3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Wszystkie nasze tajemnice

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wszystkie nasze tajemnice
Wszystkie nasze tajemnice
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,99  44,79 
Wszystkie nasze tajemnice
Wszystkie nasze tajemnice
Audiobook
Czyta Emilia Strzelecka
24,99 
Szczegóły
Wszystkie nasze tajemnice
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mojemu mężowi

Prolog

Przy moim łóżku siedzi kobieta anioł. Jej blond włosy układają się w świetlną aureolę. Tuż nad prawym uchem słyszę przenikliwe, piskliwe dźwięki niebiańskiej muzyki. Powietrze jest ciepłe i przesiąknięte osobliwymi zapachami. Unoszę się na miękkim, białym obłoku bólu.

Wygląda pięknie, ten mój anioł. Jego oczy szklą się z radości. Nie wiem, kim jest, ale ma znajome rysy. Kojarzy mi się z innym miejscem, z odległym czasem – w przeszłości, może nawet w przyszłości.

Czy to Emily?

Emily.

Wypowiadam jej imię, ale słowo pozostaje w mojej głowie. Mam spękane usta i coś blokuje mi przełyk. W snach objawił mi się wąż, który wpełzł do gardła i zaczął się przeciskać ku żołądkowi. To nie wąż, tylko rurka.

Anioł trzyma na kolanach czyjąś dłoń. Moją? Wygląda na wiotką, martwą i jest mi zupełnie obca. Anioł ściska ją delikatnie, a potem spogląda na mnie, czeka, aż poruszę palcami w odpowiedzi. Gdyby to było takie łatwe, moja kochana. Gdyby tylko dało się opowiedzieć ci całą historię uściskami dłoni.

– Znów jesteś z nami – mówi Emily.

Ale nie, niemożliwe, żeby to była ona. Chyba że mój sen trwał tak długo, że zdążyła wyrosnąć na kobietę.

Ostre światło sprawia, że mam przed oczami jedną wielką jaskrawą plamę. Mrugam kilka razy, anielica nachyla się i jej twarz rozpływa się we łzach, widzę jedynie dwa rozmyte kręgi i wykrzywioną w uśmiechu różową kreskę. Ona czuje, że jest częścią mnie. Jakbyśmy byli jednym ciałem.

Wyjmij rurkę, proszę, błagam, wyjmij ją – mówię bezgłośnie.

Wolną ręką gładzi mnie po czole, odgarnia zabłąkane kosmyki. Jak długo tu siedziała, trwoniła własne cenne życie, czekała z nadzieją, aż pewnego dnia się obudzę? I czy to naprawdę pobudka, czy tylko kolejny sen?

Kobieta anioł pochyla się nade mną. Czuję na szyi jej słodki oddech, gdy szepcze mi do ucha:

– To wszystko ich wina.

Część pierwsza

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Teraz

Anna

Czas na mnie – nie to, żebym się jakoś stęskniła do miejsca, które niechętnie nazywam domem, ale naprawdę pora wracać.

Nie przejdę przez Polankę, muszę więc cofnąć się za most i pójść ulicą. Okazuje się jednak, że z powodu festiwalu ona również jest zamknięta. Porządkowy w kamizelce odblaskowej każe mi iść „od tyłu”. Czyli którędy?

W przeciwieństwie do większości tutejszych mieszkańców nie urodziłam się w tym mieście. Przyjechałam tu przed kilkoma miesiącami i jak na razie ograniczam obszar, po którym się poruszam, do drogi do pracy i z powrotem oraz do wypadów autobusem do wielkiego supermarketu niedaleko klubu rugby. Margaret z działu finansów obiecała, że kiedy zacznie się sezon, zabierze mnie na mecz. Pech, że nie cierpię rugby, tak jak zresztą każdego sportu, ale Margaret wzięła mnie pod swoje skrzydła i trudno mi będzie jej odmówić. Powinnam zacząć poznawać nowych ludzi, najchętniej w moim wieku, ale nie jestem jeszcze gotowa.

