Stracone milionyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Wtedy nie było drugiego takiego miejsca jak Spokane – istne piekło. Godzina jazdy zewsząd, zapadła mieścina między pasmami gór a kaskadą wodospadu, na widok którego Rye’owi zaparło dech w piersiach, kiedy po raz pierwszy przyjechał tu koleją – bazaltowe klify sterczące niczym zęby z porośniętych sosnami wzgórz, mosty kolejowe, których sieć pokrywała całą dolinę, a pośrodku duża rzeka, która wyżłobiła głęboki, zadrzewiony kanion rozciągający się od kopalni srebra i zalesionych gór Idaho aż po bogate ziemie uprawne Waszyngtonu.

To dynamicznie rozwijające się miasto wciąż się rozrastało, co sześć lat podwajając liczbę mieszkańców, która w ciągu zaledwie trzydziestu lat wzrosła z kilkuset osób do ponad stu tysięcy, aż jedynym większym miastem w całym stanie była już tylko ta ohydna, portowa zaraza, Seattle. Spokane sprawiało wrażenie punktu przecięcia między Dzikim Zachodem a cywilizowanym światem. Było jak ostatnie tchnienie tego miejskiego organizmu, zanim stało się zgoła czymś innym – Ostatnim Miastem Gorączki, jak nazwał je Gig z powodu gorączki srebra u podnóża gór, ale również z powodu zalewu kolei i banków, szkół i handlarzy, cegły, kamienia i stali, wycinki starych drzew, które zamieniały się w domy z kolumnami, młotów walących nieprzerwanie w dziką naturę, szalonego pędu, żeby wyciąć i wybrukować cały świat.

W centrum miasta strumień pieniędzy płynął w prawo, na Howard Street, do banków, projektantów konfekcji, klubów, kancelarii prawnych, pozłacanych hoteli, eleganckiej restauracji Louisa Davenporta i Sali Dożów, marmurowego Klubu Spokane, wybrukowanych ulic prowadzących do luksusowych dzielnic zamieszkanych przez baronów węgla i drewna oraz ludzi, którzy świadczyli dla nich usługi bankowe, lekarskie i prawnicze.

Wschodnia połowa centrum miasta była dzielnicą występku i rozpusty, kwartał ulic, sześć na sześć, picia, tańców, pokoi na godziny, lokali wypij i zagraj, palarni opium i łóżek z ptaszynami w samych pasach do pończoch. Gig powiedział, że zanim Rye go odnalazł, podróżował koleją z San Francisco do St. Paul i do wszystkich miasteczek położonych pomiędzy nimi, i że jak na jego kieszeń, którą, trzeba przyznać, miał dziurawą, Spokane okazało się najlepszym miastem spośród wszystkich.

Rye’owi spodobało się z różnych powodów – ciche dzielnice i to, że podnosząc wzrok, można było zobaczyć kaniony z piaskowca o brunatnej barwie, a z końca nawet najbardziej ruchliwej ulicy porośnięte lasem sosnowym zbocze wzgórza. Poza tym podobała mu się koncepcja, że pewnego dnia zbudują swój własny dom pośród drzewek owocowych na tyłach pensjonatu pani Ricci. Ale niezależnie od tego, jak bardzo braciom Dolan spodobało się Spokane, ich uczucia niekoniecznie były odwzajemniane – byli postrzegani jako kolejni dwaj włóczędzy w mieście, które pękało już od nich w szwach – kwestia, którą Gig przedstawił w następujący sposób:

Kloszard wędruje i pije.

Włóczęga wędruje i marzy.

Robotnik sezonowy wędruje i pracuje.

Druga część budziła wątpliwości, ale bez wątpienia Rye i Gig wędrowali z konieczności albo dlatego, że to lubili, albo z obu tych powodów. Może i osiedliliby się w jednym miejscu, gdyby urodzili się rolnikami i uprawiali pszenicę albo dżentelmenami sprzedającymi artykuły spożywcze, a nie synami człowieka pokroju Dana Dolana, który przybył z Irlandii, gdzie rodowe nazwisko Dobhail oznaczało w języku gaelickim „nieszczęśliwy”, co najwyraźniej znalazło doskonałe odbicie też w Ameryce, w której Dan odsiedział rok za długi, zanim znalazł pracę jako robotnik usuwający łopatą gruz z wyrobiska i przesłał wiadomość do hrabstwa Leitrimo o tym, że on, najmłodszy syn Ahearna Dobhaila, jest dobrze zapowiadającym się amerykańskim baronem srebra i potrzebuje kandydatki na żonę. Mieszkańcy sąsiednich wiosek zorganizowali zbiórkę pieniędzy, żeby wysłać najbardziej antypatyczną starą pannę, która miała zaledwie dwadzieścia dwa lata i z powodu której dwóch mężczyzn wolało uciec z Irlandii, niż się z nią zaręczyć. Przybyła do Montany po dwóch tygodniach podróży łodziami, pociągami i wozami, żeby odkryć, że ten niedawny więzień jest o dziesięć lat starszy niż zachwalano, i powitała go słowami: „Mam nadzieję, że nadajesz się jeszcze do tego, żeby zrobić dziecko”.

