Zaufaj jej

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 7

Gdy dotarłam do domu, zmęczenie wzięło górę nad adrenaliną i szybko zasnęłam. Po przebudzeniu zorientowałam się, że jest już dziewiąta. Dopiero po chwili zaczęłam sobie porządkować w głowie wydarzenia minionego wieczoru, próbując ustalić, które z nich są prawdziwe, a które tylko mi się przyśniły.

Wyjęłam spod łóżka laptopa. Po zalogowaniu się do Face­booka wpisałam w wyszukiwarkę nazwisko Luke Burley. Było ich kilku, ale łatwo namierzyłam właściwe konto. Luke miał to samo zdjęcie profilowe co na portalu randkowym: stał na nim obok roweru na szczycie góry, z rozciągającym się za jego plecami imponującym widokiem. Przypomniałam sobie pijackie narzekania Kelly na jego rowerową pasję. Czy to możliwe, że rozmawiałam z nią poprzedniego wieczoru? Kliknęłam w profil i powiększyłam zdjęcie, żeby lepiej mu się przyjrzeć.

Pomimo kilkudniowego zarostu na twarzy i kasku na głowie, to na pewno był on. Na zdjęciu odsłaniał w szerokim uśmiechu proste, białe zęby. Wyglądał znacznie lepiej niż wtedy, gdy wpatrywał się posępnie w okno pubu czy leżał na ziemi w kałuży krwi.

Powinnam się była wylogować – i tak już naruszyłam jego prywatność – ale czułam potrzebę dowiedzenia się czegoś więcej o mężczyźnie, który właśnie walczył o życie. Zresztą chyba nie bardzo przejmował się swoją prywatnością, skoro miałam dostęp do całego jego profilu.

Dowiedziałam się, że niedawno rozpoczął pracę jako „konsultant do spraw rozwiązań biznesowych” – cokolwiek miałoby to oznaczać – w firmie, która jak przeczytałam na ich stronie, pomagała innym firmom organizować szkolenia z budowania zespołu. Pomyślałam, że to zabawne, w jaki sposób ludzie zarabiają w tych czasach na życie.

Zajęłam się przeglądaniem licznych zdjęć, które umieścił na swoim profilu. Mniej więcej na trzech czwartych występował na rowerze lub obok niego. Zbliżenia ukazywały jego zabłoconą, spoconą twarz i pewnie były zrobione jednym z tych wytrzymałych aparatów przytwierdzanych do kierownicy. Kelly najwyraźniej miała rację: rower odgrywał w jego życiu ważną rolę. Luke nie narzekał jednak na brak życia towarzyskiego. Na wielu zdjęciach stał z piwem w dłoni obok mężczyzn, którzy mieli podobne fryzury i równie szerokie uśmiechy. Przeglądając zdjęcia, dostrzegłam na jego nodze dużą bliznę i zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie spadł kiedyś z roweru. Pewnie można sobie zedrzeć sporo skóry, przeciągając gołą nogą po jezdni.

Na jednej z fotografii siedział w towarzystwie starszej pary i młodszej od nich kobiety przy stole w eleganckiej restauracji. Fizyczne podobieństwo łączące go ze starszym mężczyzną było wprost uderzające – mieli ten sam kolor włosów, szerokie uśmiechy i jasnoniebieskie oczy. Jak dowiedziałam się z oznaczeń pod zdjęciem, starsi państwo nazywali się Stephen i Jenny Burley, kobieta zaś – Rebecca Burley. Potrzebowałam zaledwie paru kliknięć, żeby dotrzeć do „rodzinnej” zakładki na profilu Jenny i ustalić, że ona i Stephen byli rodzicami Luke’a, a Rebecca jego siostrą.

Zaczęłam przeglądać profil Jenny, urzeczona zdjęciami misternie udekorowanych ciast, które na nim zamieściła, gdy nagle zorientowałam się, że tkwię w wirtualnym świecie rodziny Burleyów już od ponad godziny. Powinnam wreszcie wstać z łóżka, zapomnieć o Luke’u i wykorzystać tę niedzielę w bardziej pożyteczny sposób.

ROZDZIAŁ 8

Odłożyłam laptopa na komodę i pobieżnie sprzątnęłam pokój, chowając do szafy ubrania, które przed wyjściem z domu rozrzuciłam gdzie popadnie. Wzięłam prysznic, ubrałam się, zjadłam na stojąco tosta z serem i postanowiłam wybrać się do miasta.

