liwy sposób. Zbliżył się do łóżka i położył rękę na metalowej barierce.

Dopiero wtedy spojrzał na mnie.

– Dzień dobry – przywitał się. – Przepraszam, my się chyba… – Posłał Maggie pytające spojrzenie.

Kobieta nerwowo zamrugała.

– Och, przepraszam. Założyłam, że państwo się znają.

Stephen pokręcił z zaskoczeniem głową.

Maggie stanęła obok mnie.

– Ta młoda dama prawdopodobnie uratowała Luke’owi życie. Miał prawdziwe szczęście. Nie każdy może się poszczycić taką dziewczyną.

Jenny spiorunowała Stephena wzrokiem, jakby chciała zapytać: „Wiedziałeś o tym?”, a on tylko wzruszył ramionami. Oboje zwrócili się w moją stronę.

– Przepraszam – powtórzył Stephen. – Nie wiedzieliśmy… akurat byliśmy na wakacjach w Grecji. Nie mamy pojęcia, co się stało.

– Cóż, z tego, co zrozumiałam – podjęła temat Maggie – Charlotte zachowała zimną krew i zrobiła Luke’owi masaż serca, dzięki temu sanitariusze zdołali przywrócić jego akcję jeszcze przed przywiezieniem państwa syna do szpitala. – Kiwnęła głową, jakby chciała mnie zachęcić do kontynuowania, ale nie potrafiłam nic wymyślić.

– Serce Luke’a przestało bić? – zapytał Stephen.

Maggie przytaknęła z powagą.

– Wielkie nieba. – Mężczyzna zasłonił usta dłonią i mocno wypuścił powietrze.

– Charlotte, tak? – zwróciła się do mnie Jenny.

Wolno pokiwałam głową. Przynajmniej to jedno było prawdą.

– Przepraszam – powiedziała Jenny. – Nie mieliśmy… Luke chyba o tobie nie wspominał. Zresztą może i to zrobił, ale…

– Och – wtrąciłam szybko, wybawiając ją z krępującej sytuacji. – Spotykamy się od niedawna. Nie chcieliśmy jeszcze tego rozgłaszać. My tylko… – Zawiesiłam głos, ale Stephen i Jenny pokiwali głowami, jakby dokładnie wiedzieli, co mam na myśli. I dobrze, bo sama nie miałam bladego pojęcia.

Maggie uśmiechnęła się, nie bacząc na nasze skołowane, zasmucone miny.

– Młodzi przeróżnie to teraz nazywają. „Widujemy się ze sobą – mówi mój syn. – Ona nie jest moją dziewczyną, mamo. Tylko się ze sobą widujemy”. „Tak jak widujesz się z babcią na niedzielnym obiedzie?” – odpowiadam mu wtedy, a on nie wie, co na to powiedzieć! – W tym momencie uzmysłowiła sobie, że niepotrzebnie się rozgadała. – Zostawię was samych. – Uśmiechnęła się do nas i odeszła, pogwizdując. Jej zachowanie wydało mi się trochę nieodpowiednie, ale Stephen i Jenny chyba nawet nie zwrócili na nie uwagi.

– Co się właściwie stało? – zapytała mnie Jenny. – Byłaś tam?

– Jestem Stephen – wtrącił jej mąż, wyciągając do mnie rękę. – A to moja żona i mama Luke’a, Jenny. Niezależnie od okoliczności, miło cię poznać.

Przez moment nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Mnie również – bąknęłam w końcu. – Luke zawsze tak czule się o was wyraża.

Powiedziałam to bez zastanowienia – wydawało mi się, że tak należy – ale chyba nie zrobiłam nic złego.

– Nie rozumiem, co się właściwie stało – powtórzyła Jenny, nie zdejmując ręki z ramienia Luke’a. – Jak ktokolwiek mógł zrobić coś takiego?

Pokręciłam głową.

