ZmyślenieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wszystkim kobietom

ocalałym z przemocy domowej

Prolog

Nocne niebo przypominało pole bitwy: płonęło, skrząc się kolorami. Odgłosy eksplozji sprawiały, że serce raz po raz skakało jej do gardła. Kręciło się jej w głowie, jakby sama miała zaraz wzbić się w górę i rozpaść na milion błyszczących kawałeczków. Była rzymskim ogniem, petardą, cudowną fontanną złotego deszczu.

Powietrze zgęstniało od przesiąkniętego siarką dymu, który można było poczuć tylko w Noc Guya Fawkesa. Dymu przenikającego ubrania i utrzymującego się na włosach jeszcze przez wiele dni. Ten zapach przywodził jej na myśl dzieciństwo. Spotkania z sąsiadami w przydomowych ogródkach, wypisywanie swojego imienia w powietrzu zimnym ogniem, tupanie nogami, żeby odzyskać czucie w zmarzniętych palcach u stóp. Przypalone kiełbaski, smażona cebula i keczup. Ojcowie wyjmujący sztuczne ognie ze starych puszek po herbatnikach i organizujący mizerne widowiska – ogniste koła, które nie chciały się kręcić, fajerwerki bez przekonania plujące ogniem i lądujące w krzakach róż. „To były proste, niewinne czasy”, pomyślała. Jednak teraz zapach prochu już zawsze będzie się jej kojarzył z tą konkretną nocą.

Grunt był grząski po wielodniowych opadach deszczu. Doszła aż do krańca ogrodu, długa trawa lizała jej kostki, a błoto przesiąkało przez podeszwy kapci. O dziwo, nie czuła zimna. Oddychała szybko i płytko – dziecko było tak duże, że nie mogła swobodnie napełnić płuc. Chwyciła się płotu, żeby odzyskać równowagę. Maleństwo kopnęło, przyciskając się do ściany jej łona.

Fajerwerki huczały, syczały i trzaskały, podpalając niebo. Gorące iskry migotały wokół i rzucały blask na jej postać. Obeszła pryzmę kompostową, badając stopą grunt. Kucnęła, nie przejmując się tym, że skraj szlafroka ciągnie się jej po wilgotnej ziemi, i podniosła kilka martwych liści zgniłych od deszczu.

Tak, to odpowiednie miejsce. Wokół nie było świadków, wszyscy zgromadzili się w parku. Obejrzą wielki finał pokazu sztucznych ogni, zaliczą jeszcze kilka atrakcji w wesołym miasteczku, przespacerują się po straganach, a potem powoli zaczną się rozchodzić, zatrzymując się po drodze na frytki czy ostatniego drinka. Wrócą do domów i pójdą prosto do łóżek. Mogłaby tu spędzić całą noc i nikt by nie zauważył.

Przewidział ten wieczór, ostrzegał ją przed nim tysiące razy. Ostateczny atak, którego wyczekiwała, ale tylko dlatego, że nie mogła już dłużej znieść napięcia.

Strach, jaki przed nim czuła, naznaczył ją trwale niczym tatuaż. Chociaż sińce oraz ślady po oparzeniach i ugryzieniach zbladły, nigdy nie miały do końca zniknąć. Stanowiła dla niego dzieło w toku. „Pewnego dnia cię wykończę”, mawiał często, a ona nie miała powodów, by wątpić w jego słowa.

Głośny krzyk przeszył powietrze. Podniosła wzrok i zobaczyła ogromną rakietę wzbijającą się w przestworza. Fajerwerk na moment wstrzymał oddech, po czym eksplodował, ochlapując niebo kroplami ognia czerwonymi jak krew.

Nowe życie, które w sobie nosiła – miała nadzieję, że to dziewczynka – zwinęło się w kłębek w jej łonie.

– To tylko sztuczne ognie, głuptasku – wyszeptała, gładząc twardy brzuch. – Nie masz się czego bać. Jesteśmy już bezpieczne.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Stella

Teraz

Otulam się ciaśniej kocem i spoglądam w morze. To mój ulubiony pokój – mała narożna wieżyczka na samej górze. Przez okrągłe wykuszowe okno widać słońce wędrujące ze wschodu na zachód. Pomieszczenie znajduje się dość wysoko i mogę obserwować wodę, ignorując wszelkie ślady ludzkiej egzystencji – podwójne żółte linie, wiatę autobusową, zielony trawnik upstrzony ławkami, dachy kabin plażowych układające się w zygzakowaty wzór. Mogę udawać, że otaczają mnie tylko błoto, morze i niebo.

