Najdziwniejsze słowo świataTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Najdziwniejsze słowo świata

Przypisy

© Copyright by Jerzy Sosnowski, 2016

© Copyright by Copernicus Center Press, 2016

Korekta: Artur Figarski

Publikacja dofinansowana z grantu Science for Ministry in Poland przyznanego Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych przez John Templeton Foundation

ISBN 978-83-7886-290-1

Wydanie I

Kraków 2016

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel./fax (+48 12) 430 63 00

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: http://en.ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1.

Oto historia z gatunku takich, które czasami się zdarzają, ale jeśli znajdziemy je w książce, uznajemy, że autor ma skłonność do kiczu:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Jest rok 1980, Szklarska Poręba. Osiemnastoletni chłopak – nazwijmy go: Jarko – po raz ostatni w życiu spędza wakacje z rodzicami. W stołówce zauważa pod oknem ładną dziewczynę, jak się wkrótce okaże, nieco starszą od siebie. Dziewczyna – niech ma na imię: Aleksandra – przyjechała na wczasy z koleżanką z pracy i trochę się nudzi; Jarko jest dość miły dla oka, a jego niezbyt zręczne (i trwające prawie tydzień) zabiegi, by ją poderwać, są w gruncie rzeczy ujmujące. Tak oto nudnawe wczasy z rodzicami na kilka dni zamieniają się nastolatkowi w romantyczne wakacje z Aleksandrą. Nie należy sobie za dużo wyobrażać: Jarko, choć to ukrywa, nigdy wcześniej nie miał dziewczyny, a w dodatku jest ministrantem i nawet nieco tylko bardziej namiętny pocałunek wydaje mu się słodkim i strasznym naruszeniem Zasad. Wkrótce turnus się kończy i Aleksandra (z koleżanką) oraz Jarko (z rodzicami) rozjeżdżają się w rozmaite strony Polski. A telefon zamiejscowy – to przecież epoka przedkomórkowa – nie jest zbyt skutecznym środkiem na podtrzymanie znajomości. Toteż choć Jarko, zgodnie z uroczym, ale niemądrym młodzieńczym idealizmem, zdążył już sobie nawyobrażać, że po maturze i studiach ożeni się z Aleksandrą, ich relacja kończy się nawet nie zerwaniem, tylko wygaśnięciem. Usycha.

ROZDZIAŁ DRUGI

Czas nie stoi w miejscu. Jarko jest już dorosłym mężczyzną. Jego życie osobiste zdążyło się mocno pokomplikować, ostatnio znów został sam, i w rezultacie wspomnienie randek z Aleksandrą zaczęło często przychodzić mu na myśl. Jest tyleż zabawne, ile rozczulająco niewinne: nikt nikomu nie zrobił wówczas krzywdy, wszystko toczyło się nieco bajkowo... no i działo się (dla niego) po raz pierwszy. Oczywiście zastanawia się niekiedy, co porabia Aleksandra. Ale nawet gdyby jej numer telefonu był wciąż aktualny (mało prawdopodobne), trudno po dekadzie z okładem dzwonić do kogoś, by zapytać z głupia frant, co słychać. Więc Jarko tego nie robi.

ROZDZIAŁ TRZECI

Mijają kolejne dekady. Jarko został pisarzem i blogerem. Pewnego razu, sprowokowany czyjąś uwagą na Facebooku, że lata osiemdziesiąte były okropne i nie sposób ich miło wspominać, pisze na swojej stronie www tekst o tym, że wprawdzie rzeczywistość społeczno-ekonomiczno-polityczna faktycznie nie dawała się lubić, ale nawet w tych warunkach zdarzały się rzeczy przyjemne (zwłaszcza, jeśli się było młodym). O wczasach z Aleksandrą wstydliwie nie wspomina, ale w ostatniej chwili, już prawie umieszczając gotowy tekst na blogu, postanawia dopisać dedykację dla dawnych znajomych, którzy mu się z tamtą dekadą kojarzą, i na pierwszym miejscu umieszcza wśród nich: „A., poznaną w Szklarskiej Porębie”.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Kilka dni później Jarko w komentarzach znajduje wpis internautki, który zaczyna się tak: „To ja jestem A., poznana w Szklarskiej Porębie”, podpisany nieznanym mu nazwiskiem. Nasz bohater w pierwszej chwili myśli, że oto nadarza się okazja, by zadać wreszcie pytanie „co słychać”, z czym zwlekał przez więcej niż trzydzieści lat. Będzie też mógł przesłać dziewczynie wyrazy podziękowania, że w nieprzyjemnych chwilach swojego życia mógł znajdować wytchnienie, wspominając kilka spędzonych wspólnie dni. Ale tymczasem dorobił się paru hejterów, których ma powody podejrzewać o podstępy, a poza tym jest świadomy, że tożsamość osoby, którą się zna jedynie z internetu, jest zawsze wątpliwa. Niby nowe imię i nazwisko Aleksandry łatwo wyjaśnić: wychodząc za mąż, porzuciła nazwisko panieńskie, może też nie lubiła swojego pierwszego imienia i korzystając z okazji, że – powiedzmy – przeprowadziła się do innego miasta, zaczęła używać drugiego. Niemniej równie dobrze może to być ktoś obcy, kto chce sprowokować go do wyznań, a potem je wyszydzić. Dlatego Jarko, żeby być pewnym, że to naprawdę Aleksandra do niego napisała, na adres (widoczny dla niego jako dla administratora własnej strony) pisze mail z prośbą o potwierdzenie, że ona to ona. Pytanie sprawdzające samo się narzuca: Napisałaś, że to ty jesteś „A., poznana w Szklarskiej Porębie”. Jakie imię kryje się pod tym A.? – Na ten mail Jarko nie otrzyma jednak odpowiedzi.

2.

To koniec tej historii. I początek niepokoju.

Jak Jarko mógłby zyskać pewność, że po z górą trzech dekadach nawiązała z nim kontakt właśnie Aleksandra? Załóżmy, że na jego pytanie odpowiedziała trafnie. Patrząc z boku widzimy jednak wyraźnie, że możliwych żeńskich imion, zaczynających się na A, nie jest bardzo dużo: Anna, Agata, Agnieszka, Ada, Alicja, Alina, no i Aleksandra właśnie. Może jeszcze: Anastazja. Chyba niewiele więcej, bo przecież nie: Augusta, Aurelia ani Anabella (chodzi o imię, nadane dziecku w Polsce w roku 1959). Prawdopodobieństwo wybrania właściwego jest więc znacznie wyższe, niż wygrana w Totolotka – a przecież ktoś w niego wygrywa. „Aleksandrę” tajemnicza korespondentka mogłaby wskazać przypadkiem.

Naturalnie trudno sobie wyobrazić, by podejrzliwość mężczyzny nie zraziła, raczej prędzej niż później, internautki, zwłaszcza, gdyby to była naprawdę A. ze Szklarskiej Poręby. Ale przyjmijmy na chwilę, że ustalanie jej tożsamości nie zostaje przerwane. Jakie następne pytanie winien zadać Jarko, wciąż nieprzekonany, z kim wymienia maile? Zapewne nasunąłby mu się pomysł, aby kobieta napisała mu, co pamięta z ich znajomości. Tylko że ten akurat koncept jest równie oczywisty, co błędny. Chodzi o kilka dni sprzed kilkudziesięciu lat. Dla niego, wówczas osiemnastolatka, było to pierwsze doświadczenie miłosne (choć ten ostatni epitet sugeruje więcej, niż się wydarzyło); dla niej był to zapewne epizod na marginesie prawdziwego życia, kto wie, czy nie najmniej intensywny. Jeśli potem szczęśliwie się zakochała, miała udane małżeństwo i dzieci, które trzeba było z mozołem wychować, nie utrwalała sobie przecież, jak on, wspomnień, smakując je w kółko i w kółko. Być może jedyne, co pamięta obecnie, to sam fakt, że dawno temu go znała, bez żadnych szczegółów.

Peszy mnie różnica między tym, co różni ludzie pamiętają ze wspólnie przeżytych chwil. Któregoś razu rozmawiałem z niewidzianą od lat koleżanką z klasy i w rozmowie wymieniłem nazwisko naszego wspólnego, jak mi się zdawało, przyjaciela z czasów liceum. Koleżanka spojrzała na mnie z osłupieniem i po dłuższej chwili ciszy wyjąkała: „O matko... Rzeczywiście był taki, ale całkiem o nim zapomniałam. Zupełnie, jakby nie istniał”. Poczułem wtedy dreszcz, jakby w mgnieniu oka zetlała serweta na stole, przy którym siedzieliśmy, porcelanowe filiżanki pokryła sieć drobniutkich pęknięć, a podłoga i ściany wokół nas zaczęły trzeszczeć, podtrzymując swoją spoistość jedynie z nietrwałego kaprysu. Czasem jedno, mimochodem rzucone zdanie objawia więcej, niż gruby traktat. Teraźniejszość jest krucha i w każdej sekundzie obraca się w nicość, a to, co chcielibyśmy uważać za jej wiarygodny przetrwalnik – ślady pamięciowe w naszych mózgach – składa się w dużej mierze z luk, przeinaczeń i zmyśleń.

Zatem pytanie Jarka o to, co właściwie zdarzyło się między nim a Aleksandrą w Szklarskiej Porębie, prawie na pewno nie przyniosłoby potwierdzenia, którego nasz bohater oczekiwał. Należy wszakże dopowiedzieć coś jeszcze: we wpisie A., zawierającym kilka zdań polemicznych w stosunku do tego, co opublikował na blogu, uderzyła go jakaś obcość, dość nieokreślona, by zadziałała zrazu poniżej progu jego świadomości i by umiał ją nazwać dopiero po kilku dniach. Choć może to właśnie ona skłoniła go do tego, by, zamiast serdecznie odpowiedzieć, zadał „pytanie sprawdzające”.

Rzecz w tym, że Jarko, wracając myślami do swoich młodzieńczych przeżyć, pamiętał – lub raczej: zdawało mu się, że pamięta – brzmienie głosu Aleksandry, jej sposób mówienia, a nawet kilka zdań, które wypowiedziała (z pozycji zewnętrznego obserwatora jest jasne, że te ostatnie z całą pewnością musiały być fantazją Jarka). Właśnie do tego wszystkiego nie pasował styl jej komentarza. Była w nim jakaś stanowczość, energia, może nawet kanciastość, jak zwykle, gdy wyrażamy niezgodę na to, co przeczytaliśmy. Znikła gdzieś czułość, ciepła ironia, podszyta lekkim protekcjonalizmem, z jakim Aleksandra traktowała w Szklarskiej Porębie zauroczonego chłopca.

 

Tylko czy Jarko miał prawo się ich spodziewać? Nawet gdyby karkołomnie założyć, że jego własna pamięć, inaczej niż pamięć wszystkich pozostałych ludzi, stanowi dokładny i nieprzekłamany zapis rzeczywistości, to przecież znał on dwudziestojednoletnią dziewczynę, gdy teraz napisała do niego blisko sześćdziesięcioletnia kobieta. Tamtej Aleksandry, z jej doświadczeniem, nawykami, z jej – by użyć precyzyjnego terminu filologów – idiolektem, czyli osobniczą odmianą języka narodowego, po prostu już nie ma. Przykryło ją kolejnych kilkadziesiąt lat, nowe doświadczenia, zyskane tymczasem nawyki, także językowe, setki i tysiące konwersacji, z których przechwyciła nowe frazy i wyrażenia, przeobrażające ów idiolekt nie do poznania. Ostatecznie zaś odmieniła ją nowa sytuacja komunikacyjna: tekst z roku 2016 to nie prywatny list trochę zauroczonej dziewczyny do emablującego ją chłopca, ale publicznie dostępny komentarz dorosłej internautki do nieomal całkiem obcego mężczyzny, udzielającego się publicznie w charakterze pisarza i blogera.

Imię, pamięć, styl... Zdesperowany Jarko mógłby sięgnąć po jeszcze jedną metodę ustalenia tożsamości korespondentki. Ostatecznie internet to przerażająco bogate źródło wiedzy o nas, pełne śladów tekstowych i obrazowych, które siejemy, często zresztą nie myśląc, że pozostaną one w zasobach sieci dłużej, niż byśmy sobie tego życzyli. Więc łatwo wyobrazić sobie naszego bohatera, jak w oczekiwaniu na odpowiedź (która nie nadejdzie), wpisuje do popularnej przeglądarki imię i nazwisko, jakim podpisano komentarz na blogu, wybiera opcję „grafika” i zaczyna przeglądać fotografie potencjalnych A. Umie liczyć, wie, który jest rok, więc odrzuca od razu zdjęcia osób wyraźnie młodszych od siebie. Już po pół godzinie wie, że to także ślepa uliczka.

Jarko, patrząc w lustro, jest przekonany, że niewiele się zmienił. Oczywiście ten błąd podpowiada mu samoświadomość: gdy patrzy na swoje odbicie, wie przecież, że on to on, widzi zatem nie to, na co patrzy, ale swój wyimaginowany, by nie powiedzieć: idealny autoportret. Owszem, włosy zaczynają mu się dobre sześć centymetrów wyżej niż kiedyś: w tej kwestii musi ustąpić faktom, bo w dzieciństwie dorobił się niewielkiej blizny pod grzywką, gdy obecnie blizna ta znajduje się prawie na środku wysokiego czoła. Nosi okulary, których w Szklarskiej Porębie nie potrzebował; zamiast gęstej czarnej brody, którą sobie zapuścił podczas tamtych wakacji i zaraz po powrocie zgolił, bo nauczyciele co chwila wyrywali go do odpowiedzi, mówiąc: „To niech kolega z brodą podejdzie do tablicy”, nosi teraz niewielki zarost wokół ust. Ów zarost ma kolor nasuwający skojarzenie z maścią szorstkowłosego jamnika (pewna pasjonatka kynologii użyła kiedyś przy nim określenia „maść dzicza”; dzięki niemu Jarko nie mówi, że jego włosy i broda są szpakowate). Ale przecież te oczy to jego oczy, uszy, jak odstawały dawniej, tak odstają, i czoło, może trochę poradlone, wciąż jest jego czołem.

Nie, Jarku, mylisz się, rzecz jasna, i może nawet kiedyś minąłeś się w jakimś mieście z Aleksandrą, a żadnemu z was nie przyszło nawet do głowy, że ta pani – ten pan – to ktoś znajomy. Zmieniają się nasze sylwetki, owale twarzy, fryzury (na nie przynajmniej mamy pewien wpływ), zmienia się kolor włosów, zmniejszają nam się oczy, a skórę pokrywa siateczka zmarszczek. Komórki w naszych organizmach wymieniają się stopniowo, nigdy nie przekazując sobie kompletu informacji – i nie tylko wizualnie, ale wprost fizycznie nie jesteśmy tymi samymi ludźmi, co przed siedmiu, czternastu czy trzydziestu pięciu laty.

Więc bohaterowie romansowej przygody z 1980 roku znikli bez śladu?

3.

Mam wrażenie... Powinienem był napisać raczej: odczuwam lęk, że to samo, co ja powyżej, robi z naszymi tożsamościami nauka. Peszący skutek mojego dociekania bierze się właśnie z tego, że wycofałem się z historii Jarka, z mojej historii, na pozycję zewnętrznego, chłodnego obserwatora, jakby: badacza. Jeśli rzeczowo podejdziemy do sprawy, Aleksandra znika: staje się zaledwie powidokiem świadomości Jarka, blaknącą fantazją na temat czegoś, co kiedyś, być może, nastąpiło. „Być może” oznacza w tym zdaniu trudną do racjonalnego obalenia tezę, że nie sposób ufać ludzkiej pamięci.

W opowieści o Szklarskiej Porębie można równie dobrze zmienić miejsce akcji. Gdyż w istocie jest to Marienbad – ze słynnego przed laty filmu w reżyserii Alaina Resnais.

W roku 1961 Zeszłego roku w Marienbadzie przywitane zostało jako intrygujące, ale bardzo enigmatyczne dzieło filmowej awangardy. W labiryntowym gmachu domu uzdrowiskowego i w rozciągającym się przed nim ogrodzie francuskim toczą się niejasne wydarzenia. Pewien mężczyzna usilnie wmawia kobiecie, że spotkali się tutaj przed rokiem (dziwna koincydencja: kobieta określona jest w obsadzie filmu jako „pani A.”). Reszta jest właściwie pozostawiona aktywności widza: poszczególne sceny stanowią niby bezładną stertę klocków, z których można/trzeba wybrać niektóre i z nich ułożyć swoją historię. A potem – uwaga, uwaga! – wierzyć, że jest prawdziwa. Bez tego wyboru i tej wiary rzeczywistość (filmu) rozpada się w chaos.

Czy „pani A.” jest tą samą osobą, z którą miał romans „pan X.”, czy tylko bardzo do tamtej podobną? A jeśli pan X. się nie myli, to czemu kochanka go nie pamięta? Może przypisał zbyt wielkie znaczenie jakimś scenom tak nieważkim, że nie zaprzątały uwagi kobiety? Lub przeciwnie, uczucie – mocno kłopotliwe, zważywszy, że pani A. ma męża – było tak silne, że uruchomiło w jej psychice mechanizm wyparcia? Co zrobić ze sceną, w której wspomniany mąż zabija niewierną żonę? Czy przypadkiem kamera nie wprowadziła nas w głąb jaźni zrozpaczonego pana X., który bezradnie stara się wyobrazić sobie dalszy ciąg romansu, przerwanego morderstwem? Czy też w głąb jaźni męża, któremu roi się ukaranie niewiernej? Albo w ogóle może reżyser ze scenarzystą, Allainem Robbe-Grilletem, zawiedli nas w zaświaty (jeśli już, to na mroczne Pola Elizejskie, nie do Edenu)? Film kończy dziwne zdanie, padające zza kadru, że choć w prostych alejkach ogrodu francuskiego (więc: geometrycznego ładu, zdrowego rozumu, klasycznej przejrzystości) trudno się zgubić, bohaterowie gubią się w nim i znikają. Dopowiem, że zostają parkowe posągi, które domagają się interpretacji, to znaczy: nadawania im na nowo sensu. W czym kryje się również nadawanie imion, niekoniecznie tych bohaterów czy bogów, których przedstawiały w intencjach ich twórców.

Świat Zeszłego roku w Marienbadzie to świat zmąconych tożsamości. W ekspozycji (o ile wolno użyć takiego konwencjonalnego określenia) kwestie pana X. i pani A. wygłaszają rozmaite postaci, jakby sprawdzając, komu przypadną ich role. Rzeczywistość daje się uporządkować za cenę wygnania z niej osób: idealny porządek panuje jedynie wśród opustoszałych alejek. Kiedy wkraczają ludzie, wszystko staje się możliwe. Oni krążą po labiryncie, czyli w przestrzeni, która jest obca. Mogą próbować ją oswoić – tymczasowo, nie-dość-skutecznie – za tę samą cenę, którą ma zapłacić widz, zatem powtórzmy: za cenę wyboru, interpretacji i wiary (to znaczy: wierności wybranej interpretacji). Ta wiara niepokojąco przypomina credo quia absurdum, skoro widzimy (z zewnątrz, poprzez obiektyw kamery), że za żadną alternatywą nie kryje się nic, poza czystym „chcę tak”, a w każdym razie, że niczego innego obiektywnie nie daje się dostrzec.

Jeśli więc Szklarska Poręba jest tylko innym wcieleniem Marienbadu, to jedynie od woli Jarka zależy, czy przyjmie komentarz internautki z roku 2016 jako wiadomość od Aleksandry, czy od jakiejś uzurpatorki. Przed takim rozstrzygnięciem spontanicznie się wzdragam i w pierwsze chwili chcę swój odruch uzasadnić, odwołując się do rozumu. Lecz już wiem, że z jego punktu widzenia imię można zmienić, pamięć jest zawodna, styl (nawyki językowe i pozajęzykowe) przeobraża się z biegiem czasu, podobnie jak wygląd. Sprzeciw bierze się widocznie z czego innego.

Aleksandra (z roku 1980), racjonalnie rzecz biorąc, zniknęła. Ale przecież nie zniknął Jarko! Choć i on, mówiąc prawdę, przestał już dawno używać zdrobnienia i teraz przedstawia się konsekwentnie jako Jarosław, choć wygląda inaczej niż kiedyś, inaczej niż kiedyś mówi, inaczej lub zgoła w co innego wierzy, a pamięci nie może zaufać. Mimo to, zapytany, czy jest tym samym człowiekiem, który przed laty zadurzył się w Aleksandrze (o ile była jakaś Aleksandra, Szklarska Poręba i rok 1980), bez wahania kiwnąłby głową. Wolno nam mniemać, że i Aleksandra – gdziekolwiek i kimkolwiek jest – uważa się wciąż za tamtą dziewczynę. Pewna starsza pani powiedziała mi kiedyś, że w starości kryje się coś demonicznego, gdyż wewnętrznie nie starzejemy się, lub starzejemy się wolniej, i w osiemdziesięcioletnim ciele kryje się wciąż kilkunastolatka, widoczna jedynie dla siebie samej. „Wewnątrz”, „widoczna dla siebie” – to znaczy: gdzie?

Nietzsche jest autorem aforyzmu, że być może „ja to tylko przyzwyczajenie naszej gramatyki”. Wydaje mi się, że genialny Niemiec ogarniał wzrokiem możliwe następstwa zjawisk, które rodziły się dopiero na jego oczach. Jak Laplace’owi hipoteza Boga, tak jego późnym następcom hipoteza człowieka przestaje być potrzebna. Gdy już przegnamy z tego, co nazywamy empirią, to jedno dziwne słowo, słowo „ja”, wówczas ukaże nam się świat procesów (fizycznych, chemicznych, biologicznych – ale to podział konwencjonalny, stworzony dla wygody naszych badań), układających się i splatających zgodnie z teorią chaosu deterministycznego, to znaczy statystycznie przewidywalnych. Postęp wiedzy regulować będą jedynie przekraczane szybciej lub wolniej granice możliwości technologicznych. Jedyne pytanie, pozbawione odpowiedzi, stanowiące jakby ślepą plamkę w polu naszego wi(e)dzenia, pytanie nienaukowe, więc słusznie przemilczane, będzie brzmiało: KTO właściwie wszystko to wie?

Do tego pytania wolno zbliżać się tylko meandrycznie – zupełnie tak, jak ślepą plamkę na naszej siatkówce odkryjemy jedynie patrząc w bok i dostrzegając lukę na skraju obrazu. Dlatego porzucam prosty szlak, zaczynam szperać w książkach, uporczywie wracając wciąż do Aleksandry i Jarka, do ich pewności, że każde z nich to „ja”. Istnieją przecież sytuacje, wcale nierzadkie, kiedy sami tę pewność mogą stracić.

4.

Lalkę Bolesława Prusa mam za najwspanialszą polską powieść wszechczasów. Czytam ją co kilka lat, z niezmiennym entuzjazmem. Ale przyznaję, że na doniosłość sceny, o której chcę teraz opowiedzieć, zwróciła mi uwagę dopiero Olga Tokarczuk w swoim eseju Lalka i perła.

Oto Wokulski rozdrażniony (nie pierwszy i nie ostatni raz) tym, jak go potraktowano w domu Łęckich, wyruszył do Paryża. W hotelowym pokoju, który tu wynajmuje, „znajduje się ogromne lustro – relacjonuje pisarka. – Odbija się w nim cały pokój i oczywiście wszystko, co dzieje się w pokoju, lecz z jakichś powodów ujrzenie własnego oblicza budzi w bohaterze niespodziewaną grozę”[1]. Dalej cytuję już Prusa:

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?