Przed północą będziesz mojaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jessica Lemmon

Przed północą będziesz moja

Tłumaczenie: Julita Mirska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: One Wild Kiss

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2020

Redaktor serii: Ewa Godycka

© 2020 by Jessica Lemmon

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-7426-5

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wdech, wydech. Uspokój się, to tylko facet.

Nieziemsko przystojny facet w doskonale skrojonym granatowym garniturze.

Facet o oczach w kolorze sączonego przy kominku burbona. Facet o lekko potarganych włosach, jakby przeczesał je ręką. Facet, który od roku okupował jej serce i myśli i który był również jej szefem, a zatem powinna trzymać się od niego na dystans.

Addison Abrams codziennie niczym mantrę powtarzała te słowa, najpierw wchodząc do budynku ThomKnoxu, a potem jadąc windą na ostatnie piętro, gdzie mieścił się jej gabinet.

Kiedy równo rok temu została asystentką szefa, sądziła, że ten okaże się starszym mężczyzną, a Brannon Knox był ledwie pół roku starszy od niej i w dodatku przypominał modela z okładki GQ.

- Nie mogłem się oprzeć. – Postawiwszy na biurku babeczkę z waniliowym nadzieniem, zapalił wetkniętą w ciastko złotą świeczkę. – Czy mam zaśpiewać „Sto lat, moja wspaniała asystentko”? – Uśmiechnął się rozbrajająco.

Starała się przestać do niego wzdychać i wodzić za nim wzrokiem. Dzięki Bogu, że potrafiła zachować pokerowy wyraz twarzy, bo do dziś nie otrząsnęła się z wrażenia, jakie na niej wywarł, gdy rok temu, ściskając jej dłoń, rzekł: „Cześć, jestem Brannon Knox. Możesz do mnie mówić Bran. Witaj na pokładzie”.

- Bez przesady. – Zdmuchnęła płomyk. – Ta babeczka to niepotrzebny, choć bardzo miły gest. Dziękuję.

Nie dość, że Brannon był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego w życiu widziała, był również człowiekiem dobrym, wielkodusznym i piekielnie inteligentnym. A także zabawnym oraz niesamowicie seksownym.

- Jestem szczęściarzem, że mam taką asystentkę. – Wsunął ręce do kieszeni i obejrzał się przez ramię, jakby sprawdzał, czy są sami. – Powinienem był urządzić ci huczne przyjęcie, ale bez twojej pomocy poległbym.

- Czyli jestem niezastąpiona? – spytała z uśmiechem. Nauczyła się powściągać emocje oraz ignorować przyśpieszone bicie serca.

- Dałbym ci dzień wolny, gdybyśmy nie mieli miliona rzeczy do zrobienia. – Zmarszczył czoło. – Przypomnij mi te najważniejsze – poprosił.

Bez zaglądania do terminarza wyrecytowała: telekonferencja oraz dwa spotkania z klientami.

- W takim razie zdążymy wypić kawę. – Ponownie obejrzał się za siebie. – Nie widzę góry. Chodźmy.

„Górą” był starszy brat Brannona, Royce. Kilka miesięcy temu ich ojciec przeszedł na emeryturę i wyznaczył Royce’a na swoje miejsce. Wkrótce po objęciu funkcji prezesa Royce otrzymał kolejną ekscytującą wiadomość, mianowicie, że zostanie ojcem. Matka jego dziecka, Taylor Thompson, która pracowała na stanowisku dyrektora zarządzającego, przyjaźniła się z Knoxami od najmłodszych lat, a potem w dorosłym życiu przez chwilę była związana z Branem. Ich romans trwał krótko i wydawał się dość letni. Addi, która ledwo była w stanie pohamować zazdrość, podejrzewała, że nawet z sobą nie spali.

Ale zazdrość była cechą dawnej Addi. Dzisiejsza Addison usiłowała pokonać swoje zauroczenie Brannonem ze względu na pracę, która była dla niej ważna, a także ze względu na swój honor i dumę.

- Powinnam odpisać na mejle…

Wielokrotnie siedzieli razem w firmie, omawiając sprawy zawodowe, i wszystko było w porządku. Ale ilekroć widywali się poza ThomKnoxem, patrzyła na Brana nie jak na swojego szefa, lecz jak na wolnego, atrakcyjnego mężczyznę. To był duży błąd.

- No, nie bądź taka. – Oparł się dłońmi o jej biurko.

