Stracone milionyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8

W dniu, w którym wyjechał z Whitehall, Rye po raz pierwszy podciągnął się na rękach do ciemnego wagonu pociągu, a kiedy jego wzrok przywykł do ciemności, dostrzegł w kącie starego mężczyznę. Siedział, chudy i siwy, na starej torbie podróżnej. Lewa dłoń mężczyzny była pozbawiona palców, a w miejscu oka znajdował się pusty oczodół. Stary człowiek zapytał Rye’a, dokąd jedzie, a Rye odparł: „Na Zachód, w poszukiwaniu brata”.

„Lepiej wysiądź przed Spokane”, przestrzegł mężczyzna. Aresztowano go w Spokane i powiedział, że tamtejsi policjanci bezwzględnie traktowali włóczęgów. Został powalony na ziemię, obrabowany i wtrącony na tydzień do celi bez okien, po czym, bez przesłuchania w sądzie, pewnego poranka jakiś policjant zawlókł go po prostu na obrzeża miasta, wyrzucił na tory kolejowe i powiedział, że jeśli jeszcze raz pokaże się w mieście, skończy w rzece. „Właśnie tam to straciłem”. Wskazał palcem na okaleczoną, spłaszczoną powiekę. „Wysiądź przed Spokane”, powtórzył. „Tory biegną dalej, ale na zachód nie ma nic prócz trupów”.

Rye przypomniał sobie to ostrzeżenie starego człowieka, kiedy zakuto go w kajdanki i prowadzono w kucki do więzienia w Spokane. Przesuwało się ich sześciu więźniów w jednym szeregu, a inni zakuci w kajdanki siedzieli na ulicy, czekając na swoją kolej, albo już byli zamknięci. Pomimo że miał obolałe plecy i ręce, i spuchnięte i posiniaczone palce prawej dłoni, którą obronił się przed ciosem, Rye’owi i tak się poszczęściło. Włoski śpiewak oberwał najgorzej, miał zmaltretowane usta i nos, przez które wydmuchiwał mgiełki krwi.

– To było świetne – powiedział mu Rye, przypominając sobie panią Ricci pewnego dnia podczas nabożeństwa i jej bel canto.

– Dziękuję – wycharczał Włoch.

Gig szedł na początku szeregu i wciąż usiłował obejrzeć się za siebie i zobaczyć Rye’a, ale idący na przedzie policjant stuknął go w ramię. „Patrzeć przed siebie!” Zamieszki za ich plecami zostały już częściowo stłumione, ale kilkoro ludzi wciąż gwizdało na więźniów, których prowadzono Stevens Street.

Minęli bogato zdobiony, liczący pięć pięter ratusz miejski i dostrzegli twarze, które przypatrywały im się uważnie z wysokich, wygiętych w łuki okien. Więzienie znajdowało się tuż za rogiem, nad rzeką, budynek z kamienia z okratowanymi oknami na pierwszym i drugim piętrze. Przy sąsiednim budynku stało trzech strażaków, paląc papierosy i opierając się o nowy wóz, i przyglądało się, jak zakuci w kajdanki więźniowie przechodzą obok kaczym krokiem.

W więzieniu zaprowadzono ich do niedużej rejestracji i jakiś udręczony strażnik więzienny wyszedł zza lady, żeby im się przyjrzeć.

– Cholerni wobbliesi – powiedział z irlandzkim akcentem, przy którym akcent Sullivana brzmiał niczym iście królewska angielszczyzna. Potem przeszedł wzdłuż szeregu.

– Jednogłośnie? – zapytał. A potem: – Przewaga? – Kiedy skończył, uśmiechnął się, pokazując wyszczerbione zęby. – No i patrzcie, co żeście teraz, czarnuchy, zrobili, sami żeście się upierdolili.

Rye spotkał spojrzenie Giga. Na policzku brata wykwitł ciemnofioletowy siniak. Gig potrząsnął głową i zmarszczył brwi. Rye odwrócił wzrok.

