Przed północą będziesz mojaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ CZWARTY

Jadąc zatłoczoną autostradą, przygryzła wargę. Spod maski wydobywał się dym. Nie musiała znać się na silnikach, by wiedzieć, że to nie wróży nic dobrego.

Od dwudziestu minut była w drodze, czekało ją jeszcze kilka godzin jazdy. Wyłączyła klimatyzację. Może dzięki temu jej ukochane zardzewiałe autko dotrze chociaż do najbliższego zjazdu? Niestety. Silnik zacharczał i zgasł. Ktoś tam w górze pokazał jej środkowy palec.

Inni kierowcy zaczęli trąbić, usłyszała też kilka wyzwisk. Psiakrew, naprawdę uważali, że specjalnie rozkraczyła się na środku drogi? Miała ochotę odkrzyknąć: „No co? Zawsze odpoczywam na prawym pasie!” Ale ugryzła się w język, szczęśliwa, że przynajmniej dwoma kołami udało jej się zjechać na pobocze.

Cały dzisiejszy ranek był frustrujący. Parę spraw nałożyło się na siebie i zamiast wyruszyć z River Grove o dziesiątej, wyruszyła dwie godziny później. A teraz silnik odmówił posłuszeństwa.

No cóż, musi zadzwonić po pomoc.

Rodzice nie wchodzili w grę, od dłuższego czasu mieli nie najlepszy kontakt. Gdyby powiedziała im o zepsutym samochodzie, usłyszałaby, że głupio zrobiła, odchodząc z Hart Media; gdyby dalej tam pracowała, nie tylko jeździłaby porządnym autem, ale miałaby już odłożone pieniądze na wygodną emeryturę. Nadal winili ją za to, że ich stosunki z Hartami uległy pogorszeniu, ona jednak nie poczuwała się do winy. Ciężko pracowała, niczego nie dostała za darmo. Rodzice uważali, że nie poradzi sobie bez ich wsparcia, znajomości i pieniędzy, ale udowodniła im, że się mylą.

Wpisała do wyszukiwarki „Holownik, Dolina Krzemowa”. Wyskoczyło ich około sześciu milionów. Skąd ma wiedzieć, który jest uczciwy? Który najszybciej dotrze na miejsce? Który nie zażąda kroci?

Przez chwilę się zastanawiała. W końcu dokonała najbardziej logicznego wyboru: szczęście w nieszczęściu samochód się jej zepsuł piętnaście kilometrów od siedziby ThomKnoxu.

Telefon odebrała dziewczyna, która siedziała przy jej burku i ją zastępowała.

- Dzień dobry, tu sekretarka Brannona Knoxa. Czym mogę służyć?

- Mówi Addison Abrams, stała asystentka pana Knoxa. Czy mogę z nim rozmawiać?

- Momencik.

Chwilę później w słuchawce rozległ się głos Brannona.

- Już zatęskniłaś?

- Zepsuł mi się samochód. Może mógłbyś mi polecić jakiegoś holownika? – Podała nazwę najbliższego zjazdu, po czym powtórzyła informację, ale jej słowa zagłuszył jakiś wariat, który zaczął na nią trąbić.

- Rany boskie, co to było? Nic ci nie jest?

- Najwyraźniej na osiemdziesiątce samochodom nie wolno się psuć.

- Cholera, w takim miejscu możesz czekać na holownika nawet dwie godziny. – Skrzywiła się. – Sam przyjadę.

- Och, nie! Ja…

- Addison – przerwał jej – nie dyskutuj ze mną.

No, nie tędy droga do odkochania się…

Uniesiona maska jej samochodu skrywała górną połowę ciała Brana. Marynarkę zostawił na przednim siedzeniu czerwonego sportowego auta, które zaparkował na poboczu. Koniecznie chciał zajrzeć pod maskę, mimo że holownik był już w drodze. Wcześniej gotowa byłaby się założyć, że Bran nie zna się na silnikach. Bo niby dlaczego miałaby się znać? Był miliarderem.