- Okej, ale poproszę podwójne espresso z podwójną porcją syropu waniliowego. – Z dolnej szuflady wyjęła torebkę i przewiesiła ją przez ramię. – I koniecznie z bitą śmietaną.

Obdarzył ją uśmiechem, od którego zakręciło się jej w głowie.

- Na swoją pierwszą rocznicę w ThomKnoxie możesz dostać cokolwiek zechcesz.

Jego niewinne słowa sprawiły, że jej wyposzczone ciało zalała fala gorąca. Oj, to wspólne wyjście będzie trudniejsze, niż sądziła. Prywatnie nic ich nie łączyło i nigdy nie połączy. Zrozumiała to, gdy Taylor oznajmiła, że idealnie do siebie pasują. Czyli Taylor zauważyła, że ona podkochuje się w Branie, ale nie to było najgorsze; najgorsze było to, że Bran wszystko słyszał. Na widok jego miny Addi miała ochotę zapaść się pod ziemię. Równie dobrze mógłby trzymać transparent: „Przykro mi, Addison, ale nic do ciebie nie czuję”.

W tej sytuacji, ponieważ kochała swoją pracę i chciała zachować resztki godności, miała tylko jedno wyjście: otrząsnąć się, zdusić w zarodku uczucie.

Jeśli czegoś się nauczyła od rodziców, to właśnie tego, że na nikim nie można polegać ani w sprawie pieniędzy, ani przyjaźni, ani miłości. I teraz się pilnowała, codziennie powtarzała sobie swoją mantrę.

Ale może kawa z Branem to dobry pomysł? W końcu ludzie, którzy razem pracują, czasem chodzą na kawę. Nie ma w tym nic złego.

- To tylko facet – mruknęła, szukając w torebce komórki.

- Słucham?

- Nie, nic. – Serce zabiło jej mocniej, ale był to organ pozbawiony rozumu.

Spotykał się z Taylor, potem z nią zerwał i niedługo później dowiedział się, że ojciec wyznaczył Royce’a na prezesa firmy… Nie było mu łatwo.

Addison Abrams była jego asystentką, kimś ważnym, wręcz niezastąpionym. Zaufaną powiernicą, która nigdy go nie zawiodła ani nie zdradziła. Od pierwszego dnia stanowili zgrany zespół. Gdyby odeszła…

Wolał o tym nie myśleć. Nastąpiłaby katastrofa. Mówi się, że za sukcesem każdego mężczyzny stoi kobieta, i to prawda. Wcześniej sądził, że w jego życiu tą kobietą jest Taylor, ale się mylił. Była nią Addi.

W ostatnim czasie ich relacje zrobiły się nieco napięte, wszystko z powodu słów Taylor. Zasugerowała, że on i Addi powinni być razem. Że pasują do siebie. Oboje z Addison zamarli, popatrzyli na siebie zszokowani. On dojrzał w jej twarzy strach, taki, jaki wyzierał z oczu bohaterki „Ptaków” Hitchcocka.

Świeżo po rozstaniu z Taylor nie chciał drugi raz popełnić tego samego błędu. Ale od tamtej pory zaczął zwracać większą uwagę na Addison.

Z Taylor postąpił głupio. Niedorzecznie. Wymyślił sobie, że z nią u boku będzie wyglądał poważniej i zwiększy swoją szansę na zostanie prezesem firmy. Po kilku średnio udanych randkach uznał, że jeszcze lepiej będzie, jak się jej oświadczy.

W owym czasie pomysł wydawał mu się sensowny. Dziś cieszył się, że nie poszli z sobą do łóżka. Oboje czuliby się niezręcznie podczas uroczystości rodzinnych. Jaki to wszystko miało związek z Addi?

Otóż gdy Royce został prezesem ThomKnoxu, a Taylor zaszła w ciążę, Bran zaczął więcej czasu spędzać z biurze i co za tym idzie, częściej widywać swoją asystentkę. Podziwiał jej elegancję, a zarazem pasję, z jaką omawiała najnudniejsze sprawy zawodowe. Patrzył na jej szczupłe długie nogi i zastanawiał się, co woli: jogging czy jogę. Zauważył, że często przynosi lunch z pobliskiej restauracji i tak jak on pracuje do późna.

Jaki nasuwał się wniosek? Że nie jest z nikim związana.