– Nie było mnie wtedy przy nim. Znalazłam go dopiero później. – Nie bardzo wiedziałam, co jeszcze mogłabym dodać. Pewnie nie mieli ochoty wysłuchiwać dokładnego opisu stanu, w jakim leżał na ulicy – z wykręconą nogą, otoczony zapachem moczu i rozkładających się śmieci. W końcu powiedziałam tylko: – Nie ruszał się. Karetka przyjechała bardzo szybko. Ja tylko zrobiłam mu masaż serca. – Położyłam dłoń jedna na drugiej, tak jak poprzedniego wieczoru, żeby im to zademonstrować. – Jeden, dwa, trzy. Jeden, dwa, trzy. I tak do momentu, aż zjawili się sanitariusze.

Stephen poklepał mnie po ramieniu.

– Świetnie sobie poradziłaś. Jesteśmy ci wdzięczni.

Później dołączył do żony stojącej obok łóżka syna i westchnął.

– Och, Luke. – Pokręcił głową ze smutnym uśmiechem.

Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Respirator wydawał z siebie mrukliwy dźwięk, pracując w niezmiennym rytmie.

– Myślałam, że spadł z roweru – odezwała się Jenny, nie spuszczając wzroku z syna. – Oboje tak pomyśleliśmy, gdy powiedzieli nam o wypadku.

Kiwnęłam głową.

– Luke uwielbia jeździć na rowerze. – Akurat to o nim wiedziałam.

– Rozmawiałaś z nią? – zapytała Jenny, spoglądając na mnie. – Z tą Morrissey, czy jak jej tam… Lekarz prowadzącą.

Pokręciłam głową.

– Moriarty – poprawił ją cicho Stephen. – Anne Moriarty.

– Nic nam nie powiedziała! – Z gardła Jenny wyrwał się szloch, przez co jej głos stał się nagle głośniejszy. Popatrzyliśmy na nią ze Stephenem zszokowani.

– Ona… ona przecież… Już dobrze, kochanie. – Objął ją ramieniem.

– „Trudno powiedzieć”, powtarzała bez przerwy. Nie przekazała nam żadnych cholernych informacji.

– Powiedziała, że na to jeszcze za wcześnie. Nie chcemy przecież, by lekarze udawali, że coś wiedzą. Niczego nie mogą zaplanować z góry.

Usłyszałam piknięcie telefonu i zobaczyłam nową wiadomość od Yanisa:

Musimy jakoś tę sprawę załatwić. Po południu przyjdę do mieszkania.

Nagle uderzyła mnie absurdalność całej tej sytuacji. Po co w ogóle tam tkwiłam, skoro to nawet nie była moja tragedia i nie mój powód do smutku?

– Powinnam już iść – stwierdziłam, sięgając po leżącą na podłodze torebkę. – Zostawię was samych.

ROZDZIAŁ 11

Nie! – powstrzymała mnie Jenny. – Nie idź jeszcze. Lekarka powiedziała, że obecność znajomych osób i ich głos może pomóc Luke’owi. Zostań, proszę.

– Ale ja… – Przeniosłam spojrzenie z Jenny na Stephena, spodziewając się, że delikatnie upomni żonę i pozwoli mi odejść, on jednak tylko pokiwał głową i powiedział:

– Tak, zostań. Przysięgam, że normalnie tak się nie zachowujemy. Z natury jesteśmy bardziej sympatyczni. – Roześmiał się bez przekonania, ale w ciszy oddziału zabrzmiało to tak dziwnie, że szybko zamilkł. Ruchem głowy wskazał na stojące obok łóżka krzesło i nie miałam innego wyboru, jak tylko na nim usiąść, podczas gdy rodzice Luke’a, jego prawdziwi bliscy, stali po przeciwnej stronie łóżka.

Postanowiłam się skoncentrować na udawaniu zatroskanej dziewczyny, jednocześnie układając w głowie plan wymiksowania się z całej tej sytuacji. Wcześniej czy później wizyta dobiegnie końca, wszyscy wyjdziemy – pewnie obiecując sobie, że niedługo znowu spotkamy się w szpitalu albo że będziemy się wymieniać informacjami na temat stanu zdrowia Luke’a – wrócę do domu i nigdy więcej ich nie zobaczę. Przez resztę życia będę się zastanawiać, co go spotkało, i wspominać te dziwne dwadzieścia cztery godziny, ale pewnie nigdy się nie dowiem, jak potoczyły się losy tej rodziny.