Ale nie, on musiał podwinąć rękawy, pociągnąć jakiś drucik, docisnąć jakąś wtyczkę, sprawdzić wskaźnik poziomu oleju, dokręcić jakiś korek. A ona stała, podziwiając jego umięśnione przedramiona oraz opięte białą koszulą mokre od potu plecy. Co pewien czas jęczał z wysiłku, a ona nakazywała sobie spokój. Przystojny facet usiłujący pobudzić do życia martwego gruchota… to coś niewiarygodnie seksownego.

Nie, nie facet. Obcy facet tak by na nią nie działał. Chodziło o Brannona. Jego nóg i tyłka nie zasłaniało żadne biurko. Zawsze lubiła na niego patrzeć, teraz mogła do woli i bezkarnie.

Oderwała oczy od jego pleców i przeniosła na ręce, a potem na głowę. Włosy opadały mu na czoło, grymas wykrzywiał twarz, strużki potu spływały po policzkach. Puściła wodze fantazji. Wyobraziła sobie, jak Bran unosi się nad nią, jak pot ścieka mu po brodzie…

- No dobra. – Wyśniony kochanek wyłonił się spod maski, sprowadzając Addi z powrotem na ziemię. – Chłodnica jest uszkodzona. Pewnie coś więcej, ale ona na sto procent.

Miał umazaną smarem twarz, włosy rozczochrane. Stanowił uosobienie seksu. Psiakość. Próbowała się odkochać, zobojętnieć na jego urok. Teraz znów była w punkcie wyjścia. Ratunku!

Opuścił maskę i wytarł dłonie o drogo wyglądającą poszetkę. Chyba jedwabną. Koszula opinająca muskularny tors przypuszczalnie jest do wyrzucenia.

- Odkupię ci koszulę. Albo potrąć za nią z mojej pensji.

- Jasne, to do mnie podobne. – Wyszczerzył zęby. – Przybiec z pomocą damie w opałach, a potem policzyć sobie za fatygę. Za kogo mnie masz?

- Za człowieka twardo stąpającego po ziemi?

Jego śmiech przejął ją dreszczem. Nagle uświadomiła sobie, że odkąd Brannon się pojawił, inni kierowcy przestali jej wygrażać. Zupełnie jakby wiedzieli, że nie dorastają mu do pięt.

- Chodź, odwiozę cię do biura – powiedział.

Wyjął z tylnego siedzenia jej torbę podróżną i wrzucił do bagażnika swojego auta.

- Nowy? – spytała Addi, siadając na fotelu obitym miękką delikatną skórą.

- Nowiusieńki. Kupiony wczoraj. – Bran zajął miejsce za kierownicą, chwilę odczekał, po czym gładko włączył się w ruch. – Jeszcze nie miałam okazji się nim nacieszyć, pojeździć dalej niż z pracy do domu.

Nadepnął nogą na pedał gazu. Silnik zamruczał.

- Wybierałaś się do Tahoe?

- Tak.

- Na zjazd rodzinny?

Skinęła głową.

- Jak myślisz, ile potrwa, zanim zreperują mojego grata?

- Nie wiem. Zależy, czy mechanik będzie miał potrzebne części i czy twój wóz będzie piąty w kolejce czy pięćdziesiąty.

Westchnęła ciężko. To auto było jej jedynym środkiem transportu. Jeżeli okaże się, co prawdopodobne, że koszt naprawy przewyższy wartość samochodu, będzie musiała kupić nowy, a to tyle zachodu…

- Dlaczego jeździsz takim wrakiem? Tylko nie mów, że za mało ci płacę.

- Nie, skądże! – zaprotestowała. Pod tym względem był bardzo hojny. – Trzymam ten wóz… ze względów sentymentalnych.

- Aha – mruknął, lecz w jego spojrzeniu wyczytała pytanie: jak takie ohydztwo może wzbudzać jakiekolwiek sentymentalne uczucia?