Słowa Taylor zagnieździły się w jego głowie. Coraz częściej myślał o Addi i to wcale nie w kontekście zawodowym. Dlatego wparował do jej gabinetu z rocznicową babeczką. Jeżeli chciał, aby wytrwała w firmie co najmniej kolejny rok, musiał oczyścić atmosferę. Nie był pewien, czy babeczka ze świeczką oraz kawa wystarczą, ale na początek dobre i to.

Wyszli z budynku i skierowali się w stronę kawiarenki The Gnarly Bean, w której – zdaniem Brana – podawano najlepszą kawę na świecie.

- Uwielbiam to miejsce. – Addison uśmiechnęła się promiennie.

W żółtej sukience, jasnowłosa, uczesana w koński ogon, wyglądała prześlicznie. Oczywiście dostrzegł to już podczas rozmowy kwalifikacyjnej, na szczęście potrafił oddzielić życie prywatne od zawodowego.

Położywszy rękę na klamce, otworzył szklane drzwi i skinął głową, zapraszając Addi do środka. Wciągając w nozdrza aromatyczny zapach unoszący się w powietrzu, na moment zniżył wzrok. Co za nogi!

 

- Nie, nie – sprzeciwił się, kiedy Addi sięgnęła po portfel. – Ja stawiam!

Gotów był przysiąc, że jej niebieskie oczy na moment zatrzymały się na jego ustach. Ale może mu się przywidziało.

Kiedy kilka miesięcy temu rywalizował z bratem o stanowisko prezesa, nie był sobą. To znaczy był, ale sam siebie nie poznawał. Zachowywał się dziwnie, wykonywał jakieś absurdalne ruchy, kupił dla Taylor pierścionek zaręczynowy, po prostu miał wrażenie, jakby jego ciałem zawładnął jakiś kosmita.

- Powinniśmy częściej tu wpadać…

Addi przeniosła spojrzenie wyżej. Z jej oczu nie potrafił nic wyczytać.

- Dzień dobry, Ad – przywitał ją barista, brodacz z tatuażem na przedramionach.

- Cześć, Ken. Co u ciebie?

W Brannonie obudziła się zazdrość. Naprawdę? W takich Addi gustuje? W wytatuowanych brodaczach?

Poczuł się jak nudziarz w garniturze, którego tylko jedno z nią łączy: to, że płaci jej pensję. Jeszcze nie tak dawno temu nie zwracał uwagi na to, kogo Addi obdarza uśmiechem; nie zwracał, dopóki nie przestała uśmiechać się do niego. Boże, tęsknił za dawnymi nieskomplikowanymi czasami, zanim Taylor oznajmiła, że on i Addi pasują do siebie; zanim Royce wytknął mu, że ma idealną dziewczynę tuż pod nosem.

Brodaty Ken coś odpowiedział, na co Addi zareagowała śmiechem. Okej, dość tego! – uznał Bran. Nie czekając dłużej, przerwał im pogaduszki.

- Pani życzy sobie espresso z bitą śmietaną, a ja obiecałem spełnić każde jej życzenie. Dziś jest wyjątkowy dzień, prawda, Ad? Nasza pierwsza rocznica.

Addison zaczerwieniła się, ale tym razem uśmiechnęła się do niego, nie do baristy.

- To prawda.

- Gratuluję – rzekł Ken, nabijając sumę na kasę.

Zmrużywszy oczy, Bran zmierzył go gniewnym spojrzeniem. Chciał naprawić swoje relacje z Addi, odzyskać jej zaufanie, a przy okazji zamierzał dopilnować, aby żaden zarośnięty Ken za bardzo się z nią nie spoufalał. Taka dziewczyna jak ona bez trudu znajdzie sobie porządnego faceta.

Zresztą od czego są szefowie? Powinni chronić swoich najcenniejszych pracowników.

ROZDZIAŁ DRUGI

Addison rozmyślała o wczorajszym zachowaniu Brana w The Gnarly Bean, kiedy do jej gabinetu zajrzała Taylor Thompson.

- Puk, puk. Powinnaś zażądać, żeby ci wstawiono drzwi, inaczej każdy tu może wpaść.

- Wpadaj, kiedy tylko chcesz.

- Ja to się wkrótce będę wtaczać. – Taylor, ubrana w czarną sukienkę od Dolce i Gabbany, pogładziła się po wystającym brzuchu.

- Wyglądasz fantastycznie. Co u ciebie?

- Pytasz o pracę, ciążę, zaręczyny czy przeprowadzkę do Royce’a?