„Twoja matka przyjechała z pretensjami”, mawiał Dan Dolan, „i planami, że odprawi mnie tak samo jak innych”. I tak też zrobiła po urodzeniu czwórki dzieci, z których najmłodszy, Rye, miał osiem lat, kiedy jego tata padł trupem na schodach tawerny – prawdziwa definicja irlandzkiego piekła: umrzeć, wchodząc do baru. Niedługo potem matka Rye’a zachorowała i położyła się do łóżka – biedny Dan to i biedny Dan tamto – w chorobie stwarzając sobie obraz miłości na wieki, a może i to była miłość: żal z powodu żalu aż po grób. Śmierć taty i choroba mamy, zamknięte związkowe kasy zapomogowe, kopalnie i kolej pozbywające się pracowników sprawiły, że rodzeństwo Dolanów nie miało innego wyboru, tylko się ulotnić. Los jako pierwszego wyznaczył Danny’ego, potem biedną Lacy, a w końcu Giga, który nie mógł znieść tego wstydu, że jest zdrowym, młodym człowiekiem i nie pracuje w kopalni, więc pewnego dnia odszedł bez słowa.

Gig zawsze powtarzał, że w drugim życiu byłby aktorem i że właśnie ta myśl zaprowadziła go do „teatralnej stolicy Zachodu” i prawdziwej perełki Spokane, wzniesionego z czerwonej cegły Auditorium Theater, inkrustowanego bogato zdobionymi balkonami i pokrytymi misternymi rzeźbami lożami wiszącymi nad Największą Sceną Ziemi, szeroką na osiemnaście metrów i głęboką na czternaście. Pozostałe teatry ustępowały mu pod względem rozmiarów i repertuaru, te z zachodu po wschód miasta, od Pantages, po Orpheum i Comique, od cukierkowych spektakli i koncertów fortepianowych w zachodniej części miasta, waltorni i monologistów w binoklach w centrum miasta, i – na wschodnim jego krańcu – po cały wachlarz przybytków o wątpliwej reputacji, w których występowały takie gwiazdy jak Urszula Wspaniała i Sławny Walczący Fitzkładący pokotem pięciu mężczyzn, a potem uderzeniem pięści przewracając na ziemię konia. Takie widowiska odbywały się w barach i domach hazardu, a gra w faraona i palenie opium w przybytkach dla narowistych panienek, salach zakładów bukmacherskich i wyszynkach, w domach schadzek i klubach towarzyskich, lokalach dla przestępców i weteranów wojen, hiszpańskiej i secesyjnej, dla związków zawodowych, dobroczyńców i klubowiczów, Armii Zbawienia i Ligi Wstrzemięźliwości oraz Dusz Miłosierdzia – przyczyna i skutek, choroba i remedium, wszystko to kłębiło się w lędźwiach wędrującej ulicami i alejami po tych niezliczonych kwartałach wielkiej ludzkości. Na wschodnim krańcu miasta ulice pełne były tych odartych z godności, wygłodniałych, spragnionych, osamotnionych żebraków i kloszardów, parobków i pilarzy, młynarzy, górników i tułaczy, spłukanych kamratów, nieudanych ojców i zapomnianych przez Boga dziadków ludzi wszystkich języków, religii i ras, szczurów z melin i panienek z saloonów, dam z temperamentem, zakonnic i kanciarzy, kieszonkowców, socjalistów i sufrażystek, niegodziwych, załamanych i bezbożnych – Amerykanów, ich także, wszystkich co do jednego.

Jednak o ile ta część Spokane była uboga, to druga połowa miasta była równie, albo nawet bardziej, zamożna, Brown’s Addition i bulwary na południu miasta, od strony South Hill pękały w szwach od okazałych posiadłości, rezydencji zajmujących całe kwartały ulic, domów z dwuspadowymi pozłacanymi dachami, z wieżyczkami, gzymsami, kolumnami, oknami mansardowymi, portykami, kamerdynerami, kierowcami, pokojówkami, i dobry Boże, chodź tutaj głodny – człowiek przechadzający się tymi ulicami chyba musiałby rozstać się z rozumem, by nie zastanowić się nad koncepcją wobbliesów – cholera, dlaczegóż by nie stworzyć unii wszystkich mężczyzn i kobiet, zwłaszcza w takim świecie jak ten, w którym garstka bogatych żyje w chmurach, podczas gdy reszta przymiera głodem, tyra i śpi na gołej ziemi, a wszystko po to, żeby jakaś rozwścieczona bojówka mogła cię wyrwać ze snu, bo ma zamiar cię utopić.