- Kiedy zaczęłam pracować, to był mój pierwszy poważny zakup. – Odwiedzała salony motoryzacyjne, czytała ogłoszenia. Sama wszystko załatwiała. Z początku denerwowała się, a potem przepełniła ją radość. Zrozumiała, że nie musi być zależna od rodziców, że da sobie radę w życiu.

- Też pamiętam swój pierwszy samochód – rzekł Bran z nutą tęsknoty w głosie.

- Co to było? Maserati?

- Może. – Uśmiechnął się. – O której musisz być w Tahoe?

- Wieczorem.

- Najlepiej byłoby samolotem.

- Nie latam.

- W ogóle? – Uniósł zdziwiony brwi.

- W ogóle. Lubię czuć grunt pod nogami. Lub pod kołami. – Nie chciała go dłużej sobą absorbować. – Możesz mnie wysadzić przy jakiejś wypożyczalni samochodów?

- A może ja cię zawiozę?

- Do Tahoe? Zwariowałeś? To znaczy nie, dziękuję – dodała szybko, by nie wyjść na niewdzięcznicę. – Już wystarczająco dużo dla mnie zrobiłeś.

- Słyszałaś, co mówiłem? Że nie miałem okazji nacieszyć się nowym autkiem? To byłaby doskonała okazja. – Poklepał czule tablicę rozdzielczą, po czym puścił do Addi oko.

- Ale potem… Nie będziesz zmęczony, wracając?

- Przenocuję na miejscu i jutro wrócę. Może uda ci się uciec od rodziny na godzinę lub dwie. Moglibyśmy pójść na kolację. Byłoby miło…

Miło? Bała się, że może nie wytrzymać czterech godzin w samochodzie ze swoim seksownym, umazanym smarem szefem, a on planuje kolację?

Zjechał na lewy pas i wyprzedził ciężarówkę.

- Co za przyśpieszenie! – zawołał, przekrzykując ryk silnika. – Potrzebuję dziesięć minut, żeby się przebrać i spakować. Okej, Addi? – Popatrzył na nią pytająco.

- A praca…?

- Jestem dużym chłopcem. Mogę wziąć dzień wolny, żeby zawieźć moją wspaniałą asystentkę do Tahoe. Chyba że nie chcesz mojego towarzystwa? – Zmrużył oczy. – Uważasz, że wredny ze mnie typ, tak? O to chodzi?

- Nie! I przestań ze mnie żartować. – Roześmiawszy się, pacnęła go w ramię.

Zrobiło jej się gorąco. Może klimatyzacja źle działała? Wyciągnąwszy rękę, skierowała zimne powietrze prosto na swoją twarz.

- Trudno cię zadowolić – stwierdził Bran. – W poniedziałek musiałem błagać, żebyś poszła ze mną na kawę. Teraz muszę błagać, żebyś pozwoliła się zawieźć do Tahoe, a przecież chcesz jechać, prawda?

Nie mogła się dłużej opierać; nie wypadało. Powinna jednak uważać, inaczej ten przystojny, pewny siebie miliarder okaże się jej zgubą!

- Powiedz „dziękuję”, Addi.

- Dziękuję, Addi. – Przewróciła oczami.

- No, to mi się podoba. – Poprawił klimatyzację. – Lepiej?

Tak, było jej zdecydowanie lepiej. A najlepiej by było, gdyby mogła… Nie, Addi, uspokój się!

- Na pewno nie miałeś żadnych planów na dzisiejszy wieczór? – spytała.

- Żadnych – odparł. Zgrabnie lawirując między samochodami, skierował się do najbliższego zjazdu.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Żadnych, których nie można odwołać, poprawił się w myślach. Na dziś wieczór był umówiony z Tammie; przypomniał sobie o tym pół minuty temu. No trudno. Chyba mu wybaczy.

