Stracone milionyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„Wybaczam ci”, powiedziałem. I chociaż sam wymyśliłem tego całego bzdurnego „Młodego”, teraz chciałem, żeby Bonin, zanim przejdzie na drugą stronę, jeszcze raz zawołał mnie po imieniu, które otrzymałem na chrzcie, żeby znowu je usłyszeć.

Potem nie widziałem już traperów na południowym brzegu rzeki, ale ten Indianin na północnym brzegu był dobrym jeźdźcem, zostawił przewoźnika w tyle i jechał wzdłuż skarpy, wyprzedzając mnie, tak jakby chciał odciąć mi drogę. Woda zalała burtę i poczułem w niej smak własnej krwi.

Znowu przyszła mi na myśl moja matka i zastanawiałem się, czy wszystkie moje siostry wyszły za mąż. Chciałbym jeszcze kiedyś je zobaczyć. Może na drugim świecie.

Idiotyczna myśl. Nie ma drugiego świata. Przede mną był spadek terenu, a rzeka żłobiła dno, rozdzielając się na dwie odnogi, i zastanawiałem się, czy to była pierwsza półka skalna wielkich wodospadów.

Pomyślałem znowu o chwale, jaka mogła mnie spotkać, jeśli jako pierwszy przepłynę ten odcinek i uda mi się przeżyć. Przyszedł mi na myśl również chłopak z promu, kości koni i jego plemię żyjące od zawsze na brzegach tej rzeki, i zastanawiałem się, co ten chłopak by sobie o mnie pomyślał, kiedy ogłosiłbym się pierwszym, który przepłynął przez te wodospady, niczym pierwszy biały człowiek, który zobaczył jakieś jezioro, albo pierwszy, który przeszedł przez jakąś górską przełęcz, nadając nazwy potokom, w których ludzie z plemienia chłopca od wieków łowili ryby.

Może jeden z nich przepłynął przez te wodospady i żył po to, żeby dawać temu świadectwo. Może przez cały czas tędy pływali, tak jak huśtali się na linie zawieszonej nad rzeką. Może ten chłopiec też tego dokonał. Ta myśl dała mi nadzieję i usiadłem, żeby sprawdzić, dokąd zaprowadzi mnie ta przygoda. Miałem zawroty głowy i przyszła do mnie dziwna myśl... Muszę to świadomie przeżyć.

Zobaczyłem wyspę, która rozdzielała rzekę, i usłyszałem przed sobą ryk spienionej wody. Chłopiec i jego kuc stali na bazaltowej grani niecałe trzydzieści metrów dalej w dół rzeki, a kiedy tam dopłynąłem, podniosłem zdrową rękę. Wciąż miał ten osobliwy wyraz twarzy.

„Patrz!”, zawołałem. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego tak krzyknąłem, może dlatego, że skoro miałem świadka, mogłem żyć nadal, nawet jeśli tylko w opowieści, którą chłopiec będzie kiedyś wzbudzał dreszczyk emocji w swoich dzieciach, w opowieści o tym draniu, który ukradł barkę i popłynął nią przez wodospady.

Siedząc na zadzie konia, chłopiec podniósł rękę, kiedy go mijałem, i zawołał do mnie tak, jakby zwracał się do przyjaciela, którego rozpoznał, trzy krótkie okrzyki, kiedy barka przepływała obok, pieśń, której znaczenia nigdy nie miałem poznać, ale której słowa odebrałem jako: Widzę cię.

Nie ma innego świata poza tym, w którym żyjemy. I zależy nam tylko na tym, żeby zostać w nim dostrzeżonym.

Widzę cię, powiedział chłopiec. I byłem mu za to wdzięczny.

Potem rozległ się trzask i huk, i moja barka nagle gwałtownie się zatrzymała, przednia część uniosła się do góry, jakby sam Bóg wystawił rękę, żeby uratować Młodego swoim wielkim gromem z jasnego nieba...

Ale nie...

Wpłynąłem na głaz, który rozpołowił prąd rzeki i mój statek, a ja zostałem rozdarty przez grzech, który oddalał mnie od zbawienia, i sturlałem się do niewielkiej rufy mojej rozbitej łodzi, kurczowo trzymając się burty. Obejrzałem się za siebie i nie wierzyłem własnym oczom w to, co się wydarzyło – przepłynąłem! Spadłem trzy metry w dół na jednej połowie drewnianej tratwy i przeżyłem, żeby o tym opowiedzieć! Spojrzałem na północny brzeg, szukając wzrokiem chłopca, i próbowałem powtórzyć ten okrzyk radości, który z siebie wydał – ale byłem zbyt słaby, i pomyślałem, że chociaż pokonałem ten pierwszy, najłatwiejszy próg, to z kolejnymi to się z pewnością nie uda.

