Zaufajcie Drakuli

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Zaufajcie Drakuli
Zaufajcie Drakuli
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Siewierski

Zaufajcie Drakuli

Saga

Zaufajcie Drakuli

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 1979, 2021 Jerzy Siewierski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726950885

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Kiedy załomotał do drzwi, brałem właśnie prysznic. Stukał mocno, niecierpliwie, akurat tak, jak to robią gliny, którym się śpieszy. Wyłączyłem prysznic i narzuciłem na mokre ciało włochaty płaszcz kąpielowy. Idąc przez pokój zostawiałem za sobą mokre ślady.

– Proszę poczekać, już otwieram...

Przelotnie spojrzałem w lustro i przygładziłem dłonią ociekające wodą włosy. Twarz miałem zmęczoną i nabrzmiałą. Szczęki i podbródek pokrywał nalot jednodniowego zarostu. Walenie do drzwi nie ustawało. Podszedłem do nich i odsunąłem zasuwkę.

Wlazł do środka i popatrzył na mnie bladymi, pozbawionymi wyrazu oczami. Był wysoki, zwalisty i łysawy. Ubrany był w zieloną, drelichową, spraną do niemożliwości koszulę i wyszarzałe dżinsy. Do koszuli przypiętą miał srebrną gwiazdę. Przy szerokim, skórzanym pasie dyndała mu się potężna kabura.

– Nareszcie pan otworzył – powiedział, a w jego niskim głosie zabrzmiał ton wyrzutu. – Myślałem już, że pan zasnął...

Wzruszyłem-ramionami.

– Kąpałem się – wyjaśniłem – nie mogłem otwierać goły.

Pokiwał głową sceptycznie i podszedł do fotela z poskręcanych aluminiowych rurek i wymyślnie ukształtowanych płatów kolorowego plastyku. Usiadł ostrożnie, wyciągając przed siebie długie nogi, obute w skórzane sandały. Ja siadłem na tapczanie, na którym leżało moje ubranie. Sięgnąłem do spodni i z ich kieszeni wydobyłem paczkę papierosów i gazową zapalniczkę. Zapaliłem papierosa.

Przyglądał mi się obojętnie i milczał. Choć przed chwilą walił w drzwi mojego pokoju tak, jakby się paliło, to teraz wyraźnie czekał, aż odezwę się pierwszy. Ale mnie się też nie śpieszyło. Paliłem spokojnie i gapiłem się w jego srebrzystą gwiazdę, jakbym po raz pierwszy w życiu widział taką błyskotkę. Była tandetnie wykonana i bardziej przypominała dziecinną zabawkę niż prawdziwą gwiazdę szeryfa. Za to kolt, którego wykładana kościaną masą kolba sterczała z nie dopiętej kabury, z pewnością nie był zabawką. I w wyglądzie faceta także nie było niczego zabawnego. Nie można było mieć najmniejszej wątpliwości, że to twardy glina, z którym lepiej nie wdawać się w jakiekolwiek dyskusyjki.

Otarł wierzchem kościstej dłoni zroszone maleńkimi kropelkami potu czoło i nie widząc widać innego wyjścia, zdecydował się przemówić:

– Ma pan jakieś dokumenty?

Wzruszyłem ramionami.

– Oczywiście, szeryfie.

– Chciałbym rzucić na nie okiem.

Sięgnąłem do leżącej na tapczanie marynarki, z jej wewnętrznej kieszeni wydostałem portfel. Nie pozwolił mi go otworzyć. Wyciągnął kościste łapsko i prawie wyrwał mi portfel z ręki. Ten gest był tak niespodziewany i sżybki, że nie zdążyłem zareagować.

Pomyślałem, że nawet jak na glinę jest trochę zbyt bezceremonialny. Ale nie powiedziałem nic. Na początek pragnąłem po prostu zorientować się, czego właściwie ode mnie chce. W Holiday Beach byłem po raz pierwszy w życiu i nikt mnie tu nie znał. W tej sytuacji nie warto było już na samym wstępie wdawać się w sprzeczki z chamskimi gliniarzami. To się zupełnie nie opłacało.

Wyciągnął z portfela prawo jazdy i oprawioną w celofan fotokopię mojej licencji. Książeczki czekowej ani zwitka banknotów nie ruszył. Najpierw zaczął wpatrywać się w prawo jazdy. Trwało to bardzo długo, tak jakby chciał zapamiętać na zawsze każdą literkę wydrukowaną na podłużnym kartoniku. Kilka razy zerknął przy tym na mnie spod opuszczonych powiek, jakby porównywał zdjęcie z oryginałem. Wreszcie westchnął ciężko i włożył prawo jazdy do portfela. Potem zabrał się do studiowania licencji. Ta czynność zabrała mu jeszcze więcej czasu.