Addi siedziała z rękami zaciśniętymi na kolanach. Jej nogi w seksownych szpilkach zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Zerkając na nie, czuł, jak mu serce szybciej bije.

 

Wielokrotnie się zastanawiał, czy Addi ma kogoś, jakiegoś partnera, ale dziś uznał, że nie. Gdyby była z kimś związana, nie dzwoniłaby do niego po pomoc. Poza tym żaden facet nie pozwoliłby jej jeździć takim gruchotem. Chyba że zaczęła spotykać się z baristą Kenem. Bran skrzywił się.

Oczywiście nie mógł zostawić jej na poboczu; to w ogóle nie wchodziło w grę. Jakiś nieostrożny kierowca mógłby ją potrącić, holownik mógłby zacząć ją podrywać. Piękna kobieta na autostradzie… wszystko mogłoby się zdarzyć. Szanował jej samodzielność, ale nie powinna się upierać, że ze wszystkim sobie poradzi. Czasem trzeba przyjąć pomoc innych. On miał czas i chęci. Zresztą każdemu w tej sytuacji by pomógł.

Ale nie każdego by wiózł do Tahoe, natomiast jej to zaproponował. Hm, ciekawe dlaczego? Mógł ją podrzucić do wypożyczalni samochodów. Albo namówić, by poleciała firmowym odrzutowcem. Ale nie, nalegał, że sam ją zawiezie.

Gdy wsiedli do jego samochodu, wyczuł w powietrzu napięcie erotyczne. A kiedy Addi dotknęła jego ramienia, miał wrażenie, jakby przeszył go prąd.

Ale nie zamierzał jej uwodzić. Powziął niezłomne postanowienie: w trakcie podróży do Tahoe skupi się na dwóch rzeczach. Nie, nie na nogach Addi. Na bezpiecznej jeździe oraz na swojej nowej zabaweczce: czerwonym sportowym audi RS7.

Dwadzieścia minut później skręcił w podjazd przed domem. Wysiadłszy z samochodu, obszedł maskę i otworzył drzwi od strony pasażera, starając się nie gapić na parę ślicznych długich nóg.

- Nie, tu zaczekam.

- Na pewno nie chcesz wejść? Może jednak?

- Nie. Nie, nie, nie. – Powtórzyła to cztery razy.

- Okej, do zobaczenia za kilka minut.

- Jasne. – Wyjęła z torebki telefon i zaczęła coś sprawdzać.

Bran skierował się do domu. Gdyby ktoś go spytał, czy preferuje jakiś typ urody, przypuszczalnie odparłby, że nie. Ale to nie była prawda; uwielbiał niebieskookie blondynki o złocistej cerze. Dziewczyny kojarzące się ze słoneczną Kalifornią. Taka właśnie była Addi.

- Musisz być silny – powiedział do siebie, wrzucając ubranie do małej walizki. Przez cały rok udawało mu się oddzielać życie prywatne od zawodowego. I dalej by to robił, gdyby nie Taylor i rywalizacja o stanowisko prezesa. Szlag by to trafił!

Zdjął spodnie od garnituru oraz pomazaną smarem koszulę, włożył dżinsy, T-shirt i sportowe buty. Był gotów. W ostatniej chwili zabrał z szafy garnitur. A nuż się przyda?

Podekscytowany wyjazdem, zbiegł na dół. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, może zostanie w Tahoe cały weekend? Na myśl o spotkaniu z Tammie w Vive nie czuł żadnego podniecenia. A właśnie, Tammie…

Szybko wystukał esemesa: „Przepraszam, coś mi wypadło. Muszę odwołać nasze spotkanie”. Zanim doszedł do samochodu, Tammie zdążyła wylecieć mu z głowy. Addi siedziała w fotelu pasażera, jej włosy powiewały lekko na wietrze… Wyglądała kusząco. Podejrzewał, że na jej widok większość facetów zapomina języka w gębie.

