Ocalenie Callie i KaydenaTekst

Z serii: The Coincidence #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Jessica Sorensen

Ocalenie Callie i Kaydena


ISBN: 978-83-7785-809-7

TYTUŁ ORYGINAŁU: The Redemption of Callie and Kayden


PRZEKŁAD: Ewa Helińska


Copyright © 2013 by Jessica Sorensen

All rights reserved


Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2015


ILUSTRACJA NA OKŁADCE Regina Wamba

REDAKCJA: Magdalena Wójcik


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Prolog

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Epilog

Dedykuję wszystkim ocalonym

Podziękowania

Składam wyrazy podziękowania mojej agentce, Erice Silverman, oraz redaktorce, Selinie McLemore. Do końca życia będę wdzięczna za otrzymaną pomoc i wkład w moją pracę. A wszystkim, którzy czytają tę książkę, przekazuję stokrotne dzięki.

Prolog
Callie

Chcę oddychać.

Chcę znów czuć, że żyję.

Niech zniknie już ten ból.

Niechaj wszystko do mnie wróci. Chociaż szczęście wymknęło mi się z rąk. Rejestruję każdy dźwięk, każdy śmiech i każdy płacz. Wokoło ludzie biegają jak opętani, ale nie mogę oderwać wzroku od szklanych drzwi przesuwnych. Na zewnątrz szaleje burza. Deszcz bębni o beton, piach i zeschłe liście. W oczy rażą światła karetki, która podjeżdża pod bramę. Czerwony blask odbija się w zlanej deszczem ziemi. To kolor krwi. Takiej jak Kaydena. Krwi rozsmarowanej na całej podłodze. Tyle krwi…

Czuję duszność w piersi. Głowa mnie boli. Nie jestem w stanie wykonać żadnego ruchu.

— Callie — mówi Seth. — Callie, spójrz na mnie.

Odwracam wzrok od drzwi i patrzę w przepełnione troską brązowe oczy.

— Tak?

Seth ujmuje moją rękę. Uspokaja mnie ciepło jego skóry.

— Wszystko będzie dobrze.

Wpatruję się w niego, powstrzymując łzy. Muszę być silna.

— Racja.

Wzdycha i poklepuje mnie po dłoni.

— Wiesz co? Pójdę sprawdzić, czy już wpuszczają odwiedzających. Minął prawie cały cholerny tydzień. Powinni pozwolić już na wizyty. — Wstaje z krzesła i przemierza zatłoczoną poczekalnię, idąc w kierunku recepcji.

Wszystko będzie dobrze. Musi przetrwać. Ale w głębi serca czuję, że wcale nie skończy się to dla niego dobrze. Oczywiście, rany i połamane kości w końcu się wygoją. Jednak więcej czasu zajmie leczenie duszy. Zastanawiam się, jak zachowa się Kayden, gdy go znów zobaczę. Kim będzie?

Seth rozpoczyna rozmowę z recepcjonistką. Kobieta ledwo poświęca mu uwagę, odbierając telefony i jednocześnie obsługując komputer. Ale to nie ma znaczenia. Wiem, jaka będzie jej odpowiedź — taka sama jak wcześniej. Nie pozwalają na odwiedziny, chyba że to rodzina. Jego rodzina, czyli ludzie, który go zranili. A on nie potrzebuje takiej rodziny.

— Callie. — Głos Maci Owens wyrywa mnie z odrętwienia. Mrugam, podnosząc wzrok na matkę Kaydena. Marszczę brwi. Kobieta ma na sobie ołówkową spódnicę w wąskie prążki. Patrzę na zadbane paznokcie i wielki kok na czubku głowy. — Po co tu przyszłaś?

Z trudem opanowuję się, żeby nie zadać jej tego samego pytania.

— Przyszłam, żeby zobaczyć Kaydena. — Wciąż siedząc, prostuję plecy.

— Słoneczko. — Mówi do mnie, jakbym była dziewczynką. Marszczy czoło, patrząc na mnie z góry. — Kayden nie może przyjmować gości. Mówiłam ci to już parę dni temu.

— Ale ja muszę niebawem wracać na studia. — Ściskam mocno oparcie krzesła. — Muszę go zobaczyć przed wyjazdem.

Kręci głową i siada obok mnie, zakładając nogę na nogę.

— To niemożliwe.

— Dlaczego? — Wypowiadam słowa szorstkim głosem. Nigdy jeszcze tak nie mówiłam.

Rozgląda się wokoło ukradkiem, zmartwiona, że zrobię scenę.

