Stracone milionyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mama zmarła jako ostatnia, na zapalenie płuc. Rye, jedyne dziecko, które jeszcze pozostało w domu, pomagał jej dojść na sumę i brał tyle prac, żeby starczało na skromną kolację. Zwilżał chusty, żeby przez nie oddychała, i szeptał tej kobiecie tysiące kłamstw, obiecując, że napisze do jej siostry w Galway i mówiąc, że tata czeka na nią w niebie razem z Lace i Dannym, aha, i jeszcze że Gregory właśnie jest w drodze do domu, razem z pewną uroczą katoliczką – Rye wypowiedział w tym pokoju tyle kłamstw, że sam nie mógł się nadziwić, że Jezus Chrystus nie przybył, żeby grzmotnąć go w te jego kościste plecy. Mama zmarła w gorączce, nie było jej stać na szpital, kaszlała skrzepami krwi, a siniaki pojawiały się na jej ciele od samego o nich myślenia, stawy miała spuchnięte od przerzutów, jęczała i krzyczała, modliła się i lamentowała, a Rye, który został z tym wszystkim bez pomocy w wieku piętnastu lat, myślał, że sam diabeł w nią wstąpił, aż przyszedł ksiądz z parafii, żeby udzielić biednej kobiecie ostatniego namaszczenia, i powiedział: „To tylko umieranie, Ryan”. Chrystus mu wybaczył, Rye poczuł się wybawiony, kiedy matka w końcu przestała mamrotać i opuściła swoje nieszczęsne, walczące o życie ciało, a grabarz usunął je, jakby to był śmieć. Nazajutrz Rye oddał w zastaw obrączki ślubne rodziców i kiedy ziemia nad rozkładającym się ciałem jego matki wciąż jeszcze była wilgotna, jako ostatni z rodu Dolanów opuścił Whitehall w stanie Montana i wyruszył w świat, żeby odnaleźć swego dawno zaginionego brata, Gregory’ego.

I odnalazł go dwa tygodnie później, po tej stronie rzeki w Spokane, leżącego w barłogu, w opałach. Wszedł do izby przesiąkniętej mieszanką woni kurzu, whisky i dymu papierosowego i oznajmił: „Gig, nasza mama nie żyje”, a brat wpatrywał się w niego i zdawał się w ogóle nie rozpoznawać tego chłopca o długich rękach. Potem Gig wydał z siebie dźwięk, jakby ktoś wycisnął z niego powietrze, odwrócił się i zaczął szlochać w pokryte czerwoną wysypką piersi leżącej obok dziewczyny. Rye’owi na ten widok też popłynęły łzy, jedyne, jakie uronił w związku z tą sprawą. Stał w tej mrocznej norze i przyglądał się, jak starszy brat łka na piersiach dziewczyny. Nazajutrz Gig odesłał dziewczynę do tego kłopotliwego przybytku, w którym ją znalazł, po czym bracia zniknęli...

Blisko rok przemieszczali się z miejsca na miejsce, ledwie zatrzymując się, żeby złapać oddech. W niektóre dni potrafili przejść dwadzieścia mil, a potem biegli wzdłuż torów na rogatkach miasta, gdzie pociągi zwalniały, po czym wskakiwali do wagonów towarowych i przyczajali się na platformach między wagonami pocztowymi. Gig pokazał Rye’owi swój ulubiony sposób podróżowania – na powietrzu, na płaskich dachach wagonów i rusztowaniach na drewno: nazywał to fruwaniem, z wiatrem na twarzy i słońcem na ramionach. Fruwali i śmigali w ten sposób z jednej pracy do drugiej, z tygodnia na tydzień, z farmy na farmę, z Waszyngtonu do Oregonu i Idaho, aż w końcu wylądowali w cygańskiej osadzie drwali, w której Rye miał czerpać wodę i wbijać kliny w nadpiłowane szczeliny drzew, co miało zapobiec zakleszczaniu się pił. Ale stamtąd też musieli uciekać, bo zastąpili ich siostrzeńcy brygadzisty. I tak bracia ruszyli w ślad za pogłoskami o pracy na farmy w głębi kraju i na przemian pracowali przy żniwach, przerzucaniu buszli pszenicy i zbieraniu czarnych jagód. W tysiąc dziewięćset siódmym roku panika ogarnęła banki i trudno było znaleźć wagon towarowy albo stodołę, w których nie nocowaliby włóczędzy. Prawie codziennie godzinami czekali w kolejkach do biur zatrudnienia tylko po to, żeby usłyszeć, że nie ma dla nich żadnych ofert. Leżeli z innymi stłoczeni pod workami z juty w wagonach towarowych, pili wodę ze strumieni i zjadali mięso wiewiórek upieczone nad ogniskiem w lesie, wygotowywali ubrania i nocowali pod gołym niebem, unikali gangów, które napadały na pociągi, i policji kolejowej, i chociaż nie było to łatwe życie, Rye minąłby się z prawdą, gdyby nie przyznał, że było przy tym pełne przygód.