5

Znajdowali się na płaskowyżu powyżej poziomu rzeki, w Browne’s Addition – wysokie, żelazne ogrodzenie, a za nim posiadłość, służba patrzyła z okien stróżówki. Early wciąż gadał z Gigiem.

– Zupełnie nie rozumiem, jak chcecie wywołać wojnę klasową bez wojny.

Trzech robotników sezonowych dołączyło do nich w drodze do zadymionego centrum miasta i na darmowe śniadanie zapewnione przez Robotników Przemysłowych Świata. Dwaj mężczyźni byli starymi wygami, kiedyś zbierali siano pod Omakiem razem z Julesem i wspominali historie z szopy, które znowu doprowadzały go do wybuchów tubalnego śmiechu. Trzeci był młodym czarnoskórym odźwiernym w hotelu, przedstawił się jako Everett i powiedział Rye’owi, że płacono mu dwie trzecie tego, co dostawali biali odźwierni, i nie pozwalano mu wstąpić do związku zawodowego.

– Szef by mnie zwolnił, gdybym został wobbliesem – stwierdził Everett – ale nie może mi zabronić, żebym zjadł z nimi śniadanie.

Elektryczny tramwaj przetoczył się z łoskotem obok nich, pajęczyna torów pokrywała całe miasto, trakcje elektryczne trzeszczały nad nimi niczym iskrzące sznurki marionetek. Rye dostrzegł w oknach tramwaju zagniewane twarze ludzi i wyobraził sobie, co musieli myśleć o tym ich pochodzie, na którego czele kroczył Gig, niczym generał włóczęgów.

Po drugiej stronie ulicy jakiś mężczyzna w płaszczu długim na tyle, żeby ukryć pod nim strzelbę, wyprostował się, kiedy przechodzili obok, przypominając Rye’owi, że dwie noce temu zamordowano policjanta i w najbliższych dniach każdy glina, detektyw i zbir z kopalni wylegnie na ulice.

Właśnie otworzono drzwi olbrzymiej hali Robotników Przemysłowych Świata przy Font Street i mężczyźni ustawili się w kolejce do kantyny po śniadanie – owsianka, kawa i herbatniki z mąki pszennej. Zabrali jedzenie i weszli przez podwójne drzwi do dużej sali posiedzeń, i nawet Gig i Early ucichli, kiedy napełnili żołądki.

 

Rye dopiero co przyszedł do stołu, kiedy drzwi na ulicę otworzyły się na oścież i rosły komendant policji John Sullivan wszedł do środka. Rozejrzał się dookoła, jakby rozważał kupno tego budynku, stanął na pałąkowatych nogach w przedsionku, między stoiskiem z gazetami a kantyną, wodząc wzrokiem po pamfletach, plakatach i ulotkach rozwieszonych na ścianach, po czym zatrzymał wzrok na Rye’u, który trzymał w rękach miskę owsianki. Na twarzy komendanta pojawił się grymas niezadowolenia, dobre pięć centymetrów pod sumiastymi wąsami – zarostem o takim ciężarze i rozmiarze, że Rye niemalże spodziewał się, że za chwilę rozchyli się, odsłaniając ukrytą tam Urszulę Wspaniałą, śpiewającą pieśń żywej pumie.

– Walsh – zagrzmiał.

Rye nie był w stanie zrobić niczego, jak tylko wskazać palcem na podwójne drzwi, w kierunku biura znajdującego się na drugim końcu sali.

Sullivan sięgnął do kieszeni po pięciocentówkę, cisnął nią na blat stoiska z gazetami i porwał egzemplarz „Industrial Worker”. Złożył gazetę i z nagłówkiem BITWA O WOLNOŚĆ SŁOWA wystającym z kieszeni jego grubego płaszcza wmaszerował przez podwójne drzwi na salę posiedzeń. Rye słyszał opowieści o wielkim komendancie, ale nigdy nie widział go z bliska. Szedł, jakby toczył się na kółkach, jakby był zawieszony na biodrach, a sposób, w jaki zadzierał stopy do góry, i jego wybałuszone oczy powodowały, że mógł sprawiać wrażenie dziwaka, ale Rye dobrze wiedział, jaką reputację ma pałka tego człowieka – lepiej było unikać go, nawet jego cienia, na ulicy.