— Skarbie, możesz mówić ciszej?

— Proszę mi wybaczyć, ale muszę wiedzieć, czy nic mu nie jest. — Kipi we mnie gniew. Nie pamiętam, żebym była kiedykolwiek tak wściekła. Wcale mi się to nie podoba. — I chcę wiedzieć, co się zdarzyło.

— Kayden jest chory. Tak mają się sprawy — odpowiada spokojnie i zaczyna wstawać z krzesła.

— Proszę zaczekać. — Podnoszę się razem z nią. — Jak to: jest chory?

Przechyla głowę na bok. Na jej twarzy pojawia się wyraz najgłębszego smutku, ale ja myślę tylko o tym, że to jest kobieta, która pozwoliła, by przez wiele lat jej mąż bił syna.

— Kochanie, nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale Kayden sam zrobił sobie krzywdę.

Potrząsam głową i cofam się, by nie mieć z nią żadnej styczności.

— O, nie.

Na jej twarzy maluje się jeszcze głębszy smutek. Przypomina teraz plastikową lalkę ze szklistymi oczami i namalowanym sztucznym uśmiechem.

— Słoneczko, Kayden od dawna miał problem z cięciem się, a teraz… cóż, sądziliśmy, że jest coraz lepiej, ale najwidoczniej się myliliśmy.

— Nie, nie jest chory! — krzyczę. Naprawdę wrzeszczę. Sama jestem w szoku. Matka Kaydena jest wstrząśnięta. Wszyscy w poczekalni patrzą na mnie ze wzburzeniem. — A ja mam na imię Callie, nie „słoneczko”.

Seth podbiega do mnie i wpatruje się zatroskanymi, szeroko rozwartymi oczami.

— Callie, co ci jest?

Zerkam na niego, a potem rozglądam się wokół. Ludzie umilkli i gapią się na mnie.

— Ja… nie wiem, co się ze mną dzieje. — Okręcam się na pięcie i wypadam przez rozsuwane szklane drzwi. Obijam sobie łokieć o framugę, bo nie otwierają się dostatecznie szybko. Biegnę przed siebie, aż trafiam na kępę krzewów za szpitalem. Tam padam na kolana i wymiotuję na piasek. Ramiona mi się trzęsą. Czuję ucisk w brzuchu. Oczy mnie pieką od łez. Kiedy już mam pusty żołądek, siadam na piętach opartych o mokry piach.

Nie ma mowy, żeby Kayden sam sobie to zrobił. Ale w głębi serca cały czas rozmyślam o bliznach na jego ciele i nie mogę pozbyć się wątpliwości: a jeśli jednak tak właśnie było?

Kayden

Otwieram oczy. Pierwsze, co widzę, to wwiercający się w źrenice blask. Dezorientuje mnie to. Nie wiem, gdzie jestem. Co się stało? Wtedy dobiegają mnie głuche odgłosy i jakiś brzęk. Wokół mnie panuje chaos. Słyszę pisk niezidentyfikowanej maszyny. Zdaje się, że ten dźwięk synchronizuje się z bijącym w mojej piersi sercem, ale rytm jest powolny i nierówny. Czuję ziąb — w ciele i w duszy.

— Kayden, słyszysz mnie? — To głos mamy, ale oślepiające światło przeszkadza mi ją zobaczyć. — Kaydenie Owensie, otwórz oczy — powtarza, aż jej głos zamienia się w mojej głowie w nieznośne bzyczenie.

 

Raz po raz uchylam i zamykam powieki. W końcu przewracam oczami, kierując źrenice w tył głowy. Mrugam. Ostatecznie z blasku wyłaniają się ciemniejsze plamy, stopniowo zamieniając się w twarze nieznanych mi ludzi. Wszyscy patrzą na mnie ze strachem. Szukam wśród nich wzrokiem tej jednej osoby, ale nigdzie jej nie ma.

Rozchylam usta i zmuszam wargi, by uformowały słowo.

— Callie.

Nade mną pojawia się mama. Patrzy na mnie zimniejszym wzrokiem, niż mógłbym się spodziewać. Wydyma wargi.

— Czy ty sobie wyobrażasz, na co naraziłeś naszą rodzinę? Co się z tobą dzieje? Nie cenisz swojego życia?

Zerkam na lekarzy i pielęgniarki zgromadzonych wokół mojego łóżka. Uświadamiam sobie, że na ich twarzach maluje się nie strach, ale irytacja i rozdrażnienie.