Chłopiec siedział za moimi plecami na grzbiecie konia, stojąc na półce skalnej... Jego szeroko otwarte oczy odzwierciedlały moje myśli: Widziałeś coś takiego?! Znowu uniósł rękę (to koniec tej historii, którą będzie opowiadał swoim dzieciom: Kiedy przechodził na tamtą stronę, pomachałem mu na pożegnanie) i ja też zacząłem podnosić moją w odpowiedzi, ale zanim obaj zdążyliśmy dokończyć ten gest, wpłynąłem na kolejny próg rzeki i zostałem porwany przez lodowatą, spienioną wodę, która już tam na mnie czekała...

6

Włóczędzy znali Spokane ze stacji kolejowych – olbrzymich dworców w centrum miasta i bocznicy kolejowej James Hill w Hillyard, dzielnicy z małymi domkami i dużymi saloonami, sklepami z sypkimi towarami i spożywczymi, i z tak wieloma bezpańskimi kundlami, że zyskała miano Psiego Miasta.

Rye szedł spacerem do Psiego Miasta, w poszukiwaniu brata, tamtego dnia, kiedy poznał panią Ricci na trakcie dla pracowników sezonowych, szlaku, który biegł równolegle do torów kolejowych, wzdłuż rzeki. Pomiędzy centrum miasta a Psim Miastem umiejscowili się katolicy – ogromna iglica kościoła św. Alojzego, który wzniesiono na brzegu rzeki obok jezuickiego college’u św. Alojzego Gonzagi, Akademia Najświętszego Imienia Jezusa i Rycerzy Kolumba, seminarium i klasztor żeński dla dominikanek i franciszkanek – dalej sierociniec, dom dla obłąkanych i liceum, rozległe ziemie watykańskie otoczone uliczkami z irlandzkimi domami o przysadzistych gankach, chatki i parterowe domy dzielnicy włoskiej, tawerna Paddy’ego, jadłodajnie serwujące spaghetti, sklepy spożywcze, warsztaty i getto baraków, w których mieszkali świeżo przybyli do miasta emigranci.

Pensjonat pani Ricci znajdował się na północnym krańcu dzielnicy włoskiej, u podnóża wzgórza Lidgerwood. Był to parterowy dom w stylu rustykalnym, z zabudowaną werandą i pustą działką na tyłach, na której mąż pani Ricci przed śmiercią pielęgnował trzy rzędy swoich ukochanych drzewek owocowych. Rye po raz pierwszy zobaczył ten dom po tym, jak zauważył dojrzałe śliwki zwisające z dwóch drzew uginających się pod owocami u stóp wzgórza, za domem pokrytym łuszczącą się farbą. Miał zamiar zerwać kilka śliwek, ale zamiast tego zapukał do drzwi. Kobieta, która mu otworzyła, była wiekowa, przygarbiona, miała z metr pięćdziesiąt wzrostu i chustkę na niemalże łysej głowie. Wysunęła do przodu dolną wargę i zmierzyła Rye’a wzrokiem od stóp do głów, zanim zaproponowała z ciężkim angielskim akcentem, żeby zatrzymał jedną czwartą tego, co zbierze („Trzy dla mnie, jedna dla ciebie”). W końcu dała mu drabinę, wiadro i parę rękawiczek, a Rye’owi zerwanie owoców z jednego drzewa zajęło niecałe dwadzieścia minut, po których to pani Ricci pojawiła się ponownie, z chlebem, kluseczkami i szklanką mrożonej herbaty.

Miała trzech dorosłych synów, ale dwóch mieszkało w Idaho z żonami niekatoliczkami, co spotkało się z tak głęboką dezaprobatą matki, że chłopcy rzadko przyjeżdżali do niej w odwiedziny. Trzeci syn był imbecylem, mieszkał w przytułku sześć przecznic dalej. Pani Ricci odwiedzała go codziennie po mszy świętej.