Znowu trzymałam Luke’a za rękę, głównie po to, by nie wyjść z roli i nie musieć się zastanawiać, co powiedzieć. Pocieszałam się myślą, że nawet gdybym dobrze go znała, też czułabym się niezręcznie, rozmawiając z nieprzytomną osobą przy obcych.

Stephen sprawiał wrażenie równie zagubionego co ja. Stał jak słup soli, na zmianę ściskając żonę za rękę i wygłaszając uwagi na temat aparatury medycznej.

– To urządzenie monitoruje chyba pracę serca – stwierdził, wskazując głową na jedną z maszyn, a po chwili dodał: – A to do czego służy, jak myślicie? – Stanął przed kolejnym sprzętem, nachylił się i uważnie się przyjrzał wyświetlającym się na monitorze cyfrom.

– Niczego nie dotykaj – zwróciła mu uwagę Jenny, odpychając jego rękę, gdy próbował przeciągnąć palcami wzdłuż rurki.

– Nie miałem takiego zamiaru! – zaprotestował, unosząc do góry ręce w obronnym geście. Odsunął się od łóżka i ciężko westchnął. – Po prostu czuję się taki… bezużyteczny – dodał cicho. – I bezradny.

Rozległ się dźwięk przypominający kukanie. Jenny sięg­nęła do torebki i wyjęła z niej telefon.

– Becky już dotarła. Gdzie my właściwie jesteśmy? Które to piętro? – Rozejrzała się nerwowo wokół siebie.

Dopiero po chwili skojarzyłam, że „Becky” to Rebecca, siostra Luke’a, której zdjęcia widziałam na Facebooku.

– A może napilibyśmy się herbaty i coś zjedli? Od wielu godzin nie mieliśmy niczego w ustach.

– Boże broń, żebyś przegapił choć jeden posiłek – zakpiła pod nosem Jenny, nie odrywając wzroku od twarzy syna.

Stephen otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu zrezygnował. Ujął dłonie Jenny tak, by na niego spojrzała.

– Pamiętaj, co mówiła lekarka. Nie wiemy, jak długo to jeszcze potrwa. Możliwe, że spędzimy tu wiele dni. Musimy o siebie dbać, jeśli chcemy mu pomóc. – Skinął głową w kierunku Luke’a. – Chodźmy po Becky i coś zjedzmy. Jego stan nie zmieni się tylko dlatego, że znikniemy na dwadzieścia minut.

Jenny z niepokojem spojrzała na Luke’a, lecz w końcu kiwnęła głową. Pomyślałam, że to dla mnie szansa, żeby się zmyć.

– Naprawdę powinnam już iść – powiedziałam.

 

Jenny i Stephen spojrzeli na mnie ze zdumieniem. Nie wiedziałam, czy to dlatego, że zapomnieli o mojej obecności, czy z powodu sugestii, że chcę już wrócić do domu.

– Ale najpierw pójdziesz z nami coś zjeść? – upewniła się Jenny. – I poznasz Becky?

– Chyba że już się znacie – wtrącił Stephen.

Dobrze, że poświęciłam tyle czasu na przejrzenie facebookowego profilu Luke’a. Gdybym musiała przyznać, że nie mam pojęcia, kim jest Becky, ani że Luke ma siostrę, poczułabym się bardzo niezręcznie.

Pokręciłam głową.

– Nie, chociaż Luke mi o niej wspominał. – Kolejne bezpieczne kłamstwo, o którym wiedziałam, że zostanie dobrze przyjęte.

Stephen się uśmiechnął.

– Byli sobie bardzo bliscy. – Zauważyłam malujące się na jego twarzy przerażenie z powodu użycia czasu przeszłego. – Powiedziałem „byli”, bo… w dzieciństwie nie odstępował jej na krok, prawda? Nie miałem na myśli… – Urwał w pół zdania.

– Luke dogaduje się ze wszystkimi – stwierdziła Jenny. – Taki już jest. Zawsze najpierw myśli o innych, a dopiero później o sobie.

Kiwnęłam głową i posłałam jej najcieplejszy uśmiech, jaki tylko zdołałam z siebie wykrzesać.