Czy raczej mogłabym, gdyby mój majster tak nie hałasował. Zasłaniam uszy dłońmi, daremnie próbując stłumić odgłosy uderzeń. Łoskot trwa od samego rana i nie da się od niego uciec nawet tu. Mam wrażenie, jakby robotnik siedział mi w głowie i tłukł w moją czaszkę.

Ten malutki pokoik tuż pod okapem dachu to najcieplejsze miejsce w całym domu. Wspinam się tutaj co rano, gdy Jack już wyjdzie do pracy, i obserwuję przypływy i odpływy. Nie potrafię się oderwać od tego widoku. Nawet, gdy szaleje sztorm i morze jest wzburzone, wciąż wydaje mi się spokojne w porównaniu z tym, co dzieje się na dole.

Piłowanie, wiercenie, łomotanie, dudnienie, zrywanie i wyburzanie… Dom przypomina teren rozbiórki, jednak w przeciwieństwie do naszego majstra my nie możemy go opuścić pod koniec dnia. Od tygodni obozujemy w jednym z salonów na dole, zdani na łaskę zawodnego bojlera i prysznica, z którego ledwie cieknie woda. Jest tak zimno, że wieczorami nie mogę znieść rozbierania się do snu.

Styczeń to idiotyczna pora na zaczynanie robót, ale nie mieliśmy wyboru. Minęło sześć miesięcy, nim transakcja zakupu została sfinalizowana, bo dom należał uprzednio do organizacji charytatywnej i członkowie zarządu odczuwali potrzebę głosowania nad każdą, nawet najdrobniejszą decyzją. Potem nie mogliśmy znaleźć ekipy budowlanej, która podjęłaby się remontu za kwotę, jaką byliśmy gotowi zaoferować. Koniec końców wywiesiłam ogłoszenie na tablicy w lokalnym supermarkecie i na szczęście zgłosił się Alan. To miły gość, ale prawie wszystko robi sam, a jest po pięćdziesiątce i nie należy do najszybszych pracowników na planecie.

Zanim się tu przeprowadziliśmy, stworzyłam tablice inspiracji dla każdego z pomieszczeń, wybrałam próbki farb, materiałów i tapet, powycinałam z czasopism zdjęcia dywanów i lamp. Wiedziałam dokładnie, jak będzie wyglądać każda przestrzeń, które meble kupimy i gdzie je postawimy. Ale z czasem mój entuzjazm osłabł. Trudno mi sobie wyobrazić obskurne pokoje na pierwszym piętrze przeistoczone w cztery obszerne sypialnie. Im więcej czasu spędzam w ponurej kuchni rodem z lat siedemdziesiątych, tym większe mam problemy z wizualizacją jasnej, przestronnej dobudówki, którą planujemy zaaranżować, z wielkimi świetlikami i podwójnymi harmonijkowymi drzwiami.

Mewa ląduje na dachu tuż przed oknem i stroszy na zimnie tłuste pióra. Wbijam wzrok w wodnisty horyzont i próbuję wzbudzić w sobie ekscytację, którą czułam, gdy po raz pierwszy oglądaliśmy to miejsce. Był wtedy czerwiec, jeden z najgorętszych dni w roku. Słońce świeciło na chabrowoniebieskim niebie, a kanał La Manche migotał niczym Morze Śródziemne.

Nigdy wcześniej nie byliśmy w Nevansey. Wiedzieliśmy tylko, że leży kilka mil od modnego Whitstable, pełnego galerii sztuki, sklepów ze starociami i restauracji serwujących ostrygi. Domy tam były też znacznie tańsze. Wystarczyło jedno spojrzenie na zaniedbane nabrzeże, sklepiki z pamiątkami, kręconą zjeżdżalnię i gigantyczny dmuchany zamek, żeby zrozumieć dlaczego. Może kiedyś to miasteczko uchodziło za przyjemny nadmorski kurort, ale czasy świetności miało już dawno za sobą.

Jack od razu chciał zawrócić na dworzec, ale mieliśmy umówione spotkanie z agentką nieruchomości i uznałam, że to byłoby niegrzeczne z naszej strony, gdybyśmy się nie pojawili. Towarzyszyło mi też dziwne przeczucie – pomimo mało obiecującego otoczenia – że dom, który mieliśmy obejrzeć, mógł się okazać „tym jedynym”.