W sali posiedzeń tuzin par oczu śledził Sullivana, kiedy maszerował głównym przejściem, a potem wszedł na scenę, na której jakiś mężczyzna ruchem ręki wskazał na lewo, w kierunku drzwi wejściowych do biura. Komendant policji odwrócił się na pięcie i pokonał tę odległość trzema krokami, strzelił knykciem i znowu zagrzmiał:

– Walsh! – Drzwi do biura otworzyły się, Sullivan wszedł do środka, drzwi zamknęły się i tuzin włóczęgów jednocześnie odetchnął z ulgą.

Rye usiadł między Earlym i Julesem, którzy właśnie dopijali kawę. Cała trójka przyglądała się, jak Gig i dwóch innych wobbliesów, stojąc w głównym przejściu, dyskutuje na temat charakteru komendanta policji. Jeden z mężczyzn powiedział, że Sullivan wykazał się odwagą, wchodząc do środka bez obstawy policjantów. Drugi stwierdził, że Sullivan „złoiłby ci tyłek i osobiście wywlekł z miasta”. A jednak, jak powiedział, wolał Sullivana niż policjanta w rodzaju Huba Clegga, który „powali cię na ziemię, żeby przeszukać twoje kieszenie”.

– Charakter Sullivana nie ma tu nic do rzeczy – powiedział Gig. – Stoi na czele tego brutalnego wydziału policji, ergo nieobciążanie go odpowiedzialnością za korupcję panoszącą się w tej instytucji to tak, jakby wierzyć, że głowa węża nie ma pojęcia o tym, co się dzieje ze szczurem, którego połyka.

Early i Jules odwrócili się i pokiwali do siebie głowami, z aprobatą dla talentów krasomówczych Giga.

– Ergo – powtórzył Early.

– Głowa węża – powiedział Jules.

Potem Early nachylił się w stronę Rye’a.

– Przemowy twojego brata zaprowadzą go prosto do więzienia. – Wstał. – Jeśli chodzi o mnie, to nie chcę tutaj być, kiedy ten wielki policjant wróci i zada pytanie, który włóczęga wrzucił dzisiaj jego człowieka do rzeki. – Potem spojrzał na Julesa. – Łatwo będzie cię rozpoznać, wiesz o tym.

Jules wzruszył ramionami.

– Trochę się tutaj pokręcę i zobaczę, co się wydarzy.

– Rób, co chcesz – odparł Early. – Było mi bardzo miło, chłopaki. – Podał Julesowi rękę. – Bonne chance, Jules.

– Tout le plaisir etait pour moi – odpowiedział Jules.

Gig dostrzegł, że Early wstaje i podchodzi do niego.

– Idziesz, Early?

– Na razie.

– Dokąd?

Early wyglądał tak, jakby nie do końca wiedział, co odpowiedzieć.

– Na Zachód – odparł. – Może do Seattle. Chociaż jestem znany z tego, że zaszywam się na południe od Spokane, w Lind. Znasz? – Gig kiwnął głową. Lind było niewielkim rolniczym miasteczkiem słynącym z uprawy pszenicy, które znajdowało się o dwie godziny drogi na południowy wschód. – Z drugiej strony – Early wyszczerzył zęby w uśmiechu – nie wiem, czy dam radę ominąć Jimmy’ego Durkina.

– Pojadę tam – odparł Gig.

Uścisnęli sobie dłonie, a Early poklepał Giga po ramieniu.

– Uważaj z tymi bzdurami.

Early wciąż potrząsał dłonią Giga, kiedy ten podniósł wzrok i się uśmiechnął.

– Aha, Rye, następnym razem, kiedy twój brat nie przestanie kłapać na temat tych nieodłącznych praw człowieka, masz moją zgodę, żeby stuknąć go w głowę szpadlem. – Nałożył kapelusz. – A zatem, królewicze, do zobaczenia gdzieś po drodze... – Po czym skierował się do drzwi i zniknął.

Nie minęło pięć minut, kiedy drzwi do biura otworzyły się z hukiem i Sullivan wypadł przez nie z podobnym pędem, z jakim w nie wpadł, a za nim biegli Walsh, Mały Frank i chudy Włoch w brązowym garniturze, który nazywał się Charlie Filigno, wiecznie niezadowolony sekretarz związku.

Wobbliesi usuwali się Sullivanowi z drogi, kiedy wielki komendant kroczył przejściem w kierunku szeroko otwartych podwójnych drzwi. Odwrócił się, żeby spojrzeć na salę, niczym surowy ksiądz.

– Powiedziałem twoim ludziom, Walsh, i powtarzam tobie. Nie róbcie tego, co zaplanowaliście. Jeden z moich policjantów został zamordowany przedwczoraj w nocy...