Spokane stało się przystanią dla pięciu tysięcy sezonowych pracowników, a dwaj bracia włożyli najlepsze koszule i ustawili się w kolejce do tych części agencji pracy przy Stevens Street, na których widniały szyldy z bzdurnymi hasłami obiecującymi pracę dla DOBRYCH LUDZI! ZA DOLARA! PRACA DLA KAŻDEGO! WEJDŹ I ZAPYTAJ!

Był to trudny sezon dla ludzi, ale kłamstwa miały się bardzo dobrze.

Rye udawał starszego, Gig trzeźwego i zabulili dolara za przyjemność dwunastogodzinnego dnia pracy, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że pośrednik podzieli się ich dolarem z marionetkowym szefem i po dwóch tygodniach przydzieli tę pracę innej brygadzie (jakiemuś innemu człowiekowi wartemu dolara), mieląc wszystkich niczym koło łopatkowe wodę, tak żeby nikt nie zdążył zapuścić korzeni. Tego lata w kopalni Bunker Hill przez pięćdziesiąt wakatów przewinęło się trzy tysiące wygłodniałych robotników usuwających gruz z wyrobiska – trzy patole na wypłaty do podziału z szefami, a pośrednicy pracy oskubywali ich również na inne sposoby, pobierając dwadzieścia pięć centów za opiekę lekarską, czerstwy chleb i siennik. Potem, kiedy było już po żniwach, traktowali tych sezonowych pracowników jak bezużytecznych włóczęgów i wynajmowali ochroniarzy, żeby ich pobili i wywieźli za miasto.

Stało się to misją Robotników Przemysłowych Świata, zwanych wobbliesami, która to nazwa wzięła się z przejęzyczenia pewnego Chińczyka, właściciela restauracji, który dostarczał strajkującym posiłki. Cała akcja rozpoczęła się w Chicago w tysiąc dziewięćset piątym roku i zaliczyła twarde lądowanie w Spokane, gdzie zbiegało się siedem towarowych i pasażerskich linii kolejowych na najbardziej ruchliwej, przypominającej Tramp Central Station stacji końcowej na zachód od Chicago. Tysiąc osób zapisało się na czerwone karty Robotników Przemysłowych Świata, a jednym z nich był Gregory Dolan, który zaciągnął Rye’a do centrum miasta, żeby wysłuchać Welsha, jego przemowy wzywającej do działań bez przemocy, do pokojowych zgromadzeń na ulicach, protestowania przeciwko agencjom pracy. A jeśli policjanci będą chcieli ich aresztować za protesty, to proszę bardzo: zapełnią więzienia i sparaliżują sądy. Działania związkowców ostygły wiosną tysiąc dziewięćset dziewiątego roku, kiedy pracownicy sezonowi wrócili do pracy, a Gig i Rye załapali się do roboty w sadzie jabłkowym i zarobili dość, żeby odłożyć do skarpety po dwanaście dolarów na zapłatę dla pani Ricci, tak by móc przezimować w jej pensjonacie we włoskiej dzielnicy.

Spokane, ukochane miejsce Giga na ziemi, ta „teatralna stolica Zachodu”, jak zwykł mawiać, mając na myśli „zagłębie aktorek”, ponieważ każda dziewczyna z burdelu albo meliny podawała się w spisie mieszkańców za aktorkę. Chociaż Rye nie podzielał upodobania swojego brata do tego awanturniczego oblicza Spokane, poczuł się w tym mieście jak we własnym domu, zwłaszcza po tym, jak pani Ricci wynajęła im zabudowaną werandę za połowę ceny, jaką trzeba zapłacić w przyzwoitym pensjonacie, a nawet zaproponowała, że sprzeda braciom sad za domem, gdzie mogliby zbudować swój własny mały dom.

– Nasza weranda musi mieć takie kolumny jak te – mawiał Rye, kiedy chodzili po okolicy, albo: – Gig, a może jeszcze taki zbiornik na deszczówkę?