Nagle zabrzęczała komórka, którą położył obok dźwigni zmiany biegów. Addi zerknęła na nią w tym samym momencie co on. Na ekranie pojawiła się Tammie w bluzce z olbrzymim dekoltem, z którego wylewał się obfity biust.

- Cholera. – Chwycił telefon. – Przepraszam.

- Milczę. – Addi przyłożyła palec do ust. – Nie oceniam.

Pod frywolnym zdjęciem widniał tekst: „Może jednak zmienisz zdanie?”.

„Wyjeżdżam z miasta – odpisał. – Odezwę się po powrocie”.

„Nie wiem, czy mnie zastaniesz”.

Westchnął. Nie żałował, że randka mu przepadła; wcale nie miał na nią ochoty. O czym on myślał? Że umawiając się z Tammie, zdoła wyleczyć się z Addi? Dobre sobie! Zresztą to nie miało znaczenia, przecież nic go z Addison nie łączy.

- No dobrze, ruszamy. – Wcisnął przycisk, opuszczając do końca szyby zarówno po stronie kierowcy, jak i pasażera. – Może tak być? Czy jednak zamknąć? Niektóre kobiety nie lubią, jak wiatr im włosy targa.

- Na przykład ta pani na zdjęciu?

- A jednak troszkę oceniasz. – Roześmiał się. – Odwołałem dzisiejszą randkę. Przypuszczam, że tym zdjęciem Tammie próbowała wpłynąć na mnie, abym zmienił decyzję.

- Mało wyrafinowany sposób – stwierdziła Addi, z trudem zachowując powagę. Po chwili włożyła okulary słoneczne, jakby chciała ukryć błysk podniecenia w oczach. – A potargana lubię być.

Nie powinno jej obchodzić, co Bran robi w wolnym czasie ani z kim się spotyka. Obiecała sobie, że przestanie wodzić za nim maślanym wzrokiem; że odzyska godność i niezależność.

Czyli nie powinno, ale jednak obchodziło. Grrr.

Kobieta, która przysłała mu esemesa, miała obcisłą sukienkę, która nic nie pozostawiała wyobraźni. Na zdjęciu wyeksponowany był biust, ale Addi dostrzegła również mały zadarty nos oraz pełne czerwone usta. Wprost nie mogła uwierzyć, że Bran odwołał randkę z taką seksbombą!

W radiu leciał utwór rockowy. Bran, trochę nieczysto, wtórował wykonawcy. Uśmiechnęła się: podobał się jej jego głos mimo fałszowania.

- Śmieszy cię mój śpiew? – spytał.

- Nie, skądże – zełgała.

- Nie kłam. – Ściszył dźwięk. – Ale nie szkodzi. Moja siostra od urodzenia się ze mnie śmieje. – Na moment zamilkł. – Ostatni raz byłem w Tahoe jakieś pięć lat temu i o mało się nie zabiłem na oślej łączce.

- Więc jest coś, w czym jesteś kiepski?

- Och, wielu rzeczy nie potrafię! Jeździć na nartach, oświadczać się, wygrywać wyścigu o fotel prezesa. – Puścił do niej oko.

- Ja w Tahoe byłam tylko raz. Na zaproszenie rodziców Joego. Nie przepadam za śniegiem i nartami, upadki bywają bolesne, ale Joe jeździł znakomicie. – Od tamtego wyjazdu minęło sporo lat.

- Joe to twój dawny chłopak? – zapytał Bran.

- Przyjaciel.

- Rozumiem. On się w tobie podkochiwał, a ty traktowałaś go jak kumpla.

- Nie, nasze rodziny się przyjaźniły. – „Przyjaźniły” w czasie przeszłym, bo ta przyjaźń się skończyła. Ojciec z matką nie mogli jej darować, że odeszła z Hart Media; uważali, że to z jej powodu ich stosunki z Hartami się ochłodziły. Hartowie byli multimilionerami i to jej rodziców najbardziej w nich pociągało.