Natychmiast polubiła Rye’a, a z czasem również Giga, patrząc na niego spod oka, tak jakby niepewna, czy można mu zaufać, tak był spokojny. W grudniu poprzedniego roku bracia Dolanowie wstawili łóżka polowe na werandę, na tyłach jej domu, i otworzyli przewody wentylacyjne, żeby ciepło przypływało tam z opalanego drewnem pieca. Zabudowana weranda pani Ricci była tanim miejscem do przezimowania, pod warunkiem że przestrzegali szczególnych zasad gospodyni – nie przychodzili pijani ani nie wzywali nadaremno imienia Pana i nie wyprowadzali jej z błędu, kiedy zamyślona przypadkiem zwracała się do nich, używając imion swoich synów. „Zaczekaj, to ja jestem Marco czy Geno?”, zwykł pytać Gig, zanim weszli do kuchni na śniadanie. „Ty jesteś Marco”, odpowiadał Rye. „A ja Geno”.

Była to ich druga zima na werandzie pani Ricci. Tego ranka, kiedy miała się odbyć Bitwa o Wolność Słowa, bracia obudzili się zakopani pod płaszczami i kocami, i dopiero zapach bekonu wywabił ich z polowych łóżek.

Rye wrócił do domu sam po tym, jak Gig wyruszył na poszukiwania Early’ego Restona do gospody „U Durkina”. Rye obawiał się, że brat w ogóle nie wróci na noc, ale przywlókł się tuż po północy, śmierdząc cygarami i alkoholem. „Coś ci powiem, Rye, chłopcze”, powiedział Gig, moszcząc się na swojej pryczy, „po czterech szklaneczkach whisky argument Early’ego, że lepiej produkować bomby niż przemowy, zaczyna nieco nabierać sensu”. Zaśmiał się pod nosem, co wzbudziło zazdrość Rye’a. Nie miał nic do powiedzenia na temat bomb i przemów (Jak to, ani na temat jednego, ani drugiego?), ale to nie miało chyba dla niego znaczenia, bowiem wkrótce słychać już było jego chrapanie.

* * *

Rankiem Gig wstał i pierwszy poszedł do wychodka, a Rye, idąc za nim, zatrzymał się przy drzwiach, żeby spojrzeć na to, co traktował jako swój sad, trzy rzędy drzewek owocowych, jabłonek, śliw i grusz. Liście zaściełały ziemię pod chudymi jak szkielet gałęziami. Pani Ricci zgodziła się sprzedać im działkę za dwieście dolarów i zostało im jeszcze do spłacenia trochę pieniędzy.

Kiedy Rye wrócił z wychodka, Gig był już ubrany i zaczął układać swoje rzeczy, jakby wybierał się w jakąś podróż, składając w kostkę odświętne spodnie i układając trzy książki: Biały Kieł Jacka Londona oraz pierwszy i trzeci tom Wojny i pokoju Tołstoja. Gig kupił pierwszy tom powieści za butelkę wina, a trzecią część znalazł na kiermaszu Armii Zbawienia. W sumie jest ich pięć, powiedział Gig młodszemu bratu, stanowią część większej, dwudziestotomowej kolekcji Dzieł zebranych Tołstoja. Gig wciąż rozglądał się za pozostałymi częściami Wojny i pokoju, tomami drugim, czwartym i piątym. Teraz starannie poukładał swoje trzy książki w jednym rzędzie obok pryczy, jakby stanowiły bibliotekę.

– Wychodzimy przed śniadaniem? – zapytał Rye. – Myślałem, że to się zaczyna o dwunastej.

– Najpierw jest zebranie komitetu.

 

– Daj mi minutkę, żebym się zebrał, pójdę z tobą.

– Przecież nie należysz do komitetu.

– To może przyjdę później?

W końcu Gig podniósł na niego wzrok.

– Rye, chłopcze, nigdzie nie pójdziesz.

– Oczywiście, że pójdę.

– Nie. – Gig wyjaśnił, że zgodnie z planem ma być jednym z mówców, co oznaczało, że zapewne zostanie aresztowany, a nie chce, żeby Rye’owi stała się krzywda, jeśli sytuacja z policją wymknie się spod kontroli.

– Powinienem tam być – powiedział Rye.

– Nie. Zostajesz na śniadanie. Potem możesz zgrabić pani Ricci liście.

Rye nie znosił, kiedy Gig zaczynał wydawać mu rozkazy – jakby był jakimś jego zwierzchnikiem.

– Zjem w hali – powiedział Rye. – A liście zgrabię jutro.

– Nie. – Gig uśmiechnął się. – Masz zjeść śniadanie z panią Ricci. A potem zgrabić liście... – Włożył płaszcz. – To nie jest twoja wojna, Rye. – Wyszedł na podwórze na tyłach domu, a Rye ruszył za nim, depcząc mu po piętach.