„Od tyłu” oznacza chyba przejście przez przemysłową część miasta, plątaninę segmentów o płaskich dachach, zakratowanych oknach i wyasfaltowanych, poprzerastanych postrzępioną trawą chodnikach – większość budynków jest opatrzona banerami: „Do wynajęcia”. Wzdłuż ponurych ulic rosną metalowe ogrodzenia, a łańcuchy na bramach i furtach uginają się od ciężaru zardzewiałych kłódek. Mijam kamery monitoringu, ostrzeżenia o pilnujących posesji złych czworonogach i laminowane tabliczki informujące o całodobowej ochronie. Same bzdury. Segmenty stoją puste i nie ma co z nich ukraść.

Jak na zawołanie, zza szczytu budynku wyłania się mężczyzna z groźnym psem i zmierza w moją stronę. Kiedy się mijamy, człowiek nie zwraca na mnie uwagi, za to zwierzę wyciąga łeb na smyczy, żeby mnie obwąchać. Skręcam za róg i wpadam na grupę nastolatków siedzących z wyprostowanymi nogami na niskim murku. Dwóch, ubranych w koszulki piłkarskie, jeździ po ulicy bez trzymanki na rowerach z małymi kołami. Pedałują za mną przez kilka metrów, po czym wracają do kumpli.

Popełniłam błąd, że tędy poszłam. Wszyscy wybrali inną drogę. Miejscowi znają złą sławę dzielnicy przemysłowej i trzymają się od tego miejsca z daleka.

Przesycone wonią drożdży powietrze zaczyna drżeć od dudniącej linii basu – zdaje się, że na festiwalową scenę wszedł pierwszy wykonawca. Stawiam kroki do rytmu muzyki – raz, dwa, trzy, cztery, raz, dwa, trzy, cztery – pozwalam, by mnie niosła. Nie są to dźwięki, do których chętnie bym zatańczyła – zbyt mięsiste i natarczywe – ale dzięki nim czuję się mniej samotna. Dodają mi otuchy.

Jak daleko stąd do mojego mieszkania? Wyjmuję telefon i ustalam swoją lokalizację na mapie. Jestem tą niepozorną pinezką pośród szarych kwadratów i bezimiennych ulic. Jedynym punktem orientacyjnym okazuje się niebieska wstęga rzeki. Hm. Pierwsza w lewo, potem prosto…

Zapach z browarów nabiera intensywności, mimo że większość zakładów znajduje się na północ od centrum miasta, a ja zmierzam na południe. To, dokąd woń zawędruje, zależy podobno od kierunku, z którego powieje wiatr. Bywa, że czuję drożdże we włosach i w ubraniu, czasem osadzają się głęboko w nozdrzach. „Niech się pani nie przejmuje, szybko się pani przyzwyczai”, skwitował mój szef, kiedy wspomniałam o tym podczas rozmowy o pracę. Dzięki temu domyśliłam się, że zostałam przyjęta.

Miasto nie jest złe, mogłam trafić znacznie gorzej. Mają tu niewielkie centrum handlowe z najpopularniejszymi sieciówkami, kino, muzeum browarnictwa, a także ośrodek kultury w dawnej rozlewni. Któregoś dnia wpadła mi w ręce ulotka i okazało się, że ośrodek organizuje różne zajęcia (ceramika, biżuteria, rysunek, tai-chi, zumba, standardowy zestaw), w dodatku znacznie tańsze od tych, na które kiedyś chodziłam. Powinnam spróbować tego czy tamtego, bo siedząc każdego wieczoru sama w mieszkaniu, w końcu zwariuję.

Poprawka: już jestem stuknięta. Szaleństwo to moja nowa norma. Mam za zadanie ponownie „nauczyć się miłości do samej siebie”, ale wydaje mi się to niemożliwe.

Skręcam w najbliższą przecznicę i moim oczom ukazuje się czerwono-biało-niebieski parterowy budynek, nad którego zasłoniętym metalową roletą wejściem widnieje wysłużony szyld: „Morton Mechanics – naprawy na poczekaniu”. Przed warsztatem stoi czarne bmw z przyciemnianymi szybami. Silnik auta pracuje na jałowym biegu. Okno po stronie pasażera jest otwarte i widać przez nie parę gołych nóg. Białe, gładkie, wyraźnie dziewczęce. Z jednej z brudnych stóp zwisa żółty klapek. Dziewczyna leży na brzuchu i wygląda to tak, jakby trzymała głowę na kolanach kierowcy.