W ostatnich miesiącach w życiu Taylor zaszło mnóstwo zmian. A wydawałoby się, że zaledwie tydzień czy dwa temu ona, Addi, natknęła się na Taylor i Royce’a całujących się namiętnie. W owym czasie była zazdrosna o relację łączącą Taylor z Brannonem. Niepotrzebnie, bo Taylor straciła głowę dla starszego z Knoxów.

Zorientowawszy się, że nie ma powodu do zazdrości, przeprosiła Taylor, którą kilka razy potraktowała dość chłodno - oczywiście nie wyjaśniła jej, co nią kierowało. Z kolei Taylor przeprosiła ją za własną gafę i spytała, czy znów mogą być przyjaciółkami.

- Ledwo zipię. – Usiadła w fotelu naprzeciwko biurka Addi. – W życiu nie byłam tak zapracowana, ale czuję, że jestem na właściwym miejscu. Wiesz, o co mi chodzi?

- Tak – odparła Addison. Też uważała, że jest na właściwym miejscu, dopóki Bran nie zaczął zachowywać się dziwnie. O co mu chodziło wczoraj w kawiarni? Obserwując jego i Kena, miała wrażenie, że ogląda western z dwoma kowbojami szykującymi się do pojedynku.

Ech, mężczyźni! Chyba nigdy nie zrozumie.

- Niesamowite, że w ogóle jestem w stanie cokolwiek skończyć, zważywszy, że nie piję kawy.

- Umarłabym bez kofeiny – oznajmiła Addi, chowając swój kubek za komputer.

- Kawa albo zdrowie dziecka. Wybór nie jest trudny.

- Nie chcesz znać płci? – Addi podejrzewała, że ona sama nie wytrzymałaby napięcia.

- Chcę i nie chcę. Royce i ja… oboje byliśmy zaskoczeni, kiedy okazało się, że nie możemy bez siebie żyć. Niech więc płeć dziecka też będzie dla nas zaskoczeniem. – Taylor ponownie pogładziła się po zaokrąglonym brzuchu.

- Cieszę się waszym szczęściem – powiedziała Addi. – Ustaliliście już datę ślubu?

- Dopiero się zaręczyliśmy. – Taylor popatrzyła z zachwytem na pierścionek połyskujący na jej lewej dłoni. – A ty, kochana, przyjmij spóźnione życzenia rocznicowe. Widziałam wczoraj Brana, jak szedł do ciebie z dwoma ciastkami.

- A to drań, dał mi tylko jedno. – Addi zmarszczyła gniewnie czoło, starając się ukryć, co do niego czuje. Nie jesteś zakochaną nastolatką, żeby wzdychać do szefa, skarciła się w duchu. – Swoją drogą codziennie dziękuję losowi, że trafiłam do waszej firmy. Do ludzi, którzy serdecznie traktują innych.

Miała różnych szefów. Odkąd pięć lat temu przestała iść drogą, którą wytyczyli jej rodzice, musiała sama się utrzymywać. Za bunt zawsze się płaci. Często jadała na kolację makaron, bo tylko na to było ją stać, i często płaciła z opóźnieniem rachunki. Ale tamte czasy minęły. W ThomKnoxie zarabiała przyzwoicie, a jej szefom zależało na dobrej atmosferze. Jack Knox, ojciec Brana, zawsze odnosił się do niej ciepło i z szacunkiem.

A ona o mało wszystkiego nie zepsuła. Bo jak głupia zadurzyła się w Branie! Ale koniec z tym. Nie zamierzała znów harować za marne grosze ani pracować u jakiegoś bogacza, który mieszkał w pozłacanym pałacu, lecz pracowników traktował z pogardą. Knoxowie są porządnymi ludźmi. Ona też. Dlatego nie pozwoli, by serce rządziło rozumem.

- No dobra… - Taylor zerknęła w stronę ciemnego gabinetu Brannona. – O której pojawi się Bran?

- Powinien niedługo wrócić. – Addi spojrzała na zegar. – Możesz u niego zaczekać.

- Nie, dzięki, później wpadnę. – Taylor wstała. – Czy… - Zawahała się. – Czy między wami wszystko gra?

- Oczywiście! – zawołała Addison odrobinę za głośno. – Co za dziwne pytanie!

- Skarbie, przecież widzę, jak na niego patrzysz.

- Bo… jest sympatyczny, ale jako mężczyzna zupełnie mnie nie pociąga.