Kiedy sięgnęłam po leżący na nocnym stoliku telefon, zauważyłam trzy nieodebrane połączenia i SMS-a od właściciela mieszkania, Yanisa. Widziałam się z nim tylko raz, gdy pokazywał mi mieszkanie. Sprawiał wtedy miłe wrażenie. Powiedział, że chce wynajmować je tylko przez kilka lat, żeby mieć z czego spłacać hipotekę, gdy będzie pracować w Cork. Byłam prawie pewna, że nie okaże się jednym z tych łasych na pieniądze, pozbawionych skrupułów właścicieli wprowadzających dziwaczne zakazy i podnoszących czynsz, gdy tylko przyjdzie im na to ochota, i rzeczywiście, przez kilka pierwszych miesięcy wszystko było w porządku, jednak w ciągu ostatnich tygodni zaczął do mnie coraz częściej wydzwaniać i denerwował się, gdy nie odbierałam za pierwszym razem. Cieszyłam się, że siedzi po drugiej stronie Morza Irlandzkiego, bo inaczej pewnie nachodziłby mnie osobiście.

Kiedy przeszłam przez stację i ruszyłam główną ulicą w kierunku morza, moje myśli powędrowały w stronę Luke’a. Z jego profilu randkowego niewiele dało się wywnioskować. Zdjęcie zrobione na szczycie góry i krótki opis, w którym twierdził, że chce poznać kobietę lubiącą spędzać czas na świeżym powietrzu, stworzyły w moim umyśle obraz osoby energicznej, ale może nieco zbyt szczerej – kogoś pomiędzy podstarzałym skautem i psem rasy border collie. Kochanej, lecz trochę męczącej. Gdy jednak poznałam więcej szczegółów z jego życia, zobaczyłam zdjęcie, na którym leżał skacowany na kanapie i zasłaniał ręką twarz przed obiektywem aparatu, a także poczytałam sobie komentarze znajomych, wydał mi się bardziej do rzeczy, wręcz interesujący.

Czekając na zielone światło, wyjęłam z torebki telefon i ponownie spróbowałam się dodzwonić do Emily. Nadal mi nie wyjaśniła, dlaczego nie zjawiła się wieczorem w pubie i tak dziwnie rozmawiała ze mną przez telefon, ale przez to wszystko, co zdarzyło się później, nie miałam czasu, by porządnie się nad tym zastanowić.

Od razu połączyłam się z pocztą głosową.

– Hej, Em. To ja, Charlotte. Sprawdzam tylko, czy wszystko okej. – Zawiesiłam głos. Nie chciałam, by moja wiadomość zabrzmiała oskarżycielsko, na wypadek gdyby jednak miała dobry powód, żeby mnie wystawić. Byłam lekko rozdrażniona, że nie czuła potrzeby skontaktowania się ze mną, ale postanowiłam na razie odpuścić. – Miałam szaloną noc. Poznałam faceta i… cóż, dziwnie się to wszystko skończyło. Zadzwoń do mnie, to ci opowiem. Mam nadzieję, że u ciebie wszystko gra. Na razie.

Załatwiłam parę spraw na mieście. Odniosłam do Topshopu płaszcz kupiony na eBayu, który wciąż miał metkę, i dostałam w zamian bon podarunkowy o wartości znacznie przewyższającej kwotę, którą za niego zapłaciłam. Moja matka bez wątpienia uznałaby to za oszustwo, ale zawsze lubiła utrudniać sobie życie. Ja nazwałabym to raczej sprytnym radzeniem sobie z trudną sytuacją ekonomiczną.

Łaziłam po mieście, gapiąc się na witryny sklepów, wchodziłam do środka, zdejmowałam z wieszaków ubrania, przykładałam do siebie i prawie szłam z nimi do kasy, lecz w ostatniej chwili rezygnowałam z zakupu. Musiałam uważać z wydatkami.

Szłam akurat po coś słodkiego, gdy usłyszałam za plecami krzyk.

– Noah! Chodź tu do mnie! Drugi raz nie będę prosić.

Skojarzyłam to imię, zanim rozpoznałam głos. Podobno w każdym przedszkolu w Wielkiej Brytanii jest co najmniej jeden Noah, ale nigdy nie spotkałam chłopca o tym imieniu, nie licząc trzyletniego synka Meredith. Zatrzymałam się, odwróciłam w kierunku pokrzykującej kobiety i rzeczywiście ujrzałam koleżankę szarpiącą się z wózkiem objuczonym siatkami pełnymi zakupów. Jej syn leżał plackiem na środku głównej alejki w centrum handlowym.