Z głośników auta wylewa się agresywny hip-hop, zagłusza podnoszący na duchu puls koncertu, zagarnia całą dostępną przestrzeń. Jest też druga dziewczyna, ubrana w workowate bojówki i parkę, jakby była zima, choć jest koniec czerwca – siedzi na ziemi oparta plecami o drzwi warsztatu. Popija special brew z puszki i ćmi dżointa. Obok stoi dwóch mężczyzn. Są odwróceni do ściany, pochylają nad czymś głowy. Jeden z nich, wysoki i wychudzony jak narkoman, ma na sobie luźne spodnie dresowe i wyciągniętą bluzę. Dżinsy drugiego, niższego i na pierwszy rzut oka lepiej odżywionego, wiszą mu na tyłku, a kurtka jest pobrudzona błotem i schlapana farbą; splecione w warkoczyki włosy spływają mu na kark. Dociera do mnie wymowa tej sceny. Oto miejsce, do którego należy się udać, jeśli chce się skołować towar w sympatycznym miasteczku targowym Morton on Trent.

Nie zatrzymuj się. Nie gap się. Patrz przed siebie. Idź spokojnie miarowym krokiem, nie biegnij.

Kiedy zbliżam się do warsztatu, siedząca na ziemi dziewczyna rzuca coś do mężczyzn i obaj się odwracają. Mój telefon przyciąga ich spojrzenia jak światło ćmy. Zupełnie bez sensu nadal trzymam go w ręku, starając się podążać za wskazaniami mapy. Teraz już za późno, żeby go schować. Niższy mężczyzna skrywa się w cieniu i odwraca twarzą do ściany, a wyższy wypala w moją stronę:

– E! – wykrzykuje. – Ty! A ty tu czego? – Zastępuje mi drogę. Bierze się pod wychudłe boki i kiwa ogoloną głową.

– Zgubiłaś się, co? – rechocze dziewczyna w parce, wstaje i podchodzi chwiejnym krokiem.

Zasycha mi w ustach. Nogi zaczynają mi się trząść. Chcę wyminąć mężczyznę z prawej, ale blokuje mi chodnik. Próbuję z lewej – robi to samo. Nie mogę przejść na drugą stronę, bo przeszkadza mi stojące przy krawężniku bmw. Tego, że mogłabym się odwrócić i puścić biegiem, nawet nie biorę pod uwagę – mam na nogach buty na wysokich obcasach, więc mimo że facet jest ćpunem, a nie sprinterem, dopadłby mnie w kilku susach. Jest jeszcze ta wnerwiona laska w parce i przyczajony gość, nie wspominając o leżącej plackiem właścicielce żółtego klapka i osobie, która siedzi w wozie, kimkolwiek jest. Nie mam szans.

Gość wyciąga rękę.

– No, nie rób scen.

Wiem, że powinnam po prostu wręczyć mu wszystko, co mam przy sobie: telefon, torebkę, a także portfel z kartami kredytowymi, pięćdziesięcioma funtami w gotówce i bezcennym zdjęciem, jedyną odbitką, jaką mam. Nie opieraj się, nie walcz, oddaj mu łup – słyszę w głowie własny błagalny głos. Nie, nie mogę tego zrobić.

 

– Weź, kurwa, odpuść – odzywa się mężczyzna w cieniu. – Widziała twoją gębę, pojebie.

Biorę gwałtowny wdech i cofam się odruchowo, jakby coś przywaliło mi w pierś.

Ten głos.

Wszędzie bym go rozpoznała.

Ale to na pewno nie on. Niemożliwe. Mózg płata mi figla. Napięcie sprawia, że wszystko do mnie powraca, przeszłość miesza się z teraźniejszością. Zbieg okoliczności, nic więcej. To w żaden sposób nie może być on.

– Przez ten festiwal, kurwa, roi się od psów – dodaje.

Powinnam być przerażona, ale mój rozsądek diabli biorą. Identyczna lekka chrypa. Identyczna intonacja. Identyczna ospałość w wypowiadaniu słów. Mrużę oczy, żeby lepiej mu się przyjrzeć, ale stoi odwrócony plecami. Nie… Ma długie, brudne włosy, to nie w jego stylu. Do tego ubranie… całe uświnione. Nie, to nie on. Nie upadłby tak nisko.

Zasysam policzki, żeby pobudzić ślinianki do pracy.

– Nie chcę kłopotów. Jeśli pozwolicie mi przejść, przyrzekam, że nie pójdę na policję.

– Weź ją puść – ponownie odzywa się znajomy głos.