— Co… — Gardło mam suche jak piasek pustyni. Zmuszam mięśnie szyi, by poruszyły się, próbuję parę razy przełknąć ślinę. — Co się stało? — Zaczynam sobie wszystko przypominać: krew, przemoc, ból… I pragnienie, by wszystko się wreszcie skończyło.

Mama kładzie dłonie na mojej głowie i pochyla się nade mną.

— Sądziłam, że już sobie poradziliśmy z tym problemem. Myślałam, że już z tym skończyłeś.

Przechylam głowę na bok i kieruję spojrzenie na przedramię. Nadgarstek okrywają bandaże, a spod bladej skóry prześwitują błękitne żyły. Rękę opasuje bransoletka identyfikacyjna, a do palca przyczepiono klips. Już sobie wszystko przypomniałem. Patrzę w jej oczy.

— Gdzie jest tata?

Mruży oczy, aż zamieniają się w szparki. Ścisza głos, pochylając się jeszcze bliżej do mnie.

— Wyjechał służbowo.

Wpatruję się w nią wzrokiem bez wyrazu. Gdy dorastałem, nigdy nie reagowała na przemoc w naszym domu. Chyba jednak żywiłem nadzieję, że ten raz zmusi ją do przerwania milczenia i ciągłego stawania w obronie czynów mojego ojca.

— Podróż służbowa? — cedzę słowa.

Mężczyzna w białym fartuchu z długopisem w kieszeni, okularach na nosie i włosach przyprószonych siwizną mówi coś do mojej mamy, a potem wychodzi z pokoju, dzierżąc w ręku podkładkę z kartkami. Pielęgniarka podchodzi do piszczącej maszyny obok mojego łóżka i zaczyna zapisywać coś na mojej karcie.

Matka pochyla się jeszcze bliżej. Jej cień pada na mnie. Szepcze ściszonym, ostrzegawczym tonem:

— Nie powiążesz ojca z tym wszystkim. Lekarze wiedzą, że podciąłeś sobie żyły, a całe miasto mówi, że skatowałeś Caleba. To nie jest korzystna dla ciebie sytuacja, a może się jeszcze pogorszyć, jeśli spróbujesz wciągnąć w to ojca. — Opiera się na krześle. Po raz pierwszy zdaję sobie sprawę, jak wielkie są jej rozszerzone źrenice. Ledwo widać wokół nich rąbek tęczówki. Wygląda, jakby coś ją opętało. Może zawładnął nią diabeł albo mój ojciec — ale chyba to jedno i to samo. — Nic ci nie będzie. Rany nie sięgnęły ważnych organów. Straciłeś wiele krwi, ale zrobili ci transfuzję.

Opieram dłonie o łóżko i próbuję siąść, ale nie pozwala na to ciężar mojego ciała i osłabienie.

— Ile czasu byłem nieprzytomny?

— Przez kilka dni odzyskiwałeś przytomność i z powrotem zapadałeś w sen. Ale lekarze twierdzą, że to normalne. — Zaczyna poprawiać brzegi kołdry wokół mnie, jakbym znów był jej dzieckiem. — Bardziej martwią się tym, dlaczego się ciąłeś.

Mógłbym wykrzyczeć jej to w twarz. Mógłbym obwieścić całemu światu, że to nie tylko moja wina. Razem z tatą dokonaliśmy krzywd na mnie. Ale gdy rozglądam się wokół, zdaję sobie sprawę, że nikogo to nie obchodzi. Zostałem sam. To prawda, ciąłem się. I przez chwilę przemknęła mi przez myśl nadzieja, że nadejdzie mój koniec. Cały ból, nienawiść i poczucie, że nie jestem nic wart, znikną po tych dziewiętnastu latach ostatecznie.

Mama poklepuje mnie po nodze.

— Dobrze już, wrócę jutro.

Nie odpowiadam. Przewracam się na bok i zaciskam usta. Pozwalam sobie zapaść w kojący mrok, z którego się wybudziłem. Teraz to ciemność jest dla mnie wybawieniem, a nie promienie słońca.

Rozdział pierwszy
62. Nie daj się złamać.
Callie

Poświęcam wiele czasu na pisanie w dzienniku. To dla mnie prawie jak terapia. Jest już późna noc, a ja nie mogę zasnąć. Boję się jutrzejszego porannego powrotu do kampusu i pozostawienia Kaydena. Jak mogłabym znieść porzucenie go, wymazanie jego osoby ze swojego życia? Jak dalej żyć, jakby nic się nie stało? Wszyscy mi powtarzają, że powinnam tak postąpić. Podobno to takie proste jak zakup nowego ciucha. Ale mnie nigdy nie przychodziło łatwo dobieranie nowej garderoby.