Chociaż oficjalnie nie zrezygnowałam z planu powrotu do domu, jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy razem schodzić na trzecie piętro. Jenny rozmawiała ze mną w taki sposób – wygłaszając ogólne obserwacje na temat szpitala, panującego w nim rozgardiaszu, drzwi, przez które powinniśmy przejść – że chociaż nie oczekiwała ode mnie odpowiedzi, to nie bardzo miałam jak się pożegnać i uwolnić się od ich towarzystwa.

Po dotarciu na trzecie piętro Jenny zniknęła w damskiej toalecie, a gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, Stephen wyraźnie się zgarbił. Zrezygnowanym gestem przeciągnął dłonią po twarzy i westchnął. Wtedy dotarło do mnie, że tylko udawał twardego w obecności żony.

– Boże – odezwał się, kręcąc głową.

Patrzyłam na niego, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Posłałam mu napięty, smutny uśmiech, którym tego wieczoru posłużyłam się już kilka razy.

– Jen niedawno straciła siostrę – wyjaśnił Stephen. – Raptem pół roku temu. Właśnie zaczęła dochodzić do siebie, a teraz…

– To rzeczywiście… pech.

Przytaknął, ale nic nie powiedział.

– Od jak dawna ty i Luke… Kiedy się poznaliście? – zapytał po chwili nieco weselszym tonem.

Uśmiechnęłam się, przerażona jego pytaniem, i gorączkowo starałam się coś wymyślić.

– No cóż…

– Przynajmniej to jedno poprawi żonie humor – mówił dalej Stephen. – Traktuje Luke’a jak duże dziecko. Nie może znieść myśli, że poszedł na swoje. Będzie zachwycona tym, że pojawiłaś się w jego życiu.

Od powiedzenia prawdy powstrzymała mnie nie tyle myśl o zawiedzionych nadziejach Jenny, która marzyła o oddanej synowej mającej bzika na punkcie jej syna – uważałam bowiem, że trzydziestoletni mężczyźni powinni już być samodzielni – ile obawa przed postawieniem Stephena w niezręcznej sytuacji albo wręcz sprawieniem mu przykrości.

Na szczęście nie zauważył, że pozostawiłam pytanie o staż naszego związku bez odpowiedzi.

– Gdzie się poznaliście? W pracy?

Zamrugałam oczami i pokręciłam głową.

– W sieci – odparłam. – Przez aplikację randkową.

– W tych czasach wszystko załatwia się w sieci, prawda? – zauważył Stephen. – Pod tym względem nasze pokolenie ciągle jest trochę w tyle. Chociaż muszę przyznać, że Jenny świetnie sobie radzi z Internetem. Bez przerwy lajkuje zdjęcia i czatuje z koleżankami. Zawsze była bardziej obeznana z nowinkami niż ja.

W tym momencie Jenny wyszła z toalety i założyła torebkę na ramię.

– Gotowi? – zapytała. Umalowała sobie usta szminką. Ciekawe dla kogo.

Całą trójką ruszyliśmy przez korytarz i weszliśmy przez podwójne drzwi, na których widniała tabliczka z napisem „Pier Café”.

W środku było cicho. Przy stolikach siedziało sporo osób, na ogół samotnie, ale nawet ci w niewielkich grupkach rozmawiali po cichu, pochylając głowy nad kubkami.

– Napisała, że już tu jest – oznajmiła Jenny, rozglądając się po sali.

– Tam siedzi! – Stephen wskazał na stolik w rogu.

– Rzeczywiście – odparła matka Luke’a, chociaż wydawało mi się, że słyszę w jej głosie raczej napięcie niż ulgę.

Kobieta, którą pamiętałam ze zdjęć na facebookowym profilu, siedziała przy niewielkim kwadratowym stole w kącie kawiarni, zwrócona plecami do ściany. Miała gładko zaczesane włosy. Jej strój też był schludny i elegancki, jak do pracy: ołówkowa spódnica i bluzka – nie, jednak koszula – z rozpiętymi dwoma guzikami pod szyją. Wyglądała jak przed spotkaniem w banku czy raczej jakby sama pracowała w banku.