Łysol niechętnie schodzi mi z drogi.

– No idź. Spierdalaj.

Wymijam go z podniesioną głową. Trzęsę się jak osika, ale utrzymuję równowagę i nie przyspieszam, chociaż korci mnie, żeby zrzucić buty i wystrzelić jak z procy.

Nie idą za mną. W miarę jak oddalam się od warsztatu, muzyka z auta cichnie, wypierana dźwiękami koncertu. Bum, bum, raz, dwa, trzy, cztery, raz, dwa, trzy, cztery… Pokonuję jeszcze jakieś dwieście metrów i skręcam za róg.

Prawdziwy świat znów nabiera ostrości, powraca normalność. Opuszczam strefę przemysłową, zatrzymuję się na światłach, a potem przechodzę przez ulicę. Po lewej mam znajome rondo, przystrojone jarmarczną kompozycją kwiatową w ramach akcji „Kwitnące Morton”. Dzięki Bogu, stąd już tylko jakieś czterysta metrów do domu.

Skręcam w Ashby Lane, wspinam się łagodnym zboczem na niewielkie wzniesienie, mijam krótki rząd sklepików i wreszcie skręcam w trzecią ulicę po prawej.

Mieszkam na parterze w środkowym segmencie o ciemnym i kiepsko rozplanowanym wnętrzu, mam dwa wąskie pokoje i maleńką łazienkę. Na piętrze chyba nie ma lokatorów, a przynajmniej nigdy nie widziałam, żeby ktoś wchodził albo wychodził, i nigdy nie słyszałam żadnego ruchu. Codziennie przychodzą listy zaadresowane do tuzina różnych osób; układam z nich stosik na najniższym schodku.

Kiedy wprowadzałam się tu przed prawie dwoma miesiącami, w drzwiach był zaledwie jeden prosty zamek. Zamontowałam drugi, antywłamaniowy, a także dodałam dwie zasuwy po wewnętrznej stronie skrzydła. Zamykam się na cztery spusty i zaciągam zasłony od frontu i od tyłu. Żołądek mam tak ściśnięty, że nie przełknęłabym nawet kęsa, więc zaparzam sobie miętową herbatę i zanoszę ją do łóżka.

Niewiele brakowało. Kto wie, jak by się to wszystko skończyło, gdyby nie zainterweniował ten niski, który skrył się w cieniu. Wyjmuję zdjęcie z portfela i całuję je, a potem wsuwam pod poduszkę. Już nie będę go zabierała do pracy, żeby chować się w kabinie toalety podczas przerwy na lunch i choć przez chwilę na nie popatrzeć. Od dziś zostanie tutaj, w domu, gdzie jest bezpiecznie.

Wciąż słyszę w głowie głos mojego wybawcy. Porównuję go z tym, który nadal żyje w mojej pamięci. Naprawdę brzmiały identycznie – czy tylko mi się wydawało? Ten mężczyzna był szczuplejszy, poza tym wyglądał na ćpuna i bezdomnego. Gdybym tylko mogła przyjrzeć się jego twarzy, rozwiałabym swoje obawy.

Okazał mi zwykłą życzliwość czy mnie rozpoznał? Może wiedział, że zamieszkałam w tym mieście, i przyjechał, żeby mnie odnaleźć? Potrząsam głową, by pozbyć się tej myśli. Bądź realistką. To przecież nie ma sensu. Nikt nie wie, gdzie jesteś. Znajduję się ponad trzysta kilometrów od miejsca, w którym wszystko się wydarzyło. Poza tym, gdyby to rzeczywiście był on i gdyby naprawdę mnie rozpoznał, to zamiast próbować ocalić mi skórę, zacząłby zachęcać swojego kumpla.

No więc to nie był on, jasne? Głośno odstawiam kubek na szafkę nocną i sięgam po lekturę do poduszki. Moja dłoń zastyga nad zagiętym rogiem strony.

A jeśli jednak był?