Rye zaczął wyobrażać sobie, że osiadają na dobre w Spokane – pod warunkiem, że znajdą stałą pracę i Gig przystopuje z alkoholem, pod warunkiem, że w cieplejsze noce i w te, kiedy popiją, będą nocowali pod gołym niebem, pod warunkiem, że piła nie wyślizgnie im się z rąk, a stóg siana na nich nie runie, pod warunkiem, że nie wypadną z pociągu i nie zostaną zabici przez opryszków na usługach pracodawców albo przez policję kolejową. Pod warunkiem pod warunkiem pod warunkiem – pod warunkiem, że Gregory i Ryan Dolanowie wciąż będą oddychać – tego chłodnego, jesiennego dnia Roku Pańskiego tysiąc dziewięćset dziewiątego.

Gig miał dwadzieścia trzy lata, a Rye niecałe siedemnaście.

Leżąc na werandzie, Rye miał wgląd, jakby śnił na jawie, że czy chodzi o mężczyznę czy kobietę, katoliczkę czy protestantkę, Chinkę, Irlandkę czy Afrykankę, Finkę czy Hinduskę, bogatą czy biedną czy biedną czy biedną, świat został stworzony tak, żeby pożreć człowieka żywcem, ale zanim wpadniesz do tej czarnej dziury, te sukinsyny nie mogą ci zabronić rozglądać się dookoła. I wątpił, czy jakiś tam magnat w posiadłości w San Francisco kiedykolwiek obudził się rano i ujrzał lepszy widok niż oni z bratem ujrzeli tego ranka, wpatrując się w czerwone rozcięcie na niebie z rześkiej ziemi na polu bramkowym trawiastego boiska baseballowego.

– Przykro mi z powodu Urszuli – powiedział Rye.

Gig nachylił się nad nim, a jego szeroka, szczera twarz rozjaśniła się w uśmiechu. Wzruszył ramionami.

– Eh, nic nie da się zrobić – powiedział – poza tym, żeby pozostać w grze.

Rye roześmiał się i miał zamiar opowiedzieć dowcip o tworzeniu drużyn kloszardów rozgrywających wszystkie rundy, gdy na drodze za boiskiem zrobiło się jakieś zamieszanie.

Na horyzoncie nie było widać żadnego dymu, nie był to też sen na jawie, tylko grupa mężczyzn schodzących ze wzgórza nad cichym boiskiem. Włóczędzy wokół nich zerwali się na równe nogi, spakowali tobołki i włożyli buty, chwycili za rondle i sfatygowane łyżki, ale nie mieli szans. Banda ludzi wdarła się już na boisko i z łatwością przypominającą młócenie zboża zaczęła walić mężczyzn po głowach.

2

Byli wśród nich policjanci po służbie i agenci zatrudniający pracowników do kopalni, strażnicy i zwykli obywatele, bez płaszczy, z zakasanymi rękawami koszul, w zakurzonych butach. Wymachiwali pałkami policyjnymi, drągami i trzonkami siekier, motyk i łopat. Dopadli już trzecie z kolei siedlisko robotników sezonowych tego ranka, nie udając nawet, że szukają zabójcy policjanta Waterbury’ego.

 

Gig i Rye zebrali się i pobiegli w kierunku lewego pola, mijając chłopca, który usiłował włożyć buty, i Rye przypomniał sobie jego imię – Diego – i to, że pośrednicy zostawili go bez pracy, ponieważ kłoda drzewa zmiażdżyła mu lewą stopę. W chwili, gdy Rye sobie o tym przypomniał, Diego dostał w plecy trzonkiem od grabi.

– Przeklęci włóczędzy! – ktoś krzyknął i: – No dalej, ruszajcie się, łachudry! – Kiedyś zostali rozgromieni i wypędzeni z dżungli, ale Rye miał wrażenie, że tutaj dzieje się coś innego.

Ci ludzie chcieli ich pogrzebać.

Bracia przeskoczyli przez niskie ogrodzenie przy lewym polu i ześlizgnęli się po nabrzeżu w kierunku rzeki, a bardziej zajadli egzekutorzy z pałkami ruszyli za nimi. Wzdłuż drogi nad rzeką stał rząd domów z gankami wspartymi na dwóch kolumnach, a na jednym z drewnianych ganków jakaś kobieta w żółtej sukni sączyła kawę z maleńkiej filiżanki i oglądała pościg, jakby to był spektakl w Pantages.