Czekałem cierpliwie i paliłem papierosa. Za oknem tężał lipcowy upał. W pokoju było jednak zupełnie znośnie. Klimatyzacja działała bezbłędnie.

Oderwał oczy od licencji i zapytał:

– Jak pan właściwie się nazywa?

– Tam jest napisane.

– Niech pan sam powie.

– George Quiryn...

– Tam jest napisane jeszcze coś więcej, jakieś słowiańskie nazwisko... trudno to przeczytać...

– Wystarczy George Quiryn, reszta nieważna, nie używam...

Oderwał wzrok od licencji i jego wyblakłe, wodniste oczy przylepiły się do mojej twarzy. Poczułem ciężar tego spojrzenia. Odłożył licencję i jeszcze raz otarł czoło zewnętrzna strona dłoni.

– Jednym słowem, jest pan prywatnym łapaczem...

– Zgadza się.

– Po co pan tu przyjechał?

Wzruszyłem ramionami.

– A po co przyjeżdża się na Florydę?...

– Do nas przyjeżdżają w sezonie. Na jesieni, w zimie i na wiosnę. O tej porze roku turyści nas nie odwiedzają...

– Ale ja przyjechałem. Czy nie wolno?

– Wolno. Tylko że my nie lubimy prywatnych łapaczy...

– Nie ma takiego przepisu, który by zabraniał prywatnym łapaczom spędzać urlop tam, gdzie im się podoba...

Włożył fotokopię licencji do portfela, podał mi go i powiedział:

– Słuchaj, koleś. Zapamiętaj sobie jedną rzecz. My tu bardzo lubimy turystów. Dla turysty wszystko u nas stoi otworem. Turysta może chodzić na plażę, kąpać się w morzu i oglądać krokodyle na farmach. Ale my nie lubimy takich, którzy wtykają nosy w nie swoje sprawy. Z takimi to my jesteśmy na noże. Kapujesz?

Pokiwałem mu głową, starając się nadać twarzy wyraz całkowitej i posłusznej aprobaty. Włożyłem portfel z dokumentami do wewnętrznej kieszeni marynarki, zdusiłem papierosa w popielniczce stojącej na ustawionym obok tapczanu stoliku i powiedziałem:

– Oczywiście, że rozumiem. Nikt nie lubi, jeżeli ktoś niepowołany pakuje swoje trzy grosze w nie swoje sprawy. Jedno jest tylko dla mnie niepojęte. Skąd panu w ogóle przyszło do głowy, że mam ochotę na coś takiego? Czy ostrzegacie w ten sposób wszystkich turystów, czy też może tylko ja mam pod tym względem specjalne prawa?

Podniósł się z fotela i podciągnął opadające portki. Jego twarz ani na moment nie zmieniła obojętnego wyrazu. Wydawało się, że moje słowa przelatują swobodnie, nie zahaczając jego uszu.

– Nie bądź za mądry, synu – mruknął gmerając przy klamrze swego szerokiego pasa. – Widzieliśmy tu nie takich cwaniaków. Słyszeliśmy o tobie różne rzeczy. Nam tu takich mądralów po prostu nie potrzeba. Tu jest prowincja, synu. Ludzie żyją spokojnie, jak Pan Bóg przykazał, i cwaniaki z Nowego Jorku nie mają u nas czego szukać. Chciałbym, żebyś to zrozumiał...

– Zrozumiałem, szeryfie...

– W porządku. W takim razie zbieraj się stąd.

– Jak to zbieraj?...

– Zwyczajnie. Ogol się, ubierz, zapłać, co jesteś winien, ładuj się do wozu i spływaj...

– Szeryfie – odpowiedziałem możliwie najłagodniejszym tonem – przyjechałem dopiero godzinę temu...

– W lecie u nas niezdrowy klimat, chłopcze. W swoim własnym interesie powinieneś zmyć się stąd jak najszybciej. My tu takich nie potrzebujemy...

Mówił to wszystko spokojnie, beznamiętnie, a jego wyblakłe oczy ani na chwilę nie straciły wyrazu krańcowej obojętności.

Przybrałem minę, która miała wyrażać zdumienie przemieszane z poczuciem urażonej godności.

– Nie mam zamiaru wyjeżdżać. Jestem wolnym obywatelem Stanów Zjednoczonych. Płacę podatki i przysługują mi pełne prawa obywatelskie. Mogę przebywać, gdzie chcę i jak długo mi się to podoba...