2

Wtedy

Natasha

Zawsze wiedziałam, że rozmawia właśnie z nią, nawet kiedy nie rozlegał się dźwięk dzwonka, który dla niej zarezerwował. Chodziło o sposób, w jaki trzymał telefon, przyklejał go do policzka, jakby osłaniał usta, żebym nie musiała słuchać. I jeszcze to, że prawie w ogóle się nie odzywał, żadnych zdawkowych „okej” albo „hm”. Zresztą i tak ona nie zwracała na to uwagi. Równie dobrze mógł wsunąć telefon pod poduszkę, dokończyć posiłek, pozmywać, a potem zaparzyć kawę – nawet by się nie zorientowała. Mówiła, gadała, paplała bez końca, niemal na jednym wdechu. Zawsze przerywała nam wieczory. Rozumiałam, dlaczego to robiła, i prawdę mówiąc, nie miałam do niej pretensji. Na jej miejscu na pewno zachowywałabym się podobnie. Ale chciałam, żeby Nick raz, choć raz, powiedział: „Słuchaj, nie mogę teraz rozmawiać, bo jem”, albo: „Oglądam film”, albo chociaż: „Przykro mi, Jen, ale spędzam wieczór z żoną”.

Zaniosłam jego niedojedzoną kolację do kuchni. Piekarnik był jeszcze ciepły, więc po prostu włożyłam talerz do środka i zamknęłam drzwiczki. Postałam chwilę, wsłuchując się w ciszę w salonie i zastanawiając się, po co tym razem zadzwoniła. Chodziło o pomoc w rozwiązaniu jakiegoś problemu w domu czy może zwyczajnie chciała usłyszeć jego głos? Był piątek wieczorem, pewnie jak zwykle siedziała sama z butelką ginu. Przerabialiśmy to niezliczoną ilość razy i nic nie wskazywało na to, żeby cokolwiek miało się zmienić. W przypadku Jen nie sprawdzało się powiedzenie, że czas leczy rany.

Rozmowa nadal trwała, więc poszłam na górę i po cichu otworzyłam drzwi do pokoju Emily. Zobaczyłam, że smacznie śpi. Nad jej głową obracała się lampka nocna w kształcie kuli, zasypując plastikowymi płatkami śniegu spocone policzki małej, do których kleiły się jej jasnorude włosy. Jak zwykle przyciskała do piersi żyrafę Gemmę. Nachyliłam się, żeby pocałować Emily w czoło, i poczułam zapach szamponu dla dzieci. Była moim pierwszym i jedynym, najdroższym skarbem. Nie wyobrażałam sobie życia bez niej. Ilekroć myślałam o znajomych, którzy odwrócili się do mnie plecami, o niezgodzie pomiędzy mną a matką, dezaprobacie rodziny Nicka, niekończących się problemach z Jen – ilekroć, spójrzmy prawdzie w oczy, zaczynałam mieć wątpliwości – wtedy zawsze wracałam do niej. Powtarzałam sobie, że jest warta każdej ceny, jaką przyszło mi zapłacić.

Cicho jęknęła przez sen.

– Kocham cię – wyszeptałam i wycofałam się na palcach, zamykając za sobą drzwi.

Ku mojemu zaskoczeniu Nick skończył już rozmawiać. Poszedł do kuchni, otworzył piekarnik i próbował gołymi rękami wyjąć swój talerz. Rzucił go na granitowy blat, zaklął pod nosem i włożył poparzone palce do ust.

– Przepraszam, myślałam, że zapowiada się długa sesja – powiedziałam. Rekord wynosił pięćdziesiąt trzy minuty. Starałam się nie liczyć im czasu, ale niekiedy nie mogłam się powstrzymać. – Wszystko w porządku?

– Tak, tak. Biedactwo postanowiło zakończyć rozmowę, bo poczuło, że zbliża się migrena.

Wróciliśmy do salonu i ponownie usiedliśmy przy stole. Niestety, romantyczna atmosfera zdążyła się ulotnić. W powietrzu dało się wyczuć chłód, a płomienie świec drwiąco migotały, rzucając niespokojne cienie na nasze zmęczone twarze. Nick wyglądał na znużonego, a mi alkohol zaczynał szumieć w głowie.

Nie pytaj go o telefon – przykazałam sobie. Nick przyjechał z podróży służbowej i tamtego wieczoru mieliśmy świętować jego powrót do domu. Z tej okazji postarałam się wyglądać szczególnie atrakcyjnie. Wyjęłam świeżą pościel. Włączyłam dyskretne oświetlenie. Zapaliłam ceramiczne dyfuzory, które wypełniły sypialnię egzotycznymi zapachami. Naprawiłam ramiączko w koronkowym push-upie z kompletu drogiej bielizny, który Nick kupił mi pod choinkę. Przygotowałam wszystko, co niezbędne na wyjątkowy wieczór. Nie pozwól, żeby to zepsuła – powiedziałam bezgłośnie, ale wiedziałam, że już za późno, stało się. Wyczułam, że jej widmo siedzi z nami przy stole i ociera wilgotne oczy brzegiem serwetki.