Siedzę w pokoju nad garażem. Sama ze swoją samotnością. Moi wyłączni towarzysze to dziennik i długopis. Wzdycham, patrząc na księżyc, a potem pozwalam, by dłoń ślizgała się po papierze, jakby bez mojego udziału.

Nie mogę wymazać z pamięci tego widoku, niezależnie od tego, jak bardzo bym się starała. Gdy zamykam oczy, widzę leżącego na podłodze Kaydena. Jego ciało skąpane jest we krwi. Podłoga, fugi między kaflami i rozsypane wokół niego noże toną w czerwieni. Krwawi, zniszczony nie tylko na zewnątrz. Pewnie ludzie mogliby uznać, że nic z niego już nie będzie. Ale ja tak nie uważam.

Też kiedyś rozpadłam się na milion kawałków. Zniszczyła mnie obca dłoń. Teraz jednak poczułam, że zaczynam na nowo stanowić jedną całość. A przynajmniej tak mi się wydawało. Tylko że gdy znalazłam Kaydena leżącego na podłodze, znów dopadło mnie wrażenie, jakby część mnie rozprysła się w drobny mak. Kiedy jego matka powiedziała, że sam sobie to zrobił, poczułam się jeszcze bardziej niekompletna. Ciął się i najprawdopodobniej robił to od lat.

Nie wierzę.

Nie mogę w to uwierzyć. Nie teraz, kiedy dowiedziałam się tego wszystkiego o jego ojcu.

Nie potrafię.

Ręka przerywa pisanie. Czekam, aż znów napłyną słowa, ale zdaje się, że tylko tyle musiałam napisać. Padam na łóżko i wpatruję się w księżyc. Zastanawiam się, jak mam dalej żyć, skoro wszystko, co dla mnie ważne, zastygło w bezruchu.

* * *

— Panienko, zetrzyj z twarzy ten smutny grymas. — Seth trzyma mnie za rękę, prowadząc przez dziedziniec kampusu. Przeszywa mnie ziąb. Z ciężkich chmur siąpi deszcz. Chodniki upstrzone są mętnymi kałużami. Z gzymsów historycznych budynków otaczających kampus leją się strugi wody. Pod moimi tenisówkami mlaszcze błoto. Paskudna pogoda pasuje do mojego nastroju. Wokoło ludzie biegną, by zdążyć na zajęcia, albo z nich wracają, a ja mam ochotę wrzasnąć: „Wolniej, niech was dogoni rzeczywistość!”.

— Staram się — odpowiadam Sethowi, ale nie udaje mi się rozpogodzić. Wciąż marszczę brwi, odkąd parę tygodni temu znalazłam leżącego na podłodze Kaydena. Wspomnienia ranią mnie, zostawiając w sercu ostre okruchy. Wiem, że po części też jestem temu winna. To ja opowiedziałam Kaydenowi o Calebie. Nawet nie zadałam sobie trudu, by zaprzeczyć, kiedy mnie o niego zapytał. Coś we mnie chciało, by się dowiedział, i ucieszyłam się nawet, gdy Luke powiedział mi, że Kayden pobił Caleba.

Seth szturcha mnie łokciem i wzmacnia uścisk, widząc, że się potykam i zataczam.

— Callie, musisz przestać nieustannie się zamartwiać. — Pomaga mi odzyskać równowagę. — Wiem, że ci ciężko, ale smucenie się w niczym nie pomoże. Nie chcę, byś z powrotem stała się tą ponurą dziewczyną, którą kiedyś poznałem.

Zatrzymuję się w pół kroku, wdeptując w kałużę. Zimna woda wlewa się do butów i przemacza skarpetki.

— Seth, nie chcę znów do tego wracać. — Wysuwam dłoń z jego ręki i otulam się szczelnie kurtką. — Tylko nie potrafię przestać o nim myśleć… O tym, jak wyglądał. Ten widok utkwił mi w pamięci. — Na zawsze wrył się w umysł. Nie chciałam wyjeżdżać z Afton, ale mama zagroziła mi, że jeśli stracę semestr, nie pozwoli mi zostać w domu podczas bożonarodzeniowych ferii. Nie miałabym wtedy dokąd pójść. — Zwyczajnie, tęsknię za nim i czuję się podle, że zostawiłam go samego z jego rodziną.