Dopiero wtedy Rye dostrzegł, że razem z nimi uciekało jeszcze dwóch innych włóczęgów. Jednym z nich był jego przyjaciel Jules, z przygarbionymi plecami, zachmurzoną twarzą i włosami czarnymi niczym rozlana ropa naftowa, stary spokaneńczyk i Indianin z plemienia Paluzów, którego poznał w trakcie spotkania ruchu odnowy religijnej w namiocie Billy’ego Sundaya. Jules pracował z nim w jednej brygadzie w Rockford i pomimo sześćdziesiątki na karku był niestrudzonym pracownikiem, niegdyś oborowym. Był również niezmordowanym gadułą, gawędziarzem, który, siedząc przy palenisku, w połowie opowieści przełączał się z angielskiego na francuski, i którego tubalny śmiech był, jak mawiał, „jedynym, co jeszcze potrafił powiedzieć w języku Saliszów”.

Rye nie znał drugiego mężczyzny, który uciekał razem z nimi. Był chudy i blady, w znoszonym płaszczu i kapeluszu, który zdołał zachować jedynie cień swego dawnego kształtu. Miał szpakowate wąsy, ale mimo to nie dało się w żaden sposób określić wieku mężczyzny: równie dobrze mógł mieć trzydzieści co pięćdziesiąt lat. Cała czwórka wdrapała się na półkę skalną wiszącą tuż nad rwącą rzeką, ale tam ścieżka się kończyła i musieli zawrócić – czterech włóczęgów stanęło oko w oko z uzbrojonymi mężczyznami na wąskim skrawku ziemi.

Przywódca grupy wysunął się naprzód:

– Wygląda na to, że jesteście w potrzasku. – Był wysoki i masywny, miał ziemiste włosy niczym świeżo wysmołowana droga. Rye podejrzewał, że to policjant w cywilu, i wyobraził sobie jego policyjny prochowiec wiszący na tyłach jednego z tych białych domów w Spokane, pokrytych deskami szalunkowymi, żonę piekącą chleb i niańczącą dzieci, w czasie gdy on idzie wybić zęby kloszardom.

Gig też zrobił krok do przodu – on i ten policjant wyglądali niczym dwa pionki w szachach.

– O co chodzi? – zapytał Gig głosem pełnoprawnego obywatela.

Rye już kiedyś widział, jak Gig robił ten numer z policją: zachowywał się, jakby nic się nie stało, jakby właśnie usiadł w fotelu u fryzjera. Kiedyś siedzieli w obozowisku na bocznicy kolejowej, kiedy nadeszło dwóch policjantów, żeby zrobić miejsce na przejazd pociągu wyborczego Tafta. Gig zaczął rozmowę na temat tego, czy Taft ma tyle głosów, żeby przepchnąć Pakt Taryfowy Payne-Aldrich, i zanim obwieszony chorągiewkami i flagami pociąg przetoczył się z łoskotem, zdołał przekonać jednego z policjantów, że William Jennings Bryan byłby lepszym prezydentem.

Ale ten człowiek najwyraźniej był odporny na urok osobisty Giga:

– Wy, anarchistyczni wobbliesi, nie jesteście tutaj mile widziani – powiedział.

– Cóż, w takim razie to wasz szczęśliwy dzień – odparł Gig – ponieważ wśród nas nie ma żadnych anarchistów. Chociaż jestem członkiem Robotników Przemysłowych Świata, nie sądzę, żeby to było niezgodne z prawem.

– Dla mnie jest – powiedział mężczyzna z szarawymi włosami na głowie. Uderzył go w rękę policyjną pałką. – Śmierdzące łachudry, co wolicie najpierw, lanie czy kąpiel?

Rye spojrzał znacząco na Julesa i obaj obejrzeli się za siebie. To co, rzeka? Ale Spokane nie nadawała się do kąpieli, do moczenia w wodzie, nie była uroczym, pełnym ryb strumieniem jak Montana. Była to wartko płynąca do Oceanu Spokojnego, burząca się z wściekłości, wciągająca topielców, lodowato zimna, spieniona rzeka o skalistym dnie, która zbierała wody powierzchniowe z całego regionu Coeur d’Alens, od jeziora w stanie Idaho po górzysty teren Kolumbii Brytyjskiej.

Gig nadal udawał prawnika.

– A może najpierw powiecie nam, jakie prawo złamaliśmy.

– Prawo zabraniające agitacji – powiedział Szarawy Włos. – Zabrania gromadzenia się powyżej trzech osób w celu publicznej debaty albo organizowania protestów.

– A co dokładnie organizowaliśmy? – zapytał Gig. – Związek śpiących baseballistów?