- E, nie wierzę. Romantyczny wyjazd na narty…

- Mieliśmy po siedemnaście lat! – zawołała ze śmiechem.

- Jeszcze gorzej. Pewnie biedak dałby się zabić za to, żebyś spojrzała na niego łaskawym okiem.

Nie wiedział, że Joe nie żyje. Ale to nie jego słowa sprawiły, że łzy napłynęły jej do oczu, lecz wspomnienia. Tak wiele ją z Joem łączyło! Kiedy zrezygnowała z pracy w Hart Media, ich drogi się rozeszły. Po latach wybrali się ze swoimi partnerami na podwójną randkę, ale to już nie było to samo. Zapamiętała jednak smutny uśmiech na twarzy Joego, kiedy jego ówczesna dziewczyna i jej ówczesny chłopak z zapałem rozmawiali o meczu piłkarskim.

Otarłszy łzy, skupiła wzrok na krajobrazie.

- O kurczę! Co się stało? – spytał Bran.

- Nic – odparła. Oczy ponownie wezbrały jej łzami. – Później się od siebie oddaliśmy, Joe i ja.

- Rozumiem. – Bran pokiwał głową niczym mędrzec. – Wreszcie coś do niego poczułaś, a on zdążył się odkochać? Przykro mi, Ad.

Miała ochotę się roześmiać. Albo pacnąć Brana w ramię. Albo jedno i drugie. Co on wygaduje?

- Byliśmy przyjaciółmi, a teraz… - Nie była w stanie wydobyć głosu. Odchrząknęła i spróbowała od nowa. – Ten weekend poświęcony jest celebracji życia Joego. Przed śmiercią Joe zaplanował całą uroczystość: trzy dni nad jeziorem Tahoe dla najbliższej rodziny i przyjaciół.

Zapadła cisza. Słychać było tylko ściszoną muzykę płynącą z radia oraz szum wiatru.

- Boże, Addison, przepraszam. Nie wiedziałem.

- Skąd miałeś wiedzieć?

- Na co umarł?

- Rak kości. Od diagnozy żył dziewięć miesięcy. Tyle co od zapłodnienia do narodzin.

- Dlatego płakałaś w biurze?

Tak łatwo byłoby mu się zwierzyć, opowiedzieć o swoich lękach, podzielić się tajemnicami.

- Kiedy poszłam do college’u, rzadziej się widywaliśmy – powiedziała, wycierając łzy. – Myślałam, że będzie mi go brakowało, ale obojgu nam wystarczył luźny kontakt.

- Tak, wiem, o co ci chodzi – rzekł Bran.

Zamilkła. Czy miał na myśli Taylor, która latami była przyjaciółką domu, zanim zaczęli umawiać się na randki? Joe w chwili śmierci nie miał dziewczyny. Nigdy się nie ożenił. Kiedy dowiedziała się o jego chorobie, nagle jej własne życie jakby się skurczyło.

Dlatego nie powinna snuć kretyńskich fantazji. Zamiast marzyć o tym, że może kiedyś jej szef ją zauważy, powinna spotykać się kimś, kto ją kocha do szaleństwa. Z kimś, kto świata poza nią nie widzi.

Nastawiła głośniej radio, by zagłuszyć własne myśli.

- Kocham ten utwór!

- Ja też! – Bran podkręcił dźwięk jeszcze bardziej.

Nie wiedziała, czy mówił prawdę, ale wiedziała, że musi zmienić swoje postępowanie. To bez sensu; odkąd wyjechali z River Grove, albo milczała speszona, albo płakała z powodu śmierci Joego, albo dusiła w sobie zazdrość o kobietę, z którą Bran spędziłby dzisiejszą noc, gdyby jej, Addi, samochód nie nawalił.

Dawno temu przekonała się, że poleganie na innych pociąga za sobą określone skutki, zobowiązania, z których trzeba się wywiązać. Jeżeli człowiek tego nie robi, zostaje odrzucony. Była wdzięczna Branowi za mnóstwo rzeczy, głównie za pracę w ThomKnoxie, ale także za troskę, za to, że chce mu się wieźć ją do Tahoe.