Do poczekalni przyszło trzech strażników więziennych, a wśród nich mężczyzna w okularach z okrągłymi szkłami, który najwyraźniej nimi dowodził. Jeden rozkuł więźniom kajdanki i przeszukał ich, czy nie mają broni. Ułożył stos z ich rzeczy i przedmiotów osobistego użytku – płaszczy, pieniędzy, dokumentów, scyzoryków, papierosów i innych bezwartościowych drobiazgów, które mieli przy sobie. Irlandczyk przekopał łupy, znalazł kilka monet, i potrząsnął z rozczarowaniem głową nad resztą:

– Pieprzone śmieci, co?

Główny strażnik spojrzał na listę nazwisk i wiek więźniów, po czym zapytał, spoglądając znad oprawek swoich okularów:

– Który to Gregory Dolan?

Gig niepewne podniósł rękę do góry.

– Ten tutaj należy do komitetu strajkowego – powiedział główny strażnik. – Blok C.

– Proszę zaczekać – powiedział Rye. – Mogę pójść razem z bratem?

Wywołało to śmiech irlandzkiego strażnika, który zdzielił Giga pałką w plecy i popchnął go przez otwarte drzwi.

Kiedy drzwi zamknęły się za bratem, Rye po raz pierwszy naprawdę się wystraszył: Co ja najlepszego zrobiłem?

Główny strażnik podniósł wzrok.

– Panowie. Ponieważ wasi kumple, wobbliesi, zajęli najlepsze pokoje, wy nocujecie dzisiaj w gumnie.

Zostali zaprowadzeni tylnymi, drewnianymi schodami do piwnicy, gdzie znajdowała się tylko jedna cela, jakaś pozostałość z czasów pionierów Dzikiego Zachodu. Z sufitu zwisała żarówka, a obok sterczała rura z otwartym zaworem, przez który para z góry bluzgała na jakichś piętnastu mężczyzn już stłoczonych w celi o wymiarach niecałe dwa i pół na dwa metry.

– Proszę! Jestem chory! – krzyczał ktoś ze środka, a potem inni też zaczęli krzyczeć, domagając się wody, wypuszczenia do toalety, dopóki ten irlandzki strażnik nie przejechał policyjną pałką w poprzek krat, bijąc ich po wystających palcach.

– Zamknijcie te cholerne jadaczki!

Rye nie mógł uwierzyć, kiedy strażnik w okularach włożył klucz do zamka w drzwiach celi i je otworzył. Miał zamiar wcisnąć ich... tam? Gdzie? Drugi strażnik dźgał stojących w ciasnym rzędzie włóczęgów swoją pałką i wskazał gestem na Rye’a i pozostałych, żeby weszli do środka.

– Chcieliście, wobbliesi, przepełnić więzienia... Proszę bardzo.

Rye został wepchnięty do środka i wciśnięty pomiędzy dwóch mężczyzn, których odór wyciskał z oczu łzy. Nie było słychać żadnych dźwięków poza oddychaniem i pojękiwaniem, a minuty zdawały się rozciągać w godziny. W pewnym momencie wepchnięto do celi trzech kolejnych mężczyzn, a potem dwóch następnych. „Dwudziestu sześciu”, powiedział z dumą strażnik, a wewnątrz wszystkich trawiła gorączka, żarówka się spaliła i w pozbawionej okien piwnicy zapanowały ciemności, jakaś rura przez całą noc z sykiem wypuszczała parę, czuło się smród wymiocin i moczu, czas odmierzany bólem, fetorem i tym, że chciało się pić, kolana, łokcie, pięści i wszechogarniającą panikę – potem ktoś stracił panowanie nad sobą, a ktoś inny go uspokajał, walka przynosiła cierpienie im wszystkim. Potem drzwi do piwnicy znowu się otworzyły i wlała się przez nie wiązka światła z klatki schodowej, więźniowie krzyczeli, że chcą się wysikać, że są chorzy, ale rozległ się tylko stukot kroków dwóch policjantów i dwóch strażników schodzących po schodach, pijanych, wybuchających śmiechem. „Idziemy na rekord!”, powiedział jeden z nich i jakimś sposobem wepchnięto do celi jeszcze dwóch wobbliesów, a policjanci i strażnicy napierali całym swoim ciężarem na drzwi, żeby zamknąć za nimi ten tłum ludzi. Rye został wgnieciony między cuchnące ciała i metalowy pręt, dookoła słychać było lamentowanie, pojękiwania i łapczywe połykanie powietrza, jakby wszyscy topili się w gnijących ciałach, jakiś mężczyzna tuż obok Rye’a umarł, zwisając między innymi, nie mając jak osunąć się na ziemię. „Trzymać szereg!”, krzyknął ktoś z ich rzędu, a strażnik odkrzyknął: „Pierdol się”.