Nawet cywile się na to uśmiechnęli, a Jules wydobył z siebie jeden z tych swoich gardłowych śmiechów. Czwarty członek ich grupy, chudy mężczyzna w sfatygowanym garniturze, stał, milcząc, z rękami w kieszeniach, pochyloną głową, w przechylonym jakby od niechcenia kapeluszu.

– Przedwczoraj w nocy zastrzelono policjanta – stwierdził Szarawy Włos.

Tym zdaniem uciszył nawet Giga, który chrząknął.

– Chyba nie sądzicie, że któryś z nas ma z tym coś wspólnego.

– Nie – przyznał Siwy Włos. – Nie sądzę. Ale jeśli dzięki temu będę miał pretekst, żeby rozgonić obozowisko włóczęgów, to nie zawaham się tego zrobić. – Zrobił jeszcze jeden krok do przodu, trzymając swoją pałkę.

Wtedy właśnie ten czwarty mężczyzna zachował się dziwnie. Bez słowa stanął u jego boku, jakby właśnie sobie przypomniał, że umówił się z nim na jakieś spotkanie. Może to jego chudość, przygarbione ramiona albo wyraz twarzy żałosnej ofermy sprawiły, że cywile najwyraźniej ani trochę się nie przejęli, kiedy wolnym krokiem, spokojny, jakby podchodził do okienka w banku, szedł w kierunku młodego mężczyzny, który stał u prawego boku Szarawego Włosa, trzymając w ręku swoją pałkę, młodzieżową wersję tej, którą miał przywódca grupy.

Chudy włóczęga był zrelaksowany, uśmiechnięty, pochylony do przodu, trzymał ręce w kieszeniach spodni, tak że ten cywil nawet nie mrugnął okiem, kiedy wyciągnął rękę i wyrwał mu pałkę – jak rodzic, który zabiera dziecku patyk. Musiał zaplanować ten ruch już wtedy, kiedy Gig mówił, ponieważ nie uderzył niższego mężczyzny. Natomiast przesunął się w lewo i beznamiętnie walnął pałką w dyniowatą głowę Szarawego Włosa, jakby wciąż stał przy okienku w banku – Chciałbym zostawić w depozycie... pańską czaszkę.

Cios spadł na Szarawego Włosa, tego mężczyznę ogromnej postury, z boku, w poprzek jego szerokiej żuchwy, łamiąc mu szczękę niczym but suche gałązki, na które nadepnął. Rye prawie zwymiotował, słysząc ten odgłos, i zrobiło mu się niemalże żal tego wielkiego faceta. Mężczyźni po obu jego stronach zrobili krok do tyłu tak odruchowo, jakby odrzucił ich wystrzał ze strzelby, Siwy Włos zataczał się na nogach, a chudy mężczyzna wymachiwał pałką.

Siwy Włos osunął się na ziemię.

Jeden z cywilów rzucił się na chudzielca, ale Gig uderzył go w sam środek klatki piersiowej umięśnionym ramieniem. Mężczyzna upadł jak długi na ziemię, zerwał się na nogi, odwrócił na pięcie i uciekł. Widok uciekającego towarzysza spowodował, że pozostała czwórka pobiegła na wzgórze po pomoc, a tymczasem Siwy Włos grzebał w ziemi w poszukiwaniu swoich zębów.

Gig, Rye i pozostali dwaj mężczyźni odwrócili się i pobiegli ścieżką w przeciwnym kierunku. Odbiegli jakieś czterysta metrów, zanim Gig zatrzymał się, żeby zapytać chudzielca, jak ma na imię.

– Early Reston – przedstawił się mężczyzna.

– Early Restonie, nazywam się Gregory Dolan i chociaż doceniam to, co właśnie zrobiłeś, to dopóki podróżujesz z nami, miałbym prośbę, żebyś przestrzegał kodeksu Robotników Przemysłowych Świata dotyczącego niestosowania przemocy.

– Niestosowania przemocy? – Easton przystanął, a na jego twarzy pojawił się drwiący półuśmiech. – Kiedy gang ma zamiar wrzucić cię do rzeki?

– Zwłaszcza wtedy – odparł Gig.

Easton roześmiał się, wydając z siebie skrzypiący dźwięk tak, jakby ktoś otwierał starą bramę.

– Dobry Boże – powiedział i wyrzucił pałkę, którą trzymał w ręce. – Wpadłem w towarzystwo idealistów.