Walsh przerwał mu.

– Sam pan powiedział, że zabójca wyglądał jak właściciel posiadłości. Czy tutaj ktoś taki jest?

– Nie – przyznał smętnie Sullivan, jakby miało to ułatwić sprawę. – Ale to nie ma znaczenia. Chłopcy są roztrzęsieni. Jeden z nich został napadnięty, kiedy dzisiejszego ranka rozganiał obozowisko robotników sezonowych.

Rye wzdrygnął się i Gig rzucił mu surowe spojrzenie.

Sullivan podniósł do góry gazetę i uderzył dłonią w nagłówek o wolności słowa.

– Jeśli to zrobicie, zapłacicie za to głową.

Odwrócił się na pięcie, wymaszerował z sali, a sekundę później zatrzasnęły się za nim drzwi wychodzące na ulicę. W ciszy, która potem zapadła, Rye rozejrzał się po sali, spojrzał na brata, na Julesa, na Walsha i na Małego, na odźwiernego Everetta i na ręce robotników pracujących na ranczach, na pół tuzina innych robotników w wytartych ubraniach i z zarośniętymi twarzami, na tę armię ubogich i doświadczonych przez los, połączonych wspólną sprawą, ale jednocześnie samotnych, spośród których każdy zmierzał ku horyzontowi swojego własnego końca.

Młody, 1864

Po tym, jak Bonin odzyskał skóry od Szkotów, ruszyliśmy razem w drogę konno, trasą położoną poniżej południowego brzegu rzeki, aż dotarliśmy do kamienistego brodu, gdzie ten Francuz obsługiwał prom linowy, który przepływał na drugą stronę dzikiej rzeki. Ale barka była przywiązana do drugiego brzegu i nie dostrzegliśmy żadnych śladów starego trapera Plantego.

„Odzyskać” to potwornie skomplikowane słowo na określenie tego, co zrobiłeś, powiedziałem Boninowi.

Na Szlaku Mullana za naszymi plecami nie unosił się żaden kurz i pomyślałem, że może jednak nikt nas nie śledzi.

Dzisiaj rano zwinęliśmy obóz, żeby pojechać na północ, kiedy Bonin nadjechał z grubym naręczem skór przytroczonym do tylnego łęku siodła. Powiedział, że dobił targu ze Szkotami, i że jeśli uda nam się przeprawić na drugi brzeg rzeki promem Plantego, będziemy mogli sprzedać te skóry w Forcie Colville.

Ale sposób, w jaki wciąż oglądał się za siebie, sprawił, że zacząłem podejrzewać, że Bonin jednak ukradł te skóry. Zapytałem go o to wprost i wtedy właśnie wymyślił to słowo „odzyskać”. Bogobojny człowiek zwyczajnie by odjechał i pozwolił, żeby Bonin sam zebrał swoje baty, ale moja własna niemoc i wiedza mojego kompana na temat tego dziwnego kraju sprawiły, że tego nie zrobiłem.

A teraz jeszcze prom Plantego stał, bezużyteczny, na drugim brzegu i nasz plan spełzł na niczym. Przewoźnik miał chatę z bali po drugiej stronie rzeki, ale nikt się tam nie kręcił. Nawet kiedy Bonin złożył dłonie razem i zawołał przez nie: „Hej tam!” na drugą stronę rzeki, w oknach chaty nadal panował mrok.

Moglibyśmy spławić konie, zaproponowałem, ale policzki Bonina poczerwieniały, kiedy spoglądał w dół na tę potężną rzekę. Śnieg wciąż leżał u podnóża gór, a rzeka aż nadymała się od silnego prądu.

Skóry mogą zamoknąć, powiedział. Wiedziałem, że tak naprawdę chodziło o to, że Bonin nie potrafił przepłynąć więcej niż na odległość kilku rozpaczliwych machnięć rękami. A tak wczesną wiosną rzeka Spokane mogła rozmoczyć skóry, porwać jego małego osiodłanego konia w dół rzeki i wrzucić go w spienione fale.

Dokładnie wtedy jakiś chłopiec wyłonił się zza krzaków na drugim brzegu rzeki, jakieś trzydzieści metrów od nas. Był ciemnoskóry, niskiego wzrostu, miał ze dwanaście lat i duży czarny węzeł włosów, musiał być z tej grupy Indian mieszkających nad rzeką, pośród których żył Plante.

„Gdzie się podział twój Francuz?”, krzyknął Bonin.

„Mogę was przeprawić”, odkrzyknął chłopiec.

„To do roboty”, zawołał Bonin.

Chłopiec zaczął odwiązywać barkę.