Była tak zaaferowana, że nie zauważyła mnie nawet wtedy, gdy do niej podeszłam.

– Cześć, Meredith! – Kiedy położyłam jej dłoń na ramieniu, podskoczyła jak oparzona, odwracając się w moją stronę.

Przez ułamek sekundy twarz przyjaciółki wyrażała czyste przerażenie, lecz gdy tylko mnie poznała, od razu się rozluźniła.

– O, cześć! – odparła radośnie. – Charlotte!

– Co u ciebie?

– Och… w porządku. No wiesz. – Skinęła głową w stronę synka. – Nie jest łatwo. – Roześmiała się sztucznie. Podeszła do malca, zgarnęła go z podłogi i wcisnęła szamoczące się ciałko do wózka.

– Wiesz może, czy z Emily wszystko w porządku? – zapytałam. – Miałyśmy się wczoraj spotkać, ale…

– Chyba tak.

– Przed chwilą po raz kolejny próbowałam się do niej dodzwonić i znowu nie odebrała. Zastanawiam się, czy… sama nie wiem. Może za bardzo się tym przejmuję, ale czy ona wciąż ma do mnie żal o…

Noah wierzgał nogami w geście protestu, gdy Meredith przypinała go do wózka. Skrzywiła się, kiedy trafił ją sportowym bucikiem w policzek.

– Naprawdę nie mam pojęcia – odparła z lekkim rozdrażnieniem. Jej syn wył coraz głośniej, postanowiłam więc dać temu spokój. Pora najwyraźniej nie była odpowiednia.

– Powinnyśmy się spotkać – zauważyłam. – Mogę do ciebie przyjechać, jeśli to ułatwi sprawę.

– Jasne, powinnyśmy.

– Może w przyszłym tygodniu?

Meredith podniosła z podłogi siatkę z zakupami i powiesiła na rączce wózka. Sięgnęła do torebki, wyjęła z niej zbożowy batonik i podała go chłopcu. Gdy na chwilę się uspokoił, spojrzała na mnie.

– Tak, napiszę do ciebie.

Kiwnęłam głową.

– Okej.

Przeczesała palcami włosy i skierowała wzrok w stronę wyjścia.

– Muszę już iść. Trzymaj się. Pa.

Odeszła szybkim krokiem, ignorując krzyki synka, który upuścił batonik na podłogę. Nawet się nie zatrzymała, żeby go podnieść.

Odprowadziłam ją wzrokiem, po czym zaczęłam iść przez centrum handlowe. Macierzyństwo wydawało się czymś okropnym. Na samą myśl o tym, że mogłabym nie móc z kimś swobodnie porozmawiać przez trzy minuty bez wrzeszczącego tobołka przy boku, zrobiło mi się słabo.

Zaczęłam myśleć o tym, czy Emily mogła mieć do mnie żal. Meredith mnie zbyła, ale chyba wszyscy już dawno zapomnieli? Od tamtego głupiego nieporozumienia minęło przecież wiele tygodni. Chodziło o zwykły błąd na stronie internetowej. Zbyt trywialny, by zanudzać tym tematem kogoś spoza firmy, ale czasami w małym biurze takie drobne dramaty potrafią urosnąć do niebotycznych rozmiarów. Pewnie należy się tego spodziewać, kiedy się łączy sprawy prywatne z zawodowymi. To po prostu jedno z niebezpieczeństw przyjaźnienia się z koleżankami z pracy.

 

Po południu opadłam z sił. Wieczorne picie, godziny spędzone w szpitalu i późne położenie się spać zaczęły mi się dawać we znaki. Ruszyłam w stronę domu, zamierzając wziąć kąpiel, wskoczyć w piżamę i obejrzeć jakąś komedię dla małolatów.

Zaniosłam kołdrę do salonu i nakryłam się nią po samą brodę. Nie zwracając szczególnej uwagi na to, co dzieje się na ekranie telewizora, surfowałam po Internecie. Czytałam ogłupiające artykuły poświęcone celebrytom, o których nigdy wcześniej nie słyszałam, i dziwnym przypadkom, do których ludzie wzywali straż pożarną. Kiedy weszłam na stronę Facebooka, zauważyłam, że wciąż jest otwarta na profilu Luke’a Burleya. Spojrzałam na zdjęcie. Uśmiech tego faceta miał w sobie coś urzekającego. Może chodziło o zęby? Nigdy nie potrafiłam się oprzeć ładnym zębom. A może raczej o to, że jego błękitne oczy wpatrywały się prosto we mnie.