Rye w pewnej chwili w nocy wyrwał się ze snu, z twarzą przyciśniętą do prętów krat, zadziwiony tym, że mógł zasnąć na stojąco, ale nie miał pojęcia, czy spał minutę czy też godzinę. W końcu drzwi na klatkę schodową otworzyły się i wpadł przez nie snop światła po zmianie warty nowy strażnik pojawił się u boku tego w okularach. Spojrzał na celę i z obrzydzeniem zasłonił usta.

– Jezu, Carl. – Potem odwrócił się i zapytał po cichu innego strażnika: – Kto się na to zgodził? – W końcu otworzono drzwi i więźniowie wysypali się przez nie na zewnątrz. Płakali ze szczęścia, przeciskając się przez drzwi celi. Rye obejrzał się za siebie i zobaczył sześciu mężczyzn, którzy zostali w środku – tak słabi, że osunęli się na podłogę, a jednym z nich był włoski śpiewak.

Więźniowie pomaszerowali na górę i wyszli na dziedziniec. Wkrótce dołączyli do nich wobbliesi z innych bloków więziennych i wszyscy razem ustawili się w szeregach wzdłuż czterech boków dziedzińca. Nikt nie wyglądał dobrze – podbite oczy, przecięte usta, podarte ubrania, ale grupa Rye’a wyglądała najgorzej – każdy ubrudzony moczem, potem i krwią – i pozostali patrzyli na nich ze współczuciem. Rye dostrzegł Julesa w rzędzie po swojej prawej stronie, kaszlał i oddychał ciężko, wpatrując się w ziemię, a Gig stał po drugiej stronie placu, pytając bezgłośnie:

– Wszystko w porządku? – I Rye kiwnął głową, kłamiąc:

– Tak. – Giga zamknięto razem z Walshem i Małym oraz pozostałymi przywódcami związku, oddzielając ich po to, żeby nie podburzali i nie agitowali innych. Jakiś mężczyzna stojący obok Rye’a powiedział, że w więzieniu jest ponad setka osadzonych, chociaż zostało zbudowane na czterdziestu więźniów. Trzech strażników więziennych i sześciu najemnych strażników ze strzelbami trzymało straż po bokach dziedzińca.

Dano im gryzące, szare, więzienne ubrania i przebierali się szybko na zimnie, ich własne ubrania piętrzyły się na stosie przed nimi, a strażnik grzebał w nich policyjną pałką. Potem następny przyniósł każdemu po herbatniku i kubku wody. Podskakiwali z zimna w miejscu, czekając na swoją kolej, jedli i pili niczym zwierzęta. W porównaniu z upałem, jaki panował w tej klitce, na dziedzińcu było lodowato i pomimo że Rye zrzucił z siebie zawilgocone ubranie i miał na sobie więzienny kombinezon, nie mógł przestać się trząść. Niektórzy upadali, a wszyscy dookoła pomagali im wstać.