– Chwileczkę. Słucham od roku, jak nawijasz na ten temat, a teraz mi mówisz, że to nie moja wojna?

Gig odwrócił się z zastygłą twarzą.

– Jestem twoim opiekunem i mówię, że masz tutaj zostać.

– Moim opiekunem! – Rye nie mógł uwierzyć w tę bezczelność po tym, jak przez cały poprzedni rok wywlekał Giga z saloonów. – Przed czym mnie chronisz, Gig? Przed trzeźwością? Domem?

Zabolało tak, jak Rye się spodziewał. Gig odwrócił się i ruszył ku wyjściu, mamrocząc coś pod nosem. Rye to tu, to tam uczył się nowych słów: odpowiedzialność, bzdety i kochanie. Następną rzeczą, jaką zapamiętał, było to, że Rye znalazł się na plecach Giga. Nie przypominał sobie nawet, żeby biegł, i nie pamiętał, żeby skoczył, a już z pewnością nie wiedział, co tak właściwie chciał osiągnąć, wieszając się na bracie niczym plecak i zarzucając mu ręce na szyję.

Gig zrzucił go na pokrytą rosą trawę.

– Co się z tobą dzieje?

Co się działo? Ten paniczny strach, który go ogarniał, kiedy widział, że brat wychodzi – i nagle przenosił się do Whitehall, zostawał sam na sam z matką.

– Nie możesz tak po prostu wyjść! – wyrzucił z siebie Rye łamiącym się głosem, dysząc. Przypomniał sobie zaróżowioną od krwi chusteczkę matki, której nigdy nie mógł doprać.

Gig patrzył na niego z góry. Po chwili podał Rye’owi rękę i pomógł mu wstać, a brat wytarł nos w rękaw jego koszuli.

– Wrócę, zanim się zorientujesz – powiedział Gig. – To będzie tylko na pokaz. Zaciągną kilku z nas do więzienia, a my zrobimy z tego aferę, i po sprawie. Robotnicy Przemysłowi Świata zorganizowali podobną akcję w Missoula i po tygodniu karmienia w więzieniu dwudziestu śpiewających włóczęgów miasto dało sobie spokój.

Rye przypomniał sobie tego wielkiego złego komendanta policji – o dobre dziesięć centymetrów wyższego od Giga, z twardym akcentem – i nie mógł sobie wyobrazić, żeby ten mężczyzna tak po prostu poddał się grupie śpiewających robotników.

– Masz tutaj – powiedział Gig i wręczył Rye’owi swoje rękawice ochronne. – Zjedz śniadanie. Zgrab liście. Widzimy się po południu albo, w najgorszym wypadku, za jakiś tydzień z kawałkiem.

Rye trzymał rękawice i przyglądał się, jak szerokie plecy Giga się oddalają, widział skrzypiące okno w mieszkaniu w Whitehall i brata, który wiecznie odchodzi.

– Niech to szlag, Gig – wymamrotał pod nosem.

Następnie wszedł do środka i zjadł śniadanie z panią Ricci, a obok na stole stał pusty talerz Giga. Rye wypluł jajka na chleb.

– Tu mangi comme un cavallo, Geno – powiedziała pani Ricci.

– Przepraszam, pani Ricci – odparł. Usiłował sobie przypomnieć, jak jest „przepraszam” po włosku. – Zlikwidować?

– Dispiace – powiedziała. – Si.

– Aha, tak – odpowiedział Rye.

Po śniadaniu włożył rękawice robocze brata i wziął grabie, które stały z boku domu. Wiatr podrywał do góry liście, a Rye pracował z determinacją, wrzucił dwa stosy liści do pojemnika do spalania śmieci i podpalił je, ale z powodu wilgoci zaledwie się tliły zamiast porządnie skwierczeć. Rye przyglądał się, jak po niebie wił się szary, gęsty dym. Wiatr musiał dąć nad doliną, bo wysokie chmury gnały niczym ptaki wędrowne ponad tym dymem, a świat jakby przepływał obok.

– Niech to szlag, Gig – powiedział znowu. – I oparł grabie o ścianę domu.

7

Rye szedł pospiesznym krokiem przez dzielnicę włoską i irlandzką, gdzie dzieci przewieszały się przez balustrady ganków i biegały po obszernych, zazielenionych podwórkach. Normalnie poszedłby wzdłuż torów, ścieżką nad rzeką prowadzącą do centrum miasta, ale tego dnia miał ochotę pochodzić po ulicach i wyobrażać sobie, że tu mieszka. Przeciął Division, wchodząc między rzędy ceglanych budynków mieszkalnych, a potem ulicą Howard doszedł aż do rozległego dworca kolejowego na Havermale Island, która rozdziela rzekę na dwie odnogi, pomiędzy wyższą i niższą półką wodospadów.