Pozostawiliśmy za sobą kiczowaty salon gier i ruszyliśmy nadmorską drogą, szumnie nazywaną tu esplanadą. Upał był nieznośny i czułam, że się odwodniłam. Żałowałam piwa, którym popiłam wcześniej rybę z frytkami. Gdy wspinaliśmy się na wzgórze, wachlowałam się prospektem reklamowym. Mijając po drodze kilka nudnych bungalowów, zastanawialiśmy się, gdzie też może się znajdować nieruchomość zwana Westhill House. Wzięliśmy zakręt i nagle ukazała się naszym oczom – oddalona od innych domów, postawiona na rozległej narożnej działce.

To była miłość od pierwszego wejrzenia. W każdym razie dla mnie, bo dla Jacka nie za bardzo. Dom wydawał się jeszcze większy niż na zdjęciach w internecie. Miał okna po obu stronach wejścia, parter i dwa piętra. Osiem sypialni, cztery pokoje na dole, piwniczkę, oranżerię i ogromny, zarośnięty ogród. Wymagający generalnego remontu, lecz z nieograniczonym potencjałem. Rewelacyjny dom dla dużej rodziny, twierdzili agenci. Staliśmy w milczeniu, zaskoczeni, patrząc na popękaną kamienną elewację, gnijące ramy okienne, połamane, porośnięte mchem dachówki, kamery nadzorujące na ścianach i zardzewiałą skrzynkę alarmową nad frontowymi drzwiami. Pomarańczowe smugi spływały po brudnej białej fasadzie niczym łzy po twarzy dziecka.

– Jest idealny – powiedziałam.

Jack prychnął lekceważąco.

– Muszę przyznać, że widoki są tu niesamowite, ale ten dom to rudera. Remont pochłonąłby cały twój spadek, do ostatniego pensa.

– Nie obchodzi mnie to – wyszeptałam. – Właśnie tego by dla mnie chcieli.

Zbliża się już druga po południu, a wozu dostawczego jak nie było, tak nie ma. Powinnam zejść do kuchni i przygotować sobie lunch, jednak Alan hałasuje tak bardzo, że nawet nie usłyszę pukania do drzwi. Z głodu burczy mi w brzuchu, więc niechętnie opuszczam swój punkt obserwacyjny i schodzę piętro niżej.

Przenośne radio ryczy jak zwykle, nastawione na złote przeboje. Alan podśpiewuje, uderzając do rytmu młotkiem kamieniarskim. Zaglądam do środka akurat w chwili, gdy część ścianki działowej pada na podłogę. Grudy tynku rozsypują się po ziemi, a chmura szaroróżowego pyłu wzbija się w powietrze i przyprawia mnie o kaszel.

 

– Nie wchodź tutaj! – Alan przekrzykuje muzykę. – Jest niebezpiecznie, reszta ściany może runąć lada chwila.

– Nastawiam wodę na herbatę. Napijesz się?

Uśmiecha się szeroko.

– Nigdy nie odmawiam filiżanki. Dzięki, złotko.

Pozwalam mu kontynuować wyburzanie i schodzę na parter do kuchni, jak zawsze krzywiąc się na widok pokrytych tłuszczem starych szafek, lakierowanej sosnowej boazerii na suficie i pomarańczowo-brązowych płytek. Włączam czajnik i w momencie, gdy sięgam po pudełko herbaty, słyszę auto wtaczające się na podjazd.

Otwieram drzwi frontowe, a zimny podmuch morskiego powietrza uderza mnie mocno w twarz. Średniej wielkości furgonetka z różowym, pełnym zawijasów napisem „Słodkich Snów” parkuje na popękanym bruku. Kierowca wysiada i rusza w moją stronę.

– Czy to Westhill House?

Kiwam głową z entuzjazmem.

Drugi koleś wysiada i otwiera tylne drzwi wozu.

– Duże podwójne łóżko i materac z pianki wysokoelastycznej. Mamy to dla pani złożyć, zgadza się?

– Tak, bardzo proszę. Śpimy w tej chwili na dole, więc gdyby mogli panowie przynieść to tutaj.

Podnoszą materac i idą za mną do naszej prowizorycznej sypialni służącej jednocześnie za salon.