Stali na ubitej ziemi, na dziedzińcu, już od godziny, kiedy wyszedł do nich Hub Clegg z jeszcze jednym policjantem – miał twarz fioletową od siniaków i Rye dopiero po chwili rozpoznał w nim Siwego Włosa, tego umięśnionego policjanta dowodzącego atakiem na ich obozowisko, tego który zwijał się z bólu, gdy Early Reston powalił go na ziemię.

 

Rye i Gig wymienili spojrzenia.

Sierżant Clegg położył rękę na ramieniu Siwego Włosa i zapytał go uprzejmie:

– Gotów, Edgar? – Siwy Włos kiwnął głową, po czym ruszyli z Cleggiem wzdłuż szeregów, przyglądając się każdej pokrytej brudem, zakrwawionej twarzy.

Rye nie mógł się powstrzymać i podniósł wzrok, kiedy Siwy Włos przechodził obok, ciemnomalinowy kolor, jaki Early Reston pozostawił na twarzy rosłego policjanta, napawał go swego rodzaju dumą.

– Nie widzę tutaj tego, który mnie uderzył – powiedział Siwy Włos, kiedy przyjrzał się wszystkim twarzom. – Był chudy i starszy.

– A pozostali? – zapytał Clegg.

Barczysty policjant wskazał palcem na Julesa.

– Ten stary Indianin tam był, ale nie zrobił nic poza tym, że się śmiał. Był tam jeszcze taki dzieciak, któremu nie zdążyłem się przyjrzeć. – Wtedy wskazał palcem na Giga. – Ale to jest ten, któremu jadaczka się nie zamykała, zanim ten drugi się na mnie rzucił.

Clegg podszedł do Giga.

– To prawda? Jesteś tym krzykaczem? – Potem Clegg odwrócił się do Siwego Włosa. – Teraz jakoś zapomniał języka w gębie. – Sporzał znowu do Giga. – Jak ci na imię, synku?

– Gregory Dolan.

– Skąd pochodzisz, Gregory Dolanie?

– Z Montany – odparł Gig. – Żyję tutaj od kilku lat.

– Nie, nie żyjesz tutaj, chyba że jak karaluch. – Clegg miał grube usta i wybałuszone oczy, jego twarz wyglądała jak rozpłaszczona na szybie. – Powiedz mi, Gregory Dolanie, w jakiej mieścinie w stanie Montana mieli powód, żeby cię stamtąd wypędzić?

– W Whitehall.

– Twoja matka dziwka obciągała kutasy tym irlandzkim kopalnianym szczurom? Czy też to byli kulisi?

Gig patrzył przed siebie.

– Nie wyglądasz na Chińczyka, więc stawiam na irlandzką kurwę. A twój tatuś? Obojętnie kim był ten facet, w każdy sobotni wieczór zadzierał jej spódnicę do góry?

Gig nie odpowiedział i Clegg podszedł jeszcze bliżej, tak że mógłby odgryźć mu kawałek twarzy, gdyby tylko chciał.

– Powiedz mi, jak nazywał się ten człowiek, który zaatakował mojego sierżanta, Gregory Dolanie z Kutasowa w stanie Montana.

– To wasz człowiek nas zaatakował – odpowiedział Gig.

– Nie o to pytałem – powiedział Clegg. – Kto jeszcze był wczoraj nad rzeką?

– Nie wiem – odparł Gig, a Cleggowi nie spodobała się ta odpowiedź i dźgnął go pałką w brzuch.

– Jeszcze raz – powiedział Clegg. – Powiedz mi, kto tam był?

– Ja tam byłem – powiedział Rye, sam zaskoczony, że słyszy własny głos.

Clegg odwrócił się.

– Kto to powiedział?