Na północnym krańcu Howard Street Bridge znajdowała się klapa śluzowa i Rye przystanął, obserwując, jak brygada robotników wrzuca cały wagon puszek i innych śmieci do znajdującej się poniżej mostu wzburzonej rzeki – brązowa, miejska breja odpadków, ścieków i wielorybiego tranu. Ludzie zwykle wyrzucają śmieci na brzegach rzeki, mając nadzieję, że zabierze je woda, ale w sierpniu, kiedy stan wody opada, odór staje się nieznośny. Dlatego miasto zainstalowało klapy śluzowe na mostach, by robotnicy wyrzucali przez nie śmieci na środek rzeki, skąd prąd łatwiej mógł je zabrać w dół rzeki.

Na dworcu Wielkiej Kolei Północnej Rye przeszedł przez cztery pary torów, ogromny pociąg osobowy buchał parą u stóp prawie czterdziestosześciometrowej wieży, a cztery tarcze zegarów informowały Rye’a, że za dwanaście minut wybije dwunasta – godzina, o której, jak powiedział Gig, rozpocznie się akcja związkowców. Po przeciwnej stronie wyspy, przy Front Street, Rye już nie potrzebował zegara, żeby wiedzieć, że coś jest na rzeczy. Dziesiątki ludzi kłębiły się przed halą związkową, a z każdą chwilą przybywało ich coraz więcej, z noclegowni, tanich jadłodajni i knajp.

Przed halą stali mężczyźni w cztero- i pięcioosobowych grupkach, przestępując z nogi na nogę, rozmawiając przyciszonymi głosami, niektórzy w obcych językach. Większość z nich miała na sobie wyblakłe ubrania i robocze buty, charakterystyczne dla robotników sezonowych. Rye wypatrzył Everetta i jeszcze jednego czarnoskórego odźwiernego, zauważył sufrażystki w wysokich kołnierzykach, i socjalistki w kapeluszach, dostrzegł starych mężczyzn o pobrużdżonych twarzach, z laskami i przepaskami na oczach – weteranów kopalnianych wojen.

Przyglądał im się z drugiego końca Front Street, chowając się za jakiś wóz z rolniczymi plonami, kiedy komitet strajkowy wyszedł z hali, Walsh i Mały na przedzie, a tuż za nimi Gig, który wyglądał na tak zdenerwowanego, że Rye pomyślał, że jeszcze go takim nie widział. Klatkę piersiową miał ściśniętą, ze strachu albo z dumy, tego Rye nie był pewien.

– Niech to szlag, Gig – powtórzył raz jeszcze.

Poczuł, jak ogarnia go kolejny raz złe przeczucie, kiedy jako ostatni wyszedł z hali Jules – szedł sam, czarne, rozpuszczone włosy opadały mu na plecy pomiędzy łopatkami.

Mężczyźni stłoczyli się wokół Walsha, jakby przewodniczył modlitwie, po czym większość rozpierzchła się niczym toczące się szklane kulki we wszystkich kierunkach, żeby uniemożliwić aresztowanie ich wszystkich naraz. Walsh szedł na czele grupy pięciu albo sześciu ludzi wzdłuż Front Street. Rye szedł za nimi wśród gapiów, aż zdał sobie sprawę z tego, że Giga tam nie ma.

– Cholerni wobbliesi! – powiedział jakiś mężczyzna idący obok Rye’a, ale większość ludzi zdawała się być po ich stronie. Ustawili się wzdłuż krawężników po obu stronach ulicy, kiedy Walsh szedł środkiem, a gdy skręcił w Stevens Street i szedł pomiędzy torami tramwajowymi, Jules i jeszcze kilku innych poszło za nim.

Przy Stevens Street tłum był gęsty, sam środek karnawału, jakiś mężczyzna w turbanie proponował: „Przepowiem ci twoją wstrząsającą przyszłość!”, a obok stał uliczny sprzedawca piwa imbirowego i pieczonych kasztanów. Ludzie wychylali się przez okna na wyższych piętrach, jakby zapłacili za miejsca na balkonach, a inni tłoczyli się na ulicach, przedsiębiorcy z zachodniej części miasta, damy lekkich obyczajów i hazardziści z dzielnicy rozpusty, robotnicy i barmani, dziennikarze, pielęgniarki i mężczyźni w uniformach Armii Zbawienia, ludzie w kapeluszach i płaszczach, z tego co zdołał dostrzec Rye. Wobbliesi również wmieszali się w tłum i Rye ropoznał jednego z robotników, tego z farmy, znajomego Julesa – mamrotał pod nosem kilka słów, które miał wypowiedzieć, kiedy nadejdzie jego kolej: „Drodzy koledzy robotnicy... Drodzy koledzy robotnicy...”.