Pisała coś szybko na telefonie. Na początku myślałam, że była tak pochłonięta tą czynnością, że nas nie zauważyła, ale nawet gdy podeszliśmy do stolika, a Stephen powiedział: „Cześć, skarbie”, nie popatrzyła na niego od razu, tylko najpierw skończyła to, czym właśnie się zajmowała, a dopiero później odłożyła komórkę na stolik i powitała ojca znużonym głosem.

Wstała z krzesła i cmoknęła każde z rodziców w policzek, mówiąc:

– Mamo, tato.

Wydało mi się to dziwne. Myślałam, że padną sobie w ramiona, dając upust rozpaczy, i pośród szlochów wymienią się szczątkowymi informacjami, którymi dysponowali. Ich powitanie okazało się jednak sztywne i formalne.

– A to jest dziewczyna Luke’a – powiedział Stephen, wskazując na mnie. – Charlotte.

Po twarzy Becky przemknął ledwie zauważalny grymas.

– Aha – mruknęła. – Okej.

Wyciągnęłam do niej rękę.

– Becky? – Oczywiście wiedziałam, z kim mam do czynienia, ale do tej pory jej imię nie padło, uznałam więc, że tak będzie uprzejmie.

– Rebecca – poprawiła mnie, praktycznie nie patrząc mi w oczy. Przytrzymała moją dłoń dosłownie przez parę sekund i szybko puściła. Przy stole nie było wystarczająco dużo krzeseł dla wszystkich, Stephen zabrał więc jedno od sąsiedniego stolika i postawił obok krzesła Becky – czy raczej Rebekki.

– Co teraz? – zapytała rzeczowym tonem, odwracając się ode mnie. – Wiadomo już coś?

Stephen pokręcił głową.

– Niestety, od twojej ostatniej wizyty nie stwierdzono nic nowego. Nadal jest nieprzytomny. Lekarka prowadząca nie miała dla nas zbyt wiele czasu, ale obiecała, że przyjdzie o dziewiątej i wszystko dokładnie nam wyjaśni. – Spojrzał na zegarek. – Czyli za dwadzieścia minut.

Rebecca pokiwała głową. W szpitalu jej strój wydawał się trochę nie na miejscu, zwłaszcza że była niedziela. Przyłapała mnie na gapieniu się na nią i zmarszczyła brwi.

– Przypomnisz mi swoje imię? – poprosiła.

– Charlotte.

Uniosła brwi.

– Jasne. Nowy dodatek?

Starałam się zachować pogodę ducha, jak zawsze w obliczu zaczepek czy agresji. Łagodziłam w ten sposób napięcie. Udając, że nic się nie stało, wykańczałam przeciwnika życzliwością.

– Spotykamy się od niedawna – przyznałam z uśmiechem.

Stephen próbował nas pocieszyć, porównując przypadek Luke’a z całkiem odmiennym – na moje oko – przypadkiem jego kolegi, który doznał wstrząśnienia mózgu po wypadku w pracy. Konkluzja tego ciut przydługiego wywodu była taka, że skoro koledze nic się nie stało, to z Lukiem będzie podobnie. Ani Rebecca, ani Jenny nie wyglądały na przekonane. Rebecca na moment zamknęła oczy, jakby ostatkiem sił powstrzymywała się przed ofuknięciem własnego ojca. Jenny miętosiła w dłoni chusteczkę, marszcząc brwi. Zrobiło mi się żal Stephena, opowiedziałam więc inną – całkowicie zmyśloną – historyjkę z równie optymistycznym finałem, po czym wszyscy czworo zamilkliśmy.

Stephen spojrzał na zegarek.

– Powinniśmy wracać.

Jenny kiwnęła głową i wszyscy się podnieśliśmy. Wyświetlacz telefonu Rebekki nagle się zaświecił. Przeczytała wiadomość, po czym z westchnieniem schowała aparat do torebki. Przy wyjściu z kafejki zwróciła się do rodziców:

– Zakładam, że rozmowa z lekarką odbędzie się wyłącznie w gronie rodziny?

Stephen zmarszczył brwi i zacisnął wargi w pełną dezaprobaty kreskę.

– Becky, skarbie, Charlotte jest partnerką Luke’a. W tych czasach to prawie jak członek rodziny.

Rebecca popatrzyła na mnie, ale jej słowa zabrzmiały tak, jakby wcale mnie tam nie było.