3

– Myślisz, że tego policjanta zabił jakiś włóczęga? – zapytał Rye, kiedy idąc ścieżką wzdłuż rzeki, zatoczyli koło i zawrócili w kierunku miasteczka. Szli szybko na wypadek, gdyby bojówka znowu przeformowała szyki, gęsiego, Gig z przodu, za nim Early, Rye i Jules.

– Nie ma mowy – odparł Gig.

Early Reston zgodził się z tym:

– Gdyby to zrobił włóczęga, to nie minąłby nawet dzień, a zrobiliby nalot na obozowisko.

Jules dodał:

– I na pewno nie pojawiliby się tam z samymi pałkami.

– Wobec tego co to oznacza – zapytał Rye – że tak nas wyganiają?

– Oznacza to, że szefowie wiedzą, że planujemy zrzucić jarzmo niewoli – wyjaśnił Gig swoim głosem demagoga. – Mianowicie zamierzają nas unieszkodliwić przed poniedziałkiem.

Early roześmiał się.

– Przed czym znowu?

Gig wyjaśnił, że w poniedziałek ma się odbyć Bitwa o Wolność Słowa organizowana przez Robotników Przemysłowych Świata, a policja ma nadzieję, że siłą ich przed tym powstrzyma.

– Musisz być w pobliżu – powiedział Earlowi.

– I dać tym policjantom kolejnego strzała? Nie sądzę.

– W sumie może to wyjdzie na dobre – powiedział Gig. – Skoro i tak nie możesz się powstrzymać od takich akcji jak tam, nad rzeką.

– Potrafię się powstrzymać od tego, żeby nie kazać tym ludziom wrzucić się do rzeki.

Gig uśmiechnął się.

– Miałem na myśli twoją reakcję.

– Wiem, co miałeś na myśli. – Early zasłonił oczy przed słońcem. – Powiedz no, Gregory Dolanie, czy jesteś kimś ważnym dla tych wobbliesów?

– Nie. – Gig zdawał się być równocześnie zakłopotany i ukontentowany tym, że wzięto go za lidera związkowego. Należy do Komitetu Wolności Słowa, wyjaśnił, ale nie wybrano go na delegata. – Po prostu podzielam to przekonanie, że skoro wszelkie bogactwo bierze się z pracy, to siła robocza powinna również korzystać z tego bogactwa, które produkuje, a nie być jedynie paliwem...

Early Reston wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– A nie podzielasz przekonania, że John Locke już o tym pisał?

– Możliwe. – Gig przystanął i sam ledwo mógł powstrzymać uśmiech. – Powiedz mi, gdzie studiujesz ekonomię włóczęgów?

I tak Early Reston opowiedział całą swoją historię – wychował się w Shelbyville, w stanie Illinois, studiował inżynierię górnictwa w Purdue College i poszedł do pracy w nadbrzeżnym paśmie Gór Skalistych, gdzie poznał i poślubił dziewczynę z Colorado City. Chociaż sam nie był związkowcem, wyszedł na ulicę, solidaryzując się ze strajkiem Zachodniej Federacji Górników w tysiąc dziewięćset dziewiątym roku. Kiedy wysłano tam Gwardię Narodową, został aresztowany razem z innymi strajkującymi i spędził trzy tygodnie w obozie dla internowanych. Zwolniony, pojechał do domu, gdzie zastał swoją ciężarną żonę martwą na kuchennej podłodze, „nasz syn, który urodził się martwy, wystawał z niej do połowy”.

Przez jakiś czas szli w milczeniu ścieżką wzdłuż rzeki.

– Właśnie dlatego – powiedział Early – Gregory Dolanie z Robotników Przemysłowych Świata, mam bardziej nieugięte stanowisko wobec tych kwestii. Niezależnie od tego, jak doskonałe są twoje przemówienia, jeśli ktoś przyjdzie, żeby uderzyć Early’ego Restona, dostanie swoją zapłatę.

Rye miał wrażenie, że jego brat zawsze miał w zanadrzu jakieś znane powiedzenie, i kiedy tak szli ścieżką wzdłuż rzeki, Gig zacytował swoją starą, ulubioną myśl: „Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich”.

Early Reston przymrużył oczy, a na jego twarzy pojawił się ten sam uśmiech.

– Dobrze, no dalej, oczytany jesteś, skurczybyku, nie poprzestawaj na tym.

– Bo kiedy spoglądasz przez jakiś czas w otchłań...

– Ona również patrzy na ciebie – dokończył Early. – Taki właśnie jestem, przyjacielu. Otchłań odwzajemniająca uśmiech.