Ciekawe, co się z nim teraz działo w szpitalu. Jego rodzice – Jenny i Stephen – na pewno już tam byli. Podobnie zresztą jak jego siostra, Rebecca.

Przejrzałam profil w poszukiwaniu nowych wiadomości. Chciałam sprawdzić, czy któryś z jego znajomych dowiedział się o wypadku i zamieścił jeden z tych płynących z głębi serca postów, które ludzie zostawiają w tego rodzaju sytuacjach, nawet jeśli wiedzą, że adresat nie będzie w stanie ich przeczytać: „Trzymaj się, Luke!”, „Kuruj się, chłopie. Czekamy na Ciebie na szlaku”. Miałam nadzieję, że nie zobaczę czegoś w stylu: „Spoczywaj w pokoju, przyjacielu”.

Niczego nie znalazłam, co zresztą nie było szczególnie zaskakujące. Wypadek dopiero co się wydarzył, a ludzie zawsze wolą się upewnić, że najbliżsi poszkodowanej osoby są zorientowani w sytuacji, zanim zaczną pisać publiczne komentarze. Wiedziałam jednak, że mogę się nigdy nie dowiedzieć, jak rozwinęła się sytuacja u Luke’a. W najlepszym przypadku dojdzie do siebie i znowu zacznie wrzucać na profil zdjęcia z wycieczek rowerowych i kolacji z rodziną, dzięki czemu będę miała swoją odpowiedź. A jeśli tak się nie stanie? Jeśli przez długie tygodnie albo miesiące nie pojawi się żaden nowy wpis? Nigdy się nie dowiem, czy wciąż leży w szpitalu, czy też spotkało go coś znacznie gorszego.

Zamknęłam laptopa, odłożyłam go na podłogę i zapad­łam w niespokojną drzemkę przeplataną urywkami filmowych dialogów. Gdy się obudziłam, właśnie zachodziło słońce i pokój zalewał strumień pomarańczowego światła. Postanowiłam działać, zanim zdążę się otrząsnąć ze snu i zmienić zdanie. Zrzuciłam z siebie kołdrę, włożyłam dżinsy i bluzę i złapałam leżącą na kuchennym blacie torebkę. Sprawdziłam w telefonie rozkład autobusów, ale była niedziela, musiałabym więc czekać co najmniej pół godziny, bez gwarancji, że autobus w ogóle się pojawi. Ostatecznie wyszukałam w kontaktach numer Taxi – Brighton.

– Dobry wieczór, dokąd chce pani jechać?

– Do Royal Sussex County Hospital, jak najszybciej.

ROZDZIAŁ 9

W izbie przyjęć panował taki sam tłok jak poprzedniego wieczoru, ale pacjenci byli już inni: mniej pijanych kobiet, więcej marudnych dzieciaków. Kiedy weszłam do środka, dziewczynka w wieku sześciu czy siedmiu lat spojrzała na mnie i wolno przekręciła dłoń, którą przyciskała do ciała, żeby pokazać mi głębokie rozcięcie.

– Wygląda, jakby bardzo bolało – stwierdziłam.

Poważnie pokiwała głową, ale nic nie powiedziała.

Obok stanowiska rejestracji wisiała szara tablica z wypisanymi na niej oddziałami szpitala i numerami pięter, na których się one mieściły. OIOM figurował w dwóch lokalizacjach – na piątym i siódmym piętrze. Ruszyłam w stronę windy. Postanowiłam zacząć od piątego, a jeśli mi się nie poszczęści, pojechać na siódme.

Wysiadłam z windy i zobaczyłam podwójne niebieskie drzwi, nad którymi wisiała tabliczka z nazwą „Odział Intensywnej Opieki Medycznej”. Nie zauważyłam żadnego z pracowników ani punktu informacyjnego, gdzie mogłabym się dowiedzieć, czy Luke leży na tym piętrze, czy też nie. Zobaczyłam tylko wielki zielony guzik, nad którym wisiała instrukcja: „Proszę dzwonić”. Chyba jednak nie przestrzegano tu zbyt rygorystycznie procedur bezpieczeństwa, ponieważ drzwi były uchylone i zablokowane w tej pozycji zwiniętą w rulon gazetą. Zawahałam się przez moment, lecz w końcu otworzyłam drzwi i weszłam na oddział.