– Nie mogą się znać dłużej niż parę minut.

– Rebecco! – oburzyła się Jenny.

Tak jawna wrogość wydała mi się czymś niesłychanym i zaczęłam się zastanawiać, czy Rebecca nie przejrzała przypadkiem mojego kłamstwa, szybko jednak zrozumiałam, że przemawia przeze mnie paranoja. Nie mogła tego wiedzieć, a zresztą gdyby nawet, to sprawiała wrażenie osoby, która powiedziałaby o tym wprost. Jej zachowanie wydało mi się w pewien sposób intrygujące. Szczególnie chłód w stosunku do rodziców. Na czym polegał jej problem? Czyżby właśnie w taki sposób okazywała smutek i strach o brata, czy może miała jakieś zaburzenie osobowości? Przyłapałam się na tym, że patrzę na nią z zaciekawieniem, usiłując ją rozgryźć.

Odwróciła się i ruszyła szybkim krokiem w kierunku wind.

– Nie bierz sobie tego do serca – poradził mi Stephen. – Ona zawsze sprawia wrażenie wściekłej, kiedy ma zmartwienie. Właśnie tak radzi sobie z emocjami.

A więc jednak, pomyślałam z rozczarowaniem. Zdecydowanie wolałabym zaburzenie osobowości.

REBECCA

ROZDZIAŁ 12

Kiedy mój telefon zaczął dzwonić o nieludzkiej porze, pomyślałam oczywiście, że to Brendan.

Lubił wydzwaniać po nocach. „Chciałem tylko sprawdzić, jak się miewasz, kotku” – zaczynał zwykle rozmowę, nie zważając na to, że pewnie miałabym się lepiej, gdyby nie budził mnie w środku nocy, szczególnie gdy rano wybierałam się na służbowe śniadanie. W każdym razie zwykle już po paru minutach przechodziliśmy do ważniejszych tematów, czyli do niego: „W przeszłości nie miałem szczęścia do kobiet. Ale ty jesteś inna, prawda? Obiecaj, że nigdy mnie nie zostawisz”.

I tak w koło Macieju, ta jego rozpaczliwa potrzeba zapewniania, że tak, na pewno go nie zostawię. Naprawdę nie wiem, dlaczego uważał mnie za odpowiednią partię – on, facet z ego bez przerwy domagającym się dopieszczania, ale to mnie wybrał i podtrzymywał tę decyzję każdego dnia. A po wydarzeniach ostatnich lat wiedziałam, że skoro Brendan wciąż obstaje przy tym, że nasz związek ma trwać, to sugerowanie czegoś innego byłoby po prostu niebezpieczne.

Niemal odrzuciłam połączenie, bo byłam pewna, że to on – wiedziałam, że rano się przez to pokłócimy, ale sen był tego wart – kiedy jednak sięgnęłam po leżący na nocnym stoliku telefon, zobaczyłam na wyświetlaczu inne nazwisko: Jennifer Burley. Moja matka.

Brendana zawsze fascynowało, że rodzice figurowali na mojej liście kontaktów pod pełnymi imionami i nazwiskami.

– Dlaczego nie zapiszesz ich po prostu jako „mama” i „tata”? – zapytał, szczerze zafrapowany tą kwestią.

– Niby z jakiej racji? Przecież nikogo nie opisuję w kontekście jego relacji ze mną. Harriet Kirk nie figuruje w moim telefonie jako „Kobieta robiąca pranie”, a Philip Matthewson to nie „Kumpel Brendana noszący śmierdzącą kurtkę”.

Uśmiechnął się.

– Chyba masz rację. Mnie też pewnie nie zapisałaś jako swojego „uroczego chłopaka”.

Często wygadywał podobne bzdury, ale czegóż mogłabym się spodziewać po mężczyźnie, który zapisał kontakt do swojej matki jako „Mama” z ikonką różowego serduszka?

Oczywiście gdy tylko zobaczyłam, kto do mnie dzwoni, wiedziałam, że stało się coś złego. Mama nigdy do mnie nie telefonuje, a już na pewno nie o takiej porze. Czasami wysyła krótkie wiadomości dotyczące bieżących rodzinnych spraw – „Przyszedł do ciebie list”, „Operacja Gillian się udała” – ale nie przepada za pogawędkami. A przynajmniej nie ze mną.