– Ja. – Mężczyźni stojący obok Rye’a nieco się cofnęli, a on mówił w pośpiechu, żeby to wszystko z siebie wyrzucić: – Spaliśmy, kiedy wasz człowiek zaatakował nas razem z tą bojówką. Uciekliśmy, a wasz człowiek gonił nas i usiłował wrzucić nas do rzeki. Mężczyzna, który go uderzył, nie znałem go, i zaraz potem odszedł... – Rye doskonale się czuł w tej swojej prawdomówności – przecież nie znał imienia Early’ego Restona, zanim ten napadł na Siwego Włosa.

Wtedy Clegg już przed nim stał, jego fizjonomia z bliska sprawiała jeszcze gorsze wrażenie. Zęby miał upstrzone czarnymi plamkami po nikotynie.

– Jak się nazywasz, synu?

– Ryan Dolan. To mój brat.

– Wobec tego mamy tutaj dwóch bękartów, braci Dolanów. – Clegg przenosił wzrok z Rye’a na Giga i znowu na Rye’a. – Nie rozumiem. Chyba ten mały jest jakiś niedorobiony. – Jak sądzisz, Kłamliwy Byku... – zwrócił się do Julesa – czy ci bracia Dolanowie mówią prawdę?

Jules kiwnął głową, nie podnosząc oczu ani nie nawiązując z nim kontaktu wzrokowego. Clegg lekko go szturchnął w bok, twarz Julesa pozostała nieporuszona.

I teraz Clegg wrócił do Giga, i stanął z nim twarzą w twarz.

– Podejrzewam, że mógłbym bić i dręczyć takiego upartego kozła jak ty przez miesiąc i nic bym z ciebie nie wyciągnął. Wobec tego może popracuję troszeczkę nad twoim młodszym braciszkiem. Wtrącę go na kolejną noc do tej celi. Jak to brzmi, Gregory Dolanie?

Gig z trudem przełknął ślinę, miał ściągnięte usta.

– Oczywiście jeśli pamięć ci nie wróci i nie zechcesz opowiedzieć mi, kto był z wami nad tą rzeką i zaatakował mojego człowieka. – Przysunął się jeszcze bliżej do Giga. – No dalej, Gregory, masz dla mnie to nazwisko?

– John Rockefeller – odparł Gig.

Cios w brzuch był szybki, mocniejszy niż poprzednie, i powalił Giga na ziemię.

– Cornelius Vanderbilt – wychrypiał, klęcząc.

Clegg podrapał go po głowie swoją pałką. Potem potrząsnął głową i zanim kopnął Giga w twarz, roześmiał się:

– Psiakrew, prawie was polubiłem, bracia Dolanowie.

9

Drugiej nocy w dusznej celi wobblies o imieniu Brazier zorganizował im życie. Kazał przystroić plebejski sufit koszulami, żeby zablokować wylot pary, i zarządził ‒ bo chociaż tak wielu aresztowanych trafiło do izby chorych, wciąż brakowało miejsca ‒ żeby kolejno po dwóch siedziało i odpoczywało. Przemawiał z zaśpiewem kaznodziei: „Posłuchajcie, bracia robotnicy, chcę wam opowiedzieć o trzech gwiazdach. Nie o gwiazdach betlejemskich. Gwiazdy w Betlejem prowadzą wyłącznie do nieba, o którym nikt nic nie wie. Mówię o trzech gwiazdach Robotników Przemysłowych Świata, o edukacji, organizacji i emancypacji. Prowadzą do sklepów mięsnych, których wszyscy pragniemy”.

Później Brazier kazał im śpiewać i ciągnęli tak przez całą noc – „Podniesiemy masy” – pieśni ze Śpiewnika Robotników Przemysłowych Świata – „Pogrążymy klasy” – ze wszystkimi możliwymi obcymi akcentami – „Śmierć zdrajcom, których można kupić za pieniądze” – żeby wkurzyć strażników więziennych – „Współpraca to nadzieja narodu” – i podnoszenie samych siebie na duchu – „Walcz o to teraz albo wolność umrze”. W końcu strażnicy zaproponowali, że wyprowadzą ich na zewnątrz do wychodka, żeby tylko przestali.