Coś w rodzaju uśmiechu przewinęło się po jego kamiennie obojętnej twarzy.

– Pomyliłeś się, synu – odrzekł spokojnie – nie wszędzie wolno ci przebywać. Spróbuj na przykład wleźć bez przepustki na poligon atomowy w Newadzie... Chciałbym posłuchać, co chłopaki z tamtejszej ochrony powiedzieliby na taką gadkę o prawach obywatelskich. Pojedź, a sam się przekonasz...

Miałem dość tej rozmowy. Nie prowadziła do niczego. Postanowiłem wyjaśnić sytuację ostatecznie.

– Szeryfie, bardzo dziękuję za troskę o moje zdrowie i tak dalej, ale mam zamiar zostać tu przez jakiś czas. Po prostu chcę tu spędzić swoje wakacje. I nie ma żadnego prawa, przepisu czy ustawy, które by mi tego zabroniły. W Holiday Beach nie ma ani poligonu atomowego, ani wyrzutni rakietowej. Macie tu tylko dużo piasku na plaży, sporo palm i krokodyle na farmach...

Podszedł leniwie do drzwi i flegmatycznie ujął klamkę potężną łapą. Zrobił to ruchem ostrożnym, delikatnym, jakby się bał, że ją może niechcący urwać. Jeszcze raz przypatrzył mi się obojętnym wzrokiem i lekko wzruszył ramionami.

– W porządku, synu – powiedział – zrobisz, jak uważasz. W każdym razie nie będziesz mógł potem wnosić pretensji, że cię nie ostrzegłem...

W jego głosie było tylko obojętne znużenie, ale nie miałem najmniejszej wątpliwości, że to, co mi powiedział, powinienem potraktować jako zupełnie niedwuznaczną groźbę. I kiedy już wyszedł z pokoju, starannie zamykając za sobą drzwi, na których oprawiony w ozdobne ramki wisiał wydrukowany regulamin motelu, zrozumiałem jasno, że w Holiday Beach czeka mnie mnóstwo kłopotów, i chyba nic poza kłopotami.

 

Usiadłem ciężko na tapczanie i bezmyślnie gapiąc się w okno, za którym był spalony słońcem trawnik, zacząłem rozważać sytuację. Rozumiałem, że najmądrzejsze, co powinienem uczynić, to posłuchać szeryfa i zmykać stąd gdzie pieprz rośnie. Wiedziałem jednak, że tego nie zrobię. Firma „George Quiryn – dyskretne dochodzenia prywatne” nie miała zwyczaju wystawiać do wiatru swoich klientów. Nawet wtedy, jeżeli tym klientem była tylko zapłakana dziewczyna o wielkich błękitnych oczach i długich rękach sprawiających wrażenie kruchych łodyg jakiegoś egzotycznego kwiatu. Zwłaszcza wtedy...

* * *

Stan Oliver Halifax z ciężkim westchnieniem uniósł się z wygodnego fotela, ustawionego za ogromnym mahoniowym biurkiem, na którym obok telefonu znajdował się tylko syfon z wodą sodową, butelka bourbona i szeroka szklaneczka o grubym dnie. W ustach czuł delikatny posmak wypitej whisky, a w głowie narastający niepokojąco ucisk. Ucisk w każdej chwili mógł zmienić się w obrzydliwy ból, który sprawiał, że ten wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o ostro zarysowanym podbródku i energicznej twarzy stawał się rozdygotanym, bezwolnym wrakiem, niezdolnym do myślenia i działania.

Podszedł do okna. Z jasnego nieba, na którym nie było ani jednej chmurki, lało się słońce. Już teraz poczuł lepką falę gorąca, która go ogarnie, kiedy za chwilę opuści klimatyzowane wnętrze i pomaszeruje wzdłuż betonowych niecek, gdzie w płytkiej, nagrzanej słońcem wodzie leniwie taplają się setki gruboskórnych aligatorów. Oczywiście, nikt go nie zmuszał, aby tam szedł, ale wiedział, że pójdzie, i to bez względu na to, czy uciskająca czaszkę obręcz zmieni się w przenikający, trudny do zniesienia paroksyzm bólu, czy też pozostanie tylko nieprzyjemną dolegliwością, na którą od biedy można nie zwracać uwagi. Dochodziła godzina jedenasta, a o tej porze już od lat Stan Oliver Halifax przeprowadzał obchód swej krokodylej farmy.

Chwilę pogapił się jeszcze na rząd palm za oknem, pomasował czubeczkami palców skronie i wyszedł z gabinetu.

Lucille Ambler, platynowowłosa sekretarka o atomowym biuście, przerwała na chwilę polerowanie paznokci i obrzuciła szefa szybkim spojrzeniem.

– Znowu, Stan? – zapytała, a w głosie jej było współczucie.

Oczywiście nie kochała szefa, choć sypiała z nim i mieszkała w jego domu. Lubiła go jednak i naprawdę było jej przykro, gdy widziała, jak ten energiczny i sprawny fizycznie mężczyzna pod wpływem bólu zmienia się w sflaczały, drżący worek tłuszczu i mięśni.

– Nic mi nie jest. Dlaczego uważasz, że ma mi coś być? – Wzruszył ramionami.

– Poznaję to po tobie, kochanie – powiedziała szczerze. – Zawsze widać po tobie, kiedy zbliża się atak. Chyba lepiej będzie, jeśli zamówię wizytę u doktor Fletcher...

– Niczego nie będziesz zamawiać – warknął gniewnie – czuję się lepiej niż kiedykolwiek. Rozumiesz, dziecinko?

Nienawidził, kiedy okazywano mu współczucie i troszczono się o niego. Nie lubił nikomu nic zawdzięczać. Uważał się za twardego faceta i rzeczywiście był twardym facetem.

Uśmiechnęła się sceptycznie.

– Jak uważasz. Ale ostatnio nie najlepiej wyglądasz. Przydałoby ci się trochę odpoczynku.

– W porządku. Pilnuj swoich spraw, koteczku. – Ruszył ku wyjściu. Kiedy już nacisnął klamkę, zatrzymał się na moment i rzucił przez ramię: – Aha, uważaj, Lucille... Być może zadzwoni do mnie z Miami mecenas Cornelius Ford. Miał zatelefonować później, ale to szybki facet i może odezwać się przed terminem. W razie gdyby dzwonił, nie spławiaj go, tylko poproś, aby zaczekał, i poszukaj mnie. Będę na terenie. Zrób to samo, jeśli zadzwoni szeryf...

Posłusznie skinęła głową. A kiedy wyszedł, znowu zabrała się do polerowania paznokci. Przez chwilę zastanawiała się, co zrobić. Po minucie podjęła decyzję. W podręcznym spisie telefonów odszukała numer doktor Fletcher. Wykręciła go i w imieniu szefa zarezerwowała wizytę w godzinach popołudniowych. Miała właściwie stuprocentową pewność, że Stan Oliver Halifax będzie dziś potrzebował pomocy lekarskiej. Doświadczenie uczyło ją, że doktor Fletcher nie lubi nie zapowiedzianych wizyt i za każdym razem przekonanie jej sekretarki, iż pan Halifax musi być natychmiast przyjęty, sprawiało Lucille mnóstwo kłopotów. Nienawidziła kłopotów, więc wolała zaklepać termin wizyty już teraz.

Kiedy Lucille rozmawiała przez telefon z sekretarką doktor Fletcher, Stan Oliver Halifax energicznym krokiem maszerował wzdłuż betonowych płotków, za którymi wylegiwały się aligatory. Nieruchome, jakby skamieniałe w upale, bardziej przypominały martwe kłody drzew niż żywe stworzenia. Ich gruba łuskowata skóra przywodziła na myśl spękaną korę zbutwiałych pni, pokrytych delikatnym zielonkawym nalotem wilgotnych glonów i porostów.

Stan Oliver Halifax nie lubił swoich aligatorów. Z wczesnego dzieciństwa wyniósł wstręt do wszystkich gadów. Już sam widok nagiej i gładkiej skóry węża czy chropawej skóry krokodyla napełniał go obrzydzeniem. Martwy i nieruchomy wzrok gadów, tak bardzo odmienny od spojrzenia stworzeń ciepłokrwistych, przyprawiał go o przykry dreszcz. Ale nikomu, kto by go obserwował, gdy codziennie przechadza się między basenami krokodylej farmy, nawet przez myśl by nie przeszło, ile wysiłku kosztuje go ten gospodarski obchód i jak mu trudno za każdym razem przezwyciężać obrzydzenie ogarniające go nieodmiennie, ilekroć zbliżał się do betonowych niecek wypełnionych aligatorami.

Dwóch pracowników, ubranych mimo upału w długie gumowce, uzbrojonych w stalowe widły, brodziło w jednym z basenów. Pokonując wstręt i irracjonalne uczucie strachu (betonowa balustrada całkowicie zabezpieczała przed zębami gadów, a poza tym najedzone aligatory nigdy nie atakowały ludzi), podszedł bliżej i zapytał:

– Stało się coś?

Zauważyli go dopiero teraz. Starszy wyprostował się i leciutko skłonił głowę gestem wyrażającym szacunek. Młodszy, zajęty odpychaniem widłami aligatora, którego długi, najeżony setkami zębów pysk znalazł się zbyt blisko jego zanurzonych po kostki w mulistej wodzie nóg, nie odwrócił nawet głowy.

– Tak, proszę pana – powiedział starszy – dwie sztuki padły w nocy. Musimy usunąć ścierwo.

– Dlaczego padły?

– Nie wiadomo, proszę pana. Wieczorem były jeszcze okay. Żarły tak jak wszystkie.

– Zawiadomcie doktora Shelneya...

– Już zawiadomiłem, proszę pana. Będzie za godzinę. Zobaczy, co się stało. Ale na mój gust to nie krokodyla zaraza. Nie wzdęło ich, proszę pana...

– W każdym razie zachowajcie maksymalną ostrożność. Nie wolno zawlec zarazy do innych basenów. Po wyjściu z tego musicie odkazić gumowce.

– Wiem o tym, proszę pana. Już przygotowałem chloraminę... – wskazał widłami na ustawioną tuż przy balustradzie blaszaną wanienkę, pełną jakiejś bezbarwnej cieczy.

Stan Oliver Halifax wiedział, że natychmiast po opuszczeniu basenu obaj pracownicy powinni wejść do tej wanienki i postać w niej przez chwilę, by ich gumowce zanurzyły się całkowicie w bakteriobójczym roztworze. Był prawie pewny, że zrobiliby to także bez jego przypomnienia, ale wolał nie ryzykować. Dwa lata temu krokodyla febra spustoszyła farmę i naraziła go na poważne straty. Wyzdychały wtedy prawie wszystkie młode sztuki i za ich niewielkie skórki zapłacono grosze. Od tej pory Stan Oliver Halifax uczulił się na zagadnienia higieny.

Kiedy odchodził od basenu, poczuł, że nieznośny ucisk w skroniach, odczuwany już od rana, zwiększa się i powolutku, ale nieuchronnie zbliża się do granicy, poza którą zaczyna się ból. Po zlanym potem grzbiecie przeleciał mu chłodny dreszcz. Bał się tego bólu, bał się jego przenikliwych igieł, od których ukłuć nie było ucieczki. Jeszcze bardziej lękał się tych godzin, które następowały potem, gdy ból ustawał, a on zapadał w odrętwiały, pełen koszmarów półsen. W tym stanie rzeczywistość zlewała się ze zwidzeniami i widywał rzeczy, których nigdy nie chciałby oglądać, i słyszał głosy, o których na zawsze pragnąłby zapomnieć.

Przed kilku laty, nie mogąc dłużej znieść coraz częściej powtarzających się ataków, poddał się w klinice w Miami długotrwałym badaniom neurologicznym. Zapis encefalograficzny wykazał jakieś drobne odchylenia od normy. Lekarze długo nie potrafili uzgodnić diagnozy. W końcu zaproponowali, by Stan Oliver Halifax poddał się operacji, która – być może – przyniesie poprawę.

Nie poddał się operacji. Myśl, że jacyś faceci dłubać mu będą lancetami w odsłoniętym mózgu, napełniała go przerażeniem... Wkrótce potem usłyszał o doktor Fletcher i został jej pacjentem.

Po trwających kilka miesięcy seansach psychoanalitycznych doktor orzekła, że cierpienia Stana Olivera Halifaxa mają podłoże wyłącznie psychiczne. Ustaliła ich praźródła ukryte w okresie wczesnego dzieciństwa pacjenta i zaproponowała poddanie się swoistej psychoterapii.

Seanse psychoterapeutyczne rzeczywiście przynosiły ulgę. Ataki zdarzały się teraz o wiele rzadziej. A i te, które się przytrafiały, łatwo było przerwać. Wystarczało po prostu pojechać do pani doktor i poddać się terapii. Tylko że Stan Oliver Halifax nie cierpiał tych seansów i za każdym razem, gdy opuszczał gabinet pani doktor, przyrzekał sobie solennie, że to już ostatnia wizyta...

Jestem po prostu przemęczony – pomyślał – wystarczy trochę odpocząć i nie przejmować się wszystkim tak bardzo, a wtedy odwiedziny u doktor Fletcher nie będą konieczne. Postanowił się nie przejmować. Powtarzał sobie uporczywie, że nie ma już powodów do niepokoju, bo wszystko zostało ostatecznie załatwione. No, prawie ostatecznie. Przypomniał sobie mecenasa Corneliusa. Teraz bardzo wiele zależało od niego. Facet starał się, to nie ulegało wątpliwości. Jest także oczywiste, że szeryf Norton da sobie radę z nieproszonym gościem z Nowego Jorku. Jimmy Norton to swój chłop i gdy potrzeba, potrafi być twardy jak kawałek betonu. Poza tym zależy mu na przyjaźni Stana Olivera Halifaxa. W roku przyszłym wybory i Jimmy doskonale rozumie, że bez poparcia Stana Olivera Halifaxa nie może nawet marzyć o nowej kadencji. W Holiday Beach bez aprobaty Stana Olivera Halifaxa nikt nie obejmie urzędu pochodzącego z wyboru, i ludzie świetnie o tym wiedzą...

Ucisk na skronie jakby trochę zelżał. Mogło to oznaczać, że nie będzie musiał szukać pomocy doktor Fletcher... Przyśpieszył kroku. Nagle dobiegł go głos, który sprawił, że ponownie poczuł się źle.

– Halo, tato! Dokąd tak się śpieszysz?

Młody, jasnowłosy człowiek, który zawołał na niego, spoczywał w wygodnym leżaku, ustawionym pod wyniosłą, starą palmą. Jedynym jego strojem były wzorzyste szorty i wielkie ciemne okulary. W ręku trzymał książkę.

Stan Oliver Halifax skręcił w prawo i zbliżył się do syna. Obręcz uciskająca mu głowę zmieniała się w cierniową koronę.

* * *

Wsiadłem do swojego ramblera i ruszyłem w kierunku bramy. Chudy facet wychylił się z okienka biura recepcji i pomachał ręką. Miał nieprzyjemną, wymiętoszoną twarz i zaspane oczy zwierzaka, którego przed terminem obudzono z zimowego snu. Gdy przyhamowałem, zapytał:

– Czy zwalnia pan domek?

– Przecież zapłaciłem za trzy dni...

Dodałem gazu i wyjechałem z terenu motelu. Pomyślałem, że pytanie faceta z recepcji wskazywało, iż szeryf i tam złożył wizytę. Nie bardzo potrafiłem zrozumieć, skąd tutejszy szeryf mógł wiedzieć, że nie jestem jednym z tysiąca zwyczajnych turystów, którzy odwiedzają te strony dla słońca, palm, piasku i krokodylich farm. Pocieszyłem się jednak, że wcześniej czy później i tak by się zorientowano, po co przyjechałem, więc przestałem się martwić. Trudno. Jakoś trzeba będzie sobie poradzić. Zjadłem zęby na rozmaitych rozróbkach i wiedziałem, że niezbyt łatwo dam się wykopsać z gry.

Wjechałem na szosę wiodącą do Key Largo. Autostrada skończyła się już w Miami i teraz jechałem lokalną drogą o czterech pasmach ruchu. Wzdłuż niej rozłożyły się zabudowania Holiday Beach – niskie, zatopione w zieleni kolorowe domki z oknami nieodmiennie zasłoniętymi przeciwsłonecznymi żaluzjami. Przed każdym z domków obowiązkowo pełniło wartę kilka postrzępionych palm. Było bardzo pusto i tylko gdzieniegdzie pod palmami stały leżaki. Lipiec na Florydzie rzeczywiście nie jest miesiącem turystycznym. Tropikalne słońce w zenicie, obezwładniający, lepki upał i miliony przylatujących tu co wieczór znad nagrzanych bagnisk Parku Narodowego Everglades moskitów potrafią wypłoszyć turystów szybko i skutecznie.

Jechałem wolno i uważnie rozglądałem się po okolicy. Mijałem ustawione wzdłuż drogi nieczynne automaty z papierosami, gumą do żucia i coca-colą oraz oszklone stoiska, w których w sezonie sprzedawano prażoną kukurydzę. Przejechałem obok wesołego miasteczka, martwego teraz i cichego. Wielka karuzela i diabelski młyn, okryte półprzeźroczystymi płachtami z plastykowej folii, robiły wrażenie groźnych stworów przeniesionych tu z kadru japońskiego filmu o fantastycznych potworach.

 

Zaraz za wesołym miasteczkiem, jakieś pięćdziesiąt jardów od szosy, rozłożył się niski, lśniący niklami i taflami lustrzanych szyb niewielki pawilon. Fantazyjny neon na frontonie głosił:

„U Freda. Bar. Wstąp! Nie pożałujesz!”

Zaparkowałem samochód na podjeździe, wysiadłem i stosownie do zaproszenia wszedłem do środka.

W podłużnej salce, zapełnionej stolikami, nie było nikogo. Wielki telewizor, umieszczony na podwyższeniu pod ścianą, i grająca szafa pokryte były wyraźnie widoczną warstewką kurzu. Kurz był też na kontuarze baru. Pociągnąłem delikatnie po nim palcem. Pozostał wyraźny ślad. Stanowczo właściciel czy też zarządca tego interesu nie należał do przesadnych czyścioszków. Odczekałem pół minuty, a potem uciekłem się do wypróbowanego sposobu. Zacząłem pokaszliwać. Najpierw delikatnie, a gdy to nic nie pomogło, znacznie głośniej. W końcu brzmiało to już tak, jakby niedźwiedź grizzly zakrztusił się w czasie posiłku.

Kaszlanie nie dało jednak rezultatu. Zniecierpliwiony, zawołałem półgłosem:

– Hej! Jest tam kto?

Tym razem poskutkowało. Wzorzysta, wisząca za barem zasłona rozchyliła się i wylazł zza niej rudy i piegowaty jegomość, ubrany w biały kitel. W prawym ręku trzymał przeraźliwie kolorowy komiks i robił wrażenie człowieka, którego przemocą oderwano od niesłychanie pochłaniającej go czynności. Popatrzył na mnie jak na coś pośredniego między zdechłym szczurem a jadowitym skorpionem i wydął w nieprzyjemnym grymasie grube wargi. Nie powiedział ani słowa.

Nie zrażony, usadowiłem się na wysokim stołku przy barze i uśmiechając się przyjaźnie, zapytałem:

– Można tu coś zjeść?

– Można.

– A co na przykład?

– Tylko hamburgery. Teraz jest po sezonie.

– To podaj mi, przyjacielu, dwa hamburgery i piwo.

Podał mi hamburgery i puszkę imbirowego piwa, wyciągniętego z ogromnej lodówki, w której można by było zamrozić hipopotama. Nawet nie pofatygował się otworzyć mi puszki. Przysiadł na stołku z drugiej strony baru i wsadził nos w komiks, który rozłożył przed sobą.

Nie chciałem go zrażać, ale zaryzykowałem jeszcze jedną prośbę.

– Przyjacielu, czy mógłbym poprosić o szklankę? Podał mi ją z ciężkim westchnieniem.

Otworzyłem puszkę i nalałem sobie piwa. Potem zjadłem hamburgery. Wypiłem piwo i zapaliłem papierosa.

Rudzielec, całkowicie zagubiony w piekielnie kolorowym świecie niesamowitych przygód, które są udziałem supermenów o wyrazistych szczękach i olbrzymich, rozrośniętych barach oraz dziewczyn o monstrualnych biustach, nie zwracał na mnie uwagi. Musiałem z nim koniecznie porozmawiać, ale zupełnie nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Był tak chętny do rozmowy jak ślimak, którego możemy spotkać na grządce ogródka.

– Nie macie zbyt wielu klientów...

Pokiwał potakująco głową, ale nie oderwał oczu od komiksu.

– W sezonie pewnie jest inaczej...

Znowu milczące potaknięcie, z tym że w niechętnym ruchu jego głowy było już wyraźne zniecierpliwienie.

– W sezonie – brnąłem dalej – nie wystarczy tu jedna osoba do obsługi klientów...

Nie zareagował na zaproszenie do pogawędki. Puścił moje słowa mimo uszu.

Zrozumiałem, że owijając sprawę w bawełnę, mogę tylko pogorszyć sytuację. Jego czas był widać zbyt cenny, by mógł go marnować na nieobowiązujące pogaduszki. Wyrąbałem więc prosto z mostu:

– Posłuchaj, przyjacielu, w sezonie pracowała tu jedna dziewczyna, taka blondynka...

Oderwał oczy od barwnych obrazków i po raz pierwszy przyjrzał mi się z jakimś zainteresowaniem, ale nie odpowiedział.

– Mam do niej interes. Nie wiem jednak, gdzie mieszka...

– Tu pracowały dwie dziewczyny – mruknął – jedna jest już pochowana...

– Wiem – powiedziałem – zabił ją jakiś zboczeniec. Mnie chodzi o tę drugą, o tę blondynkę...

– Złapali tego zboczeńca. – Rudzielec wykrzywił grube wargi w nieprzyjemnym uśmiechu. – Złapali go i posadzą na gorącym fotelu. Usmaży się jak wszyscy diabli!

– I o tym wiem – zapewniłem cierpliwie – czytałem gazety. Pisano o tym... Mnie chodzi o tę drugą dziewczynę...

– Ten zboczeniec – rudzielec ani myślał popuszczać tematu – uważał, że jest strasznie ważnym facetem. Zadzierał nosa. To był gość, który myślał, że wszystko mu wolno. Spalił kartę powołania do wojska, a potęm zabił tę dziewczynę. A teraz będzie się smażył na gorącym siedzeniu! I nic mu nie pomogą jego zasmarkani kumple, choćby od rana do wieczora darli mordy o ochronie naturalnego środowiska i wyzysku człowieka przez człowieka!... Przeklęta czerwona hołota!...

Teraz ja milczałem. Trzeba było dać mu się wygadać. Warto było się przekonać, co naprawdę miejscowi myślą o całej sprawie...

– Ten zafajdany zboczeniec – rudzielec podniecał się coraz bardziej – przyłaził tu prawie co wieczór. Zachciało mu się porządnej amerykańskiej dziewczyny... Zanudzał ją i przeszkadzał w pracy... Wiele razy miałem ochotę chwycić go za te długie kudły i spuścić mu solidne manto. Nie mogłem wprost patrzeć na jego wredną mordę!...

– To dlaczego go pan nie przegnał?

Ochłonął trochę i wzruszył ramionami.

– No wie pan, jak to jest... Ostatecznie był klientem. Coś tam zawsze zamawiał... Ale – ożywił się znowu – odegrałem się na tym łachmycie. To właśnie dzięki mnie siedzi za kratkami. I dzięki mnie usmażą mu tyłek!

– Co pan powie... – w moim głosie była nutka leciutkiego niedowierzania.

– Właśnie! – zaperzył się i trochę poróżowiał między piegami. – Będę głównym świadkiem oskarżenia! Widziałem – pochylił się do mnie konfidencjonalnie – jak przyszedł do niej poprzedniego wieczoru, i słyszałem, jak się z nią umawiał...

– To rzeczywiście jest pan ważnym świadkiem – stwierdziłem dość obojętnie – może pan sobie, przyjacielu, pogratulować. Pana nazwisko będzie z okazji procesu w gazetach...

Przyjrzał mi się podejrzliwie. W jego otoczonych czerwonymi, bezrzęsymi powiekami oczach zapaliły się iskierki zaniepokojenia.

– A właściwie to pana nic to chyba nie obchodzi?

– Prawdę mówiąc – powiedziałem – to mam interes do tej drugiej dziewczyny, tej, która tu pracowała w tym samym czasie co i ta zamordowana...

– Chodzi panu o Kate?

– Oczywiście o Kate!

– Nie ma jej teraz. Dałem jej miesiąc urlopu...

Zrozumiałem, że dziewczyna jest tu w dalszym ciągu zatrudniona. To mi bardzo ułatwiało sytuację.

– Wyjechała?

– Kate? Wyjechała? Widać, że pan jej nie zna...

Oczywiście, że miał rację. Nigdy w życiu jej nie widziałem. Przed chwilą nawet nie wiedziałem, że ma na imię Kate, i dotąd nie znałem jej nazwiska. Wolałem jednak, żeby rudzielec się tego nie domyślił, przerwałem mu więc pośpiesznie:

– Wiem, że Kate nie lubi wyjeżdżać... Myślałem jednak, że może tym razem...

– I tym razem – przerwał mi ostro – ta zwariowana dziewucha całe dnie siedzi na plaży. Od takiego opalania można dostać raka skóry. Powtarzam jej to od trzech lat. Ale ona myśli, że jest od wszystkich mądrzejsza... Opalać się w lipcu na Florydzie... Też coś!

Gniewnie wzruszył ramionami.

– Czy mógłby pan, przyjacielu, podać mi jej adres?

– O, co to, to nie! – żachnął się rudzielec. – Kate to porządna amerykańska dziewczyna. Taka mała dama z Południa. Zwariowana, ale porządna! Nic z tego nie będzie, mój panie! Stary Fred nie zajmuje się stręczycielstwem...

Gorliwie zacząłem go przekonywać, że nie mam wobec Kate żadnych niegodnych zamiarów, że szanuję porządne amerykańskie dziewczyny i chcę się z nią widzieć wyłącznie w interesach. Plotłem mu, że reprezentuję poważną firmę adwokacką z Nowego Jorku, a Kate poszukuję w związku z pewną skomplikowaną sprawą spadkową. Być może, wywodziłem mętnie, pannie Kate należy się pewien legat zawarowany w testamencie starego i zdziwaczałego przemysłowca, który zszedł ze świata przed dwoma laty. Wszystko wskazuje, że testatorowi chodziło właśnie o pannę Kate, i dlatego muszę się z nią koniecznie zobaczyć.