Wiedziałam, że są na urlopie i zwiedzają Ateny, najpierw więc pomyślałam, że potrzebują mojej pomocy. Może ktoś ich okradł albo mieli włamanie do domu i chcą, żebym skontaktowała się z firmą ubezpieczeniową. Niezależnie od przyczyny założyłam, że chodzi o pomoc w załatwieniu czegoś. Z pewnością nie zgłosiliby się do mnie po wsparcie natury emocjonalnej.

– Becky, chodzi o Luke’a – odezwała się mama, gdy tylko odebrałam telefon. – Miał wypadek.

Usiadłam na łóżku.

– Co się stało?

– Nie wiemy dokładnie. Dzwonili do nas ze szpitala. Podobno ktoś go zaatakował! Okradł i uderzył w głowę!

Z powodu niespodziewanego nocnego telefonu i słów o wypadku skoczyła mi adrenalina, ale postanowiłam nieco się uspokoić. Wiedziałam, że mama lubi okazywać emocje w przesadny sposób. Tym razem chodziło o Luke’a, jej ukochanego syneczka, a ona przebywała za granicą i nie mogła od razu wcielić w życie któregoś ze swoich zwariowanych planów. Efekt był więc podwójny, a może i potrójny. Wypadek nie mógł być tak poważny, jak to sobie wyobrażała.

 

– Jak wygląda sytuacja? Gdzie jest Luke, jakie ma obrażenia? – Chciałam poznać fakty, a nie tylko najgorsze obawy matki.

– W szpitalu. Nie wiemy, co mu dokładnie jest. Powiedzieli tylko, że ma uraz głowy i że musimy czekać. Twój tata właśnie się pakuje. Pojedziemy prosto na lotnisko i wsiądziemy do pierwszego samolotu, w którym będą wolne miejsca.

– Wracacie do domu?

– Oczywiście! Luke leży w Royal Sussex County Hospital. Nie wiem, na którym oddziale, ale jeśli podasz w rejestracji nazwisko i powiesz, że jesteś siostrą…

– Chcesz, żebym pojechała do szpitala?

– To chyba jasne! Nie wiem, co się dokładnie stało, ale po prostu musimy tam być – powiedziała to z wyraźnym wyrzutem w głosie.

– Jasne. Ale moja sytuacja jest teraz trochę skomplikowana.

Wiedziałam, że nie przyjmie tego dobrze.

– Co to znaczy „skomplikowana”? – zapytała lodowatym tonem. Jeszcze bardziej lodowatym niż zwykle.

– Musiałam wyjechać. Służbowo. – Nie mogłam jej powiedzieć, że leżę we własnym łóżku, w swoim mieszkaniu w Brighton, jakieś trzy kilometry od Luke’a.

– Dokąd?

– Do Edynburga. – Nie widziałam powodu, dla którego miałabym jechać służbowo do Edynburga, ale liczyłam na to, że nie zapyta.

– Jak szybko dasz radę wrócić do Brighton? Możesz złapać jakiś samolot? Taki lot chyba nie trwa długo?

Kusiło mnie, by powiedzieć, że nie ma sensu lecieć samolotem. Nie powinna ode mnie wymagać, że wszystko rzucę i nie zważając na koszty, polecę na drugi koniec kraju. Gdyby sytuacja była odwrotna, nie wymagałaby takiego poświęcenia od Luke’a. Wiedziałam jednak, że to bezcelowe. Wolałam złożyć jakąś mglistą obietnicę, wymiksować się z tej rozmowy i spróbować się przespać do piątej czterdzieści pięć, na którą to godzinę nastawiłam sobie budzik.

– Przyjadę najszybciej, jak tylko będę mogła.

Mama pociągnęła nosem.

– Dobrze, dziękuję. – Jej głos znowu zabrzmiał oficjalnie, co chyba i tak było lepsze od histerii. – Muszę kończyć. Napisz do mnie, jak tylko dotrzesz do szpitala i będziesz wiedziała, jak on się czuje. Informuj nas na bieżąco.

– Tak – skłamałam. – Oczywiście.