Rye nigdy nie spotkał nikogo, kto by mógł stanąć w szranki z Gigiem w cytowaniu sławnych ludzi. Wyglądało na to, że Gig znalazł w osobie Early’ego Restona godnego przeciwnika i zarazem najlepszego przyjaciela, i idąc, toczyli rozmowę na temat tego faceta, Nietzschego, albo tego Marksa i jakiegoś gościa, Russo, o którym Early powiedział, że wierzył w to, że „lepsza wolność i niebezpieczeństwo niż pokój i niewolnictwo”.

– Tommy Russo? – wtrącił Rye zza ich pleców, myśląc, że chodzi o tego młodego Włocha, z którym razem zrywali jabłka.

 

– Jean-Jacques Rousseau – rzucił Gig przez ramię, nie tyle po to, żeby edukować Rye’a, co żeby zrobić wrażenie na swoim nowym przyjacielu. – Jego Wielka rozprawa o nierówności stanów w zasadzie przypomina w tonie przemowę wobbliesów, tyle że po kąpieli i z kieliszkiem porto.

Nawet Jules się roześmiał, a Rye poczuł się wykluczony, jak zawsze kiedy Gig zaczynał tę swoją związkową gadkę. Słuchał tych żarliwych przemów wobbliesów niemalże od roku, ale nigdy nie był do nich całkowicie przekonany. Związki zawodowe stolarzy, budowniczych młynów, operatorów maszyn – Rye obserwował, jak całe ich mnóstwo współpracowało ze sobą, żeby mieć stałą pracę i kromkę chleba, ale według niego Robotnicy Przemysłowi Świata bardziej przypominali kościół dla kloszardów niż związek zawodowy z prawdziwego zdarzenia. Gig stwierdził, że Rye ma „zawężone myślenie”.

– Tutaj chodzi o coś więcej niż o to, żeby zarobić dość, by kupić parcelę, Rye, chłopcze. Chodzi o równość. O pracownika, który ma narzędzia do produkcji.

Wydawało się to Rye’owi zupełnie nieprawdopodobne – jak żebrak, który błaga o kromkę chleba, może dostać całą piekarnię. A ta koncepcja, że ludzie staliby się równi jedynie za sprawą tego, że powie się o tym na głos? Do licha, wystarczyło spędzić jeden dzień w barłogu w Montanie albo stanąć nad bezimiennym grobem własnej matki, żeby dojść do wniosku, że brak równości to jedyna rzecz, która łączy wszystkich ludzi. Jedynie nieliczni żyją niczym królowie, a cała reszta przytula głowę do ziemi, aż ta się rozstępuje i zabiera ich tam, skąd przyszli.

Idąc ścieżką na czele grupy, Early Reston poczynił podobną uwagę.

– Według mnie ten wasz duży ruch związkowy działa wbrew ludzkiej naturze i historii ludzkości.

– Ale to właśnie jest ta historia – odparł Gig – zbliżająca się rewolucja klasy robotniczej.

Early odwrócił się i mrugnął okiem do Julesa i Rye’a.

– Zdaje się, że uczyliśmy się z innych podręczników historii.

Wtedy Gig uśmiechnął się do swojego młodszego brata, jakby chciał powiedzieć: „Czyż to nie jest wspaniałe?”. I było wspaniałe, pomyślał Rye. Wyobrażał sobie, że każdy ma w głowie pewne wyobrażenie słowa Ameryka – flagi, orły albo perukę George’a Washingtona – ale od tej chwili, pomyślał, on będzie sobie wyobrażał, jak obudził się na boisku do baseballu razem ze swoim bratem, walczył z bojówką, a potem maszerował w stronę miasta na poruszającą debatę na temat ekonomii i sprawiedliwości.

– Co o tym sądzisz, Jules?