Ale… ale ona, Addison Abrams, musi uważać. Musi być czujna i roztropna. Nie może mylić opiekuńczości i dobroci z miłością ani żyć z głową w chmurach.

Bran nigdy się w niej nie zakocha, nie oświadczy się jej, nie staną razem na ślubnym kobiercu. Czas spojrzeć prawdzie w oczy, wydorośleć, skończyć z marzeniami. Czas odnaleźć mądrą niezależną wersję samej siebie i jej, rozsądnej Addi, powierzyć swoją przyszłość.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Ostatnia godzina minęła przyjemnie. Addison była doskonałym didżejem, chociaż głównie wybierała utwory country. On zaś wolał inną muzykę, ale duet Floryda Georgia Line nawet mu się podobał, a Addi wyglądała uroczo, śpiewając z chłopakami.

Rozmyślał o tym, co mu powiedziała. Nie potrafił otrząsnąć się po informacji, że „zjazd rodzinny”, na który ją wiózł, to w istocie pożegnanie jej zmarłego przyjaciela. Była mniej skora do zwierzeń, niż przypuszczał. Wiedział, że jest skryta, ale nie sądził, że do tego stopnia.

Po roku znajomości znał dosłownie kilka faktów z jej życia. Nic dziwnego. Nigdy nie mieszał życia zawodowego z prywatnym, a z Addi widywał się niemal wyłącznie w biurze. Teraz, podczas jednej z rzadkich okazji, kiedy byli razem poza pracą, dowiedział się o niej paru interesujących rzeczy. Że nie lubi nart. Że ma nie najlepsze relacje z rodziną. Że jej przyjaciel Joe był synem właścicieli Hart Media, wielkiego koncernu, przy którym firma ThomKnox wyglądała jak startup.

Rozmawiali, Addison opowiadała o sobie… i nagle skryła się w skorupie. Była jak przypływ: zbliżała się i oddalała. Miał wrażenie, że boi się przed nim otworzyć. Że coś przed nim ukrywa. Ale co?

Wrócił pamięcią do swojej rozmowy z Taylor, która przyznała, że się o niego martwi. Może Addi też się martwiła? Doceniał jej troskę, ale…

Zerknąwszy w bok, zobaczył, że porusza ustami, wtórując wykonawcom. Przeszył go dreszcz.

Ryzykując, że wprawi ich oboje w zakłopotanie, podniósł szyby i wcisnął przycisk na kierownicy wyłączający radio.

- Nie podoba ci się ta piosenka?

- Odkąd Taylor napomknęła, że powinniśmy się umawiać, oboje omijamy ten temat.

Addi zastygła bez ruchu.

- Teraz, w tym aucie, nie jestem twoim szefem. Możesz powiedzieć mi wszystko, co ci leży na wątrobie. Możesz o wszystko zapytać. Odpowiem szczerze. Nasza rozmowa nigdy nie wyjdzie poza ten samochód. Zgoda?

Milczała, przyglądając mu się niepewnie.

- Nie powinienem był spotykać się z Taylor – ciągnął. – Ona i ja… kumplujemy się. Jesteśmy przyjaciółmi. Nawet z sobą nie spaliśmy.

- Dzięki Bogu – szepnęła Addi, a kiedy rzucił jej zdziwione spojrzenie, dodała szybko: - Ze względu na twojego brata. Przepraszam, nie chciałam ci przerywać.

- Chodzi mi o to, że nie musisz się o mnie martwić. Ani z powodu Taylor, ani dlatego, że nie zostałem prezesem. Gdybym został, ucieszyłbym się, ale i tak kocham to, co robię. Kolejna rzecz: przyznaję, podobasz mi się, jesteś mądra i zabawna, ale wiem też, że jesteś nie do zastąpienia. Dlatego nigdy nie zrobiłbym nic, co mogłoby zagrozić naszym relacjom zawodowym.