— Nic to by nie pomogło, gdybyś została na miejscu. I tak nie wolno by ci było go zobaczyć. — Seth odgarnia złote włosy znad brązowych oczu i patrzy na mnie ze współczuciem. Krople deszczu spływają mu po twarzy. — Callie, wiem, jak ci ciężko, zwłaszcza po tym, że powiedzieli… że sam to sobie zrobił. Ale nie możesz się załamać.

— Nie załamuję się. — Mżawka znienacka przekształca się w ulewę. Biegniemy, szukając schronienia pod koronami drzew, osłaniając ramionami głowy. Odgarniam pasma mokrych brązowych włosów z twarzy, zakładając je za uszy. — Tylko nie mogę przestać o nim myśleć. — Wzdycham, ścierając z policzków krople deszczu. — Poza tym, nie wierzę, że sam sobie to zrobił.

Seth garbi się, obciągając rękawy zapinanej czarnej bluzy.

— Callie, przykro mi mówić, ale… jeśli rzeczywiście to zrobił? Wiem, że to mógł być jego tata, ale jeśli nie? Co, gdyby lekarze mieli rację? Wiesz, wysłali go do tego zakładu psychiatrycznego z jakiegoś powodu.

Krople deszczu biją nas w twarz. Mrużę oczy, by osłonić je rzęsami przed wodą.

— Niech będzie, zrobił to. Ale to nie ma żadnego znaczenia. — Wszyscy mają sekrety, tak jak ja. Byłabym hipokrytką, gdybym potępiała Kaydena za samookaleczenia. — Nieważne, przecież nie wysłała go tam rodzina. Przeniósł go szpital, by obserwować postępy w leczeniu. I tyle. Nie musi tam przebywać.

Seth uśmiecha się do mnie współczująco, ale w jego oczach widzę żal. Pochyla się ku mnie i całuje przelotnie w policzek.

— Wiem o tym. Dlatego jesteś taka, jaka jesteś. — Odsuwa się ode mnie, obraca w bok i oferuje ramię, bym się na nim wsparła. — A teraz ruszamy, bo spóźnimy się na zajęcia.

Wzdycham i biorę go pod rękę. Razem wchodzimy w strugi deszczu. Mimo wszystko w drodze na wykłady cieszymy się wzajemną obecnością.

— Może się rozerwiemy? — proponuje Seth, otwierając drzwi głównego budynku kampusu. Wprowadza mnie do ciepłego korytarza. Za nami zamykają się drzwi. Puszcza moją rękę i strząsa krople deszczu z kurtki. — Moglibyśmy na przykład pójść na jakiś film. Nie mogłaś się doczekać, żeby obejrzeć… — Strzela kilka razy palcami. — Nie pamiętam tytułu, ale mówiłaś o nim, zanim wyjechałaś.

Wzruszam ramionami, poprawiając kucyk. Ściągam mocno włosy, aż woda ścieka z końcówek.

— Też sobie tego nie przypominam. I nie do końca mam ochotę na oglądanie filmu.

Seth marszczy czoło.

— Musisz przestać się burmuszyć.

— Wcale się nie burmuszę. — Rozmasowuję pierś w miejscu serca. — Tylko cały czas czuję tu ból.

Patrzę, jak jego ramiona unoszą się i opadają w rytm westchnienia.

— Callie, ja…

Podnoszę rękę i potrząsam przecząco głową.

— Seth, od zawsze wiedziałam, że chcesz mi pomóc. Za to cię kocham. Ale rany stanowią część naszego istnienia, zwłaszcza w przypadku kogoś, kogo ko… o kogo się martwię. To też rani.

Unosi brwi, zauważając moje przejęzyczenie.

— Dobrze, chodźmy na zajęcia.

Przytakuję i idę za nim korytarzem. Czuję deszcz przesiąkający przez ubranie. W butach chlupocze woda. Chociaż panuje chłód, a do ciała przywiera mokry materiał, w głowie mam wspomnienia przepięknych chwil, wypełnionych cudownymi pocałunkami. Nie chcę nigdy ich stracić.

Ponieważ teraz tylko tyle do mnie należy.

* * *

Czas strasznie się dłuży. Zajęcia na studiach kończą się, zmierzając do zimowych ferii. Gapię się na podręcznik angielskiego od tak długiego czasu, że niemalże czuję, jak oczy robią się czerwone, a słowa zamazują się i wyglądają identycznie. Przecieram powieki. Udaję, że nie czuję zapachu marihuany w pokoju, a moja współlokatorka, Violet, nie leży nieprzytomna w poprzek łóżka naprzeciwko. Trwa to od ponad dziesięciu godzin. Martwiłabym się, że umarła, ale cały czas mamrocze coś niezrozumiale przez sen.