Nick zaczął jeść, ale ja nie mogłam, wpatrywałam się tylko w talerz i przypominałam sobie, jak starannie obrałam szalotkę i usmażyłam kawałki boczku na maśle, i że zużyłam butelkę niezłego czerwonego wina na nieprzyzwoicie drogą wołowinę. Kuchnia nie była moim naturalnym środowiskiem, ale bardzo się starałam. Rodzice Nicka zawsze rozpływali się nad tym, jaką to Jen jest świetną kucharką i jak, wydawałoby się, zupełnie bez wysiłku wyczarowuje wyśmienite dania. Nie twierdzę, że to nieprawda – być może rzeczywiście była zdolna – ale mówili tak przede wszystkim po to, żeby mi dopiec.

– Pyszne, kochanie – stwierdził Nick, dolewając nam wina. – Przeszłaś samą siebie. Chociaż powiem ci, że przez te kilka dni jadłem tyle wykwintnych rzeczy, że ucieszyłbym się, nawet gdybyś mi zrobiła grzankę z jajkiem.

To tyle, jeśli chodzi o mój wysiłek, pomyślałam, ale nie odezwałam się. Pragnęłam zachować choć tę namiastkę wspólnego wieczoru. Jedno zbędne słowo, a całkiem trafiłby go szlag.

– Wiesz, że Hayley chce ochrzcić Ethana? – powiedział Nick kilka łyków później.

Ściągnęłam brwi.

– Po co? Przecież nie jest religijna. Pozostałych dzieci chyba nie ochrzciła?

Ethan był późną niespodzianką, skutkiem spartaczonej wazektomii. Czterdziestotrzyletnia Hayley kwalifikowała się już do grupy dojrzałych matek, „geriatrycznych”, dlatego ciąża przebiegała pod znakiem zapytania. Może, pomyślałam, chce podziękować Bogu za to, że Ethan przyszedł na świat zdrowy. Chociaż znając ją, przypuszczałam, że zależy jej po prostu na zapewnieniu dziecku miejsca w lokalnej szkole kościelnej. Nie dogadywałam się z młodszą siostrą Nicka. Trudno się dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę, że były z Jen serdecznymi przyjaciółkami.

– Chce, żebyśmy byli rodzicami chrzestnymi – oznajmił Nick, odrywając kawałek chleba i maczając go w winnym sosie.

– Że co? – roześmiałam się, odkładając widelec. – Sądziłam, że uważa mnie za zołzę z piekła rodem.

Zaczerwienił się i spuścił wzrok.

– Nie to miałem na myśli, przepraszam, chodziło o mnie i o Jen. – Zimne ostrze przeszyło mi żołądek. – Jen nie posiada się ze szczęścia. Wiesz, jak uwielbia dzieci. Będzie fantastyczną matką chrzestną.

– Przykro mi, ale nic z tego – odparłam łamiącym się głosem. – Tak po prostu nie wypada i Hayley powinna o tym wiedzieć. – Czekałam na jego reakcję, ale milczał. – Co powiedziałeś, kiedy ci to zaproponowała?

– Hayley? Jeszcze tego nie zrobiła. Jen zadzwoniła, żeby mnie uprzedzić. Zdaje sobie sprawę, że możesz się czuć niezręcznie, ale ma nadzieję, że zrozumiesz.

– Nie, nie rozumiem. – Rzuciłam serwetkę na stół i odsunęłam się na krześle. – To nie w porządku, Nick. Hayley nie ma prawa mnie lekceważyć. W końcu jestem twoją żoną.

– Przyjaźnią się z Jen od dzieciństwa. To nie ma nic wspólnego z… no wiesz, z rozwodem.

– Twoja siostra mnie nienawidzi, tak jak twoi rodzice.

– Nie mów tak. Przeżyli wstrząs, kiedy odszedłem od Jen, ale przecież cię zaakceptowali. Widzą, jak bardzo jestem z tobą szczęśliwy, i kochają Emily. – Wstał i spróbował mnie objąć. – Porozmawiam z Hayley. Na pewno nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Ethan miał dwie matki chrzestne.