Była to jedyna przeprawa przez rzekę, dlatego opłata przewozowa była wysoka – cztery dolary za wóz, siedemdziesiąt pięć centów za pasażera i pół dolara za zwierzę. Nie mieliśmy wozu, tylko my i nasze konie, no i to naręcze skór.

Młody Indianin ruszył barką w naszym kierunku, używając drąga, żeby odepchnąć się od brzegu. Grube liny prowadziły z dwóch końców barki do kół pasowych na drugiej linie zawieszonej ponad rzeką i przywiązanej do dużych drzew. Prawie w połowie długości rzeki prąd pociągnął barkę, napinając drzewa i wyginając linę sterowniczą pośrodku niczym cięciwę łuku myśliwego.

Na brzegu Bonin szarpnął wędzidło spłoszonego konia. Lepiej żeby ten chłopak się pospieszył, powiedział. Spojrzeliśmy jednocześnie na szlak za naszymi plecami.

W końcu chłopiec dobił barką do brzegu i wprowadziliśmy nasze ciężko stąpające konie na drewniany pokład. Twarz chłopca wyglądała na starszą niż jego drobne ciało i spojrzał na mnie tak, jakby wiedział, że przysporzę mu kłopotów. Bonin zapłacił za siebie i konia. To wszystko przez ciebie, stwierdziłem. Wtedy wygrzebał jeszcze siedemdziesiąt pięć centów.

Kiedy chłopiec ruszył od brzegu i zaczął płynąć na drugą stronę, odpychając się drągiem od dna rzeki, zauważyłem coś niepokojącego na odległym brzegu, błyszczącą białą górę na polanie wznoszącej się ponad lustrem wody. Chłopiec powędrował za moim wzrokiem. „Kości koni”, wyjaśnił.

Potem Bonin wyprostował się i wskazał na brzeg za naszymi plecami. Kurz unosił się nad drogą biegnącą na południe, niecałe ćwierć mili stąd. Jeźdźcy zmierzali w naszą stronę. Nie dopłynęliśmy jeszcze do połowy szerokości rzeki, kiedy czterech mężczyzn na koniach pojawiło się w zasięgu naszego wzroku na południowym brzegu.

„Dawaj ten drąg!”, krzyknął Bonin. Ale chłopiec go nie oddał i wywiązała się szarpanina. Bonin chwycił chłopca za koszulę i bryczesy, po czym cisnął nim za burtę. Chłopak wpadł do wody, ledwie marszcząc jej powierzchnię. Wtedy Bonin wyjął nóż z pochwy i zaczął odcinać liny sterownicze.

Zrozumiałem, co zamierza zrobić. I tutaj muszę docenić Bonina. Prawdopodobnie była to jedyna szansa, jaka nam pozostała. Jeźdźcy mogli przeprawić się przez wodę brodem szybciej niż my byliśmy w stanie przepłynąć barką. Ale prąd był na tyle silny, że mógł nas w dość szybkim tempie ponieść w dół rzeki, a ponieważ szlak oddalał się od brzegu, wystarczyło pokonać dwa zakręty, żeby móc spokojnie uciec na trawiaste pola po północnej stronie.

Mimo tego silnego zimnego prądu chłopiec wprawnymi ruchami dopłynął do przeciwległego brzegu. Zazdrościłem mu. Chciałem mu powiedzieć, że jest mi przykro, ale było mi przykro z powodu wielu rzeczy, odkąd wyruszyliśmy z Boninem z Kansas.

Bonin skończył odcinać liny sterownicze i przez chwilę obracaliśmy się w wirze, a potem zerwaliśmy się z koła pasowego i barka ruszyła w dół rzeki. Roześmiałem się. Niech mnie kule biją, powiedziałem. Właśnie tak to było z Boninem. W jednej chwili człowiek był przerażony, w drugiej zachwycony. Kości koni, skóry przytroczone do tylnego łęku siodła, aż tu nagle płyniesz rzeką. Moja klacz była niespokojna, ale chwyciłem ją za uzdę i kazałem jej się uciszyć.

Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem obydwa brzegi rzeki – na południu konie jeźdźców stanęły w kurzu, a na północnym brzegu mały pływak właśnie wychodził z rzeki. Przyłożył dłonie do ust i wołał przewoźnika.

 

„Powinienem był ci o czymś powiedzieć, młody”, powiedział Bonin.

Spojrzałem na niego.

„Pokłóciliśmy się ze szkockim traperem, na noże”.

Ledwie te słowa zdołały wyjść z jego ust, poczułem szarpnięcie ramienia i usłyszałem głuchy huk strzelby.