W środku panowała cisza, nie licząc popiskiwania aparatury medycznej i rytmicznego pomruku respiratorów. Pomieszczenie było długie, ale mieściło się w nim zaledwie osiem łóżek, które były tak gęsto obstawione sprzętem medycznym – monitorami, wózkami, rurkami i stolikami na kółkach – że musiały stać w sporej odległości od siebie. Poszczególne łóżka oddzielały zasłonki na metalowych szynach, z których większość była tylko częściowo zaciągnięta, dzięki temu personel przechodzący przez środek oddziału mógł widzieć chorych. Sami pacjenci sprawiali wrażenie drobniutkich, przykryci niebiesko-białymi kołdrami po samą szyję. Wszyscy byli podłączeni do maszyn za pośrednictwem sieci plastikowych rurek i przewodów. Miałam wrażenie, że znajdują się tam wyłącznie ciałem, a ich świadomość funkcjonuje w jakiejś innej, wirtualnej rzeczywistości.

Moją uwagę przykuła marynarka, którą widziałam poprzedniego wieczoru, złożona w kostkę i leżąca na parze butów w kącie jednego z wydzielonych boksów. Podeszłam bliżej. Przyglądałam się Luke’owi przez co najmniej trzydzieści sekund, zanim nabrałam pewności, że to on. Chyba w ogóle nie zatrzymałabym się przy jego łóżku, gdyby nie ta marynarka. Ludzie naprawdę wyglądają inaczej, leżąc w szpitalu. Poza tym nie znałam zbyt dobrze jego twarzy.

Przyglądałam się rurkom i przewodom, usiłując zgadnąć, co jest połączone z czym i do czego może służyć, gdy nagle usłyszałam za sobą czyjś głos.

– Wszystko w porządku?

Odwróciłam się i zobaczyłam kobietę po pięćdziesiątce, z siwymi włosami związanymi w kucyk. Miała na sobie niebieski fartuch, a na szyi parę okularów na zielonym sznurku.

– Co z nim? – zapytałam. – Jak się czuje Luke?

Patrzyła na mnie przez chwilę z lekko przekrzywioną głową.

– To pani jest Charlotte?

Zamrugałam oczami, a później przytaknęłam.

Uśmiechnęła się i podeszła bliżej. Stałyśmy teraz w nogach łóżka. Dostrzegłam na jej plakietce imię: Maggie.

– Jego stan jest krytyczny, ale stabilny – powiedziała.

Kiwnęłam głową, chociaż jej słowa wydały mi się niezrozumiałe, jakby wzajemnie sobie przeczyły.

– Minęło niewiele czasu – mówiła dalej pielęgniarka. – Urazy mózgu są szalenie skomplikowane. Chociaż nie bardzo nam się to podoba, to medycyna opiera się w dużej mierze na czekaniu, szczególnie w przypadku obrażeń głowy.

Minęły już prawie dwadzieścia cztery godziny, odkąd go znalazłam. Pierwsza doba była ponoć kluczowa – czy odnosiło się to właśnie do urazów głowy? A może do porwań dzieci? Nie mogłam sobie przypomnieć.

– Kiedy odzyska przytomność? – zapytałam. – Tak w przybliżeniu? – dodałam po chwili, gdy dotarło do mnie, jak dziecinnie to zabrzmiało.

Maggie przez chwilę nic nie mówiła.

– Poproszę lekarkę prowadzącą, żeby z panią porozmawiała, ale podejrzewam, że na tym etapie trudno jej będzie cokolwiek stwierdzić. Z prześwietleń głowy nie wynika nic pewnego. Niestety, często tak się dzieje.

Pokiwałam głową i rozejrzałam się dookoła. Nagle poczułam, że w ogóle nie powinno mnie tu być. A skoro już dowiedziałam się, że człowiek, którego znalazłam, żyje, powinnam wyjść. Przede wszystkim należało jednak zaczekać trochę dłużej. Chyba nie spodziewałam się, że zastanę go siedzącego na krześle obok łóżka i wcinającego jogurt? Lekarze zajmowali się nim dopiero przez jeden dzień.

– Może z nim pani porozmawia? – zasugerowała Maggie, ruchem głowy wskazując na krzesło.