Zerkają na panujący w niej bałagan, a ja czuję, że się czerwienię. Pod ścianami piętrzą się kartonowe pudła, nasze ubrania zwisają z haczyków niczym wątpliwe dzieła sztuki, pudło po pizzy leży porzucone na biurku, kable elektryczne ciągną się niebezpiecznie po podłodze. Dmuchany materac, na którym do tej pory spaliśmy, jest niepościelony, a brudne ciuchy kłębią się w jednym z kątów. Chyba powinnam była posprzątać przed ich przyjazdem. Nie żebym miała gdzie pochować wszystkie te rzeczy.

Zabierają się za składanie ramy łóżka, a ja wycofuję się do kuchni, żeby dokończyć parzenie herbaty. Trzymam kciuki, żeby ta niespodzianka poprawiła humor Jackowi. Dąsa się od czasu naszej kłótni sprzed kilku dni, jednej z tych szybkich, paskudnych pyskówek, które biorą się znikąd, wywoływane zmęczeniem i alkoholem.

– Mam już dość życia w takich warunkach – powiedział. – Plecy mnie bolą od tego dmuchanego materaca, od tygodni nie wziąłem porządnego prysznica, a jeśli będę musiał zjeść jeszcze jedno gotowe danie, chyba się zabiję.

– Ja mam gorzej. Ty przynajmniej spędzasz cały dzień w eleganckim biurze. A ja muszę tkwić w tym jednym pokoju.

– To ty chciałaś kupić ten dom.

– To była wspólna decyzja!

– Nieprawda. To były twoje pieniądze, nie mogłem cię powstrzymać.

– Tak, moje pieniądze, bo moi rodzice nie żyją – podsumowałam, wybuchając płaczem.

Czułam się okropnie, że wykorzystałam ich śmierć, aby wygrać kłótnię. Następnego dnia pojechałam do jednego z tych ogromnych podmiejskich centrów handlowych i kupiłam najlepszą ramę łóżka i najwygodniejszy materac, jaki znalazłam. To niespodzianka. Można nawet powiedzieć, że przeprosiny.

Dziś wieczorem zmuszę się, żeby wyczyścić płytę kuchenną i chociaż raz ugotować dla nas domowy posiłek. Zaledwie spaghetti bolognese, ale kupiłam też świeży parmezan i butelkę przyzwoitego chianti. Zaczniemy od nowa. Porządne jedzenie, porządne wino, porządne łóżko. Może dla odmiany czeka nas nawet porządny seks.

Pięć godzin później serce mi skacze na dźwięk klucza obracającego się w zamku. Biegnę do lustra, sprawdzam makijaż i poprawiam fryzurę. Zamiast zwyczajowej workowatej bluzy i dżinsów mam na sobie obcisłą czarną sukienkę. Założyłam błyszczące kolczyki, które kupił mi na urodziny.

– Hej, wróciłem! – woła Jack.

Szybko rozglądam się po salonie. Nowe łóżko jest świeżo pościelone. Świeczki migoczą na półce nad kominkiem, butelka wina stoi wyczekująco na biurku, którego używamy jako stołu. Pomimo panującego wokół chaosu atmosfera jest niemal romantyczna.

Jack wchodzi, rozpinając kurtkę.

– Mój Boże! Cóż to za niespodzianka? – pyta z uśmiechem.

– Uznałam, że miarka się przebrała. To podwójne łóżko, większe niż to, które mieliśmy w starym mieszkaniu.

– No właśnie widzę. – Siada i zaczyna podskakiwać na materacu. – Nie za twardy, nie za miękki. Świetny wybór, Stello.

– Tak się cieszę, że jesteś zadowolony. Mieliśmy co prawda zaczekać, aż nowa sypialnia będzie gotowa, ale…

– Nie, nie, dobrze zrobiłaś. – Pada na plecy, rozciąga wszystkie kończyny niczym rozgwiazda i wciąga powietrze w płuca. – Czy ty coś gotujesz?

Pędzę do kuchni, żeby nałożyć jedzenie, tymczasem Jack otwiera butelkę chianti i nalewa nam po kieliszku.

– Ta-dam! – Wkraczam z powrotem do środka z talerzami parującego spaghetti. – Wiem, że to nie MasterChef, ale przynajmniej zjemy domowy posiłek.