- Szkoda.

- Za to w pracy świetnie się dogadujemy.

- Jasne. – Taylor skinęła głową, ale nie sprawiała wrażenia przekonanej. – Przekaż mu, że byłam. I dokończ kawę, zanim ci wystygnie.

Addi odprowadziła Taylor wzrokiem. Podczas rozmowy rozbolał ją brzuch. Zawsze tak było, kiedy nie mówiła prawdy. Wierzyła jednak, że kiedyś ten dzień nadejdzie. Kiedyś będzie traktowała Brannona z równą obojętnością co on ją.

ROZDZIAŁ TRZECI

Na widok Taylor Bran wyłonił się z pokoju, w którym stała kopiarka. Akurat szedł do swojego gabinetu, kiedy usłyszał jej rozmowę z Addi. Cofnął się szybko, zanim zdążyły go zauważyć.

- Cześć, Bran, właśnie wracam od ciebie…

- Wiem. – Skrzyżował ręce na piersi. – Wszystko słyszałem.

Taylor speszyła się.

- Chciałam pomóc. Nie możesz mnie za to winić.

Ujął ją delikatnie za ramiona, wepchnął do pomieszczenia, z którego przed chwilą wyszedł, i zamknął drzwi.

- Musisz przestać to robić.

- Co?

- Swatać mnie z Addi. To, że dwie osoby są wizualnie atrakcyjne, nie znaczy, że się w sobie zakochają. – Uśmiechnął się kwaśno. – Sama dobrze wiesz.

- Ale ja nie dlatego! – zaprotestowała.

- A dlaczego?

- Chcę… chcę, żebyś był szczęśliwy. Martwię się o ciebie.

- Na miłość boską!

- Niewiele brakowało, żebyś mi się oświadczył.

- Popełniłbym błąd.

- No właśnie. Ale miło byłoby, gdybyś miał jakąś fajną dziewczynę. A bez względu na to, co twierdzi Addi, wiem, że jej się podobasz.

- Fajną dziewczynę? Błagam, uspokój się. Twoje wypowiedzi strasznie Addi peszą. Jak tak dalej pójdzie, ucieknie z ThomKnoxu, a ja sobie bez niej nie poradzę. Wyląduję z Cooperem.

Taylor parsknęła śmiechem, wiedząc, że Bran żartuje. Jayson Cooper był jego byłym szwagrem. Cooper i Gia, siostra Brana i Royce’a, pracowali razem, zgodnie, w dziale technicznym.

- Zasługujesz na to, żeby być szczęśliwy.

Ścisnął ją za ramię: był wzruszony, a zarazem lekko zawstydzony, że tak się o niego troszczy.

- Jestem w trakcie zaprowadzania ładu w swoim życiu. Umawianie się z Addi w niczym mi nie pomoże, prędzej zaszkodzi. Bo kiedy z sobą zerwiemy, będę czuł się jeszcze bardziej samotny. A jeśli Addi odjedzie… Chyba nie chcesz, żebym zatrudnił taką asystentkę jak Royce?

Melinda miała znakomite kwalifikacje, ale budziła powszechny strach. Taylor wzdrygnęła się.

- Broń Boże! Addi musi zostać.

- Też tak uważam. – Bran otworzył drzwi. – Co chciałaś ze mną omówić? Przejdziemy do sali konferencyjnej?

- Zgłodniałam. – Taylor poklepała się po brzuchu. – Może byśmy coś przekąsili?

- Okej. – Skręcili w stronę windy. – Tylko obiecaj, że skończysz ze swataniem. Po twoim niefortunnym komentarzu, że do siebie pasujemy, w nasze relacje wkradł… niepokój, który nie sprzyja pracy. Taylor…?

Westchnęła.

- Dobrze, obiecuję. Ale robię to wbrew sobie.

- Wiem. – Bran wcisnął przycisk windy.

Po śniadaniu z Taylor ruszył do swojego gabinetu. Nagle stanął jak wryty na widok Addi, która wyjęła z szuflady paczkę chusteczek i otarła łzy. Spostrzegłszy Brana, uśmiechnęła się wymuszenie.

- Cześć – powiedział. Miał matkę i siostrę. Ilekroć któraś płakała, czuł się bezradny. Jak teraz.

- Dzień dobry. Jak spotkanie z Frankiem?

Mógłby udać, że niczego nie zauważył, ale wtedy wyszedłby na bezdusznego drania. A jemu przecież zależało, by Addi nie zrezygnowała z pracy; jeśli więc mógł jej w jakikolwiek sposób pomóc…

- Świetnie, dziękuję. W drodze powrotnej wpadłem na Taylor…

- To dobrze, bo szukała cię. – Oczy lśniły jej od łez, nie sprawiała jednak wrażenia zdenerwowanej.

Raczej wyglądała na smutną. Coś ją gnębiło. Może ktoś złamał jej serce? Może wcale nie jest singielką? Może ma faceta, o którym nigdy nie opowiada?

Przysiadł na skraju jej biurka. Kątem oka zobaczył elegancką czarną kopertę oraz wystający z niej kremowy papier, na jakim drukuje się zaproszenia na…

- Ślub? – spytał.

Zmarszczyła czoło.

- To zaproszenie. – Skinął głową na kopertę. – Ślub nie zawsze jest radosnym wydarzeniem – dodał. Zwłaszcza jeśli bierze go nasz były partner.

- Co? A, nie. To na… zjazd rodzinny. – Wsunęła kopertę do swojego kalendarza.

Dziwne, pomyślał Bran. Oficjalne zaproszenie na zjazd rodzinny?

- Wszystko w porządku?

- Tak. – Usta jej zadrżały. – Po prostu tego typu spotkania nie należą do łatwych.

- Komu to mówisz?

Uśmiechnęła się, tym razem szczerze.

- Przepraszam, mogłem przejść do siebie i udawać, że nic nie widzę, ale…

Pomachała ręką przed oczami, jakby próbowała osuszyć łzy.

– Nie zwracaj na mnie uwagi. Nic mi nie jest, serio.

Instynktownie ujął jej dłoń. Powietrze stało się naelektryzowane.

- Jeśli chcesz wziąć wolne…

- Nie. – Policzki miała już suche, uśmiech przyklejony do twarzy.

- Gdybyś zmieniła zdanie, to wiesz, gdzie mnie szukać.

Skierował się do swojego gabinetu. Usiadłszy przy biurku, zobaczył przyczepioną do laptopa kartkę: „Taylor cię szuka. Nic pilnego”.

Zamyślił się. Zjazd rodzinny?

W komórce rozległo się ciche brzęczenie. Tammie zareagowała na jego esemesa. Pisząc do niej, nie był pewien, co woli: żeby mu odpowiedziała czy go zignorowała. Teraz nie był pewien, czy chce przeczytać jej odpowiedź.

Ciekawość zwyciężyła. Zerknął na wyświetlacz.

„Dużo wody upłynęło”.

To prawda. Próbując zaprowadzić ład w swoim życiu, ciągle pomijał pewną sprawę, o której z nikim nie rozmawiał, a mianowicie swój niezaspokojony popęd płciowy. Minęło sporo czasu, odkąd się z kimś kochał. A potem nagle w jego świadomości zaistniała Addison Adams. Starał się o niej nie myśleć; tak jak powiedział Taylor, nie wyobrażał sobie, że mógłby stracić taką asystentkę. Ale…

Ale dziś rano obudził się z erekcją i tylko jedno chodziło mu po głowie: seks. Seks z Addison.

Wszystkiemu, psiakość, winna była posucha. Wiedział, że musi coś z tym zrobić, oddzielić grubą kreską życie prywatne od zawodowego. Rzecz jasna, swoją chuć zamierzał zaspokoić, najlepiej z kimś spoza firmy. Tym kimś, uznał, może być Tammie. Po wyjściu spod prysznica wysłał jej esemesa z zaproszeniem na drinka.

 

„Zdecydowanie zbyt dużo” – wystukał.

Sekundę później nadeszła odpowiedź: „Czwartek o 19? W Vive?”.

Vive było nazwą ekskluzywnego baru o przyćmionych światłach i obitych czerwonym pluszem kanapach.

„Super. Do zobaczenia”.

Rzucił telefon na biurko. Seks z Tammie nie tylko zaspokoi jego głód erotyczny, ale zabierze go w podróż w czasie. Do przeszłości, do okresu sprzed wyścigu o fotel prezesa. Do czasów, gdy potrafił cieszyć się życiem; kiedy dużo pracował i dużo imprezował. Bo w tym roku wyłącznie pracował.

Nic dziwnego, że Addi zostawała w biurze po godzinach; sprawdzała, czy nie kipnął z przepracowania.

Zajrzał przez szybę do jej pokoju. Siedziała skupiona, stukając palcami w klawiaturę. Coś go do niej ciągnęło, ale nie zamierzał robić nic, co by mogło nadwyrężyć ich przyjaźń lub zniszczyć relacje zawodowe.

Powinna czuć się w pracy bezpieczna. Nie chciał, by się o niego martwiła, ani ona, ani Taylor. Ze swoimi problemami poradzi sobie sam, spotykając się z kobietą, która niczego poza seksem nie będzie oczekiwała.

Telefon znów zabrzęczał. Kolejny esemes od Tammie: emotka przedstawiająca czerwone usta.

Do piątku będzie po wszystkim. Przestanie myśleć o Addison.

Mogłem udawać, że nic nie widzę.

O mało nie wybuchnęła śmiechem. Udawać? Przecież był ślepy! I w dodatku łatwowierny. Po pierwsze, uwierzył jej, kiedy powiedziała o zjeździe rodzinnym, a po drugie, nie zauważył, że od roku wzdycha do niego i pożera go wzrokiem.

Ale poza tym był naprawdę kochany, gdy próbował ją pocieszyć.

- Akurat kiedy postanowiłam wziąć się w garść i przestać o nim myśleć!

Sięgnęła po telefon, by wysłać esemesa do swojej przyjaciółki. Carey była za granicą, ale Addi czuła potrzebę pogadania, nawet jeśli miałaby to być rozmowa jednostronna.

„Beczałam przy szefie. Brawo ja” – napisała, po czym odchyliła się na fotelu. Jej spojrzenie padło na czarną kopertę, która wystawała z kalendarza.

Na kopercie widniało, starannie wykaligrafowane złotym atramentem, jej imię, nazwisko oraz adres. Westchnęła.

Tak młodzi ludzie jak Joe nie powinni umierać!

Zaproszenie przyszło wczoraj, ale dopiero dziś wyjęła je ze skrzynki. Wsadziła je do torebki i ruszyła do pracy. Kiedy wreszcie sobie o nim przypomniała, przeżyła szok: w środku było zaproszenie na „celebrację życia” Joego Harta.

Joe zmarł ponad miesiąc temu; został skremowany. Podobno wszystko przed śmiercią zaplanował. Wybrał też niewielką grupę przyjaciół oraz członków rodziny, którą zaprosił na pożegnalne przyjęcie w eleganckim ośrodku nad jeziorem Tahoe. Zawczasu opłacił noclegi, zamówił jedzenie, obmyślił „atrakcje”.

Addi ostatni raz widziała się z nim podczas świąt Bożego Narodzenia. Prosił, żeby go nie odwiedzała, wolał, by zapamiętała go zdrowego.

Nie posłuchała, przyszła. Był kruchy jak ptaszek. Dzielnie przełykała łzy, bo obiecała, że nie będzie płakać. Kiedyś często się spotykali, potem ich drogi się rozeszły, ale wciąż był dla niej kimś bardzo ważnym. Strata zawsze boli, ale ból po śmieci kogoś, kogo znała tak długo jak Joego, był wręcz niewyobrażalny.

Po tej wizycie nasiliło się jej uczucie do Brannona. Chcąc uciec od tematu choroby, wspomniała Joemu, że zadurzyła się w swoim szefie, a on zawołał: „Więc na co czekasz?”.

Zamknęła oczy, wracając myślami do Brana. Tak cudownie pachniał, kiedy siedział rano na skraju jej biurka…

Nie, dość tego, skarciła się w duchu. Musi skupić się na pracy. Łatwo nie będzie, ale jakoś sobie z tym poradzi; zamknie ten rozdział swojego życia.

Zadzwoniła do hotelu, w którym Joe zaplanował swoją „celebrację”. Usłyszała, że pokój dla niej został zarezerwowany i opłacony. Sama podróż nie wymagała większych przygotowań; jezioro znajdowało się cztery godziny drogi od jej domu. Taki dystans pokona nawet swoim gratem.

Zadowolona, że nie siedzi bezczynnie, wpisała wyjazd do kalendarza. Pozostało poprosić o kilka dni wolnych oraz zorganizować zastępstwo w biurze.

Tak, długi weekend nad jeziorem Tahoe to będzie wspaniałe pożegnanie Joego Harta, a przy okazji jej pożegnanie z marzeniami o Brannonie Knoxie.