Oprócz nauki przed egzaminem z angielskiego powinnam napisać wypracowanie. Na początku roku dołączyłam do klubu twórczego pisania i przed końcem grudnia oczekują ode mnie dostarczenia trzech projektów: wiersza, noweli i eseju niezwiązanego z fikcją. Chociaż uwielbiam pisać, walczę z myślą o przelaniu prawdy na papier, by przeczytali o tym inni. Boję się, co może się zdarzyć, gdy naprawdę otworzę się przed ludźmi. A może tylko wydaje mi się, że głupio byłoby napisać, jak naprawdę wygląda sprawa Kaydena, skoro właśnie ją przeżywa. Na razie zapisałam tylko: „Tam, gdzie ulatują liście. Autorka: Callie Lawrence”. Nie jestem pewna, dokąd zmierzam.

Padający deszcz przeobraził się w pierzaste śnieżne płatki. Opadają z nieba, tworząc na dziedzińcu kampusu srebrzystą powłokę lodu. Postukuję palcami o okładkę książki. Myślę o domu. Pewnie już napadało z metr śniegu i samochód mamy utknął na podjeździe. Wyobrażam sobie pługi śnieżne, przemierzające ulice miasta. Tata zapewne przeprowadza rozgrzewki w sali gimnastycznej, bo na zewnątrz jest za zimno. A Kayden wciąż przebywa w szpitalu pod opieką lekarzy, ponieważ uznali, że próbował się zabić. Minęło parę tygodni od tamtego zdarzenia. Przez jakiś czas był nieprzytomny ze względu na transfuzję i rany na jego ciele. Potem wybudził się i nikt nie mógł go odwiedzać. Uznali, że „jest w grupie wysokiego ryzyka” i „należy go obserwować”. To słowa jego matki, nie moje.

 

Położyłam telefon na łóżku obok stosu kartek i zestawu flamastrów do podkreślania. Chwytam go w dłoń i wybieram numer Kaydena, czekając na pocztę głosową.

— Hej, tu Kayden. Jestem zajęty i nie mogę teraz odebrać twojego telefonu, więc zostaw wiadomość. Może będziesz mieć tyle szczęścia, że oddzwonię. — W jego głosie słychać sarkazm, jakby myślał, że to, co mówi, jest zabawne. Uśmiecham się. Tak bardzo za nim tęsknię, że czuję ukłucie w sercu.

Wciąż przysłuchuję się jego słowom, aż nagle zauważam podszywający je ból. To pod nim skrywają się jego sekrety. W końcu rozłączam się i padam plecami na łóżko. Żałuję, że nie mogę cofnąć czasu, wtedy nie pozwoliłabym, by Kayden poznał prawdę o Calebie i gwałcie na mnie.

— Boże, która godzina? — Violet podrywa się na łóżku i mruga przekrwionymi oczami. Patrzy na zegarek na nadgarstku. Macha głową i odgarnia z twarzy czarne, przetykane czerwonymi pasmami włosy. Wygląda przez okno, zauważając padający śnieg. — Ile byłam nieprzytomna?

Wzruszam ramionami i wpatruję się w sufit.

— Chyba jakieś dziesięć godzin.

Zrzuca z siebie kołdrę i gramoli się z łóżka.

— Kurde, opuściłam zajęcia z chemii.

— Uczysz się chemii? — Nie chciałam być nieuprzejma. Niestety, w moim głosie słychać zdumienie, że uczęszcza na takie zajęcia. Dzielę pokój z Violet już od trzech miesięcy i wiem tyle, że lubi imprezy i chłopców.

Patrzy na mnie spode łba, wsuwając dłoń w rękaw skórzanej kurtki.

— Niby że co? Wątpisz, że mogę się bawić i na dodatek być inteligentna?

Potrząsam przecząco głową.

— Nie to miałam na myśli. Ja tylko…

— Wiem, co o mnie sądzisz. Wiem, jaką wszyscy mają opinię na mój temat. — Zgarnia torbę z biurka, wącha koszulkę pod pachą i wzrusza ramionami. — Ale dam ci pewną radę. Może nie powinnaś oceniać kogoś na podstawie jego wyglądu.

— Wcale nie oceniam. — Czuję się podle. — Wybacz, jeśli takie sprawiam wrażenie.

Bierze telefon z biurka i wrzuca go do torby. Potem kieruje się ku drzwiom.