Addison nie odpowiedziała, ale przynajmniej skinęła głową. Wpatrując się w szosę, Bran kontynuował:

 

- Nie będę cię podrywał ani nękał jakimiś randkami. Wieczorem na kolację pójdziemy jako para współpracowników. Jeśli poczujesz się niezręcznie albo uznasz, że przekraczam jakąś granicę, to mi powiedz. Nie chcę, aby cokolwiek zepsuło naszą przyjaźń.

Na te słowa Addison również nie zareagowała; siedziała nieruchomo, nawet nie mrugając powiekami.

Nie była to najłatwiejsza rozmowa. Specjalnie wspomniał o randkach, po pierwsze żeby uspokoić Addi, a po drugie by samemu pamiętać o tym, że nie wolno mu jej uwodzić. Chciał, by czuła się przy nim swobodnie, naturalnie.

- Ad, nie wyobrażam sobie ThomKnoxu bez ciebie. Gdybym cię stracił, nie poradziłbym sobie; byłbym jak pijane dziecko we mgle. Ale nie musisz się martwić. Wiem, co czujesz; wiem, że widzisz we mnie wyłącznie szefa. Nic ci z mojej strony nie grozi.

Z początku słuchała go zdumiona, potem zaczęła się denerwować, a na końcu ogarnęła ją wściekłość. Sądził, że tak dobrze ją zna? Że wie, co ona czuje? Zależy mu na szczerości? W porządku!

Całymi latami kłóciła się z ojcem i matką, którzy uważali, że najlepiej wiedzą, czego jej potrzeba. Lekcji gry na pianinie. Profesjonalnych sesji zdjęciowych. Bycia cheerliderką. Gryzła się w język, bo nie chciała ich zawieść. Bała się, że jej sprzeciw spotka się z ich gniewem, że odwrócą się od niej. I tak się stało.

Gdy skończyła college, rodzice załatwili jej posadę w Hart Media. W krótkim czasie awansowała na stanowisko doradcy klienta. Nie znosiła tej pracy. Przez półtora roku zaciskała zęby. Rodzice powtarzali jej, by nie zmarnowała okazji; praca w Hart Media to jest coś. Kiedy w końcu odważyła się odejść, poczuła się wolna jak ptak. A w rodziców wstąpiła furia.

Myśleli, że ją znają, że wiedzą, co jest dla niej najlepsze, ale nigdy nie spytali jej o zdanie. Brannon zachowywał się identycznie. Kiedy doszedł do „wiem, co czujesz… że widzisz we mnie wyłącznie szefa”, coś w niej pękło.

- Idiota! Wcale nie wyłącznie szefa!

Wyrzuciła to z siebie niczym wulkan lawę. Serce biło jej szybko. Atmosfera stała się napięta, powietrze jeszcze bardziej naelektryzowane. O Chryste. Pierwszy raz podniosła głos na Brana. Nie miała pojęcia, czego się spodziewać. Czy odpowie krzykiem? Czy zatrzyma samochód i każe jej wysiadać? A może ją zwolni?

Oby nie. Potrzebowała tej pracy. Lubiła ją. I jego.

Najchętniej zapadłaby się ze wstydu pod ziemię, ale siedzieli niecałe pół metra od siebie. Splotła ręce na kolanach i czekała na reakcję Brana.

Zaskoczył ją.

- O… - Tylko tyle powiedział.

- Przepraszam… - szepnęła.

- Wszystko w porządku.

Ale nie było. Usta miał zasznurowane, ręce kurczowo zaciśnięte na kierownicy. Zadrżała. Albo to będzie koniec z ich przyjaźnią, albo z koniec z pracą. Sama nie wiedziała, co gorsze.

Wcisnęła przycisk w radiu. W samochodzie rozbrzmiała muzyka.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora