Stracone milionyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10

Rye’a umieszczono w tyle wozu, z pięcioma innymi więźniami zakutymi w kajdanki, i przewieziono na drugą stronę rzeki do nowego, bajkowego budynku sądu, ze ścianami z jasnego kamienia, wysokimi wieżyczkami na każdym rogu i ogromną wieżą pośrodku, na której łopotały flagi. Więźniów wyprowadzono z wozu, rozkuto z kajdanek i zaprowadzono ozdobnymi schodami do wyłożonej ciemnym drewnem sali sądowej, w której Rye zdał sobie sprawę z najbardziej niezwykłego faktu w swoim dotychczasowym życiu.

Miał prawnika.

Ryan J. Dolan Z Niczym, Znikąd, który nie miał własnego domu ani łóżka, niczego, co można by nazwać prywatną własnością, jakimś sposobem miał swojego prawnika. Rye zastanawiał się, czy ten fakt, w większym stopniu niż obudzenie się rankiem na boisku baseballowym, niż orły, niż włosy George’a Waszyngtona, świadczył o tym, co tak naprawdę znaczyło bycie Amerykaninem.

Prawnik Rye’a nazywał się Fred Moore i pierwsze słowa, jakie wypowiedział, wprawiły chłopaka w zakłopotanie:

– To farsa, panie Dolan, oczywiste pogwałcenie nakazu doprowadzenia zatrzymanego do sądu w celu stwierdzenia legalności aresztu.

– Aha – odparł Rye, mając nadzieję, że mężczyzna ma na myśli postępowanie sądowe przeciwko niemu.

Strategia Robotników Przemysłowych Świata polegała na wnoszeniu o osobne procesy dla każdego, żeby zablokować sądy: i odrzucaniu pomocy adwokatów, ponieważ reprezentowanie w sądzie mogło uwiarygodnić to, co postrzegali jako sprzeczne z konstytucją – prawo zabraniające wolności słowa. Ale potem władze miasta zaczęły oskarżać protestujących o zakłócanie porządku publicznego, a nie o występowanie o prawo do zgromadzeń publicznych i wolności słowa, co stanowiło cel zamieszek, wobec tego Fred Moore zgłosił się, że będzie za darmo reprezentował związek. Zdawał się być zaledwie o kilka lat starszy od Rye’a i nic w nim, poza jego okularami i tweedowym ubraniem, w niczym nie przypominało wyobrażenia chłopca o tym, jak powinien wyglądać prawnik, sprawiał raczej wrażenie zwykłego młodego chłopaka, który pożyczył garnitur od ojca.

Ale na sali sądowej był mistrzem, po raz kolejny występując w sprawie aresztowania bez nakazu sądowego – tym razem rzeczywistego nakazu – pomstując na władze miasta za przetrzymywanie w areszcie przez ponad tydzień „tego jeszcze dziecka”, za to, że „nie umieszczono go choćby w zakładzie poprawczym dla młodzieży, a bito i torturowano w karcerze pełnym dorosłych mężczyzn!”.

Sędzia Mann był na tyle trzeźwy, żeby zapytać prokuratora Pugha: „Co z tym?”, a Pugh, łysy zażywny mężczyzna, który rzeczywiście wyglądał na typowego prawnika, powiedział, że Rye „podał fałszywe informacje w trakcie aresztowania i powinien za to też zostać ukarany. Aresztowanie chłopaka było zaplanowanym podstępem, który miał zawstydzić władze miasta i doprowadzić do dalszego sparaliżowania systemu sądownictwa. I pytam Wysoki Sąd, co złego jest w tymczasowym uwięzieniu nikczemnego i gnuśnego nieroba, który zapewne dzięki temu znalazł się w lepszych warunkach niż miał w swoim krnąbrnym i niemoralnym życiu na wolności”.

Rye milczał przez cały czas, mając nadzieję, że jego prawnik dorówna Pughowi w wyrzucaniu z siebie trudnych do wymówienia słów. A potem, jakby ktoś jeszcze raz pociągnął za spust, prokurator spojrzał prosto na Rye’a i powiedział:

– Ostatecznie, ponieważ pan Dolan wiódł dorosłe życie włóczęgi, który jest na bakier z prawem i świadomie łamie przepisy dorosłych, wnosimy o to, żeby sąd osądził go i potraktował jak dorosłego.

Prokurator usiadł, a sędzia zapytał:

– Panie Moore? – A Rye odwrócił się do swojego prawnika, który przez chwilę wpatrywał się w podłogę, i chłopak zmartwił się, że jego obrońca nie potrafił znaleźć odpowiedzi.

Następnie pan Moore odparł krótko:

– Sześćdziesiąt jeden. – Po czym wziął głęboki oddech. – Pan Dolan został zarejestrowany na liście aresztowanych jako sześciedzięciojednoletni mężczyzna, Wysoki Sądzie. Czy Wysoki Sąd uwierzy w to, że podstępny szesnastolatek, patrząc prosto w oczy strażnikom, uznał ich za zbyt głupich, żeby zauważyli różnicę między szesnastolatkiem a sześciesięciojednolatkiem? I chociaż jesteśmy skłonni uwierzyć w głupotę strażników pilnujących pana Dolana, to koncepcja, że pan Dolan usiłował podszyć się pod starego człowieka, żeby zawstydzić władze miasta, jest w oczywisty sposób niedorzeczna, Wysoki Sądzie.

Wywołało to szmer stłumionych śmiechów, a potem pan Moore zyskał przewagę i dorównał ilością trudnych słów panu Pughowi, pomstując na „pogwałcenie dobrych obyczajów i prawa”, mówiąc, że miasto, „sięgając po uwstecznione środki zaradcze, popełni rażący błąd, obwiniając to wykorzystywane dziecko biednego nędzarza, który urodził się pod najnieszczęśliwszą z gwiazd, sierotę bez dachu nad głową, bez rodziców, bez żadnego wsparcia na tym okrutnym świecie, o własne nadużycia”.

Kiedy jego prawnik przemawiał, Rye czuł dziwną mieszaninę emocji – dumę, że ktoś tak elokwentny występuje w jego imieniu, ale również zakłopotanie, bolesną świadomość, że był tym bezdomnym, porzuconym dzieckiem, które opisywał pan Moore, i wstyd spowodowany tym, jak musieli wyglądać i cuchnąć, on i pozostali, te poobdzierane, żałosne dusze zakute w kajdanki, czekające za jego plecami na swoje procesy. Powiódł wzrokiem po sali sądowej i po mężczyznach ubranych w eleganckie garnitury. I przyszedł mu na myśl Gig, siedzący teraz w więzieniu, który w każdym calu dorównywał temu prawnikowi pod względem intelektu, ale urodził się, jak powiedział pan Moore, pod najnieszczęśliwszą z gwiazd, bez żadnych szans na eleganckie garnitury i wyszukaną, prawniczą łacinę.

Kiedy Fred Moore skończył swoją przemowę, Rye ciężko osunął się na krzesło. Mylnie biorąc zawstydzenie Rye’a za niepokój, pan Moore poklepał go po ramieniu i powiedział:

– Wszystko będzie dobrze, Ryan.

Sędzia Mann westchnął, po czym przekartkował jakieś dokumenty. W końcu spojrzał z góry na prokuratora.

– I co pan na to, żeby wypuścić tę rybkę?

Wtedy pan Pugh uśmiechnął się, jakby nawet on sam nie wierzył w swoje argumenty, odwrócił się i mrugnął okiem do Rye’a, i kiedy sędzia uderzeniem młotka udzielił mu głosu, powiedział:

– Oskarżenia oddalone. Panie Dolan, jest pan wolny, ale lepiej, żebym nie zobaczył pana ponownie na tej sali, ponieważ następnym razem nie będę już taki wspaniałomyślny.

Te słowa dotknęły Rye’a do żywego – gnuśny nierób i biedny nędzarz, którego bito i więziono przez osiem dni, a potem go stamtąd wyrzucono? Wszystko po to, żeby związek mógł udowodnić swoją rację, a sędzia pożartować sobie na temat tego, kto tutaj wygrał – niczym w jakiejś grze?

Rye’a przeniesiono na ławkę rezerwowych, skąd przyglądał się, jak na „boisko” wychodzi pięciu kolegów z jego drużyny. Żal mu było pana Moore’a, który w kolejnych procesach nie miał szesnastoletniego porzuconego dziecka ani głupich strażników i usiłował dowieść bezprawia wobec związkowców organizujących zgromadzenia na ulicach, sędzia Mann mówił, że nie potrafi rozstrzygać takich spraw – „to tylko sprzeczne z prawem zachowania anarchistycznych łajdaków” – i, pomimo wszystkich płomiennych „tym samym” i „na mocy samego faktu” pana Moore’a, jednego po drugim odhaczano, uznawano za winnego zakłócania porządku publicznego i skazywano na trzydzieści dni aresztu w szkole Franklina.

Do sali weszło dwóch strażników, żeby zakuć w kajdanki pięciu skazanych, a tymczasem przeciwna drużyna, w marynarkach i muchach, zebrała się na ławce, i Rye znowu poczuł obrzydliwy smak tej gry.

– Trzymajcie szereg – powiedział, kiedy wyprowadzano kolegów z jego drużyny.

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – odparł jeden z nich.

Jules, 1909

Trzy lata przed śmiercią moja matka wysłała mnie na służbę do francuskiego przewoźnika i powiedziała, że muszę przestać mówić. Mogłem mówić po angielsku albo po francusku, ponieważ tego nie uznawała za mówienie. Miała na myśli to, żebym zapomniał o swoim języku. Powiedziała, że ten język przestał już należeć do współczesnego świata i może przynieść mi jedynie cierpienie. Straciłem równocześnie matkę i ojczysty język.

Dała mi również kolejne ostrzeżenie. Nie wtrącaj się.

„Do czego?”, zapytałem.

Do wszystkiego. Posłuchaj. Trzymaj się z boku. Panuj nad sobą. Idź w inną stronę.

A potem ostrzegła mnie przed moim śmiechem. Miałem rubaszny śmiech młokosa, taki sam jak ojciec, i powiedziała, że jeśli roześmieję się w twarz niewłaściwym ludziom, to mnie ten śmiech zabije, tak samo jak zabił mojego ojca, że to tak samo jakbym wyciągnął nóż.

Ale on wyciągnął nóż, odparłem.

Ale dopiero po tym, jak rozwścieczył jakiegoś mężczyznę, śmiejąc się z niego, powiedziała. Dlatego jeśli już musisz się śmiać, to rób to z zamkniętymi ustami. Przez nos.

Kiedy poszedłem na służbę do przewoźnika, próbowałem siedzieć cicho. Słuchałem i trzymałem się z boku. Matka zmarła, a ja mówiłem po francusku i po angielsku, a nie w języku Saliszów albo Sahaptin, chociaż wciąż czasem szeptałem sobie niektóre słowa pod nosem.

Jednak nie byłem w stanie dłużej śmiać się przez nos ani „widzieć” jedynie na podstawie dźwięków.

Miała rację, ściągnęło to na mnie kłopoty, ten mój śmiech tamtego ranka na rzece, z braćmi Dolan i Earlym Restonem, tym człowiekiem, który pobił policjanta. Śmiałem się razem z tymi chłopakami i kilkoma starymi wygami, z którymi pracowałem na ranchu, i poszedłem razem z nimi wszystkimi do hali związkowej, chociaż znałem prawdę, śmialiśmy się, jedliśmy, słuchaliśmy przemów, śpiewałem i zaśmiewałem się z chłopakami ze związku przez dwa dni tak, że aż tym śpiewaniem i śmiechem sam siebie wpakowałem prosto do miejskiego więzienia.

 

Po zamieszkach wtrącono mnie do zatłoczonej celi razem z siedmioma innymi współwięźniami, cierpieliśmy głód i chłód, ale wciąż się śmialiśmy i śpiewaliśmy. Potem, czwartej nocy w więzieniu, jakiś policjant wyciągnął tylko mnie z celi i zaprowadził na opustoszały dziedziniec. Niebo ziało pustką, szare i bezgwiezdne. Policjant kazał mi czekać. Kiedy byłem chłopcem, Plante kazał mi czekać, aż złość mu się uleży, dlatego znienawidziłem czekanie, przestępowanie z nogi na nogę, zastanawianie się, kiedy spadnie cios. Zawsze trudniej było mi znieść to czekanie niż bicie. Śmierć może przyjść zewsząd, ale tylko pająki i ludzie każą czekać, aż ją zadadzą.

W końcu pojawił się ten policjant, Clegg. Pierwszego ranka w więzieniu przyszedł zapytać braci Dolan i mnie, co wydarzyło się tamtego dnia na rzece.

Teraz jestem tutaj, żeby porozmawiać tylko z tobą, Wodzu, powiedział Clegg. Nie masz żadnego powodu, żeby chronić tych chłopaków z Montany. Ani człowieka, który tamtego dnia zaatakował mojego sierżanta. Wobec tego może po prostu podasz mi nazwisko tego mężczyzny, a ja dopilnuję, żebyś został zwolniony.

Milczałem.

To nie jest twoja wojna.

Nie wtrącaj się. Nie odzywaj. Panuj nad sobą. Spuść wzrok, trzymaj się z boku. Ale żeby się nie śmiać? Skoro ten świat jest etrange et ridicule?

Wyszeptał:

„No dalej, Wodzu. Podaj mi to nazwisko. Kim on był?”

Żałowałem, że nie jestem w stanie wymyślić czegoś śmiesznego, tak jak starszy z braci Dolanów, który mówił jak John Rockefeller, ale ten policjant i tak by się nie dał na to nabrać. A jednak sama myśl o tym sprawiła, że się roześmiałem.

Przynajmniej nie musiałem dłużej czekać. Clegg uderzył mnie swoją policyjną pałką w brzuch, a potem w klatkę piersiową. Przy trzecim ciosie poczułem, że coś we mnie pękło, żebro. Osunąłem się na ziemię. Na dziedzińcu nie było już czym oddychać.

Strażnik więzienny zaciągnął mnie z powrotem do celi i rzucił na ziemię jak pusty worek. Przespałem całą noc na kamiennej podłodze.

We śnie zdało mi się, że przyszła do mnie matka, zawołała mnie po imieniu i była na mnie zła: Co ja ci mówiłam? Pewnego razu, kiedy byłem małym chłopcem, spotkaliśmy razem z matką francusko-kanadyjskiego handlarza skórami odganiającego wrony krążące nad martwym szopem praczem. Widzisz? spytała we śnie moja matka. Ale ja jej nie zobaczyłem. A przywoływanie jej obrazu we wspomnieniach nie było tym samym, co widzenie jej we śnie. Może starym ludziom nie śnią się już matki.

Obudziłem się, oddychając chrapliwie w ciemnej celi. Było nas ośmiu i spaliśmy na zmianę po dwóch, na dwóch twardych pryczach. Nocowałem kiedyś w kamiennym blokhauzie dla bezdomnych, ale nie był aż tak przepełniony. W naszych bebechach nie było nic poza czerstwym chlebem i zimną wodą. Wiedząc, jak oberwałem, i słysząc rzężenie, jakie wydobywało się z moich żeber, zacząłem się martwić, że w końcu wyląduję w grobie. Zmienialiśmy się miejscami na pryczach. Jeden ze współwięźniów powiedział: „Dlaczego ten stary Indianin też ma mieć swoją kolejkę?”, ale pozostali go zignorowali, a ja rzuciłem się na tę pryczę jak na czarującą żonę. Poza tym jednym wszyscy w celi byli porządnymi ludźmi. Niezły wynik, jeden idiota na osiem osób. Kiedyś miałem kuzyna, który powiedział mi, że dobroć mieszka w słowach, a kiedy przysłuchałem się, co mówi ten mężczyzna, który zakwestionował moje prawo do pryczy, zauważyłem, że odzywał się tylko wtedy, gdy pochłaniał jedzenie i robił merde. Miał szczęście, że nie byłem w dobrej kondycji, bo inaczej sam położyłbym go na łopatki na tej kamiennej podłodze.

Po tym, jak mnie pobito, widziałem Rye’a raz, przy tej stercie kamieni, ale byłem zbyt wykończony, żeby rozmawiać. „Przepraszam”, powiedział, ale jakże mógłbym go obwiniać za swój własny śmiech. To był dobry dzieciak i miałem nadzieję, że nie wybiją mu całkowicie z głowy tego dobra. Pewnej nocy usłyszałem, że przenieśli go i kilku innych z tej izolatki do budynku dawnej szkoły, i ucieszyłem się.

W mojej celi siedział fiński tracz, mężczyzna o imieniu Halla, i pewnego wieczoru musiałem chyba szeptać coś pod nosem po francusku, ponieważ potem żartował sobie w tym języku za każdym razem, gdy przynosili nam kawałki chleba i brudną wodę. Merci, garçon!, szczebiotał, a potem wysuwał dolną wargę do przodu, robiąc zatroskaną minę, i machał chusteczką do nosa niczym eleganckim obrusem. Bon appétit! Ten Halla wąchał czerstwy chleb, jakby to był najlepszego gatunku ser, i mówił do strażnika: Mais mon vin, garçon? Deux Côtes du Rhone? Śmiałem się z tego za każdym razem, a Halla puszczał do mnie oko. Kiedyś się przyłączyłem i powiedziałem do strażnika: Deux steaks du boef s’il vous plaît, a Halla poklepał mnie po plecach i powiedział, że jestem dobry, chociaż mój francuski był chien de champagne. Francuski wiejskiego burka. Roześmiałem się i z tego. Śmiałem się i kaszlałem, nie mogłem przestać. Na rękach miałem krew.

Halla powiedział: „Musimy ci wezwać lekarza, Jules”.

Ale strażnik stwierdził, że izba chorych jest przepełniona.

Nocą rozmawialiśmy o jedzeniu i kobietach, jak mężczyźni, którzy nie doświadczyli ani jednego, ani drugiego. Halla opowiedział mi, że jego matka zawsze wieczorem smażyła śledzia na kolację. Zapytałem: „Przejadły ci się te śledzie?”. Odparł: „Nigdy”. Zapytałem: „Czy w Bałtyku nadal są śledzie?”. Spojrzał na mnie jak na obłąkanego. „Oczywiście”, odpowiedział.

Powiedziałem mu, że kiedyś w naszej rzece było w bród łososi i pstrągów tęczowych, a przy wodospadach ryby wyskakiwały ponad wodę niczym muszki unoszące się nad stawem, można było zarzucić sieć i złapać dejeneur pour deux. Mój wujek tak utył od ryb i cieniolubnych jagód, że zamienił się niemal w niedźwiedzia. Futro wyrosło na całym jego ciele, a jego głos przypominał pomruk.

Ale teraz wszystkie nasze ryby zniknęły, powiedziałem. Zapory wodne ich nie wpuszczają. Teraz w naszej rzece pływa gówno, śmieci i brudy z kopalni. Na lądzie rozpędzili całą zwierzynę hukiem młotów i zgrzytem pił, wytrzebili jagody na zboczach wzgórz, żeby zbudować więcej domów – unicestwili świat i nazwali to postępem.

Halla poklepał mnie po ramieniu. Odpocznij teraz, Jules. Ale ja śniłem, gorączkowałem i bałem się, że przepływam na drugą stronę.

Byłem zbyt chory, żeby pracować przy stercie kamieni, ale Clegg powiedział strażnikom, że go oszukuję, zabrali mnie na tę hałdę i dali kilof. Zawsze lubiłem pracować, ale sterczenie na deszczu ze śniegiem i przyglądanie się, jak zakuci w kajdany ludzie nie trafiali w kamienie, było istną torturą. Upadłem dwukrotnie, a za drugim razem nie byłem w stanie się podnieść. Halla i jeszcze jeden zanieśli mnie z powrotem do naszej celi. Ne t’an fais pas, Jules, powiedział Halla.

Je ne suis pas inquiet, odparłem. Nie martwiłem się niczym. Chciałem powiedzieć Halli o tym chłopaku, który ukradł mi prom, ale to wymagało tylu słów i nie miałem pewności, co by to mogło tym razem znaczyć. Ludzie oczekują, że opowieść będzie zawsze znaczyła to samo, ale ja odkryłem, że opowieści zmieniają się podobnie jak ludzie.

Ani nie spałem, ani nie byłem obudzony. Leżałem na podłodze i przegapiłem swoją kolejkę. Gdy usiadłem na jednej z pryczy, zobaczyłem, że Halla odstąpił mi swoją kolejkę. Rankiem miałem uczucie, jakby moje nogi odeszły gdzieś daleko. Twarz mnie paliła. Nawet za kaszlem nie krył się żaden oddech.

Zapalenie płuc, powiedział strażnik.

Kolejny mnie osłuchał. Febra, stwierdził.

Sen. W snach widziałem słońce i nie chciałem stamtąd wracać. Szukałem matki, żeby przyłożyła twarz do mojego rozgorączkowanego policzka, żeby zawołała do mnie po imieniu, żeby mnie zbeształa, cokolwiek, ale uporczywie nie przychodziła.

Halla powiedział mi, że we śnie mówiłem w języku, którego nie rozumiał. Usiłował powtórzyć to, co mówiłem, ale powiedziałem mu, że brzmi to niczym rżenie konia. Powiedziałem: „Podejdź bliżej”. Halla nachylił się tak, że jego ucho znajdowało się na wysokości moich ust: „Zamawiałem dla nas dwa steki”.

Halla roześmiał się i poklepał mnie po piersiach. Très bien, Jules. Po jakimś czasie zapytał: „Miałeś rodzinę, Jules?”.

Miałem żonę, odpowiedziałem.

Powinienem był na tym skończyć. Ale nie mogłem.

Siostra mojej żony miała córkę. Moją siostrzenicę.

Nie powinienem był podawać jej imienia. Ale bałem się o siebie, więc zdradziłem Halli nazwisko siostrzenicy i jej męża, i że mieszkali w Spokane.

Już dobrze, powiedział raz jeszcze. A teraz śpij, Jules.

Gorąco. Łapanie oddechu. Zsuwanie się w dół drabiny. Zanurzanie się w snach, bale słomy, grządki w ogrodzie, gąszcz jeżyn, pies z białymi ślepiami i wciąż nie było matki, tylko stara ciotka, która mnie nie poznawała. We śnie nie mogłem sobie przypomnieć tego języka na tyle, żeby o nią zapytać. Nie potrafiłem nawet nazwać tego wszystkiego, co straciłem.

Ludzie rozmawiali nad moją głową.

Trzymali dłonie na moich barkach i nogach.

Twarz Halli. Wychodzisz stąd, Jules.

Deux vin, odparłem.

Żegnaj, Jules, powiedział.

Do zobaczenia, odparłem, ale w jakim języku?

Repose-toi, maintenent, powiedział Halla. Mon ami.

Noc. Niebo było bezchmurne. Rześkie, czyste powietrze. Łykałem je niczym wodę. Czy właśnie tak smakowała wolność? Niesiono mnie na noszach, lód chrzęścił pod stopami ludzi, którzy nieśli moje ciało.

Umieścili mnie w tylnej części furmanki i znowu odpłynąłem. Zimne powietrze. Płaczące konie, skradzione, ze stukotem ciągnące wóz. Koleiny. Koce. Furmanka. Gorąco.

Potem znaleźliśmy się przed jej domem. Dom wyszedł, z tymi swoimi szerokimi plecami i łagodnymi oczami. Porozmawiał ze strażnikami. Stłumione słowa. Tak, powiedział, Jules Plante to wujek mojej żony. Oczywiście.

Nosze unosiły się razem ze mną nad schodami. Zostałem wniesiony do ciepła domu Gemmy. A potem jej twarz wypełniła cały świat nade mną.

Cześć, wujku.

Gemma, ja... Oddech się urwał.

Już dobrze. Nic nie mów, wujku, już dobrze.

To samo powiedziałaby moja matka, nic nie mów, Jules.

Żar z kominka. Och, Gemmo. Śliczna dziewczyno. Skarby i perełki.

A teraz śpij, wujku. Jesteś w domu.

Mąż Gemmy wyszedł z pokoju, a ona nachyliła się nade mną i wyszeptała mi coś do ucha.

A reszta życia pozostała w sferze snów.

CZĘŚĆ 2

Zakochałam się w tym kraju – w rzekach, preriach, lasach, górach, miastach i ludziach... Byłby to istny raj na ziemi, gdyby należał do wszystkich ludzi, a nie do wąskiej klasy właścicieli ziemskich.

– Elizabeth Gurley Flynn

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?