Wieści rozeszły się po celi – po tym, jak pierwszego dnia aresztowano setkę protestujących, a drugiego pięćdziesięciu, policjanci zaczęli zabierać kolejnych więźniów do aresztu w forcie George’a Wrighta. Nazajutrz rano komendant Sullivan kazał ułożyć stertę kamieni, z której rozciągał się widok na centrum miasta, a za dnia prowadzono tam, przez most, całe szeregi zakutych w kajdanki więźniów, żeby pomachali młotami bez celu, i komendant chciał, żeby obie strony mogły się zobaczyć, chciał im pokazać, jak los ich ciężko doświadcza, a szefom kopalni, że jest nieustępliwy wobec związku, i chciał też zniechęcić kolejnych mężczyzn do agitowania. Ale niektórzy wzywali na ulicy do pomocy tym zakutym w łańcuchy, a trzy sufrażystki próbowały dać im jedzenie i wodę, za co zostały przetransportowane do więzienia dla kobiet. W centrum miasta aresztowano jeszcze tuzin wobbliesów, a ta liczba mogła być nawet trzykrotnie większa, gdyby Sullivan nie kazał strażakom skierować węży strażackich na każdego, kto będzie coś usiłował, tymczasem sam zastanawiał się, gdzie umieścić przybywających więźniów.

Sullivan rozdzielił przywódców związku, żeby uniemożliwić im działanie, a i tak rozeszło się wśród więźniów, że powinni odmówić pracy przy usypywaniu góry kamieni, żeby w ten sposób zaprotestować przeciwko temu, jak ich traktowano. Wobec tego nazajutrz młoty leżały odłogiem, mężczyźni trzymali ręce w kieszeniach albo podnosili je i kładli delikatnie, jakby tulili je do snu, na stercie kamieni. Tamtego dnia Rye dostrzegł Julesa na tej górze kamieni, zanoszącego się kaszlem, jakby miał zapalenie płuc. Mrugnął okiem, kiedy zauważył Rye’a. Włoski tenor też tam był, z twarzą upstrzoną szwami niczym rękawica do baseballu.

Brazier między wersami piosenek przemycał wiadomości – „To od nas, kajdaniarzy, zależy, ile skał rozbijemy”. Wszystko to już słyszeliście, rozbijanie skał młotami zależy od nas, kajdaniarzy” – codziennie pojawiali się nowi robotnicy sezonowi, żeby śpiewać i wygłaszać przemowy, jednego mężczyznę aresztowano za czytanie Deklaracji Niepodległości przed ratuszem, innego za to, że zapytał policjanta na ulicy, czy protesty w sprawie wolności słowa nadal trwają.

Sullivan na każdy ich ruch odpowiadał swoim ruchem, a po tym przedstawieniu na stercie kamieni trzymano więźniów o chlebie i wodzie. Nazajutrz rano zabrano ich na dziedziniec i „wykąpano” za pomocą węża strażackiego. Przywódcy związku odpowiedzieli strajkiem głodowym, żądając ludzkiego traktowania dla ludzi, którzy, jak uważali, byli więźniami politycznymi. Zgoda, powiedział komendant Sullivan, skoro trzystu śpiewających włóczęgów chce zagłodzić się na śmierć, to dla niego nawet lepiej. „Jeśli człowiek nie pracuje”, powiedział Sullivan, „to nie zasługuje na strawę”.

Strażnik więzienny, który stał przed celą, codziennie czytał im po jednym zdaniu z rządowych gazet, „Chronicle” i „Spokesman-Review”, żeby pokazać, że mają przeciwko sobie opinię publiczną: „Te małostkowe działania osadzonych w więzieniu, takie jak wyrzucanie jedzenia na podłogę, rozbijanie talerzy, wykrzykiwanie głupawych piosenek i wylewanie potoków obelg na funkcjonariuszy sił porządkowych, normalnie funkcjonujący ludzie przy zdrowych zmysłach mogą spodziewać się tego jedynie po źle wychowanych dzieciach albo po ludziach w zakładach dla obłąkanych”.