Moja klacz została postrzelona w kark. Podniosła policzek z mojej dłoni i wyskoczyła z barki, łamiąc barierkę i powodując, że łódź zaczęła zanurzać się i wynurzać, niewielka osiodłana klacz Bonina zachwiała się na nogach i wypadła drugą burtą, zabierając ze sobą kolejną barierkę. Obydwie klacze płynęły teraz w stronę brzegu, moja z raną na karku, a klacz mojego towarzysza ciągnąc za sobą nasze drogocenne, rozmokłe skóry. Ramię paliło mnie w miejscu, gdzie odłamek kuli, która trafiła klacz, wbił się w moje ciało, w panewkę stawową.

„Dostałem”, powiedziałem Boninowi. Obaj leżeliśmy na brzuchach, kurczowo trzymając się barki. Przepłynęliśmy kolejny zakręt i dostrzegłem tego mężczyznę, który mnie postrzelił, jadącego w trop za nami szlakiem powyżej południowego brzegu rzeki. Strzelał z siodła, fantazyjny cel, a teraz znowu niebezpiecznie się zbliżał. Rozległ się huk wystrzału, który odbił się echem od skał. Ale tym razem kula chybiła, a rzeka porwała nas wartkim prądem obok skupiska głazów, które wyrosły między nim a nami, tak szybko, że ten doskonały strzelec nie był w stanie przeładować strzelby.

Rzeka była wzburzona, podskakiwaliśmy, unosząc się i opadając nad bystrzami i niewidocznymi skałami, a tratwa płynęła to w jednym, to w drugim kierunku. Drąg do odpychania od dna zniknął razem z klaczami i nie mieliśmy niczego, czym można by hamować albo sterować. Leżeliśmy płasko na tej miotającej się łupinie. Ból przeszywał mi ramię z każdym jej wstrząsem.

„Wynurzamy się razem z następnym wirem”, powiedział Bonin, chociaż pęd tego prądu nie wróżył niczego dobrego. A kurz unoszący się nad jeźdźcami wciąż ciągnął się za nami wzdłuż południowego brzegu rzeki.

Zawołałem do Bonina:

„Czy Szkoci przeżyli tę kłótnię?”

Nie odpowiedział. Ale ja wiedziałem. Wiedziałem to już w chwili, w której przyjechał do obozowiska ze skórami. Może wiedziałem, do czego jest zdolny już w chwili, kiedy wyruszyliśmy konno z Kansas, uciekając przed mobilizacją do armii. Zastanawiałem się, czy ktoś opatrzy mi ranę na ramieniu, zanim mnie powieszą.

A rzeka nadal wierzgała niczym młody źrebak. Grzbiety gór i szpalery drzew zostawały w tyle.

Nie potrafię powiedzieć nic więcej o tej rzece jak to, że była szeroka i wartko płynęła, potok wypływający z górskiego jeziora, ryk rozjuszonej wody, spragnionej oceanu nad twardym, skalistym dnem. I nawet gdy wynurzaliśmy się na spokojniejszym odcinku albo nasza tratwa zahaczyła o konar drzewa, nie mogliśmy wysiąść, ponieważ brzegi były obłożone głazami albo obwieszone zaroślami i nie było czego się uchwycić. Traperzy na południowym brzegu zostali w tyle, szlak oddalił się od rzeki, i pył stał się ledwie widoczny. Może wartki prąd i dzikość rzeki mogły mimo wszystko stać się naszym wybawieniem.

Bonin przeczołgał się przez drewniany pokład i spojrzał na moje ramię.

„Źle?”, zapytałem.

„Chyba nie”, odparł. Ale potem przeczołgał się z powrotem na swoją stronę tratwy.

Wtedy właśnie zauważyłem kurz unoszący się nad jeźdźcami również na północnym brzegu rzeki.

To znaczyło, że teraz ścigano nas już po obu stronach rzeki. Jak można się było spodziewać, dwóch jeźdźców w pełnym galopie pojawiło się na szlaku na północnym brzegu, na wzniesieniu ponad nami. Jeden był starszy, brodaty, i domyśliłem się, że to pewnie ten francuski przewoźnik. Chłopak, który pracował na promie, jechał z przodu na mniejszym koniu.

„Doprowadziłem nas do zguby”, powiedział Bonin.

„Nie będę z tym dyskutował”, odparłem.

Rzeka znowu podkręciła tempo, wznosiła się i opadała, i dwukrotnie prześlizgnęliśmy się między skałami. Kurczowo uczepiliśmy się barki i obserwowaliśmy teren za nami, obydwa brzegi, jak ścigający nas ludzie zjechali w dół brzegu rzeki, a potem byli zmuszeni wjechać z powrotem na górę i zawrócić na skarpę, ponieważ ukształtowanie terenu i zarośla tylko na to pozwalały. Czekałem, aż ten celujący z siodła znowu weźmie nas na muszkę, ale nie miał pola do czystego strzału.