Kiedy Walsh kroczył tak środkiem szerokiej ulicy, Rye dostrzegł strażników wynajętych przez kompanie węglowe i przedsiębiorstwa zajmujące się obróbką drewna, stali wyprostowani, odrywając plecy od ścian domów z cegieł i słupów oświetleniowych, albo na stopniach schodów, z założonymi na piersiach rękami, a spod ich długich płaszczy wystawały pałki i lufy strzelb.

Na południowym krańcu ulicy stał kolejny kordon ludzi, sześciu umundurowanych policjantów dowodzonych przez Johna Sullivana. Wszyscy mieli zarosty à la szef, tylko mniej okazałe, gęste brody albo bokobrody niczym u świstaka, i Rye zastanawiał się, czy do służby w policji wybierano ludzi, kierując się wyłącznie tym, czy mają wąsy i jakie. I choć już poprzedniego dnia komendant sprawiał wrażenie niezadowolonego, to dzisiaj wyglądał tak, jakby był gotów powyrywać ręce każdemu, kto zabierze głos, począwszy od pierwszego mówcy.

Okazał się nim być Welsh, który wziął skrzynkę od jakiegoś mężczyzny i ustawił ją przed najbardziej krwiopijczą agencją pracy, cieszącą się złą sławą Red Line Agency. Głuchy pomruk rozległ się w tłumie: Zaczyna się.

Sullivan ruszył, zanim jeszcze Walsh zaczął na dobre mówić: „Bracia i siostry, drodzy koledzy robotnicy...!”. Przedstawiciel związku zawodowego zatoczył się, stojąc na skrzynce, omal nie tracąc równowagi, aż Mały Frank złapał go, poklepał po płaszczu i wepchnął z powrotem na mównicę, a przez tłum przetoczyła się salwa śmiechu. W tym momencie Rye pomyślał, że Gig mógł mieć rację, porównując to wszystko do spektaklu w Teatrze Komediowym. Włóczędzy zajmą się swoim włóczęgostwem, policjanci swoją policyjną robotą i wszystko wróci do poprzedniego stanu, a Gig zyska dobrą historyjkę do opowiadania przy kolejnej wizycie w gospodzie u Jimmy’ego Durkina.

Stojąc na skrzynce, Walsh zdjął kapelusz i rozłożył ręce niczym pastor.

– Jesteśmy tutaj, żeby sprzeciwić się niesprawiedliwości – mówił wśród okrzyków radości i niezadowolenia – z pokojowym nastawieniem, korzystając z naszego prawa do wystąpienia przeciwko brutalnej tyranii władz tego miasta i ich skorumpowanym układom z agencjami pracy...

Walsh nie należał do niskich mężczyzn, ale stojąc na skrzynce, zdawał się jeszcze o trzydzieści centymetrów wyższy, a i tak wyglądał niczym zabawka, kiedy komendant Sullivan podszedł do niego z dwoma barczystymi policjantami po bokach. Rye rozpoznał w jednym z nich umięśnionego goryla Huba Clegga.

Sullivan gwałtownym ruchem ściągnął Walsha ze skrzynki i chwycił go za kark niczym kurczaka, którego mógłby zamęczyć na śmierć. Cisnął nim na ziemię i kopnął butem w skrzynkę, przebijając ją na wylot, podczas gdy Clegg wykręcał do tyłu ręce Walsha.

– Rozejść się! – komendant krzyknął do tłumu. – Kolejny, który wejdzie na skrzynkę, skończy gorzej! A każdy następny jeszcze gorzej.

Nikt się nie poruszył, ani wobbliesi, ani tłum, a komendant odwrócił się i powiedział coś do Clegga.

Potem jakiś głos z tłumu zawołał.