Rye z pewnością potrząsnąłby głową, gdyby tylko miał przestrzeń, żeby to zrobić – był wciśnięty w podwójnie okratowaną celę, pod otwór komina wentylacyjnego, zbity pałkami i wychłostany wodą z węży strażackich – czyżby to więźniowie byli tymi, którzy „wylewali obelgi” na swoich prześladowców? Piątego dnia rano, po tym, jak liczba protestujących dobiła trzech setek i więzienie było przepełnione, a sądy sparaliżowane, Rye odkrył ostatnią torturę, którą dla niego obmyślono.

Wysłano go do szkoły.

Przy Front Street stał opustoszały, zabity deskami budynek – dawna szkoła Franklina, w której miejsce utworzono liceum ogólnokształcące na South Hill – którego miasto używało teraz jako tymczasowego więzienia, żeby umieścić tam nadmiar więźniów, dopóki kryzys nie zostanie opanowany.

Minęły trzy lata, odkąd Rye był ostatni raz w szkole. Czuł się tam zawsze uwięziony, ujarzmiony i krótko trzymany, czy to pisząc cyfry na tabliczce, czy czytając biblijne wersety i wysłuchując, jakim to jest idiotą, skoro nie rozumie ani jednego, ani drugiego.

O świcie Rye i bardziej odważni spośród mężczyzn z karceru maszerowali wzdłuż Front Street, a nad nimi na szarym niebie wirowały pierwsze płatki śniegu. Mozolnie wspięli się po schodach prowadzących do ciemnego, imponującego budynku z cegły z wieżą zegarową pośrodku ‒ wskazówki zegara utknęły na północy. Na schodach stało kilku cywilów, trzymając strzelby, mieli przypięte papierowe gwiazdy na znak, że zostali zmobilizowanymi przez miasto jako strażnicy zastępczy.

Kiedy więźniów przeprowadzno przez dwoje ciężkich drewnianych drzwi, Rye spojrzał pod nogi na słowa wyryte w kamieniu. Sapientia et veritas, powiedział wysoki mężczyzna z obcym akcentem, jakby czytając w myślach Rye’a.

– „Mądrość i prawda”.

– Szkocka i pstrąg – powiedział następny i śmiech rozległ się w całym szeregu.

– Wino i pomidory – powiedział kolejny i znowu dało się słyszeć salwę śmiechu.

– Kobiety i kłopoty – powiedział inny, a na to nawet strażnicy zaczęli chichotać.

– Woda i brukiew, jeśli wam się poszczęści, łachudry – powiedział jakiś strażnik zastępczy, który okazał się fryzjerem i trzymał strzelbę za lufę niczym laskę.

W szkole było ciemno i zimno, żadnych mebli, ogrzewania ani światła, tylko po jednym kocu dla każdego na twardej drewnianej podłodze – ale przynajmniej nie był to podziemny karcer. Rye przespał tę noc najlepiej ze wszystkich, odkąd go aresztowano. Brazier powiedział, że w szkole też nie powinni pracować, więc kiedy odmówili narąbania sobie drewna na opał, Sullivan powiedział, że w takim razie świetnie, niech zamarzną, i odebrał im połowę racji żywnościowych. Pewnej zimnej nocy nie wytrzymali i spalili ramy okienne i framugi drzwi, żeby nie zamarznąć. Zdjęli drzwi z szafek i szaf, a w jednej z nich znaleźli pudło ze starymi książkami. Spalili pudło, ale nie książki, i Rye je przekartkował – Wybór tekstów łacińskich Parsonsa, Narodowe kompendium charakterów pisma, Epoki w historii Stanów Zjednoczonych z tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego szóstego roku. Przesunął palcami po wypukłych literach na okładkach i poczuł, po raz pierwszy w życiu, że sam siebie oszukał, rezygnując z wykształcenia. Tamtej nocy zrobił sobie z opasłego tomu historii poduszkę, a rankiem, w promieniach słońca wpadających ukośnie przez szkolne okno, przeczytał fragment o rewolucji amerykańskiej.