— Słuchaj, jeśli ktoś o imieniu Jesse zajrzy tutaj, możesz udać, że przez cały dzień mnie nie widziałaś?

— Czemu? — pytam, podnosząc się.

— Bo nie chcę, żeby wiedział o tym, że tu byłam. — Otwiera drzwi i zerka na mnie przez ramię. — Mój Boże, ależ ostatnio jesteś cięta. Kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy, myślałam, że się świetnie dogadamy. Ale od jakiegoś czasu jesteś strasznie nieznośna.

— Wiem — odpowiadam cicho, opuściwszy głowę. — Przepraszam cię za to. Ostatnie tygodnie nie były dla mnie łaskawe.

Zatrzymuje się w drzwiach i mierzy mnie wzrokiem.

— Czy… — Zbiera się w sobie i widzę zmieszanie na jej twarzy. Cokolwiek próbuje powiedzieć, orientuję się, że sprawia jej to trudność. — Nic ci nie dolega?

Kręcę głową. Przez jej twarz przebiega grymas. Może to ból. Przez sekundę zastanawiam się, czy Violet nie cierpi przez coś. Ale po chwili wzrusza ramionami i wychodzi, trzasnąwszy drzwiami. Głośno wypuszczam powietrze i ponownie kładę się na łóżku. Ogarnia mnie pragnienie, by znów włożyć palec w gardło i wyrzucić z brzucha ciężkie, nieczyste uczucia. A niech to. Potrzebuję terapii. Nie wstając, sięgam po telefon i dzwonię do swojego terapeuty, zwanego również Sethem. Do mojego najlepszego przyjaciela na świecie.

— Callie, kocham cię z całego serca — mówi Seth po trzech dzwonkach. — Ale zdaje się, że za chwilę uda mi się kogoś zaciągnąć do łóżka, więc niech to będzie coś ważnego.

Krzywię się, czując, jak rumieniec wypełza mi na policzki.

— To nic takiego… Chciałam tylko pogadać. Ale jeśli jesteś zajęty, zdzwonimy się później.

Wzdycha.

— Wybacz, to zabrzmiało bardziej nieuprzejmie, niż miałem na myśli. Jeśli rzeczywiście mnie potrzebujesz, daj tylko znać. Wiesz, że jesteś dla mnie priorytetem.

— Jesteś z Greysonem?

— Oczywiście. — W jego głosie pobrzmiewa śmiech. — Nie jestem jakąś męską dziwką.

Z moich ust wymyka się chichot. Sama się dziwię, że wystarczy chwila rozmowy z nim, bym poczuła się lepiej.

— Uwierz, nic mi nie jest. Zwyczajnie, nudziłam się i szukałam pretekstu, by oderwać się od podręcznika angielskiego. — Zrzucam książkę z łóżka na podłogę i przewracam się na brzuch, opierając na łokciach. — Już kończę z tobą rozmowę.

— Ale jesteś tego tak naprawdę, naprawdę pewna?

— Na sto procent. Baw się dobrze.

— Och, wierz mi, taki mam zamiar.

Śmieję się z jego słów, ale gdzieś w brzuchu czuję ból. Już mam się rozłączyć, gdy Seth dodaje:

— Callie, jeśli potrzebujesz czyjejś obecności, możesz zadzwonić do Luke’a. Obydwoje przechodzicie przez to samo. Brakuje wam Kaydena i nie do końca rozumiecie, co się stało.

Obgryzam paznokcie. Spędziłam nieco czasu w towarzystwie Luke’a, ale wciąż nie czuję się komfortowo, gdy obok są mężczyźni, wyłączywszy Setha. Poza tym między mną a Lukiem wisi jakaś chmura, ponieważ nie porozmawialiśmy otwarcie o tym, co się przytrafiło Kaydenowi. W tej szafie kryją się trupy. Przytłaczają, przygnębiają i łamią serce.

— Pomyślę o tym.

— To dobrze. I jeśli się odezwiesz do niego, nie omieszkaj zapytać go o wczorajsze zajęcia z profesorem McGellonem.

— Dlaczego? Co się stało?

Chichocze złośliwie.

— Po prostu zapytaj.

— Jasne. — Ale wcale nie jestem pewna, czy tego chcę. Jeśli Seth uważa, że stało się coś zabawnego, to może mnie to wprawić w zakłopotanie. — Baw się dobrze z Greysonem.

— Tobie też życzę miłego wieczoru, kotku. — Seth się rozłącza.