– Wszystko będzie lepsze od tego gówna, które jadaliśmy ostatnio – mówi, po czym się reflektuje: – To znaczy… jestem pewien, że będzie przepyszne.

Makaron i wino najwyraźniej robią swoje, bo już wkrótce leżymy przytuleni na nowym łóżku i oglądamy film, chociaż bardziej zajmuje nas gra wstępna. Dłoń Jacka wślizguje się pod mój biustonosz i czuję, jak sutek mi twardnieje. Przytulam się do niego mocniej, delikatnie pieszczę jego kark. Nie kochaliśmy się od tak dawna, że niemal zapomnieliśmy, jak się to robi. Spoglądam w jego ciemne brązowe oczy i uśmiecham się figlarnie. Kiwa powoli głową na ten sygnał i zamyka pokrywę laptopa.

Sprawy szybko nabierają tempa. Ściągamy z siebie ubrania i już wkrótce miotamy się po łóżku i całujemy zapamiętale.

– Kocham cię – szepczę. – Przepraszam za to wszystko. Myślisz, że kupno tego domu to był błą…

– Przymknij się – mruczy, rozsuwając mi nogi. – Nie chcę teraz o tym myśleć. Chcę tylko ciebie.

Przywieram do niego, zaciskając palce na jego zgrabnych pośladkach, i zaczynamy się kołysać.

Nagle rozlega się łomot. Wzdrygam się nerwowo.

– Co to było?

– Mmm… nic. Pocałuj mnie.

– Nie, posłuchaj! Ktoś dobija się do drzwi.

– No i co z tego?

Łup, łup, łup. Brzmi to tak, jakby ktoś uderzał w drzwi pięścią.

– Jak myślisz, kto to może być? Co powinniśmy zrobić?

Jack unosi głowę.

– Olej to.

Uderzenia stają się coraz głośniejsze i bardziej natarczywe.

– Może Alan czegoś zapomniał?

– Jeśli to on, to niech poczeka sobie do jutra.

– Nie, to nie może być Alan. Przecież on ma klucze.

Łup, łup. Ktokolwiek to jest, nie ustępuje. Wyplątuję się z objęć Jacka i sięgam po szlafrok.

– Nie otwieraj. Pewnie jakiś dostawca pomylił adresy.

Łup, łup, łup.

– O tej porze? Może to policja.

– A czego chciałaby od nas policja? – pyta Jack, siadając. – To niedorzeczne.

Ale ja wiem, że walenie do drzwi nie ustanie, dopóki nie otworzę. Wybiegam boso do lodowatego przedpokoju, szybko zawiązując pasek szlafroka.

– Kto tam?! – krzyczę.

Widzę ciemną postać przyciśniętą do zbrojonego szkła.

– Proszę, wpuść mnie! Proszę! – To kobiecy głos.

Pochylam się i wołam przez otwór na listy:

– Kim jesteś?! Czego chcesz?!

– Potrzebuję pomocy!

W przedpokoju pojawia się Jack owinięty ręcznikiem.

– Co się tu dzieje?

– Na zewnątrz jest kobieta. Mówi, że potrzebuje pomocy.

– Co? To może być jakiś podstęp, Stello. Nie otwieraj.

Ale przed oczami stają mi rodzice. Wyobrażam sobie, jak leżeli zakrwawieni na poboczu w tamten ciemny, deszczowy wieczór. Może oni też wołali o pomoc, ale nikt nie zareagował. Gdyby jakiś kierowca się zatrzymał, gdyby jakiś przechodzień zauważył wypadek i zadzwonił po karetkę, udałoby się ich uratować. A ja nie musiałabym żyć z tym poczuciem winy. Może właśnie dostałam szansę, by się zrehabilitować za te wszystkie okropne rzeczy.

Nie zastanawiam się dłużej i otwieram drzwi na oścież.

2

Stella

Teraz

Kobieta robi kilka chwiejnych kroków, po czym osuwa się na ziemię. Mocno uderza o zimne płytki i przetacza się na bok. Przez chwilę leży kompletnie nieruchomo, słychać tylko jej ciężki oddech. Spoglądamy na nią.

– Co do…? – mruczy Jack.

Twarz kobiety jest paskudnie posiniaczona, warga opuchnięta, a z kącika ust sączy się krew. Smugi zaschniętej krwi znaczą też przód jej sportowej bluzy, a spodnie do joggingu są brudne i poplamione. Na nogach ma kapcie. Żadnego płaszcza, żadnych skarpetek. Do piersi przyciska brązową damską torebkę. Za nią, na progu, stoi mała czarna walizeczka, w rozmiarze, jakiego używam, gdy wyjeżdżam gdzieś tylko na weekend.

– Co się stało? – pytam, kucając przy niej.

– Drzwi – mamrocze przez opuchnięte wargi.

– Co? Ktoś tam jest? Jack, zamknij te drzwi, na litość boską! Ona jest przerażona.

Jack staje w progu i wygląda na zewnątrz, w ciemność.

– Nikogo nie widzę.

Wraca do środka, wprowadza walizkę do przedpokoju i zamyka za sobą drzwi.

– Ktoś próbował cię okraść?

Kobieta kręci głową.

– Nie martw się – mówię łagodnym głosem. – Zaopiekujemy się tobą. – Podnoszę wzrok na Jacka. – Powinniśmy wezwać policję? Karetkę?

– Nie! Żadnej policji! – Kobieta gwałtownie kręci głową. – Żadnej karetki.

– Ale zostałaś napadnięta.

– Nie! Oni powiedzieli, że to w porządku… Żadnej policji…

– Kto powiedział, że to w porządku? Ten drań, który ci to zrobił?

– Nie! Nie… telefon… Przez telefon.

– Przepraszam, ale nie rozumiem.

– Kim jesteś? – pyta Jack nieufnie. – Co tutaj robisz?

– Nie przejmujmy się tym teraz. W którymś kartonie jest podręczna apteczka – zwracam się do niego. – Spróbuj ją znaleźć.

Jack ani drgnie.

– Ale my nic o niej nie wiemy…

– W tej chwili to nie ma znaczenia. Jest ranna. Znajdź jakąś maść odkażającą, plastry, cokolwiek. I włącz czajnik. Potrzebujemy gorącej wody.

– Powinniśmy zadzwonić na policję.

– Ale ona tego nie chce. Proszę, po prostu poszukaj apteczki. I włóż coś na siebie.

Jack odwraca się na pięcie, obrażony, i znika w salonie.

Z powrotem skupiam uwagę na kobiecie.

– Jesteś w stanie usiąść? – pytam, a gdy kiwa głową, mówię: – Pozwól, że ci pomogę. Jestem Stella. Jak ty się nazywasz? – Ostrożnie ją podtrzymuję.

– Lori – mamrocze. – Cześć. – Sztywno porusza głową i rozgląda się wokół, zdezorientowana.

– Jesteś pewna, że nie chcesz pojechać na ostry dyżur?

– Nie. To znaczy tak, jestem pewna. Nie potrzebuję szpitala. I żadnej policji.

– Ale zostałaś napadnięta, Lori. Musisz to zgłosić. Jak to się stało? Kto ci to zrobił? Ktoś obcy, czy ktoś, kogo znasz?

Lori zaciska powieki.

– To jest Westhill House, zgadza się?

– Tak… – potwierdzam ostrożnie.

– Przyjmujecie każdego, bez żadnych pytań. Nie wzywacie policji, chyba że o to poprosimy. Nigdy nikogo nie odsyłacie, tak powiedzieli.

– Kto tak powiedział?

– Pracownica telefonu zaufania.

– Co takiego? Naprawdę mi przykro, ale chyba doszło do jakiejś pomyłki.

– Nie, wszystko się zgadza – mówi ona stanowczo. – To jest Westhill House. Schronisko.

– Schronisko?

– Tak! Dla ofiar przemocy w rodzinie.

Myślę o pomieszczeniach na górze, kamerach, alarmach i zbrojonym szkle we wszystkich drzwiach wejściowych.

– Cóż, nie wiem, może kiedyś to było schronisko, ale już nie jest. Dom długo stał pusty, a teraz to własność prywatna. Naprawdę mi przykro, ale udzielono ci błędnej informacji…

Kobieta łapie mnie za ramię.

– Proszę, kochana, proszę, nie odsyłaj mnie! Nie mam dokąd pójść. Musiałam uciec, żeby ratować życie. On będzie mnie szukał. Jeśli mnie znajdzie, przysięgam, że mnie zabije. Proszę, błagam cię, pozwól mi zostać.

W głowie mi się kręci od sprzecznych myśli. Właśnie wpuściłam do domu kompletnie obcą osobę – chyba oszalałam. Skąd mogę wiedzieć, czy ona mówi prawdę? Ale potem patrzę na jej obitą twarz i opuchnięte, zakrwawione wargi.