– Utrzymać pozycje! – co wywołało śmiech i kolejne okrzyki, a jakiś mężczyzna krzyknął: – Zabić łachudry! – rozległy się kolejne śmiechy i chichoty, tłum mówił jednym głosem, zagłuszając Sullivana – potem ludzie, którzy stali przed Rye’em, przenieśli swoją uwagę na lewo, jak za piłką baseballową rzuconą na środkowe pole, i Rye stanął na palcach, żeby spojrzeć ponad kapeluszami. Na ulicy, w połowie jej długości, na północ, pojawiła się kolejna skrzynka, a Mały Frank już się na nią wdrapywał. Taki był plan związku, żeby kiedy aresztują Walsha, wychodzić jeden po drugim w różnych miejscach, zmusić policjantów, by przedzierali się z jednego krańca centrum miasta na drugi i aresztowali dziesiątki protestujących, i w ten sposób zapełnić więzienia jedyną bronią, jaką posiadali – własnymi ciałami.

– Bracia i siostry – zaczął Mały, ale zanim zdążył wypowiedzieć kolejne słowo, dopadł go policjant i cisnął nim na ulicę. Mały zniknął w tłumie jakby ześlizgnął się pomiędzy fale.

 

– Rozejść się! – krzyknął znowu Sullivan, a tłum zrobił kilka kroków do tyłu, ale nie rozszedł się, wobbliesi parli do przodu, gapie wytężali wzrok, żeby coś dojrzeć, każde okno przy Stevens Street było już wypełnione ludźmi, którzy wystawiali z nich głowy, a jakiś mężczyzna krzyczał z okna kancelarii prawniczej na drugim piętrze:

– I to ma być wolność? To nazywacie wolnością?

Kilka minut później ten sam człowiek pojawił się w drzwiach budynku z zakrwawioną twarzą, popychany na ulicę przez jednego ze strażników, jego okulary spadły na bruk, kiedy wykrzykiwał:

– Jakie przestępstwo popełniłem? Jakie przestępstwo popełniłem!

Tłum zagrzmiał i mruknął, jakby nie mógł się zdecydować, której drużynie kibicować, głowy przekręcały się to w lewo, to w prawo, na najmniejszy znak działania. Na południowym krańcu ulicy młoda kobieta ubrana w prostą, szarą bluzkę wołała: „Obudźcie się! Obudźcie się!”, jakiś policjant przewrócił ją na ulicę, po czym tłum gwałtownie ruszył w przeciwną stronę, ku północnemu krańcowi Stevens Street, tam gdzie zasłabł Mały Frank i gdzie wleczono go teraz za ręce przez tory tramwajowe, na których podskakiwały mu nogi. Skrzynka, na której stał, wciąż leżała na ulicy i jakiś mężczyzna z długą brodą wspiął się na nią i zaczął śpiewać z silnym, słowiańskim akcentem: „Och, powiedzcie, że słyszycie”, pierwsze słowa robotniczej wersji hymnu narodowego, Gwiaździstego sztandaru: Coraz bardziej się zbliża...

Ten człowiek też został powalony na ziemię, przygnieciony przez najemnika, a jego miejsce na skrzynce zajął już ktoś inny, i Rye krzyknął do niego: „Jules!”, jakby był w stanie ostrzec przyjaciela, gdy ten zaczął śpiewać po francusku: „C’est la lutte finale, groupons-nous et demain!”, a policjant, który stał kilka kroków dalej, z zakłopotaniem przechylił głowę na bok. Ale Hub Clegg nie wahał się ani chwili i stanął za Julesem z uniesioną policyjną pałką, a Rye odruchowo zamknął oczy, ponieważ wolał nie widzieć, jak pałka ląduje na jego głowie, ale kiedy ktoś stojący obok niego krzyknął „Och!”, Rye otworzył oczy i próbował przedrzeć się przez tłum.

Wtedy rozległ się kolejny głos, komendant Sullivan zagrzmiał, „Chłopcy!”, i naraz wezbrała wielka fala, i nie był to już spektakl ani mecz baseballu, ale zamieszki na całego, policjanci i najemnicy kosili tłum wzdłuż Stevens Street, wymachując policyjnymi pałkami, żeby oczyścić ulicę, a ludzie biegli, upadali, byli tratowani. Rye został zgarnięty przez falę tłumu przesuwającego się na północ, mając przed oczami Julesa, jego zakrwawioną twarz i ręce skute kajdankami na plecach.

– Trzymać szereg! – krzyknął ktoś i Rye usłyszał, jak kolejny mężczyzna podejmuje na nowo hymn robotników: „Przybywajcie wy wszyscy, ludzie pracy...”, w tym miejscu głos się urwał i dało się słyszeć silniejszy akcent: „Robotniczy krąg wokół całej ziemi”.