Dotykam przycisku zakończenia rozmowy i przeglądam listę kontaktów, dopóki nie docieram do numeru telefonu Luke’a. Zawieszam palec nad symbolem połączenia. Trwa to w nieskończoność, aż w końcu tchórzę i rzucam aparat na łóżko. Wstaję i wsuwam stopy w conversy — te poplamione zieloną farbą. Przypominają mi o szczęśliwych chwilach. Zasuwam zamek błyskawiczny kurtki, wrzucam telefon do kieszeni i przed wyjściem zgarniam kartę identyfikacyjną do pokoju i dziennik.

Na zewnątrz jest mroźniej niż w zamrażarce, ale i tak idę bez celu przez opuszczony kampus, by w końcu usiąść na jednej z oszronionych ławek. Śnieży, lecz gałęzie drzew tworzą baldachim nad moją głową. Otwieram dziennik, naciągam kaptur na głowę i przelewam myśli na papier. Wkładam w to całe serce, bo to leczy moje rany.

Pamiętam dzień szesnastych urodzin. Tak samo jak pamiętam dodawanie. Na zawsze utkwił w moim umyśle, bym mogła przypomnieć go sobie w razie potrzeby, choć nieczęsto się to zdarza. Wtedy nauczyłam się prowadzić samochód. Mama zawsze histeryzowała, gdy tylko znajdowaliśmy się z bratem w pobliżu pojazdu przed osiągnięciem wieku, w którym mogliśmy prowadzić. Mawiała, że dzięki temu chronimy siebie i innych kierowców. Pamiętam, jak się dziwiłam, że tak bardzo dbała o nas, skoro zaistniało tyle rzeczy — poważnych, zmieniających nasze życie — przed którymi nas nie ustrzegła. Na przykład brat palił marihuanę od czternastego roku życia. Albo to, że Caleb zgwałcił mnie w moim własnym pokoju, gdy miałam dwanaście lat. W głębi duszy wiedziałam, że to nie jej wina, ale od zawsze myślałam: dlaczego mnie nie obroniła?

Zatem po szesnastych urodzinach w końcu po raz pierwszy siadłam na fotelu kierowcy. Byłam przerażona. Ręce miałam tak spocone, że ledwo udało mi się je utrzymać na kierownicy. Tata jeździł samochodem z podwyższonym zawieszeniem i ledwo co widziałam ponad deską rozdzielczą.

— Proszę, czy nie możemy jechać autem mamy? — zapytałam, przekręcając kluczyk w stacyjce.

Tata zapiął pas i potrząsnął głową.

— Lepiej jest najpierw nauczyć się jeździć na ciężkiej kobyle. Później jazda zwykłym samochodem będzie łatwizną.

Zapięłam swój pas i wytarłam spocone dłonie o dżinsy.

— Może i tak, ale ledwo co widzę ponad kierownicą.

Uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu.

— Callie, wiem, że prowadzenie pojazdu może przerażać. Ale ty całkowicie dasz sobie z tym radę. Inaczej nie pozwoliłbym ci siąść za kółkiem.

Wtedy niemal złamałam się i już miałam mu powiedzieć, co mi się przydarzyło w dniu dwunastych urodzin. Niemalże przyznałam się, że nie jestem w stanie poradzić sobie ani z tym, ani z niczym innym. Ale strach panował nade mną, więc nacisnęłam pedał gazu i zaczęłam prowadzić auto.

Skończyło się to rozjechaniem skrzynki pocztowej sąsiada. Udowodniłam, że tata się mylił. Przez parę następnych miesięcy nie pozwalano mi prowadzić i cieszyłam się z tego. Jazda samochodem oznaczała, że dorosłam, a ja wcale za tym nie tęskniłam. Chciałam być dzieckiem. Pragnęłam mieć dwanaście lat i wciąż cieszyć się życiem, czekającymi mnie związkami z chłopcami i miłostkami.

— Rany boskie, jak tu zimno.

Podrywam głowę, słysząc głos Luke’a. Szybko zamykam dziennik. Luke stoi parę metrów ode mnie. Trzyma dłonie w kieszeniach dżinsów. Naciągnął na czoło kaptur ciemnoniebieskiej bluzy.

— Co tu robisz? — pytam, wsuwając długopis w spiralny grzbiet notatnika.

Unosi ramiona, wzruszając nimi, i siada obok mnie. Wyciąga przed siebie nogi, krzyżując je w kostkach.

— Znienacka zadzwonił do mnie Seth, mówiąc, że powinienem wpaść i sprawdzić, co u ciebie. Może potrzebujesz rozweselenia.