– Najpierw cię obmyjemy – decyduję, po czym pomagam jej wstać.

Prowadzę ją do salonu i sadzam na krawędzi naszego nowego łóżka, gdzie zaledwie kilka chwil wcześniej kochaliśmy się tak namiętnie. Lori rozgląda się, obejmując wzrokiem wymowną scenerię – pozostałości romantycznej kolacji wciąż stojące na biurku, migoczące świeczki, wypalone niemal do cna, puste kieliszki splamione rubinową czerwienią. Ubrania, które zerwał ze mnie Jack, leżą na podłodze. Pościel jest skotłowana.

 

– Przepraszam za bałagan – mówię, dyskretnie wkopując biustonosz i majtki pod łóżko. Skąpy szlafroczek ledwie skrywa moją nagość, a bose stopy skostniały mi z zimna. – Koczujemy tutaj, dopóki remont się nie skończy.

– Aha. – Lori zaciska kolana i mocniej przytula do siebie torebkę, jakby zawierała całe jej życie.

Jack, już ubrany w dżinsy i koszulkę, przynosi mi apteczkę, a ja otwieram opakowanie jałowych gazików. Lori krzywi się, gdy próbuję zmyć jej z twarzy zaschniętą krew.

– Przepraszam. Masz małe skaleczenie na kości policzkowej. I chyba krew ci leci z ust.

– Przygryzłam wewnętrzną stronę policzka, gdy mnie uderzył.

– Powinien cię zbadać lekarz – wtrąca Jack.

Lori kręci głową.

– Nie, nic mi nie będzie… bywało gorzej.

– Proszę. Więcej nie mogę zrobić.

Zaklejam skaleczenie plastrem. Lori podnosi wzrok i posyła mi słaby uśmiech.

– Dziękuję, jesteś aniołem. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybyś mi nie otworzyła.

Jack gapi się na nią, marszcząc nos z obrzydzeniem.

– Kto ci to zrobił?

– Mój mąż – odpowiada kobieta cicho.

– Jezu… Dlaczego?

– Nie wchodźmy teraz w szczegóły – mówię, rzucając mu znaczące spojrzenie. – Uciekła, tylko to się liczy. Jesteś bardzo dzielna – dodaję, zwracając się do Lori.

– No nie wiem. – Patrzy na swoje brudne różowe kapcie. – Pewnie wyglądam okropnie. Nawet nie zdążyłam włożyć butów. – Łzy stają jej w szarych oczach i ociera je rękawem. – Ale przynajmniej żyję, prawda? Ledwie.

Wszyscy milkniemy na moment.

– Napijesz się wody? Albo herbaty?

– Herbaty, proszę, jeśli robisz.

– Chyba wszystkim nam się przyda. – Zerkam na Jacka, a on daje mi sygnał, że chce ze mną porozmawiać. – Zaraz wrócę – rzucam do Lori i wychodzę za nim z salonu.

Idziemy do kuchni, a on zamyka za nami drzwi. Na jego twarzy maluje się irytacja.

– Wiem, co sobie myślisz, ale ona nie może tu zostać – syczy.

– Dlaczego nie?

– Dlatego! Nie wiemy, kim jest ani co tutaj robi…

– Właśnie nam powiedziała. Nazywa się Lori i uciekła od męża, który ją pobił.

– Skąd mamy wiedzieć, czy mówi prawdę?

Napełniam czajnik wodą i włączam go w nadziei, że szum zagłuszy naszą rozmowę.

– Tylko popatrz, w jakim jest stanie! Nie możemy jej wyrzucić. Mąż mógł ją śledzić. Może czai się teraz na zewnątrz i na nią czeka. A co, jeśli zamorduje ją na ulicy? Nigdy byśmy sobie tego nie wybaczyli.

– Jeśli ten koleś jest na zewnątrz, tym bardziej powinniśmy wezwać policję. Niech oni się tym zajmą.

– Ona nie chce ich w to mieszać.

– To głupie. Dlaczego nie, do licha?

– Nie wiem, Jack, musi mieć swoje powody. Może im nie ufa.

Jack prycha. Nie potrafi tego pojąć.

– Cóż, a może ja nie ufam jej. Dlaczego przyszła akurat tutaj? Dlaczego wybrała nas?