 

Liczba członków Robotników Przemysłowych Świata, których można było jeszcze aresztować, malała, ale i tak wciąż przybywało czterech do pięciu mężczyzn dziennie – prokurator powoli przedstawiał zarzuty przed pijanym sędzią o nazwisku Mann, który powiedział dziennikarzom, że jego robota polega na tym, żeby „oczyścić miasto z tego plugastwa”. Procesy zawsze przebiegały w taki sam sposób, odczytywano oskarżenia, oddalano sprzeciwy, skazywano wobbliesa za zakłócenie porządku publicznego na trzydzieści dni. Przywódców zatrzymywano pod zarzutem zakłócania porządku, ale również konspirowania w celu wywołania zamieszek, i jeśli ich skazywano, dostawali sześć miesięcy więzienia. Pozwy w sprawie sufrażystek i socjalistek oddalano i zwalniano je podobnie jak cywilów o postępowych poglądach, których wcześniej aresztowano, i garstkę ludzi zbyt starych albo niedołężnych, żeby siedzieć w więzieniu. Zdarzało się, że w niektóre dni pijany sędzia wykazywał się współczuciem, i jeśli związkowiec zgodził się, żeby wyjechać z miasta, oskarżenia oddalano. Większość wyjeżdżała z miasta koleją, ale po tym, jak jakiś uwolniony udał się prosto na ulicę i stanął na skrzynce, sędzia Mann przestał okazywać pobłażliwość.

Czwartego dnia pobytu Rye’a w szkole przyszli tam działacze Armii Zbawienia, żeby ocenić, jak traktuje się więźniów, i strażnicy ustawili Rye’a razem z tuzinem innych mężczyzn, którzy byli w lepszym stanie zdrowia, w dawnej sali gimnastycznej. Ci, których nazywali ważnymi osobistościami Armii Głodzenia, przyszli w uniformach niczym prawdziwa armia, a jeden z nich, z czerwonym znamieniem na twarzy, minął Rye’a, po czym się odwrócił i zmierzył go wzrokiem od stóp do głów.

– Ile masz lat, synu?

Rye nie dosłyszał pytania i odparł:

– Dobrze, proszę pana.

Wszyscy pozostali więźniowie wyszli z szeregu, żeby spojrzeć na Rye’a. Strażnicy też, a mężczyzna z Armii Zbawienia poczerwieniał i zwrócił się do głównego strażnika.

– Ile lat ma ten chłopiec?

Na chwilę zapadła cisza, a potem ten bystry fryzjer o lasce ze strzelby powiedział:

– Rye, jeśli wskoczysz do pociągu w Butte, który jedzie czterdzieści mil na godzinę w kierunku Spokane... – i nawet nie zdążył dokończyć tego dowcipu, a już cała sala się śmiała.

– Ile lat ma ten chłopak! – zapytał ponownie mężczyzna z Armii Zbawienia.

– Zaraz, hmm... – Strażnik miał listę więźniów i odszukał na niej nazwisko Rye’a. – Dolan Ryan J. Sześćdziesiąt jeden.

Tym razem rozległy się salwy śmiechu, a mężczyzna z Armii Zbawienia odwrócił się do Rye’a i zapytał go łagodnie:

– Ile masz lat, synu?

Rye znowu się zawahał.

– A którego dzisiaj mamy? – zapytał.

Mężczyzna odpowiedział, że dziesiąty listopada.

– Aha – odparł Rye. – No to za tydzień skończę siedemnaście.