Popatrzyłam najpierw na nie, a później na nią i wreszcie na Luke’a.

– Mam z nim rozmawiać? Ale…

– Zawsze zachęcamy krewnych pacjentów, żeby zwracali się do nich tak, jakby byli przytomni. Nie obiecujemy cudów, ale to może pomóc. Zresztą nie tylko Luke’owi. Ludzie twierdzą, że miło jest porozmawiać z bliskimi, jakby byli zdrowi.

Czułabym się co najmniej dziwnie, rozmawiając z facetem w śpiączce, zwłaszcza że wcale go nie znałam. Wiedziałam jednak, że nie mam wyboru. Wyglądałoby to nieco groteskowo, gdybym pokręciła głową i uciekła.

Posłusznie usiadłam na krześle przy łóżku. Nie musiałam przecież zostawać długo.

– Może go pani dotknąć – zachęciła mnie Maggie.

Spojrzałam na nią niepewnie, ale wyciągnęłam rękę i wsunęłam w dłoń Luke’a, która okazała się ciepła i sucha. Miałam szczerą nadzieję, że z tego wyjdzie.

– Zostawię was samych – odezwała się pielęgniarka, ściskając mnie za ramię, po czym zaciągnęła zasłonę wokół łóżka.

Patrzyłam na Luke’a i przesuwające się po monitorze linie. Leżał całkowicie nieruchomo, tylko klatka piersiowa wznosiła się i opadała, chociaż ten ruch sprawiał wrażenie niemal mechanicznego. Po chwili zorientowałam się, że faktycznie taki jest, skoro oddychała za niego aparatura.

Przez moment nie potrafiłam wymyślić, co mogłabym mu powiedzieć. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, co bym mu powiedziała, gdyby był przytomny, leżał z otwartymi oczami i wpatrywał się w sufit, kompletnie zaskoczony całą tą sytuacją.

– Cześć, Luke – spróbowałam. Przez parę sekund milczałam w oczekiwaniu na jakąś reakcję, a gdy ta nie nastąpiła, mówiłam dalej: – Przykro mi z powodu tego, co się stało. Pewnie nie bawisz się teraz najlepiej. Mam nadzieję, że nie zrobiłam ci krzywdy tym swoim masażem serca. Nigdy nie byłam na szkoleniu z pierwszej pomocy.

Zamilkłam, jakbym dawała mu czas na przyswojenie tego, co właśnie usłyszał.

– Pewnie myślałeś, że po randce z Kelly nie spotka cię już nic gorszego! – Wybuchnęłam śmiechem, ale szybko się zreflektowałam. – Przepraszam. Chyba nie jesteś teraz w nastroju do żartów. Po prostu… widziałam, że nie jest w twoim typie i trochę się z nią męczyłeś. – Zawiesiłam głos. – Co jeszcze mogę powiedzieć? Przeglądałam twój profil na Face­booku. Wybacz. Uważasz, że to dziwne? Po prostu byłam ciekawa. Chciałam się dowiedzieć, kim jesteś i…

Zza zasłony dobiegły mnie czyjeś głosy. Przestałam mówić i zawstydzona wysunęłam rękę z dłoni Luke’a.

– Kiedy odebraliśmy telefon ze szpitala, byliśmy akurat w Atenach – odezwał się męski głos. – Oczywiście od razu zaczęliśmy się pakować, ale pierwszy dostępny lot był dopiero po dwunastu godzinach. Mieliśmy opóźnienie z powodu kiepskiej pogody i…

– Przyjechaliśmy najszybciej, jak tylko się dało – wtrąciła jakaś kobieta. – Czy możemy go zobaczyć?

– Oczywiście. – Rozpoznałam głos Maggie. – Nie wiem, czy często bywają państwo w szpitalach, ale pierwsza wizyta na OIOM-ie może być dla niektórych szokiem ze względu na cały ten sprzęt.

– Tak – odparł męski głos. – Jesteśmy na to przygotowani.

– Luke ma teraz gościa.

– Och, naprawdę? – zdziwił się mężczyzna. – Kogo? Jego siostra miała być dopiero…

Słysząc dźwięk odsuwanej zasłony, wstałam z krzesła i poprawiłam bluzę.

Dzięki zdjęciom na Facebooku od razu poznałam parę stojącą w nogach łóżka.

Jenny Burley. Stephen Burley. Rodzice Luke’a.