– Najwyraźniej w tym domu było kiedyś schronisko.

Jack patrzy na mnie w osłupieniu.

– No wiesz, dla ofiar przemocy domowej. Lokalizacje takich miejsc są trzymane w sekrecie.

– Och. Rozumiem… – Zastanawia się przez chwilę. – Skoro to sekret, skąd o nim wiedziała?

– Zadzwoniła na telefon zaufania i podali jej ten adres.

– Co to była za infolinia?

– Nie wiem. Powiedzieli jej, żeby przyszła tutaj, a ktoś się nią zaopiekuje. To oni się pomylili. To nie jej wina.

Jack bierze głęboki wdech.

– Okej, okej, to chyba ma sens. Ale już nie ma tu schroniska, prawda? – Patrzy na mnie twardo.

Wrzucam torebki z herbatą do kubków i zalewam je wrzątkiem.

– Jest północ. Ta kobieta jest ranna, przestraszona i w szoku. Nie wyrzucimy jej teraz na dwór. Może się przespać w drugim salonie na dmuchanym materacu. Damy jej śpiwór. – Mijam Jacka, żeby wyjąć mleko z lodówki. – To żaden problem.

– Przeciwnie – denerwuje się Jack. – Nic o niej nie wiemy.

– Niech tu zostanie tylko na tę jedną noc. Jutro pomogę jej znaleźć schronisko. – Biorę dwa kubki. – Bądź miły, Jack, proszę. Zrobisz to dla mnie?

Zostawiam go w kuchni, żeby mógł dalej się dąsać, a sama wracam do naszego gościa.

– Słodzisz? – pytam, wchodząc do salonu w nadziei, że nie słyszała naszej rozmowy.

– Nie, dziękuję. Wystarczy, że jest ciepła.

Podaję jej kubek, a ona przyciska go do poplamionego krwią topu.

– Naprawdę przepraszam za to najście. Powiedzieli mi, że mogę się tu pojawić w każdej chwili bez pytania.

– Nie martw się, to nie twoja wina. Udzielono ci błędnej informacji.

– Wiem, ale czuję się okropnie… – Milknie na moment i z niepokojem zerka w stronę drzwi. – Mam wrażenie, że twój mąż nie jest zbyt zadowolony z mojej obecności.

– On nie jest moim mężem. I nie ma nic przeciwko, oboje chcemy ci pomóc. Mamy dmuchany materac, na którym możesz się dziś przespać. Pościelę ci w drugim salonie. Ale niestety cały dom to teraz jeden wielki plac budowy.

– Wszystko będzie lepsze niż noc spędzona na ulicy. Jesteś wspaniała, dziękuję.

– Proszę, przestań mi dziękować. Naprawdę nie ma sprawy. Spróbuj trochę odpocząć, a rano pomyślimy, co dalej robić.

*

Gdy wreszcie kładziemy się do łóżka, jest niemal pierwsza w nocy. Leżę w ciemnościach, nasłuchując oddechu Jacka, i rozmyślam o Lori, którą umieściliśmy w drugim salonie. Padła już ze zmęczenia czy może dalej nie śpi? Zdziwiłabym się, gdyby mogła zasnąć po tym, przez co dziś przeszła.

Przekręcam się na bok i wsłuchuję w odgłosy domu. Mam wrażenie, jakby obudził się z długiego snu, przecierał oczy i rozciągał członki. Słyszę, jak cicho oddycha, deski podłogowe skrzypią niczym stare kości, zardzewiałe rury bulgoczą i kaszlą. Ile zmaltretowanych kobiet zapukało w przeszłości do tych drzwi, rozpaczliwie błagając o pomoc? Mogły być ich setki, a może nawet tysiące.

Jack jest na mnie wściekły, ale ja nie mogłam jej odprawić. Po prostu nie mogłam. Dzięki Bogu, że byliśmy w domu dziś wieczorem. A co, gdybyśmy jej nie otworzyli? Gdyby mąż ją śledził i zadźgał na naszym podjeździe nożem kuchennym? Porzucił umierającą w kałuży krwi? Drżę na samą myśl i odpędzam od siebie brutalną wizję, zastępując ją obrazem kobiety bezpiecznie otulonej śpiworem w salonie naprzeciwko. Wiem, że postąpiłam słusznie. Ten jeden raz mama i tata byliby ze mnie dumni.

Inne książki tego autora