– Nie chcę nią być – odparłam, uchylając się przed nim. – Nie jestem wierząca. Ty zresztą też nie.

Nick rozłożył ręce.

– Nie chcę denerwować Hayley.

– Pewnie, że nie. Tylko ze mną nie masz skrupułów.

– Kochanie, przecież wiesz, że to nieprawda.

Powstrzymałam się od komentarza. Ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, była kłótnia, ale kusiło mnie, żeby dać mu się sprowokować. Wyobraziłam sobie, jak Hayley siedzi u siebie w domu i z triumfalnym uśmiechem na ustach wychyla kieliszek wina. Nic nie sprawiało jej takiej przyjemności jak wywoływanie spięć między nami.

– Rozumiem, że dla Jen to był cios – odezwałam się po chwili – ale musi odpuścić. Ma się od ciebie odczepić. Znaleźć sobie kogoś innego. Wiem, że to brzmi kategorycznie, ale…

– Nie. Masz rację – westchnął. – Tylko że to nie takie proste. Jen od lat należy do rodziny. Nie możemy się jej tak po prostu pozbyć, to by było okrutne. Poza tym wszyscy ją kochają.

– A ty? Czy ty ją kochasz? – Nabrałam dużo powietrza ze strachu przed tym, co usłyszę.

– Oczywiście, że nie – zapewnił prędko. – Dlaczego w ogóle pytasz o takie rzeczy? Jen i ja znamy się bardzo długo, ale nigdy jej tak naprawdę nie kochałem, w każdym razie nie tak, jak kocham ciebie.

 

Jego słowa trafiły mi do serca, zatrzymałam je tam i przez kilka chwil czułam ich przyjemne ciepło. A potem powiedziałam:

– Nie wydaje ci się, że pora powiedzieć jej prawdę? Dla jej własnego dobra?

– Nie. Prawda jest przereklamowana – odparł bez mrugnięcia okiem.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Co ty mówisz? Prawda jest najważniejsza!

– Wcale nie. Ludzie stale ją przeinaczają. – Podszedł do marmurowego gzymsu kominka i zapatrzył się w zdjęcie całej naszej trójki zrobione kilka godzin po narodzinach Emily. – W przyszłym tygodniu powinienem powiedzieć prawdę w sądzie. Prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Ale jeśli to zrobię, stracę prawo jazdy. Nie zasłużyłem na to, nie jestem piratem drogowym. – Miesiąc wcześniej Nick przejchał na czerwonym świetle. Policja zatrzymała go i zbadała alkomatem, a wtedy okazało się, że jest pod wpływem. Jego prawnik wysmażył historię o tym, że Emily zachorowała i Nick pędził do domu, żeby się nią zaopiekować. W rzeczywistości podejmował inwestora z Chin.

– Mam na myśli prawdę emocjonalną – doprecyzowałam. – Okłamywanie innych w sprawie własnych uczuć jest nie w porządku.

– Nie zawsze. Czasem lepiej postawić na uprzejmość. – Wrócił do stołu i podniósł swój kieliszek. – Zależy mi na dobrych stosunkach z siostrą, dlatego zostanę ojcem chrzestnym Ethana. A skoro Hayley chce, żeby matką chrzestną została Jen, to jest to jej decyzja… – Dopił wino. – Wiem, że to dla ciebie krępujące, ale nic na to nie poradzę. Jeżeli postanowisz nie jechać na chrzest, trudno, pojadę sam z Emily. Na pewno wszyscy zrozumieją.

Pokręciłam głową. Dokładnie tego oczekiwała jego rodzina; nie zamierzałam dawać im tej satysfakcji. Zdecydowałam, że się postawię.

– Nie wygłupiaj się – powiedziałam. To będzie koszmarne i upokarzające doświadczenie, ale jakoś przeżyję. – Zostawmy już ten temat. Chcesz deser? Zrobiłam mus czekoladowy.

– Może później. W tej chwili mam ochotę na coś jeszcze smaczniejszego. – Podszedł do mnie i tym razem pozwoliłam mu się pocałować. Utonęłam w jego ramionach i poczułam, jak moje serce zaczyna mocniej bić.

Nagle znów przerwał nam ostry dźwięk dzwonka Jen.