Cofnęli się kilka kroków, a starszy człowiek spoglądał z urwiska na ujście strumienia. Potok Wisielców przepływał przez farmę w pobliżu Rockford, w której razem pracowali, i Jules powiedział Rye’owi, dlaczego pięćdziesiąt lat wcześniej tak go nazwano, w czasach, gdy w dolinie nie było niczego poza indiańskimi wioskami. Podczas wojny w Coeur d’Alene pewien pułkownik kawalerii, który nazywał się George Wright, jechał wzdłuż rzeki Spokane, niszcząc każdą wioskę i grabiąc zapasy żywności, jakie po drodze napotkał. Zdobył również osiemset koni, które były świadectwem zamożności plemienia. Przejechawszy dwanaście mil w górę rzeki, Wright kazał je zastrzelić. Początkowo wyprowadzali każde zwierzę osobno i pakowali mu kulę w łeb, ale zdawszy sobie sprawę z tego, że może to zająć całe wieki, Wright kazał żołnierzom strzelać w stado, kuce osuwały się w stosy, osiemset wyjących koni zostało zastrzelonych, a mieszkańcy Spokane patrzyli na to z okolicznych pagórków. Po tym wszystkim misjonarze zagwarantowali bezpieczeństwo każdemu wodzowi, który będzie chciał omówić warunki pokoju, ale każdego, kto wjechał na teren obozu, aresztowano. A kiedy odważny wojownik z plemienia Yakima o imieniu Qualchan przyszedł błagać o uwolnienie swojego ojca, natychmiast powieszono go razem z jego towarzyszami.

W Rockford Jules opowiedział Rye’owi historię tych dwóch miejsc, Obozu Rzezi Koni na wschodnim krańcu i Potoku Wisielców na południowo-zachodnim końcu miasta. Nazywał je Pére Blanc et Mére Blanche, i chociaż mówił to po francusku, Rye nie potrzebował tłumaczenia – w mieście zawdzięczającym swoją nazwę ludziom, których z niego wypędzono, wszystko zwane cywilizacją wzięło swój początek od tych dwojga rodziców.

– Jules? – powiedział jeszcze raz Rye, kiedy wspinali się na wzgórze. – Masz jakieś zdanie na temat tego całego ruchu związkowego?

Jules podniósł wzrok znad strumienia.

– Kiedy byłem chłopcem – zaczął – zanim to wszystko się wydarzyło, pracowałem w górze rzeki dla starego Francuza, przewoźnika Plantego, na jedynym skrzyżowaniu dróg w promieniu stu mil. Było to po tym, jak Wright najechał na naszą wioskę i moja matka wybłagała Plantego, żeby mnie najął, by miała o jedno dziecko mniej do wykarmienia. Miałem dziadka ze strony ojca, który był traperem, więc Plante zgodził się mnie przyjąć. Nauczył mnie francuskiego i angielskiego i to on nazwał mnie Julesem. Spałem w szopie za jego chatą z drewnianych bali i sprzątałem końskie łajno z pokładów promu oraz usuwałem zarośla zarastające brzeg. Pracowałem dla Plantego od szóstego do piętnastego roku życia i nigdy nie dostałem złamanego grosza, ale miałem strawę i dach nad głową.

Tuż przed nimi Gig i Early skręcili w wijącą się drogę.

– Pewnego dnia – kontynuował Jules – dwaj mężczyźni podjechali konno do przeciwległego brzegu. Przywiązałem barkę liną i pozwoliłem na nią wejść mężczyznom i koniom. Ale to byli ludzie wyjęci spod prawa i kiedy dopłynęliśmy na środek rzeki, wyrzucili mnie z pokładu, odcięli linę i ukradli barkę. Dopłynąłem do brzegu i obudziłem Plantego, i razem ścigaliśmy barkę, jadąc w dół rzeki, ale jeden z mężczyzn przepłynął nią prosto przez wodospad. Kiedy wróciliśmy do obozowiska, Plante złoił mnie za to, że straciłem prom.

W Rockford Rye słyszał, jak Jules odpowiadał w ten sposób na pytania, snując opowieści, które urywały się nagle, zanim dobiegły końca. Nie był pewien, czy był to styl opowiadania charakterystyczny dla Saliszów, Francuzów czy też dla samego Julesa, ale podejrzewał, że sens tych historii przypominał prąd, który płynie tuż pod powierzchnią wody, podczas gdy Gig i jego przyjaciele z ruchu związkowego opowiadali historie, pomijając całe ich fragmenty, żeby od razu przejść do spraw kolektywizmu albo syndykalizmu. Jules zdawał się pragnąć, żeby Rye sam doszedł do tego „izmu”.

W końcu Rye nie mógł się już dłużej powstrzymać.

– Co to znaczy, Jules?

Jules się roześmiał.

– Un homme dans un bateau.

– Daj spokój – zniecierpliwił się Rye. – Przecież wiesz, że mówię tylko po angielsku.

– Jeden człowiek na łódce – odparł Jules. – Każdy z nas płynie sam.

Wtedy dotarli na szczyt wzgórza i dogonili Giga i Rye’a i cała czwórka ruszyła w kierunku masywnej, ceglanej linii dachów zasnutego dymem miasta.