Wtedy uświadomiłem sobie, że z mojej rany sączy się krew, tak jakbym cały wylewał się z własnej skóry. Leżałem z twarzą na tych zimnych, mokrych deskach, traciłem świadomość i ją odzyskiwałem, unosząc się i opadając wraz z rzeką, i nie mam pojęcia, jak długo to trwało. Zwolniliśmy raz jeszcze, ale prąd znowu nas porwał, zanim Bonin zdołał wyciągnąć nas na brzeg. Wierzba na brzegu wyciągała do nas rękę i Bonin ją chwycił, ale została mu w dłoni jedynie garstka liści, które opadły z konara drzewa.

Obawiałem się, że za bardzo opadłem z sił, żeby popłynąć. Stan wody był wysoki, nurt wartki, woda lodowato zimna, a kilka spokojnych odcinków, którymi moglibyśmy dopłynąć do brzegu, było dostępnych również z obu dróg biegnących wzdłuż rzeki, więc równie dobrze mogli się tam dostać ludzie, którzy nas ścigali – traperzy z południowego brzegu rzeki i Plante z chłopcem z północnego brzegu.

Wobec tego trzymaliśmy się mocno tratwy. Wznosiliśmy się i opadaliśmy, policzkowani przez wodę, drapani przez skały i konary. Ramię miałem odrętwiałe, bez czucia, tak jakby rękaw mojego płaszcza był pusty.

„Szkoda że mnie spotkałeś, młody”, powiedział Bonin.

„Podejrzewam, że to wina mojego własnego charakteru”, odparłem.

Gawędziliśmy tak, trzymając się kurczowo barki i patrząc sobie w oczy ponad mokrym pokładem. „Powiem ci na koniec, że masz zachwyt w oczach”. Pomyślałem o spokojnych, niebieskich oczach mojej matki i ciemnobrązowych oczach tego chłopca, który przeprawiał nas na drugą stronę rzeki. Ileż setek oczu widziałem w międzyczasie? A iluż nigdy więcej nie zobaczę, skoro zielone demoniczne oczy Bonina są ostatnimi?

Zdawał się znać moje mroczne myśli.

„Posłuchaj”, powiedział, muszę ci coś powiedzieć o tej rzece. Przed nami są wielkie wodospady, sześć albo siedem półek skalnych, z których ostatnia to skaliste urwisko opadające kilkanaście metrów w głąb kanionu. Latem miejscowi Indianie zbierają się tam na połów ryb, ale teraz, kiedy stan wody w rzece jest taki wysoki na skutek roztopów... ” Potrząsnął głową.

„Może uda nam się tamtędy przepłynąć”, powiedziałem. Może będziemy pierwszymi, którzy pokonają ten odcinek rzeki i o tym komuś kiedyś opowiedzą. Uśmiechnąłem się na myśl o przygodach, jakich szukaliśmy na Dzikim Zachodzie.

Bonin nic nie odpowiedział.

Prąd rzeki w końcu trochę zwolnił, a droga na północnym brzegu opadała w dół w naszym kierunku. Chłopiec i przewoźnik znajdowali się coraz bliżej, jadąc szybkim kłusem, chłopiec był już niemalże na wysokości naszej barki. Jakbyśmy podróżowali razem, dwóch drogą i dwóch rzeką. Zastanawiałem się, czy chłopiec ma lasso do rzucania.

„Wybacz mi”, powiedział Bonin, i początkowo sądziłem, że mówił to do chłopca, mając na myśli to, co sądziłem na temat kradzieży barki. Ale kiedy się odwróciłem, Bonin ześlizgnął się z płaskiego dna barki do rzeki i popłynął do brzegu. Płynął w tym swoim okropnym stylu, młócąc powietrze rękami, łopocząc połami ciężkiego, długiego płaszcza niczym rozpostartymi skrzydłami, a prąd spychał go z powrotem w kierunku burty. Widziałem jego twarz, dopóki nie zanurzyła się pod wodą i wynurzyła trzy metry dalej. Wciąż próbował dopłynąć do brzegu. Obejrzał się za siebie, w moim kierunku, i nasze spojrzenia znowu się spotkały.

Uświadomiwszy sobie swoją głupotę, Bonin usiłował z powrotem wdrapać się na barkę i rozpaczliwie próbował uchwycić się rękami burty. Próbowałem przeczołgać się do niej, żeby mu pomóc, ale opadłem z sił. Kiedy znowu dostrzegłem Bonina, zobaczyłem jedynie czuprynę unoszącą się na powierzchni wody obok barki – a potem zniknął.