Rye nie mógł już dostrzec żadnych ruchów na ulicy, najwyraźniej szeregi wobbliesów zostały rozproszone, jeden, może dwóch mężczyzn uciekało jeszcze przed policjantami, a tłum kołysał się w przód i w tył niczym żywy twór, wobbliesi rozeszli się na jego boki, nowa zmiana policjantów wbiegła w zdezorientowany tłum, poprawiając jeszcze szelki i zapinając mundury, jakiś mężczyzna w eleganckim garniturze biegł ulicą ze śrutówką.

Przez godzinę tłum przemieszczał się w tę i z powrotem od Stevens Street do Front Street, gdzie, w tym harmidrze, jakiś stojący na rogu mężczyzna zaczął śpiewać: „Robotnicy, zjednoczmy się! To walka o człowieczeństwo!”. Ktoś rzucił cegłą z okna na trzecim piętrze i mężczyzna przewrócił się na ziemię, i wtedy spadł cały grad cegieł, i Rye uciekł razem z tłumem dalej od tej bijatyki, i nie potrafił powiedzieć, ile to trwało, tłum rozbiegający się na boki i płynący niczym fala, do przodu i do tyłu, cegły, pałki i zadyszani policjanci, śpiewacy i mówcy skuwani kajdankami i usuwani z miejsca zamieszek, tak dużo się działo, że Rye nie był w stanie na niczym się skupić.

Aż w końcu jego wzrok padł na niskiego ciemnowłosego mężczyznę w muszce, który przeszedł spokojnie przez kłębiący się tłum i wspiął się na coś, co zapewne było ostatnią skrzynką-mównicą Robotników Przemysłowych Świata, ponieważ policjanci wszystkie je stratowali, przyłożył do ust harmonijkę i wydobył z niej dźwięk. Rye stał niczym porażony, kiedy mężczyzna wziął głęboki oddech i zaśpiewał – „I sztandar pracy wkrótce załopocze” – po czym na ułamek sekundy zawiesił głos, a wszyscy zebrani – policjant, robotnik, detektyw z agencji Pinkertona i sufrażystka – odwrócili się, żeby na niego spojrzeć – „Nad krajem, który będzie wolny” – ponieważ tenor mężczyzny był tak doskonały – „Od pana po niewolnika” – czysty niczym ptasi trel – „Krew i życie dzieci i żon” – jakby sam Bóg przedarł się przez ten tłum, żeby wybrzmiała ta pieśń – „Przerobieni na dolary dla przyjemności pasożytów” – albo Bóg nad nim czuwał, albo był po prostu za niski, żeby policjanci go dostrzegli – „Dzieci harują teraz jak woły, aż pójdą w zapomnienie w swoich grobach” – i wtedy nawet Bóg przestał się nim interesować i twarz tenora zaczęła wykrzywiać się na boki, odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, a z jego oczu, nosa i ust wytrysnęła krew – dostał pałką w głowę i osunął się na ziemię – ten ostry krytyk muzyczny, Hub Clegg, rzucił się na niego niczym pies na kość.

Tymczasem ktoś następny wszedł na skrzynkę i Rye, który wcześniej dziwił się, że nie było dotąd na mównicy Giga, zobaczył go, oto i on, wspinał się na niewielką scenę po Włochu, a Rye krzyknął: „Gig!” i rzucił się w jego kierunku, brat wydał mu się tam taki mały, Rye przeciskał się pod prąd uciekającej fali ludzi, a tymczasem Gig podchwycił refren tenora: „I sztandar pracy wkrótce załopocze...”.

Strażnik ściągnął go ze skrzynki, a kiedy Gig upadał, inny zamachnął się na niego kolbą strzelby, a Rye krzyczał: „Gig!”. I Rye prawie dosięgnął brata, lecz kiedy znalazł się tuż przed skrzynką, była pusta, więc wszedł na nią i słabym, przerażonym głosem zaśpiewał dalej pieśń: „Nad krajem, który będzie wolny...”.

Rye odparł pierwsze uderzenie przedramieniem i wykrzyczał końcówkę pieśni: „Od pana po niewolnika!”, kiedy jego brat zawołał: „Rye!”, potem poczuł uderzenie w plecy i przewrócił się na ulicę, usiłował dostrzec Giga przez tę plątaninę nóg i stóp, ale kopniak w brzuch pozbawił go resztek oddechu i Rye Dolan w końcu się poddał, zwinął się w kłębek, zasłonił twarz rękami i czekał na to, czego spodziewał się przez całe swoje dotychczasowe, krótkie, niewinne życie.